In dreams they trust

Afera, afera, afera,

Przygoda nas sama wybiera

Już pora bez strachu

Oswoić ten Zachód

Ruszamy – ty z nami jedź!

(Piotr Fronczewski, Bolek i Lolek na Dzikim Zachodzie)

To jedno z tych miejsc, których nie mieliśmy w planach odwiedzić, ba nawet nie wiedzieliśmy, że istnieje. A jednak tu trafiliśmy. Bo wieczór wcześniej Michał na kempingu został zagadnięty przez pana, który podróżując z przyczepą kempingową przez całe Stany właśnie zatrzymał się w Joshua Tree Park, gdzie miała do niego dojechać córka na weekend. I ten pan po amerykańsko uprzejmym wstępie dotyczącym naszych dzieci wspomniał, że w pobliżu jest prawdziwe westernowe miasteczko. Jak więc moglibyśmy go nie zobaczyć?

Pioneertown powstało w 1946 r. Pewnien gość, Dick Curtis, miał marzenie, a jak wiadomo od tego wiele dziwnych rzeczy się zaczyna. Dick do swojego marzenia przekonał 17 inwestorów, którzy inwestując po 500 dolarów każdy nabyli jako spółka 32 tysiące acrów ziemi znanej odtąd jako Pioneertown.

Ich cel był prosty i wyjątkowy: stworzyć miejsce, gdzie można pracować i spędzać czas ze swoją rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. A miejsce to miało być zapierającym dech w piersiach miasteczkiem na wzór tych, które tworzyli pierwsi biali osadnicy Ameryki.

Przy okazji miało być żyjącą scenografią dla święcącego wtedy sukcesu westernowego przemysłu filmowego i muzycznego.

Marzenie wyszło częściowo – miasteczko powstało, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych nakręcono w nim ponad 50 filmów i seriali, a łącznie powstało tutaj ponad 200 różnych produkcji (teledyski, dokumenty, itp.). Ponoć budynek poczty jest najczęściej filmowaną pocztą w całych Stanach!

Uwaga. Młode grzechotniki.
:)
Baby rattler to też grzechotka. Nie było osoby, która nie zajrzałaby do środka :)

Ale bujnego i kwitnącego życia codziennego nie udało się stworzyć. Brak stałego dostępu do świeżej i bezpiecznej wody przekreślił plany osiedli, pola golfowego i lotniska. Zmierzch ery westernów oznaczał właściwie śmierć miasteczka.

Ale to Ameryka, a tutaj marzenia nie giną tak łatwo. Tutaj mają one jakąś specyficzną superpower, która zaraża serca kolejnych ludzi. I gdy wydawało się, że czas rozebrać filmowe dekoracje, powoli pojawili się ludzie, którzy nie mieli nic przeciwko mieszkaniu na pustyni, zachowując elementy życia z czasów Dzikiego Zachodu (nie, nie chodzi o zabijanie dzikich, tylko o noszenie kalesonów i gumiaków jako całego stroju).

Dziś to miejsce jest specyficzną mieszanką – z jednej strony pseudoskansen dla turystów (pseudo, bo przecież żaden budynek nie jest oryginalny, to wszystko dekoracje filmowe). Miejsce, gdzie wciąż można nakręcić jakiś westernowy kawałek. Z drugiej jest to miasteczko, gdzie mieszkają i pracują normalni ludzie. Kilka budynków jest prywatną własnością i można je oglądać tylko z ulicy. W kilku innych działają sklepy sprzedające wyroby mniej lub bardziej luźno nawiązujące do dawnych czasów, ale głównie kuszące turystów obowiązkową pamiątką. Można kupić skórzane siodło, strzelby, zestawy do rozpalania ogniska, biżuterię, porcelanę, obrazy, stare tablice rejestracyjne, przetwory i książki. A w General Store (znajdziecie na FB – Pioneertown General Store) oprócz nowych rzeczy można było szperać w setkach ubrań vintage. Przyznaję, że sama piszczałam na widok oryginalnych!!!, przetartych i mocno pobrudzonych kalesonów stanowiących jednoczęściowy komplet z koszulką (tzw unionjack – na pewno znacie z filmów). Były też stare dżinsy, koszule w kratę, kowbojki, kapelusze, szelki i suknie jak z Dr Quinn (oddałam kartę Michałowi i kazałam się wyprowadzić siłą).

Okazuje się, że unionjack jest wciąż kochany przez Amerykanów i można kupić go w setkach wzorów i kolorów. Nówki sztuki, nie macane.

W miasteczku byliśmy w weekend i mieliśmy okazję obejrzeć westernowe przedstawienie. Mieszkańcy przebrani zgodnie z duchem epoki odegrali kilka scenek z dawnych lat. Była strzelanina, napad na bank i panienki lekkich obyczajów – słowem wszystko co kojarzy się z Dzikim Zachodem.

Po południu zmęczeni upałem, wrażeniami i upałem (nie powtarzam się, tylko podkreślam sytuację) poszliśmy do Pappy&Harriet’s Palace na steka i burgery. Oraz wciąż dolewaną zimną lemoniadę.  W tle leciały oba rodzaje muzyki (kto oglądał starych Blues Brothers ten kuma, kto nie – niech zerknie https://www.youtube.com/watch?v=vS-zEH8YmiM). Było jak w filmie.

Where sage and bloom and pine trees meet the waterfall.

Where the mountains meet the sky.

Through the pines and desert flowers we’ll wile away the hours.

And we’ll settle down out in Pioneertown

Pustynny romans

Pustynia jest jak kochanek. Zachwycam się nią, przesiąkam, zatracam. Jej zapach, kolory, temperatura, dźwięki wnikają w moje pory i łączą się z DNA. Spędzamy razem chwile, które zmieniają bicie mojego serca. Będąc z nią, non stop jestem na haju, jak w pierwszym etapie zakochania.

Ale nie możemy być wciąż razem. W końcu przychodzi zmęczenie, zalety zmieniają się w niewybaczalne wady. Pojawia się potrzeba ucieczki, zmiany. Powrotu do kojącej zieleni, nielimitowanej wody, do łatwości. I tylko raz na jakiś czas jakiś okruch, błysk odbitego słońca, przywiany nie wiadomo skąd zapach rozgrzanej ziemi, melodia poruszonych wiatrem, wyschniętych torebek nasiennych – jakiś milisekundowy impuls przywołuje wspomnienie bycia razem. Wtedy aż mi tchu brakuje, gdy wspomnę, jak kochałam. Jak kocham. Jak tęsknię. Jak potrzebuję. Jak rozpaczliwie chcę znów poczuć na skórze, pod palcami, każdym zmysłem.

Pustynia, moja nieprzemijająca miłość

Jest późne popołudnie lub bardzo wczesny wieczór. Dzieci zasnęły zmęczone drogą i emocjami. Otwieram drzwi kampera, wychodzę na zewnątrz i pierwszy oddech powoduje zawrót głowy. Zapach powietrza, mieszanka rozgrzanej, sypkiej ziemi, suchych roślin, wiecznie zielonych kaktusów i niezauważanie zmieniających swój kształt skał. Jak ja mogłam tak długo bez tego wytrwać? Jak mogłam tak długo do niej nie wracać?

Jesteśmy na kempingu w Parku Narodowym Joshua Tree.

Recepcja zamknięta aż do połowy lipca, więc trzeba się samemu zameldować. Czyli wybrać sobie miejsce, wziąć ze skrzyneczki kopertę, do niej włożyć opłatę (np. 20 dolarów – warto mieć różne banknoty, bo nikt reszty nie wyda), na wierzchu napisać nr miejsca postojowego i datę do kiedy się je opłaca, od koperty oderwać karteczkę, którą po wypełnieniu przyczepia się do słupka oznaczającego miejsce kempingowe, a kopertę wrzuca przez otwór w drzwiach do środka recepcji. Skomplikowane, ale tylko za pierwszym razem.

Nad ranem po takich kempingach jeździ ranger, który/która sprawdza czy każde zajęte miejsce jest właściwie opłacone.

Rezerwacje są przyjmowane, ale tylko na wyznaczone okresy w roku – w przypadku Joshua Tree National Park był to sierpień i wrzesień. A i tak część miejsc zawsze pozostaje wolna na zasadzie – kto pierwszy ten lepszy. Podczas naszej nocy na Black Rock Canyon Campground jesteśmy jednym z trzech kamperów na ponad 100 miejsc.

Trochę jak ten osioł z dwoma żłobami, kręcimy się wybierając absolutnie najlepsze miejsce na postój. Żeby był widok, bez ludzi obok, blisko do toalety, ale bez przesady…Wciąż ten cywilizacyjny przymus dokonywania wyborów…

W końcu stajemy po prostu tam, gdzie jesteśmy. Czas zacząć znów uczyć się odróżniania rzeczy ważnych od ważniejszych.  Takich jak na przykład decyzja, którą butelkę wina otworzyć na wieczór.

Pierwsza noc to niesamowity spektakl – miliony gwiazd na ciemnym niebie aż po widnokrąg. Jak w ogromnym planetarium. Choć na horyzoncie jest widoczne zanieczyszczenie świetlne od miasta to i tak jest pięknie. W aucie śpią dzieci, my siedzimy na zewnątrz, słuchamy cykad i pijemy wybrane, całkiem przyzwoite kalifornijskie wino. A potem drugie, bo dlaczego by nie. Rozgrzany, czerwony piasek pod naszymi gołymi stopami powoli staje się chłodny. Okrywamy się kocem i kontynuujemy bycie szczęśliwymi.

Drzewa Jozuego (tak naprawdę nie drzewa, ale odmiana jukki) zostały tak nazwane przez wędrujących tędy Mormonów – grubo zakończone konary skojarzyły się z rękami proroków wznoszącymi się w modlitwie ku niebu.

Nie wiem co pili Mormoni, że im się tak kojarzyło, my kończąc drugą butelkę odkrywamy, że przed nami jest wielbłąd. Żaden tam prorok czy mesjasz, tylko normalnie jednogarbny wielbłąd, ale za to z nieziemskim, nastroszonym irokezem.

Jestem nim zafascynowana, bo w mordę jeża, toż to wielbłąd jak malowany! Robię zdjęcie na pamiątkę.

Dziwna sprawa, gdy oglądam je na wyświetlaczu następnego dnia – wielbłąda nie ma. Najwyraźniej aparat wypił za mało wina.

Przyrzekam, że w nocy to był odjechany wielbłąd z irokezem.

Rano chłopcy idą do kempingowej łazienki, gdzie na drzwiach wisi kartka: Zamykaj drzwi i uważaj na węże szukające cienia i wody w umywalce. Ich piskom i zachwytom maskowanym lekkim strachem nie ma końca. A gdy jeszcze dowiedzieli się, że na tej pustyni żyją skorpiony i tarantule, to byli wniebowzięci. Ech, dzieci…

Nie tylko tarantule są na kempingu. Mega szybkie wiewiórki kradnące każde jedzenie też.
Klocków do poziomowania samochodu na postoju użyliśmy dwa razy – na naszym pierwszym postoju oraz jeszcze raz, gdy staliśmy na zboczu. Szybko uznaliśmy, że to fanaberia.

Nasza trasa na ten dzień po parku nie jest skomplikowana lub ambitna. Jesteśmy w najgorętszym okresie, więc wykluczamy wędrówki dłuższe niż pół godziny. Większość rzeczy będziemy podziwiać wzdłuż drogi albo z parkingów. Ale czujemy już, że to i tak będzie przeżycie.

Na samym początku oficjalnie przekraczamy granice parku. W budce wita nas ikona amerykańskiego uśmiechu – prześliczna blondynka z długimi warkoczami, w stylowym mundurze rangera, przez całą rozmowę uśmiechająca się tak, że po pierwsze bez problemu widzimy jej wszystkie równiutkie zęby łącznie z trzonowymi, a po drugie w efekcie działania neuronów lustrzanych, próbując odwzajemnić ten uśmiech dostajemy skurczu mięśni policzkowych. A rozmowa wyglądała tak:

– Hi, how are you?

– Hi, we’re fine. How are you?

– Oh, just lovely! What can I do for you? (serio – jesteśmy na bramce, gdzie kupuje się bilet wstępu, dookoła nic innego, a ona z uśmiechem pyta jak może nam pomóc… Fascynujące, czyż nie?)

– We’d like to buy tickets for us. Two adults, three children, one is below two.

– Oh, fantastic! What a great family! You’ll have the wonderful time in the park. Are you on holiday? (łapiecie, prawda? Nie mówi nic o biletach, które chcemy kupić, tylko ciągnie mega słodką pogawędkę. Mam łzy w oczach, gdy po pół roku od wtedy piszę tego posta i wspominam).

– Yes, we are. We’re from Poland and we’re on a 8 weeks tour around your parks and this is our first.

– Oh my God! You are amazing! (ok, przyznaję, że czuliśmy się trochę nieswojo od tej ilości komplementów. Pojawiła się nawet myśl o psychopacie przebranym za miłą Amerykankę, który na pustyni podchodzi gadką – szmatką nieświadomych turystów. Ktoś to już nakręcił?…) Are you going to visit more then three parks then?

– Yes, we are. (odpowiadamy półsłówkami, bo wciąż trzymamy uśmiech, a mięśnie już drżą i lada moment będzie wtopa. Więc ograniczamy wypowiedź jak możemy, co jest lekko niegrzeczne, ale pani nie zraża).

– Splendit! Have you got already our annual park pass? It works for all the national parks and it cost less then three entrance. It’s an extraordinaty good value!

– No, we haven’t.

– So maybye you want to purchase them?

– Yes, we are.

– Awsome!

I tak dalej. Przytoczyłam dialog, żebyście poczuli jak tutaj wygląda zdobywanie informacji. Długa wymiana emfatycznych przymiotników (a pewnie w szkole nie raz zastanawialiście się po cholerę tyle słówek na jedno proste słowo: fajnie). Prezentacja uzębienia bez ukrywania czegokolwiek. Brak pośpiechu. I w końcu bingo – dostajemy wejściówki do wszystkich parków w cenie dwóch i pół wejścia. A to naprawdę mega – w dechę – hiper oszczędność (że tak sobie pozwolę podkreślić rangę okazji).

Wjeżdżamy do parku i przez następne 40 minut rozmasowujemy policzki.

Pustynia, którą kocham to krajobraz pełen zachwycających form roślin układających się w barwny dywan. Niby bez życia, niby pusta, niby wyblakła. To pozory. Jej piękno jest eleganckie, drobne, dyskretne. Wymaga dostrzeżenia, przystanięcia, zachwytu nad najmniejszymi kwiatami i zdumienia sposobami przetrwania w tym klimacie.

Mimo, że światło zupełnie nie nadaje się do fotografowania, nie mogę się powstrzymać. Nasz czas jest ograniczony i nie mamy jak w planie zwiedzania umieścić fanaberii typu „fotografuj na zewnątrz tylko rankiem lub późnym popołudniem, gdy światło jest łagodne i ciepłe”.

Jestem poruszona tym co wokół mnie. Po angielsku powiedziałabym: overwhelming. Przedrostek „over” jest naprawdę idealny.

Mentalnie szczypię się co chwilę, żeby uwierzyć, że naprawdę jedziemy wśród ikonicznych Joshua Tree.

„W trakcie pobytu w Midland mama namalowała dziesiątki obrazów i zrobiła mnóstwo szkiców drzewa Jozue. (…) Któregoś dnia zauważyłam malutki podrost w pobliżu wiekowego drzewa Jozue. Chciałam go wykopać i posadzić przy naszym domu. Powiedziałam mamie, że będę go osłaniać od wiatru i podlewać codziennie, by wyrósł na wysokie i proste drzewo.

– Zniszczysz to, co jest w nim takie wyjątkowe – odparła, marszcząc brwi. – Piękno tych drzew bierze się z ich zmagań”.

Jeannette Walls prostym wspomnieniem w „Szklanym Zamku” opisała całą niezwykłość drzew Jozue.

Można je zobaczyć tylko tu, przy czym określenie „tylko tu” należy rozumieć w dystansach amerykańskich. Ten gatunek juki żyje w bardzo specyficznym, pustynnym środowisku – pomiędzy 600 a 1800 m.n.p.m., a takie warunki zapewnia pustynia Mojave, która rozciąga się na 4 stany: Kalifornię, Nevadę, Utah i Arizonę.

Wydaje się więc, że obszar jest ogromny i drzewa powinny być postrzegane jako pospolite. Dlaczego więc stworzono z nich park narodowy?

Bo zabijamy je. Organizmy mające setki lat mogą zniknąć w mgnieniu oka. Zanieczyszczenie środowiska i zmiany klimatyczne mogą pokonać jedne z największych pustynnych twardzieli. A gdy ich zabraknie, zmieni się cały niezwykle wrażliwy ekosystem pustyni. Joshua Tree są schronieniem i pożywieniem dla szeregu pustynnych gatunków owadów i ssaków. Bez nich nie przetrwają.

Drzewa Jozue są najstarszymi na świecie jukami. Średnia długość ich życia to 500 lat. Ale jest też w miejscu objętym tajemnicą wyjątkowy okaz szacowany na tysiąc lat. Krzewy te rosną bardzo powoli, około 5 cm na rok, czyli osiągnięcie dorosłości (końcowego wzrostu) zajmuje im 50 lat. Ciężko znaleźć drzewo, które byłoby proste – najczęściej rosnąc wyginają się zgodnie ze smagającymi je wiatrami. O tym właśnie mówiła matka Jeannette. Nie walczą z przeciwnościami, tylko się do nich adaptują. Dzięki temu zyskują siłę. Chciałabym tak umieć.

Nazywane Palmami Juka, Drzewami Juka czy z hiszpańska „izote de desierto” (Pustynne Sztylety) są symbolem przetrwania w ekstremalnie niesprzyjających warunkach natury. Znoszą palące pustynne słońce, rozgrzane wiatry, niską wilgotność i czasowy całkowity brak wody, a nawet sporadyczne, ale gwałtowne burze piaskowe.

Mają podwójny system korzenny – kilka pojedynczych, silnych korzeni wnika aż na głębokość 9 metrów, żeby dostać się do zgromadzonych tam pokładów wody. Natomiast sieć płytkich korzeni tuż pod powierzchnią ziemi zbiera każdą kroplę, która spadnie w sezonie wiosennym.

Każde z mijanych przez nas drzew wytrzymuje najbardziej trudne środowisko i mimo go rośnie i zakwita. A jego kwiaty są też niezwykłe – białe z różowym zabarwieniem stożki pachną w mało przyjemny sposób. Dzięki temu zwierzęta trzymają się od nich z daleka i te mają czas w pełni się rozwinąć. Tylko jeden owad jest w stanie znieść ich zapach i poprzez mieszkanie w owocostanach przyczynia się do rozmnażania rośliny.

Natywni mieszkańcy Ameryki używali wydrążonych pni i gałęzi drzew Jozue jako pojemników na żywność, a włókien z gałęzi jako materiału do plecenia koszyków, mat, sandałów. Natomiast w 19 wieku, gdy jeszcze nie było ochrony tych roślin, drewno z drzew Jozue było używane do produkcji papieru i drukowano na nim m.in. London Daily Telegraf.

Drzewa Jozue. Widziałam je tysiąc razy na zdjęciach, a teraz sama mogę pod jednym z nich usiąść. Za to uwielbiam podróże.

Na jednym z kilku punktów widokowych zatrzymujemy auto i po raz pierwszy postanawiamy na 20 minut wejść na szlak. Przed nami widać jakieś skupisko skał, do których chcemy dotrzeć.

Kochankowie…

Przeszkalamy dzieci, ale dzieci jak to dzieci – zafascynowane nowym miejscem i znudzone jazdą bardzo szybko zapominają o zasadach. Biegają poza szlakiem nie zwracając uwagi na ślady węża na piasku i małe jamki w których jeden lub drugi gad może sobie drzemać. Zamiast iść koło nas szaleją wokół udając Ninjago i w ciągu dosłownie minuty znikają nam z oczu w gąszczu roślin. Bo to nie Sahara. To pustynia pełna krzaków, kaktusów i olbrzymich głazów. Wściekli na maksa wołamy je, a gdy w końcu się odnajdujemy i kończymy wydzierać przywołując ich do porządku, mamy chwilę strachu – droga z naszym zaparkowanym autem zniknęła nam z oczu. Wokół nas tylko pustynia bez żadnych punktów, które cokolwiek by nam mówiły. Jeśli pójdziemy w złą stronę w ciągu godziny możemy dojść do końca swojej przygody. Wody mamy na 20minutową przechadzkę.

W głowie od razu przypomina mi się historia o małżeństwie, które na podobnej pustyni, niedaleko od nas, właśnie w tak lekkomyślny sposób poszło na krótki spacerek od auta z jedną półlitrową butelką wody. Gdy w końcu odnaleźli ich rangersi (po dosłownie kilku godzinach), rodzice nie żyli, bo całą wodę oddali swojemu synkowi, który cudem się uratował. Nie spanikowalibyście na moim miejscu?

Na szczęście szybko odnajdujemy coś jakby przesiekę wśród pustynnych traw i trafiamy z powrotem na szlak.

A w kamperze opowiadam historię o martwych rodzicach dzieciom i w końcu przez chwilę są spokojniejsze ze strachu. Uff.

Gdy one mierzą się z perspektywą bolesnej śmierci z pragnienia, ja tuż przy aucie podchodzę do kolejnej rośliny, którą strasznie chciałam zobaczyć. Opowiadał mi o niej Michał, gdy pierwszy raz był w Las Vegas i pojechał na krótką wycieczkę na pustynię.

To Larrea tridentata zwana krzewem kreozotowym. To, co od razu rzuca się w oczy, to obszar zajęty tylko przez te krzewy. Pomiędzy nimi właściwie nie rosną inne rośliny. To kolejne przystosowanie pustynne w walce o wodę – krzewy kreozotowe zatruwają toksynami glebę wokół siebie, tak aby zabić inne rośliny, które mogłyby uszczuplić i tak skąpe porcje wody. W ten sposób krzewy kreozotowe przejmują ekosystem pustynny. Im większa gęstość krzewów koło siebie, tym teren jest bogatszy w wodę – to też ważna wskazówka dla tych, co przemierzali pustynię w dawnych czasach.

Krzak kreozotowy

Kreozotowe krzewy mogą być jednymi z najstarszych żywych organizmów. Niedaleko miasteczka Lucerne Valley znajduje się King Clone – ogrodzony fragment pustyni Mojave, na których w kręgach wokół piaszczystych kopczyków rosną te niepozorne krzewy. Szacuje się, że mają do 12 tysięcy lat.

Na pewno znacie charakterystyczny zapach starych pokładów kolejowych lub drewnianych słupów telegraficznych (albo starych drewnianych mebli ogrodowych). Zabezpieczane były przed szkodnikami właśnie olejem kreozotowym. Do niedawna był on też wykorzystywany jako środek przeczyszczający, przeciwkaszlowy, dezynfekujący a nawet przeciwbólowy w stomatologii. Stosowano go też jako konserwant żywności! Ostatnie badania udowodniły jednak jego rakotwórcze działanie i jest on aktualnie zabroniony na terenie Unii Europejskiej. Amerykanie jednak wciąż rekomendują smarowanie nim twarzy np. na trądzik jako środkiem silnie antybakteryjnym.

Podeszłam do krzewu rosnącego najbliżej mnie. Powietrze pachniało normalnie. Cieniutkie liście pokryte grubą warstwą wosku zabezpieczającego przed utratą wilgoci delikatnie szumiały od lekkiego wiatru. Otuliłam kilka z nich dłońmi zwiniętymi w miseczkę i chuchnęłam w nie. Po chwili wokół mnie zawirował zapach kreozotu. Krzak dał mi znać, że jest trujący i lepiej by było, żebym nie jadła jego liści.

Gdy prawie 20 tysięcy lat temu lodowce z półkuli północnej zaczęły się cofać, klimat ocieplał się i wymuszał zmiany ekosystemów. Terytorium znajdujące się dziś w południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, wcześniej charakteryzujące się bujną wegetacją, zaczęło się ocieplać, osuszać i pustynnieć. Obecnie znane jest jako pustynia Mojave. W wyniku tych zmian wyginęły rosnące tu jałowce, które były głównym pożywieniem szczurów drzewnych. W efekcie im też groziło zniknięcie. Natura jednak czasem zaskakuje i szczury w wyniku mutacji genetycznej przystosowały się do jedzenia liści krzew kreozotowych, które zastąpiły jałowce.

Zapach kreozotu dla jednych drażniący i ostry, dla innych jest przyjemny i niesie dobre skojarzenia. Tak jest ze mną :) i tak jest też z mieszkańcami Tuscon, którzy ponoć uwielbiają go, bo kojarzy im się z nadchodzącym deszczem, tak bardzo pożądanym w suchej Arizonie. Miłość jest tak wielka, że w tamtejszych sklepach można kupić woreczki wypełnione drewnem kreozotowym, które zawiesza się we własnym prysznicu – i podczas kąpieli można poczuć się jak na deszczu. Cóż, rozumiem ich doskonale.

Zupełnie nie rozumiem natomiast jak Hiszpanie mogą nazywać to drzewo „małym śmierdziuchem”.

Na zapach krzewu kreozytowego składają się terpeny (komponent żywiczny), limonen (zapach cytryn), kamfora, metanol i 2-Undecanone – silnie pachnący związek używany w perfumiarstwie oraz w … repelentach przeciw komarom. Prawda, że taka mieszanka uderza do nosa?

Nasz następny przystanek to pętla przy Barker Dam. Dzieciaki już bardziej spokojne, rozważnie i bez narzekania pakują swoje butelki z wodą do plecaków. Idąc, starają się nie zbaczać ze szlaku. Stefka w nosidełku pojona jest co kilka minut, ale i tak wygląda na wykończoną. Dystans 1 mili pokonujemy w godzinę! Przy tak niskiej wilgotności nawet nie czuje się temperatury i zmęczenia. Odwodnić się można niezauważanie, więc tak ważne jest, żeby co chwilę pić po łyku wody. Nie czekać na uczucie pragnienia, bo wtedy jest już bardzo późno.

Podczas wędrówki mijamy niesamowite formy skalne i rośliny. Pustynny dąb, kalifornijski jałowiec, drzewo cheddarowe (tak, kolejny charakterystyczny zapach), akacja Poczekaj-chwilę (wait-a-minute bush – krzew z ostrymi i czepiającymi się przechodzących kolcami, które wyjmuje się z ubrania całe wieki) – każdy z tych gatunków ma swoje sposoby na przetrwanie suszy. Pustynia zaskakuje wielością gatunków roślin i zwierząt, które dają radę tu żyć. Tylko trzeba mieć czas, żeby je dostrzec, poznać, docenić.

Pustynny dąb
Kolejna wiewiórka. Te zwierzaki podbiły serce Tolka :)
Pustynny jałowiec
Tama i resztki wody. Tamę zbudowano w czasach wypasania na pustyni bydła przez pierwszych osadników Dzikiego Zachodu.

Na końcu dochodzimy do schronienia w skale, gdzie Natywni Amerykanie pozostawili swoje petroglify. Wokół nas pustynna muzyka wiatru, pozorna samotność, hipnotyzująco falujące powietrze. Jesteśmy tylko my i myśl, że od setek lat do tej skały przechodzili ludzie w poszukiwaniu cienia.

Na sam koniec dnia pędzimy w ostatnie miejsce – Cholla Cactus Garden. To skupisko kolejnych niezwykłych, pustynnych roślin.

Gdy dojeżdżamy na miejsce odkrywamy, że cały parking jest jednym wielkim osowiskiem. Bo nie wiem jak inaczej nazwać miejsce, gdzie setki os latają od człowieka do człowieka w poszukiwaniu choćby kropli wody.

Mamy problem. Ja się os boję, bo po ukąszeniu puchnę. Ale kaktusy muszę zobaczyć! Te osy ponoć nie są jakoś wyjątkowo agresywne jak się nie macha rękoma – takie pocieszenie dostajemy od kogoś przechodzącego obok nas. Ale jak powstrzymać dzieciaki od machania?

W końcu decydujemy się na wyjście po kolei – najpierw idę ja, a Michał zostaje z dziećmi w aucie, potem zmiana. W tym momencie bardzo przydaje nam się moskitiera nawet w drzwiach wejściowych, bo możemy zrobić jakiś przeciąg w środku na czas czekania. Nie zmienia to faktu, że w ciągu czterech sekund, których potrzebowałam na wyjście i zamknięcie jej za sobą kilkanaście zdesperowanych os wleciało do środka. Zostawiam je Michałowi do zabicia i idę na szlak.

Okazuje się, że wśród kaktusów, dosłownie kilkanaście metrów od kempingu jest już spokojnie. Os właściwie nie ma. Oddycham z ulgą i zaczynam zachwycać się krajobrazem. Fotografuję fascynującą korę wyglądającą jak artystyczna plecionka. I popełniam rzecz karygodną, ale każdy ma jakieś wady – zabieram na pamiątkę kawałek takiej leżącej na ziemi kory. Wiem, wiem. Ale teraz w domu czasem biorę ją do ręki, zamykam oczy, przesuwam opuszkami palców po pięknym, koronkowym wzorze i jestem na pustyni. Trudno, kto nic nigdy z żadnej wyprawy, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Kaktusy Cholla też mają swoje małe grzeszki :) Nazywane są Skaczącymi Kaktusami, bo przyczepiają się do każdego, kto ich nieostrożnie dotknie. Na youtubie możecie zobaczyć kilkanaście filmików nakręconych prze wariatów, którzy demonstrują, jak to wygląda. Ja nie próbowałam, natomiast widziałam wrzeszczących japońskich turystów, którzy najwyraźniej nie wierzyli, że jednak skaczą. Fascynujące – chodzą po pustyni w kominiarkach, rękawiczkach i z parasolkami, żeby nie dotknął ich ani jeden promień słońca, ale kaktusa to pogłaszczą z dziecięcą ciekawością.

Zmierzch zbliżał się coraz szybciej. Nie mieliśmy szans na inne punkty programu, więc pojechaliśmy na najbliższy kemping, Jumbo Rocks. Bez żadnej rezerwacji, system zameldowania jak poprzednio. Tylko, że tu nie było nawet wody, żeby uzupełnić zapasy w zbiornikach. Na szczęście byliśmy na to przygotowani. Klucząc drogą odkryliśmy, że w parku jest jednak sporo zwiedzających – dużo zatoczek było zajętych. Potem dowiedzieliśmy się, że ze względu na bliskość od L.A. Palm Springs czy San Diego (bliskość oznacza 3 godz. jazdy) jest to bardzo popularny park na weekendowy wypad z dzieciakami czy znajomymi. Zazdroszczę.

W końcu prowadzeni przez pustynnego królika (!) znaleźliśmy swoją zatoczkę i zaparkowaliśmy. Michał zabrał chłopców na wyprawę na skały, gdzie w miarę bezpiecznie mogli potestować swoją odwagę i zwinność, a ja ze Stefką korzystając z ostatniej godziny, gdy wolno używać generatora (dzięki niemu mamy prąd w kamperze bez podłączania się do zewnętrznego źródła. Ale to oznacza nieprzyjemny hałas, więc na każdym kempingu są ścisłe zasady, kiedy wolno je włączać), wrzuciłam do mikrofali kolację. Dziś serujemy amerykańską ikonę: Pasta&Cheese. Normalnie na takie coś bym nawet nie popatrzyła (przesolone, ze sztucznym, mocnym aromatem cheddara, ociekające tłustym sosem), ale teraz, po całym dniu upału i właściwie braku jedzenia, bo na nic nie mieliśmy ochoty, danie na plastikowych tackach jest tym, o czym marzymy, Na zewnątrz latały ostatnie osy, ale z minuty na minutę robiło się chłodniej, więc i one znikały. Zjedliśmy przy świetle kempingowej lampki, a potem zapadła ciemność.

Rozgrywki rugby zawsze i wszędzie. Nawet na szczycie pustynnych skał. Mecz Spiderman kontra Nauka Chodzenia Team.

I’m lovin it! – życie w kamperze

Rano odbieramy nasz dom na najbliższe 6 tygodni. Panie i Panowie, oto nasz RV Winnebago.

To jeden z, a właściwie chyba najmniejszy model na tutejszym rynku. Na zdjęciach wyglądał spoko, w rzeczywistości jego rozmiar powoduje u mnie chęć odwołania wszystkiego. To jest szersze niż pas drogowy! Pod spodem mieszkalnej zabudowy Ford E350, ponad 7 litrów, 10 cylindrów, 300 koni (piszę jak mi Michał dyktuje, nie żebym wiedziała, co te dane oznaczają). Bak na 160 litrów benzyny, spala 20 litrów na setkę.

Dobra mina do złej gry

Od właściciela otrzymujemy krótkie szkolenie jak radzić sobie przez najbliższe 7 tygodni. Gdzie uzupełniać wodę, jak spuszczać ścieki, do której wtyczki wetknąć prąd, jeśli akurat taki znajdziemy. No i jak uruchomić dwa telewizory, w tym jeden z DVD.

Brzmi cholernie skomplikowanie, ale po pierwszym stresującym razie, wszystko stanie się proste i automatyczne.

W końcu z mieszanką myśli: „ale odlot” oraz „o kurwa, spierdalajmy” pakujemy rzeczy do środka, mocujemy dzieci do dyktowych pseudopasów i ruszamy. Michał prowadzi, ja gapię się w telefon z trasą, jednocześnie śledzę ulicę i sprawdzam, czy nie zahaczamy o stojące przy krawężniku auta i próbuję jakoś przeprowadzić nas przez 5cio poziomowe skrzyżowania, gdzie każda ulica w jedną stronę ma po 6 pasów. Ze względu na korki pomyłka przy wybraniu złego zjazdu/poziomu/pasa może kosztować kilka godzin ekstra.

Dodatkowo okazuje się, że olbrzymie lusterko po stronie pasażera, czyli mojej, jest luźne i przy prędkości zmienia swoje położenie. Więc Michał nic nie widzi z prawej strony auta. Co chwilę wychylam się przez okno i pół wisząc na zewnątrz próbuję mu to lusterko przywrócić do stanu wyjściowego, ale chwila ulgi trwa do 10 sekund, bo pęd wiatru znów je przekrzywia.

Po 40 minutach takiej jazdy dostaję stanu przedzawałowego i jakimś cudem w nic nie trafiając zjeżdżamy do miasteczka na parking centrum handlowego.

Jest tu Walmart, Starbucks, Burger King, pralnia i kino – głosuję za tym, żeby resztę wakacji spędzić w tym przyjemnym i bezpiecznym miejscu, zaopatrzonym we wszystko co niezbędne do życia. Michał protestuje, ale bez przekonania. Dzieci zachwycone.

Po dwóch godzinach, kawie, ciastku, spacerku po sklepach, stres zaczyna odpuszczać. Znajdujemy w aucie zestaw imbusów, mocujemy lusterko na stałe, kupujemy kolejne kawy na drogę i postanawiamy spróbować dojechać gdzieś indziej. Najwyżej przejedziemy się kawałek autostradą i tu wrócimy. A może nawet zwolni się to urocze miejsce pod drzewkiem z rachitycznym trawnikiem? Kto wie.

Okazuje się, że wyjechanie poza przedmieścia Los Angeles plus lusterko pokazujące co dzieje się na drodze znaczącą podnoszą komfort jazdy. Spojrzeniami podejmujemy decyzję: Yes, we can!

Coffee makes a difference!
Światła zmieniające się co parę sekund wymuszają jazdę na zamek. Banalnie proste :)

Gdy już przywykniemy do prowadzenia auta zajmującego w Polsce półtora pasa, odkryjemy, że podróżowanie po Stanach jest banalnie proste. Rewelacyjnie oznaczone zjazdy na autostradzie naprawdę pozwalają wjechać na właściwy pas i zjechać we właściwym kierunku. Sześciopoziomowe skrzyżowania tylko na początku wyglądają groźnie, potem jeździ się po nich właściwie jak po sznurku. Oczywiście dobry GPS pomaga, bo wyświetla właśnie te mityczne numerki zjazdu i pozwala bezproblemowo dotrzeć, gdzie się chce. Prawda jest taka, że nie zgubiliśmy się ani razu, a tylko raz mieliśmy problem z wyborem pasa. Amerykanie są też fajnymi kierowcami. Poza miastem totalnie wyluzowani, właściwie nie słyszeliśmy klaksonów czy nie mieliśmy żadnych niebezpiecznych sytuacji (w przeciwieństwie do Sycylii, gdy w ciągu tygodnia dwa razy mieliśmy śmierć w oczach). Raz byliśmy świadkiem sytuacji, gdy jakiś ogromny kamper na drodze w zatłoczonym miejscu parku narodowego zawracał mając tylko dwa pasy – wstrzymał na kilka minut ruch w obie strony próbując się złamać na sto pięćdziesiąt razy. Wszyscy spokojnie czekali. Jedyną osobą, która klęła na ten idiotyczny manewr byłam ja. W miastach było trochę bardziej nerwowo, ale taka specyfika miast.

Każdy z nas,
naprawdę każdy,
i duży i mały,
chciał poprowadzić kamperka!

Drogi w USA są bezpłatne, a jakość różna. Nie ma może ogromnych dziur, ale widać, że w wielu miejscach dofinansowania Unii Europejskiej brakuje ;) Natomiast zaintrygowały nas stojące na poboczach niektórych dróg znaki: Adopt-a-Highway. Rozumiem symboliczne adopcje orangutanów, słoni, dzieci. Ale adopcja autostrady jakoś nie poruszyła czułej struny mojego serca. Okazuje się, że jest to ogólnokrajowy program dbania o czystość! Wolontariusz zobowiązuje się, że przez dwa lata będzie minimum 4 razy w roku patrolował dwumilowy odcinek drogi i zbierał z niego śmieci. W zamian na trasie zawiśnie tabliczka z jego imieniem i nazwiskiem (lub nazwa grupy, jeśli wolontariuszy jest więcej) oraz będzie miał prawo do (cytuję ze strony txdot.gov): pławienia się w chwale posiadania kawałka teksańskiej (lub innej w zależności od stanu) dumy. Koniec cytatu.

Czasem gdy prowadzą mniej doświadczeni kierowcy,
zdarzają się ofiary w motylkach :(

Jedziemy przez ogromne, kilkunastokilometrowe farmy wiatrowe, przez plantacje marihuany wielkie jak nasze pola rzepaku, przez farmy i nieużytki. Zaczynamy czuć rytm podróży, zaczynamy być szczęśliwi.

Po dwóch godzinach od wyjazdu z centrum handlowego już w miarę na relaksie osiągamy zamierzony punkt docelowy – Joshua National Park.

Jesteśmy niezniszczalni!

***

Życie w drodze jest marzeniem wielu osób. Podróżowanie kamperem ma w sobie niezaprzeczalną magię. Ale ma też prozę. Szczególnie jeśli podróż trwa dłużej niż dwa tygodnie, a kamper nie jest własny.

Ten, którym my jeździliśmy był kupiony z przeznaczeniem na wynajem. Oznacza to, że zabudowa była budżetowa, co jest idiotyzmem, bo taki kamper jest intensywnie używany i o wiele łatwiej o uszkodzenia. U nas pierwsza poleciała barierka przy schodach wejściowych. Zamocowana maleńkimi śrubami do średnio wytrzymałej płyty, po czterech dniach zaczęła się chybotać, by w końcu się urwać. Ups.

Problematyczny był też blat stołu. Na początku myślałam, że będzie urozmaiceniem podróży. Pokonując setki kilometrów rozegramy niejedną partyjkę gier, poczytamy, porysujemy.

Nie da się. Po pierwsze, o czym już była mowa – pasy biodrowe dla pasażerów kanapy trzymały jakby musiały, a nie chciały. Od razu miałam wizję, że w przypadku hamowania chłopcy wyślizgną się i zabiją o rant stołu. Jakoś nie miałam wizji, że bez rantu stołu po wyślizgnięciu się zabiją się o cokolwiek innego w tym wnętrzu – kuchenkę, lodówkę czy łóżko. Nie pytajcie czemu, tak po prostu było.

Więc jazda ze stołem podnosiła mi adrenalinę i poziom paniki.

Po drugie rozłożony stół mocno przeszkadzał Stefce w foteliku, bo nie miała jak rozłożyć nóżek. Dlatego to zdyskwalifikowało go ostatecznie.

No, ale gdzieś trzeba było go włożyć. W kamperze nie było żadnego sensownego miejsca, gdzie mógłby być przechowywany bez ryzyka, że przy każdym hamowaniu zacznie latać po aucie. Więc włożyliśmy go na czas jazdy do bagażnika, razem z torbami, wózkiem, krzesłami turystycznymi i innymi niepotrzebnymi rzeczami. Po kilku dniach wkładania i wyjmowania go co najmniej dwa razy dziennie, blat zyskał nieusuwalne, głębokie, nie-do-przeoczenia rysy. Ups.

Pod dachem, zgodnie z filozofią zagospodarowania każdej wolnej przestrzeni były szafki. W wersji podstawowej zamykane na zwykły magnes i podnośniki siłowe – w sensie trzeba było siły, żeby drzwiczki unieść do góry. W wersji sensownej zamknięcia powinny być takie jak w samolocie, czyli przekręcane. Tak, aby szafka nie mogła się sama otworzyć. Nasze mogły. Odkryliśmy to dość szybko, gdy podczas skrętu z szafki na podłogę tuż nad głowami pasażerów wysypały się grube książki, przewodniki i ekspres do kawy. Ups.

Potem rozwaliliśmy szufladę. Ponieważ odkryliśmy już, że w szafkach nad siedzeniami nie dało się trzymać niczego ciężkiego, zostały dwie szuflady pod szafą ubraniową. Tam wylądowały makarony, puszki sosu pomidorowego, chleb, itp. Po 3 tygodniach takiego użytkowania szuflady, w której najwyraźniej w zamyśle powinny być przewożone chusteczki higieniczne lub super zwiewna, więc lekka, bielizna, z szuflady wypadło dno. Nie dość, że wypadło, ale jeszcze zablokowało nam szufladę tak, że nie mieliśmy jak dostać się do zapasów. Szuflady całkowicie nie dało się wysunąć, bo blokowała się o zabudowę drugiego łóżka. W dodatku ktoś źle zamocował szyny pod spodem i generalnie wyglądało to na przegraną sprawę. Prostota Ikei to na pewno nie była. Ale my byliśmy zdesperowani – tam utknęło nasze jedzenie!

Kamper mini oznacza absolutny brak miejsca, więc próbując odzyskać nasze pomidorowe puszki rozkręcaliśmy mechanizm szuflady leżąc w prysznicu w łazience (jedno z nas) oraz zwisając z łóżka głową w dół (drugie z nas). Gdy się udało, czuliśmy się nie mniej dumni niż jak pionierzy Dzikiego Zachodu, którzy przeprowadzili pierwszy raz karawanę przez dzikie odstępy.

Prowiant znów był nasz. Ale szuflada pełniła już tylko funkcję ozdobną. A wystarczyło dać mocniejsze dno zamiast sklejki i właściwie przymocować dobre szyny.

Rzeczą, która mnie urzekła w kamperze w porównaniu do podróżowania z namiotem jest lecąca z kranu woda. I łazienka na wyciągnięcie ręki (dosłownie). Niby na kempingach są prysznice, a na stacjach toalety. Tak podróżowaliśmy w Australii. Tutaj pokochałam łatwość podróżowania z dziećmi, gdy nie trzeba nigdzie biegać z całym zestawem kąpielowym, a i tak na koniec pod prysznicem okazuje się, że nie ma szamponu. Bywały takie dni, gdy chcąc pokonać dłuższe, nużące dystanse, ruszaliśmy o świcie. Chłopcy spali na swoim łóżku (wiem, wiem. Pasy. Do dziś mam dreszcze, gdy o tym pomyślę) i tylko Stefkę przenosiliśmy z łóżka do fotelika. W ten sposób udawało nam się jechać dwie, czasem trzy godziny bez męczenia najmłodszych podróżników. Potem postój – przy drodze, na stacji benzynowej, na parkingu przed sklepem. Zaciągaliśmy zasłonki i w ciągu 30 minut wszystkie dzieci były wykąpane, ubrane i najedzone. Pięknie :)

Bywało też, że mieliśmy niezłe tempo jazdy i na hasło „siku” wszystko by się posypało – zjazd z autostrady, szukanie toalety, kłótnia ze Stefką o powrót do fotelika. A tak osoba potrzebująca szła na tył auta, zamykała się i … modliła, żebyśmy nie wjechali w jakąś dziurę ;)

Nasz kamper miał w związku z tymi udogodnieniami zbiornik na wodę pitną, oraz na ścieki i wodę szarą (zlew, umywalka). Wykorzystanie ich było widoczne na panelu, gdzie zapalały się odpowiednie diody sugerujące, że jeszcze trzy, góra cztery posiedzenia lub jeden prysznic i czas na zrzut. Tak gdzieś w połowie drogi wskaźniki zepsuły się. Od tej pory notorycznie wskazywały wypełnienie ścieków do 2/3 i żadne przepłukiwanie obiegu wody, resetowanie i potrząsanie wozem na dziurach nic nie dały. Więc jeździliśmy trochę na oko ;), dwa razy dość pilnie szukając miejsca do zrzucenia zawartości. Na szczęście w Ameryce, krainie kamperów, infrastruktura jest pod tym względem ok. Nawet jak w okolicy nie ma kempingów, na które można wjechać i za opłatą opróżnić zbiorniki oraz uzupełnić zapas wody, to przy drogach lub na niektórych stacjach benzynowych (albo przy sklepach z wyposażeniem kamperowym) są same punkty „serwisowe”. Można pytać na stacjach, w informacji turystycznej, albo korzystać z apki, gdzie wiele z nich jest zaznaczone.

Ostatnim minusem jest głośność. Nasza wizja była taka – ruszamy w trasę, a podczas przemierzania setek kilometrów pustyń, gór, lasów i równin zanurzamy się kolejnych playlistach ze Spotify. Ha, ha, ha. Po pierwsze – w Stanach nie ma Internetu. Jest w miastach. Czasem w miasteczkach. Poza tym jest tylko rozpacz, że go nie ma. Więc Spotify odpada. Ale w kamperze nie da się słuchać nawet radia czy płyt. Hałas jest tak duży, że rozmawiając z sobą musimy krzyczeć. Naprawdę, to było moje ogromne rozczarowanie. Zero muzyki przez 7 tygodni.

Do minusów można jeszcze doliczyć zużycie paliwa, ale umówmy się – jak jedziesz siedmiolitrowym potworem z domem na pace, to nie spodziewaj się, że będzie palił jak Fiat Panda. Faktem jest, że lekko zbledliśmy, gdy wspinając się na wysokość 2500 m.n.p.m. w ciągu pół godziny spaliliśmy 80 litrów, ale to był jednostkowy wyczyn. Nie da się jednak ukryć, że tankowanie co dwa dni do pełna było naszą największą pozycją budżetową w całej wyprawie i nieźle wydrenowało nasze karty debetowe. Nawet przy legendarnych cenach paliwa w Ameryce.

Górne łóżko, tzw. trumna – ulubiona kryjówka Łobuzów!

Pozostaje jeszcze sam komfort jazdy. W tym miejscu chciałam bardzo, bardzo przeprosić nasze dzieci za to, co im zgotowaliśmy. Wynajmując kamper w ogóle nie mieliśmy pojęcia, że tak to będzie wyglądać.

Jak już pisałam, kanapa dla pasażerów była mega niewygodna. Niska, bez podparcia karku, trudna do siedzenia powyżej godziny. Ale dodatkową torturą był brak widoku. Stefka siedząc w foteliku tyłem do kierunku jazdy widziała chłopców bawiących się na łóżku. Po jakimś czasie stawało się to nudne, a nijak nie dało się jej pokazać czegokolwiek za oknem, bo okna na tej wysokości nie było. Było jedno z boku auta wysoko nad kanapą – podczas jazdy nie dało się przez nie wyglądać z żadnego miejsca. Osoba siedząca bokiem do kierunku jazdy podziwiała przez kilka godzin zlew i kuchenkę. Osoba siedząca na wprost – tyły foteli z kabiny, a pomiędzy nimi maleńki prześwit na przednie okno. Ta osoba właśnie miała najlepsze miejsce. Serio, jazda w kamperze tak skonstruowanym to hardcore. Osoby bez choroby lokomocyjnej wymiękają po dwóch godzinach. Gdy czasem któreś z nas szło na tył, żeby zabawiać Stefkę, zazwyczaj kończyło zielone na twarzy lub z potężnym bólem głowy. Naprawdę nie mam pojęcia jak nasze dzieci to przetrwały, ale powtarzam raz jeszcze – bardzo, bardzo, przepraszam. I nie wiem jakim cudem tylko raz mieliśmy wypadek z torsjami, po którym musieliśmy zjechać do najbliższego miasteczka z samoobsługową pralnią, gdzie w ciągu półtorej godziny przepraliśmy i wysuszyliśmy całą kołdrę i poduszki. Samoobsługowe pralnie na każdym kroku to największe osiągnięcie cywilizacyjne Ameryki, za które będę ją wielbić do końca życia.

Nie dziwi więc, że pozwalaliśmy dzieciakom na wiele podczas jazdy. Byle tylko jakoś dotrwały do kolejnego punktu. Dość szybko nauczyły się, że zwykłe hamowanie potrafi rzucić nimi przez całą długość auta, co dało pretekst do rozmów o sile przyśpieszenia. Odkryły też, że wystawianie głowy poza auto i wrzeszczenie na całe gardło to całkiem niezły fun w przerwie grania na tablecie. A na koniec polubiły zabawę w siedzenie w stuporze i tępe patrzenie się w (ograniczoną) przestrzeń.

Mam nadzieję, że kiedyś o tym zapomną.

Natomiast na postojach kamper był błogosławieństwem. Gdy podróżowaliśmy po Australii z raczkującym Kajem rozpaczałam z braku bezpiecznych miejsc, w których można puścić dziecko. Teraz z raczkująco-wspinającą się Stefką było niewyobrażalnie wygodnie. Trochę tak, jakbyśmy żyli w maleńkiej kawalerce. Była łazienka z prysznicem, kuchnia, jadalnia, dwie sypialnie, salon, garderoba i dwa telewizory (ha, ha) – a to wszystko na 10m2. Do tego boczna markiza zapewniająca cień na pustyni. Europejski standard. Skromny jak na tutejsze warunki.

Moskitiera nawet w drzwiach nie raz i nie dwa ratowała nam tyłki. Tutaj: kempingujemy na parkingu wśród tirów. Dzieci bezpiecznie uwięzione.
Nasz mini mini kamperek z rozsuniętą markizą

Na kempingach stawaliśmy koło kamperów w stylu amerykańskim. Czyli takich, które bez żenady krzyczały: patrz, na co mnie stać. Kombinacje były różne. Najpopularniejszy był kamper wielkości turystycznego autokaru, który po zaparkowaniu wysuwał z każdej strony dodatkowe pokoje, a z tyłu rozkładał taras z markizą i dwoma krzesełkami. Kiedyś zajrzałam pobieżnie do środka jednego z nich i mnie zatkało – na ścianie gigantyczny telewizor, naprzeciwko skórzana kanapa, a osobna jadalnia w dębowych, frezowanych szafkach ze Swarzędza. Dynastia z lat 80tych na wypasie. Część z nich miała nawet piętro, gdzie były sypialnie. I damy sobie ręce uciąć, że niektóre z tych kamperów miały wysuwane piwnice.

W tle porozsuwane pokoje :) A to i tak był średni model. Bez piwnicy i strychu, oraz bez garażu na motor.

Takie autokary podróżowały przez Stany ciągnąc za sobą na sztywnym holu mały, poręczny samochód do wyjazdów z kempingu do miasta. Zwykle był to pick-up. Po amerykańsku ogromy.

Nasz kamper, jak już wiadomo, był skromny. Czasem ginął na miejscu parkingowym. Ale wyposażony był jak trzeba. Miał zestaw kieliszków do wina, eleganckie serwety na stół i blok z nożami, gdyby ktoś chciał zabawić się w gotowanie czterodaniowej kolacji (wszystko wynieśliśmy od razu do bagażnika). Natomiast z rzeczy uroczych, które umilały nam podróż każdego dnia były dwa niezbędne dla każdego Amerykanina urządzenia: toster i ekspres do kawy. Ach, ta amerykańska kawa przelewowa. Gorąca, duża, zwodniczo pachnąca kofeiną. Tak smakowały co dzień rano nasze wakacje.

Testy zderzeniowe dykty

A z tym fotelikiem to było tak:

Wynajmując kampera próbowaliśmy zrozumieć jak mają w nim podróżować dzieci. W Europie to proste – dzieci zawsze muszą być w fotelikach, na poddupkach lub przypięte specjalnymi obniżaczami pasów. I europejskie kampery zawsze mają siedzenia, przy których są normalne pasy. I siedzenia zawsze są skierowane przodem do kierunku jazdy.

W Ameryce – stolicy, ojczyźnie, matce i ojcu podróżowania kamperem, wszystko jest nie tak. Normalne są zwykle dwa fotele – kierowcy i pasażera obok. Reszta to wolna amerykanka. Szukaliśmy auta w miarę małego, ale tutaj to pojęcie względne – najmniejsze kampery z pięcioma miejscami siedzącymi były tak duże, że na żadnym europejskim parkingu by się nie zmieściły i nie bardzo wiedzieliśmy jak takim czymś jeździć. Dodatkowo nie mogliśmy trafić na żadnego kampera z rzędem siedzeń dla dzieci z tyłu. Jednocześnie odkryliśmy, że w Kalifornii (i kilku innych stanach) wprowadzono przepis, wedle którego dzieci do lat 2 muszą jeździć w fotelikach tyłem do kierunku jazdy. Takich nie ma na naszym europejskim rynku. Dlatego nie wzięliśmy naszego fotelika, bo nijak nie pasowałby do tutejszych pasów/siedzeń/mocowań (isofixów tutaj nie uznają, nie znają, nie mają).

Z powodu tego przepisu właściwie żadna wypożyczalnia kamperów nie wypożycza ich, jeśli pasażerem ma być dziecko do lat 2, bo nie ma szans przymocować fotelika dziecięcego do kamperowej kanapy tak, aby gwarantowało to bezpieczeństwo. A jak wiadomo Amerykanie panicznie boją się procesów o odszkodowanie.

Pozostało nam szukanie kampera od prywatnej osoby i tak trafiliśmy na serwis Outdoorsy. Fajna sprawa, tylko trzeba uważać na oszustów proponujących sfinalizowanie transakcji poza serwisem w celu uniknięcia opłat dodatkowych – dostaliśmy takich ofert kilka, choć trzeba przyznać, że serwis sprawnie to wyłapywał i szybko konta usuwał. No i te opłaty są rzeczywiście dość spore – prowizja od wypożyczenia (1,2 tys PLN), opłata ubezpieczeniowa, opłata za przewalutowanie, a na końcu – dodatkowa opłata za zapłacenie kartą kredytową wydaną poza USA w wysokości bagatela prawie tysiąca złotych. Ale nie mieliśmy wyjścia, na co miał też wpływ fakt, że zabraliśmy się do planowania podróży dość późno.

Nasz kamper miejsca dla pasażerów miał typowe – czyli w formie kanapy w kształcie litery U. Żadne tam samochodowe siedzenia z pasami. Na forach czytaliśmy przerażone wpisy Brytyjczyków, którzy pytali się jak do czegoś takiego poprawnie przymocować fotelik z niemowlęciem, skoro to siedzenie ma tylko pas biodrowy. I czy są jakieś testu i certyfikowane foteliki do czegoś takiego. I odpowiedź jednego z zawsze pomocnych Amerykanów – o co wy się martwicie sztywni Brytole? Testy zderzeniowe? Przecież pas jest przymocowany do dykty, ha, ha, ha.

Pasy. I dykta. Widząc to, człowiek zaczyna rozumieć skąd taka religijność w tym kraju. Strach podróżować czymś takim bez wiary w jakiegokolwiek boga.

Dlatego fotelik zamierzaliśmy nabyć w USA, zupełnie nie mając pojęcia jak powinien wyglądać, ale mając nadzieję, że na miejscu rozgryziemy jakoś ten paragraf 22. W Walmarcie okazało się to banalnie proste – oni mają tutaj zupełnie inne systemy tych fotelików, z innymi mocowaniami, ustawieniami, itp. Bez problemu kupiliśmy taki, który można przekładając podstawkę na dole zamontować tyłem lub przodem na fotelu samym pasem biodrowym. Samym biodrowym! Matko kochana…

Po wmontowaniu go następnego dnia musieliśmy wziąć głęboki oddech. Na pierwszy rzut oka widać, że mocowanie to nie zapewnia żadnego bezpieczeństwa. Pas jest naprawdę przymocowany do kawałka dykty, kanapa jest z pianki, a fotelik kiwa się na wszystkie strony. Cała nasza europejska troska o bezpieczeństwo dzieci w samochodzie musiała tutaj chwilowo wyparować. Zresztą producent kampera też próbując uniknąć procesu o odszkodowanie umieścił nad kanapą stosowną informację: to miejsce nie jest zamierzone jako miejsce do siedzenia, gdy samochód się porusza. Jednocześnie przepisy jak najbardziej pozwalają z niego korzystać, jeśli tylko ma się pasy. A czy pasy cokolwiek trzymają to już nieistotne. Równie dobrze mogłyby być przyklejone klejem Kropelka do ściany.

Fotelik spełnia więc dwie funkcje – przytrzymuje Stefkę w miejscu, żeby nie raczkowała po jadącym aucie, oraz daje nam podkładkę do tego, że spełniamy przepisy prawa. Tylko i aż tyle. Stefce na widok fotelika włosy stanęły dęba.

Mam tak jechać przez następne 6 tygodni??? Czy to ma w ogóle jakikolwiek europejski atest???
Nie chcę nawet na to patrzeć. Powiedźcie jak dojedziemy na miejsce.
Ale najpierw strzelę sobie sweetfocię. Może wygram konkurs na zdjęcie z kategorii „ostatnie ujęcie przed śmiercią”.

Natomiast chłopcy przypięci prowizorycznymi pasami biodrowymi są dokładnie tak samo bezpieczni jak nieprzypięci żadnym pasem. A że kanapa jest cholernie niewygodna do długiego siedzenia (oparcie kończy się na wysokości pleców, więc nie ma jak oprzeć głowy), po 20 minutach jazdy zdecydowaliśmy się na jazdę w stylu hippie – siedzą gdzie chcą, łażą po aucie jak chcą, jak chcą to śpią na łóżku, jak chcą to na kanapie.

Na dłuższych trasach dało się nawet rozegrać mecz rugby. Lub siatkówki. Lub czegokolwiek.

Muszą przestrzegać tylko jednego, jedynego bezwzględnego warunku bezpieczeństwa – nie otwieramy lodówki w czasie jazdy. Bo rodzicom butelki piwa wypadają.

Postój. Można otworzyć lodówkę.

Spojrzenie do krawędzi wszechświata

Drugiego dnia pogoda wciąż pochmurna. Gdy wychodzimy z hotelu zaczyna siąpić deszczyk. Nucąc refren piosenki, która obłąkańczo przyczepiła nam się do głowy idziemy piechotą w stronę Griffith Obserwatory.

„Seems it never rains in southern California” – nuci Michał, nucę ja, w przerwach rzucając polskimi przekleństwami. Jest zimno, 17 stopni Celsjusza, wstępujemy do Starbucksa po ciepłą kawę i do kompletu prawdziwe, PAPIEROWE wydanie New York Timesa (tak, piszczałam, ale po ciuchutku i nikt nie zauważył). Kilka kroków od wyjścia Michał niechcący rozlewa moją latte. Wraca do kawiarni po drugą, sprzedawca kojarząc go sprzed chwili pyta co się stało, a potem całkiem gratis nalewa nową grand latte.

Droga do parku wiedzie przez przyjemniejsze, czytaj bogatsze, okolice L.A. Domy – znów jak z filmu – z okiennicami zamiast żaluzji, zielone ogrody (zielone! A jesteśmy w miejscu, gdzie brakuje wody), schludne ulice.

Docieramy do parku, deszczyk ustał, robi się cieplej i przyjemniej. Przez korony drzew dostrzegamy, że zaczyna się wypogadzać. Chłopcy biegają ze swoimi mieczami ninjów i nowymi modelami nerfów (wybłagali w supermarkecie wysuwając argument, że w Ameryce broń jest legalna i lepiej jest ją mieć niż nie mieć). Jest przyjemnie, wakacyjnie. Robimy piknik w wyznaczonym miejscu, gdzie nawet betonowe barierki imitują gałęzie, żeby było odpowiednio w stylu.

Betonowe barierki imitujące drewniane bale

Wędrujemy dalej, gdy w pewnym momencie, nagle, jak nożem uciął zmienia się krajobraz.  Znikają dające parkowy cień zielone drzewa, kończą się trawniki. Robimy krok i znajdujemy się półpustynnym krajobrazie. Droga pnie się do góry piaszczystą, pylistą drogą. Suche rośliny nie dają żadnego schronienia. Na niebie żadnej chmurki. A my wychodząc z hotelu założyliśmy długie spodnie i nie wzięliśmy nic na słońce, bo przecież wiało i padało. Ups.

o
Ostatnie parkowe drzewa. Za nimi krajobraz pustynny :)

Wspinamy się, a dzieci marudzą coraz bardziej. Im bardziej one marudzą, że za gorąco, że muchy, że zaraz umrą, tym bardziej my chcemy pokazać, że się nie poddamy. Wspinamy się dalej, choć pchanie wózka w takim żarze nie należy do naszych ulubionych czynności. U naszych stóp coraz bardziej widać wielkość L.A., ale nie mamy sił podziwiać. Z ledwością udaje mi się zrobić sobie zdjęcie z Kajem na tle kultowego napisu Hollywood. Chwilę później Kaj, który już w Australii fatalnie znosił upały, słania się na nogach. Mamy oczywiście wodę, którą co chwila popijamy, ale to mu nie pomaga. Cały czerwony i powłóczący nogami stanowi obraz rozpaczy. Biorę go na plecy i tak obładowana robię ostatnie kilkaset metrów podejścia starając się nie patrzeć do góry, żeby nie sprawdzać, ile mi jeszcze zostało.

Gdzieś przy końcu (końcu drogi i końcu mojego życia) słyszę z okolic pleców dramatyczne wyznanie: O Jezu, zaraz umrę.

No ja cię go! Jak ta mucha, co cały dzień siedziała na orającym koniu, a pod wieczór rzekła: ale żeśMY się napracowali!

Z tyłu słynny napis. Bliżej nie byliśmy.
Zmęczony Kaj na plecach mamy. Obok dzielny i wytrwały Tolek.

Docieramy na szczyt i padamy na … zielony trawnik. Nie wiem jak go tu utrzymują, ale w tej chwili mogę w podziękowaniu ponucić amerykański hymn.

Panorama Los Angeles u stóp

Obserwatorium Griffith jest nieziemskie – w interaktywny i ciekawy sposób opowiada o kosmosie. Powstało z woli jednego człowieka – Griffith J. Griffith, który w testamencie zapisał miastu teren parku oraz zostawił fundusze na budowę samego obserwatorium. Pełni funkcję miejsca edukacyjnego dla zwykłych ludzi, a nie ośrodka badawczego i to naprawdę tutaj czuć. Publicznie dostępne teleskopy (w określonych godzinach), trzecie w USA co do wielkości planetarium, wystawy, od których nie da się oderwać. W jednym skrzydle pokazane są zjawiska takie jak pory roku i zmiany na kuli ziemskiej, mechanizm pływów w związku z księżycem, tablica Mendelejewa z okazami wszystkich pierwiastków (u chłopców entuzjazm wzbudził kryptonit, który jak wiadomo jest jedyną rzeczą, której boi się Supermen). W drugim można doświadczalnie zrozumieć, jak działa teleskop oraz modelem takowego poobracać.

Ale dla mnie największy czad był na niższym piętrze, które w całości poświęcone było naszemu Układowi Słonecznemu.

Wielka sala całą jedną ścianę miała zajętą przez tzw. Big Picture. Jeśli się stanie w nocy na dworze i zasłoni kciukiem odsuniętym od naszych oczy na odległość ok 30 cm fragment nieba, to właśnie ten fragment powiększony przez teleskopy jest tym Big Picture. Dzięki niesamowitej aparaturze możemy na nim zobaczyć ogrom kosmosu. Stałam na platformie przed zdjęciem i byłam zafascynowana. Niby zdjęcie jest płaskie, ale gwiazdy mają naturalną zdolność tworzenia trójwymiaru. Najbliżej nas są (były) komety i asteroidy w naszym systemie słonecznym. Gwiazdy są bardziej odległe, ale wciąż znajdują się w naszej galaktyce. A poza Drogą Mleczną są inne galaktyki, leżące 50 milionów lat świetlnych od nas. A to i tak nie jest tak daleko jak w przypadku kwazarów, które mimo, że na zdjęciu, to znajdują się biliony lat świetlnych od nas. Zawsze, gdy próbuję sobie to wyobrazić, zaczynam czuć swędzenie i irytację w głowie – ewidentnie jestem humanistką i liczby powyżej miliona zaczynają mnie drażnić swoim nonsensem ogarnięcia czegoś niewyobrażalnego, choć policzalnego. Wolę stać, patrzeć i czuć się drobiną, a jednocześnie zastanawiać nad kwestią, jak to możliwe, żeby drobina była ważna. I jak daleko jest dalej. I co jest po dalej. Gdzie jest druga ja? No bo przecież jak coś jest tak nieskończone, to musi być powtarzalne. Czy wszechświat ma krawędzie, czy jest pętlą? Ja jeśli jest pętlą, to co jest poza pętlą? Czy my istniejemy tylko mgnienie w historii wszechświata? I czy takich wierzących w swoją wyjątkowość istot na wybranej planecie było więcej? Czy koniec jest nieunikniony? Czy nauka może coś z tym zrobić, czy jest tylko beznadziejną próbą oszukania losu?

Niebo to filozofia, nie astrofizyka.

Na wystawie można było zważyć się na każdej planecie, zbadać powierzchnię księżyca, nauczyć się poprawnie adresować i wysłać pocztówkę do dowolnego miejsca w kosmosie.

Przy makietach planet zastygliśmy porażeni różnicą wielkości Ziemi, która dla nas jest centrum wszechświata, a wielkością Jowisza. Zobaczyć to w skali, a nie jako suchy fakt w książce to jednak co innego.

Mogliśmy potrzymać kawałek prawdziwego meteorytu i dotknąć fragmentu lawy z Księżyca oraz powierzchni Marsa.

Chłopcy na długi czas utknęli przy maszynie, na której projektowali wielkość, prędkość i kąt uderzenia meteorytu o Ziemię i byli zachwyceni za każdym razem, gdy udało im się wysadzić naszą planetę w drobny mak.

Odpowiedni kąt i siła i BUM. Nie ma Ziemi!

Potem piknik na trawniku, rozgrywki bejsballowe, chwila beztroski dla dzieci (czyli bez rodziców mówiących, że musimy iść coś zwiedzić). Wakacje.

Zejście w dół było już czystą przyjemnością. Dzieciaki skądś nabrały sił i zamiast schodzić wyznaczoną ścieżką włażą na każde możliwe wzniesienie, przedzierają się przez doły, krzaki, zarośla. Nasze próby pohamowania ich (to jest pustynia, tu mogą być węże) nie działały. Na pytanie: czy naprawdę musisz tam włazić w odpowiedzi usłyszeliśmy od Tolka:

– Przepraszam mamo, ale co ja poradzę na to, że należę do tych ciekawskich dzieci? A ty Kaju, do jakiego gatunku dzieci należysz?

Drzewo masakrowane przez dzięcioła

Słońce jest już nisko, więc po drodze mijamy ludzi traktujących wspinaczkę na górę jako formę fitnessu. To ostatecznie L.A, tu zawsze musisz być fit, bo sława czeka za rogiem. Są więc super umięśnione laski – idealnie opalone, z mięśniami doskonale wyrzeźbionymi jak z Photoshopa, wbiegają w obcisłych szortach i stanikach, na górze oblewają się wodą z bidona doprowadzając do śmierci z szoku i pożądania turystów japońskich, i wracają w dół. Są starsi panowie, którzy truchtają w pełnym dresie (nie wiedzą, że jest upał?) i kowbojskim kapeluszu – nie jestem pewna, czy biegną bo lubią, czy to raczej jakiś ich prywatny happening pokazujący idiotyzm biegania.

Są Latynoski, które zwykle bardzo seksowne do dwudziestki piątki, potem przegrywają z genetyką i nabierają więcej krągłości niż to w LA akceptowalne. Więc też wbijają się w legginsy i topy i z miną wyrażającą cierpienie i ból, z rezygnacją próbują podbiegać na górę. Są też w końcu Azjatki – te urocze krągłe chińskie panie, a nie te chude staruszki. I one mijają mnie w srebrnych dresach, jak z folii spożywczej. Jedyne co mi przychodzi na myśl, że jest to jakiś specjalny kombinezon, wspomagający odchudzanie w myśl dziwnej zasady, że im więcej się pocisz, tym jesteś lżejsza.

A my schodzimy i co chwilę stajemy, bo panorama Los Angeles nie pozwala się zignorować. Próbujemy, ale oczywiście nie dajemy rady aparatem jej objąć i pokazać tego ogromu. Miasto jest gigantyczne. Z góry widać siatkę prostopadłych ulic, wyraźnie wybijające się ku niebu biznesowe Downtown, i tysiące kilometrów kwadratowych przedmieść.

Miasto z poziomu ulicy brzydkie, tłoczne, samochodowe z kiepską przestrzenią publiczną, z góry i w oddaleniu hipnotyzuje.

Mieliśmy w planach zobaczenie jeszcze wieczornej panoramy z punktu widokowego na Muholland Drive, ale niestety czasowo się nie wyrobiliśmy. Musieliśmy jeszcze zrobić zakupy przed ruszeniem w dalszą drogę i byliśmy naprawdę wykończeni.

Po powrocie do hotelu, ja zostaję z dziećmi na basenie, a Michał jedzie Uberem do Walmarta po fotelik dla Stefki. Gdy wraca późnym wieczorem, kładziemy dzieci spać i pakujemy się na jutro. Och, jutro! Jutro zaczynamy naszą amerykańską przygodę!

Dodatek o Los Angeles

Splendor miasta, zabawa w bogaczy, kolekcjonowanie przeżyć w stylu jazdy Lamborgini po Rodeo Drive – to nie nasze opowieści. Ale dla porządku reporterskiego krótka lista atrakcji miasta reklamowanych w setkach ulotek dostępnych w każdym tutejszym najmarniejszym motelu:

– wynajęcie luksowego/sportowego auta lub limuzyny i przejazd po Beverly Hills lub Bel Air

– loty helikopterem nad miastem

– zakupy na Rodeo Drive – ostoi luksusu, mody i unikalnego stylu życia

– Venice – amerykańskie wyobrażenie o Wenecji – czyli amerykańskie domki, centrum handlowe, sklepiki i punkty rozrywki nad kanałami, po których można pływać gondolą

– zakupy w Universal City Walk

– zwiedzanie wytwórni filmowych

– Legoland i Disneyland (są tak blisko jak na warunki amerykańskie, że reklamuje się je jako atrakcję L.A.)

No jest jeszcze oczywiście legalna marihuana. W ulotce reklamują się punkty sprzedające lub dostarczające towar prosto do domu. Wielkie hasła i bilbordy zachęcają do sztachnięcia się i „have fun”.

W drodze do Joshua National Park mijamy ogłoszenie o sprzedaży kilkuhektrowej!!! zadaszonej plantacji cannabies na sprzedaż. I pomyśleć, że u nas idzie się siedzieć za jedną doniczkę.

Dla wiadomości podam, że palenie jest dozwolone albo w prywatnym miejscu albo w specjalnie do tego celu przeznaczonych pomieszczeniach/kafejkach. Zabronione jest palenie w miejscach publicznych, a także na terenach federalnych (narodowe parki, porty, lotniska, budynki urzędowe).

I jeszcze na zakończenie – Eskimosi mają ponad 100 określeń na śnieg. Amerykanie mają ponad 200 określeń na gandzię.

Zmarźnięte Anioły w American Dream

Dwa dni w Los Angeles to jak dla mnie wystarczająco dużo. Co prawda patrzę na mapę i czuję się trochę jak dziecko w sklepie z zabawkami – nazwy tak znajome, niosące tyle wspomnień. Beverly Hills (90210 – zdecydowanie wolałam niegrzecznego Dylana), Bel Air (młody Will Smith, mniam), Melrose Place (seksowny Grant Show. Nie mogę, po prostu nie mogę uwierzyć, że dożyłam czasów, gdy gość zagrał Blake’a Carringtona w remake’u Dynasty !!!), Muholland Drive (Lynch, niezrównany Lynch).

Ale nie jestem już dzieckiem. Wycieczka jednym z setek busów hop on – hop off, żeby obejrzeć sobie płoty od rezydencji sławnych i bogatych jakoś mnie (już) nie kręci.

Jest też oczywiście mnóstwo atrakcji typu muzeum tego, muzeum tamtego, ale w większości to kicz turystyczny opakowany w złotko. Nie kupujemy tego. Może już opanowaliśmy sztukę unikania turystycznego tombaku, a może po prostu jesteśmy zmęczeni lotem. Nie wiem. Przy śniadaniu serwowanym w hotelu (same donutsy z paskudnymi posypkami lub – wersja zdrowotna – kolorowe płatki z mlekiem; pierwszego dnia dzieci były zachwycone – Pączki na śniadanie i można jeść, ile się chce! – to trzeciego dnia pytały, czy możemy na śniadanie iść gdzieś indziej) oglądamy turystyczne ulotki. Kolorowe, pełne krzyczących nagłówków, rabatów i specjalnych ofert. Aż się dziwię, że jeszcze nie wymyślono tutaj gazet z migającymi neonami na każdej stronie.

Szczerze mówiąc nie bardzo wiemy co robić. Przejażdżka po alei z najdroższymi butikami (Rodeo Drive) jakoś nie jest na naszej liście „100 rzeczy przed śmiercią”. Zresztą na tej „200 rzeczy…” też nie. Wytwórnie filmowe pasują nam bardziej – chociaż jedną moglibyśmy zobaczyć, ale wszędzie ciekawsze programy mają ograniczenie wiekowe od 8 lat.

Jednak tuż koło naszego hotelu jest Aleja Gwiazd. Więc pierwszego dnia walcząc wciąż z jet-lagiem kierujemy się w tamtą stronę, po drodze zaczynając nasz romans z amerykańskim stylem życia.

Na początek najważniejsze – wizyta w T-mobile, żeby kupić tutejsze karty telefoniczne z pakietem danych. Jeszcze tego nie wiemy, ale to był kiepski wybór – ta sieć ma w Ameryce beznadziejny zasięg, właściwie tylko w większych miastach, a my takie będziemy omijać. Teraz jednak polegając na marce, która w Europie nigdy nas nie zawiodła, wchodzimy do środka. I już od progu uświadamiamy sobie, kto tak naprawdę liczy się w tym kraju – żołnierze.

W prawie każdym punkcie usługowym są jakieś specjalne oferty dla weteranów, żołnierzy i wojskowych rodzin. Wychodzi na to, że Amerykanie naprawdę wciąż wierzą w to, że ich dzielni chłopcy walczą o wolność i sprawiedliwość na całym świecie. Trochę przypomina nam to ten kawał o dżinie. Znacie?

Para małżeńska gra w tenisa, gdy nagle piłeczka odbita zbyt mocno wybija okno w pobliskiej willi. Stremowani dzwonią do drzwi, wchodzą do środka i w ogromnym salonie znajdują nagiego gościa, który trzyma ich piłeczkę w dłoni. Zaczynają przepraszać, tłumaczyć i obiecywać pokrycie kosztów szyby, gdy gość mówi:

– Nie, nie. Słuchajcie, wasza piłka rozbiła wazę, w której byłem uwięziony od czterech tysięcy lat. Jesteście moimi wyzwolicielami. Od dzisiaj będę spełniał każde wasze życzenie. Tylko jest jeden warunek – tak długo byłem uwięziony, że po prostu muszę z panią uprawiać dziki seks. Cztery tysiące lat, rozumiecie…?

Małżonkowie popatrzyli na siebie i od razu wiedzieli, że to dość niska cena za posiadanie na własność dżina spełniającego życzenia. Nawet nie musieli niczego uzgadniać.

Żona poszła więc z dżinem na górę do sypialni i pół dnia spełniała jego zachcianki. Mąż cierpliwie czekał na dole. W myślach robił listę życzeń i nawet nie denerwował się zbytnio rosnącymi rogami.

W końcu goły gość i żona zeszli na dół.

– No dobrze, to teraz zacznij spełniać nasze życzenia – powiedział mąż.

– Tacy dorośli, a wciąż wierzą w dżiny – odpowiedział właściciel willi.

No więc niektórzy wciąż wierzą w dżiny, a niektórzy w zbrojną walkę o wolność na świecie.

Potem wchodzimy do supermarketu, żeby kupić jakieś przekąski i wodę na spacer. Dostajemy zawrotu głowy od produktów i ich rozmiarów, ale o tym później.  Najważniejsze odkrycie w Ameryce – oni tu nie mają gazowanej wody. Jedyna jaką znajdujemy ma dodatki smakowe, a więc i cukier. Natomiast ta butelkowana nie zawiera żadnych minerałów i zgodnie z przewidywaniami smakuje jak woda destylowana. Przez następne tygodnie będziemy się ratować wyciskając do niej cytryny i pomarańcze.

Natomiast przed supermarketem stoi dyspozytor wody, gdzie można napełnić swój wielorazowy baniak na wodę. Ameryka Ameryką, ale akurat w Los Angeles są świadomi kryzysu klimatycznego i próbują wdrożyć różne działania mające na celu ograniczenie zużycia plastiku i oszczędzanie wody.

Dyspozytor wody prosto z lodowca

Spacer po Hollywood Blvd trochę rozczarowuje. Takie to wszystko brudne, chaotyczne, zaśmiecone, oblepione szyldami i ogłoszeniami. Chociaż przyznaję – na widok typowych obrazków, tak bardzo znanych z filmów czuję chęć skakania do góry i szczypania się, że w końcu tu jestem. Prawdziwy amerykański parkomat, kultowy skrót Ped Xing (Pedastrian Crossing), znajome ulice, znajome nazwy. Prawie jakbym wracała do miejsca, w którym już byłam. Być może przez to właśnie skrzyżowanie przejeżdżał Mick Haller w swoim lincolnie, a za tamtym rogiem Axel Foley próbował rozwikłać zagadkę zabicia jego kumpla? Gdy mijamy sąd, zwykły sąd, muszę się zatrzymać. To mój symbol Ameryki. Lata całe połykałam amerykańskie trillery prawnicze. Do dziś gdy potrzebuję resetu i chwili oddechu przy lekturze, która nie wymaga skupienia i refleksji, sięgam po jeden z nich. Ponieważ w znakomitej większości są pisane przez byłych prawników, to podstawy amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości miałam kiedyś w małym paluszku :) i studiując prawo musiałam łapać się na pilnowaniu, żeby mi się reguły nie poplątały. Natomiast „Prawo amerykańskie” prowadzone przez prof. Tomaszewskiego zdałam śpiewająco. A teraz tu byłam – przed sądem. Miałam straszną ochotę skorzystać z prawa do jawności posiedzeń i pójść na rozprawę jako widownia. Jakąkolwiek rozprawę, może być wstępna, na której wyznacza się kaucję i inne pierdoły, nic wielkiego i głośnego. Chciałam zobaczyć tych mitycznych prawników, sędziów, woźnych, oskarżonych. Niestety ten konkretny są był nieczynny w tym momencie, a nie bardzo mieliśmy czas szukać innego, plus organizować w tym czasie zajęcie dla chłopaków. Następnym razem. Coś musi zostać na następny raz.

Jedna z głównych ulic Los Angeles, a wygląda jak podupadające miasteczko z lat 80-tych
Parking dwupiętrowy :) Całkiem zmyślne rozwiązanie, ciekawe co na to mieszkańcy naszego miasteczka?
Ach, te amerykańskie skróty słów za pomocą pojedynczych liter
Parkomat, Michał, prawdziwy AMERYKAŃSKI parkomat!!!!
Sąd. Zamknięty, ale jeszcze kiedyś będę w środku (chociaż jak to mówią: careful what you wish…)

Spacerujemy dalej, a ja ile razy widzę czerwoną łapkę zmieniającą się w białego ludzika na sygnalizacji świetlnej tyle razy mam ochotę przejść przez skrzyżowanie jak cudowna Jane Fonda w jednym z odcinków „Grace i Frankie”.

W końcu dochodzimy do celu. A raczej początku celu. Gwiazdy w chodniku owszem są, ale na tej wysokości te mniej znane. Robimy kilka zdjęć i rezygnujemy z dalszej drogi. Nie mamy cierpliwości i potrzeby, żeby dojść do tych najjaśniejszych, bo ostatecznie to tylko kawałek metalu wtopiony w beton.

Zawracamy i po drugiej stronie ulicy zderzenie z amerykańską kulturą nr 2 – sklep z przebraniami. Wielkość średniego supermarketu. Jest tu absolutnie wszystko. Maski każdego potwora, fikcyjnej postaci, polityka, zwierzęcia. Peruki w każdym kolorze i z każdą fryzurą. Gotowe stroje dla dorosłych (Statua Wolności skradła nasze serca), dzieci i wszystkich pomiędzy. Całe długie regały z akcesoriami do strojów – sztucznymi palcami, pistoletami, sieciami Spidermana, mieczami, dzbankami, wiankami, kapciami. Osobne stoisko z rzeczami do charakteryzacji – setki naklejanych ran, ugryzień, blizn, wyrwanych kawałków mięsa. Dwa rzędy butów. Kilkanaście ruchomych zombie, nieboszczyków wstających z grobu, ociekających krwią nietoperzy i szatańsko chichocząca śmierć – w każdej chwili możesz przecież poczuć potrzebę kupna czegoś na Halloween. Dział z dekoracjami na Święta Bożego Narodzenia. Naprawdę urocze było patrzeć na rubasznych Mikołajów wołających: hoł – hoł – hoł w stronę kłapającego szczęką głodnego wampira.

Dzieci przez pół godziny biegały w amoku rzucając się od jednej rzeczy do drugiej i wszystkie oczywiście musiały mieć. Pozwoliliśmy im się napatrzeć, nadziwić, wywentylować. A potem zapłaciliśmy za jedną wybraną zabawkę – obaj po długich rozważaniach wybrali uzbrojenie Ninja.

Pora obiadowa, więc unikając miejsc typu: pizza i burger (chcemy zmieścić się w naszych fotelach na locie powrotnym) idziemy do urban masala. Jest pysznie, ja z lekką obawą karmię Stefkę (zaraz aresztują mnie za obnażanie? W końcu to purytańska Ameryka), chłopcy toczą pojedynki na swoje ninja-miecze.

A potem decyzja, że mamy już dość miasta i zmykamy do parku. W planach mieliśmy Griffith Observatory, ale to kawałek stąd. Zamawiamy więc Ubera. Przyjeżdża, kierowca Azjata nic nie mówi, gdy do bagażnika wkładamy wózek i wsiadamy ze Stefką na kolanach (nie wzięliśmy do USA swojego fotelika, co będzie wyjaśnione później). Tak wczoraj jechaliśmy z lotniska i było ok. Ale gdy już wszyscy siedzimy zapięci w pasach, kierowca mówi, że nie pojedzie, bo nie ma fotelika dla dziecka, a w rejonie parku jest dużo policji, więc on nie będzie ryzykował. Chwila rozmowy i w końcu anulujemy kurs. Wysiadamy, dzieci zaczynają się przekrzykiwać, chwila nerwowości, Uber odjeżdża. Nie więcej niż minutę później orientuję się, że na podłodze auta zostawiam aparat fotograficzny.

Okazuje się, że i na takie sytuacje Uber ma plan działania. Po 5 minutach auto wraca z kierowcą, który dość słabo mówi po angielsku, ale zrozumiał, że coś zostawiliśmy w aucie.  Nie załapał jednak co i gdzie, więc wybiega i otwiera bagażnik. W bagażniku torebka. Michał mówi, że on zostawił aparat na podłodze tylnego siedzenia. Kierowca wciska mu torbę. Michał mówi, że to nie jego. Kierowca twierdzi, że jego również nie. Inspekcja zawartości odkrywa w środku paszport jakiejś Brytyjki. Mimo nalegań kierowcy nie chcemy jednak przyjąć torebki, zabieramy swój aparat i idziemy byle dalej. Sytuacja tak irracjonalna, że jeszcze przez kilka minut mam wrażenie, że z tyłu nadleci w naszym kierunku ta biedna torebka, rzucona przez nieprzejednanego kierowcę Ubera.

Dochodzimy do stacji metra i po konsultacji z mapą oraz panem sprzedającym wycieczki objazdowe po L.A. odpuszczamy park na ten dzień. Zbyt skomplikowany dojazd, za dużo przesiadek z wózkiem.

Postanawiamy jechać na pobliską plażę w Santa Monica. Na mapie wyglądała naprawdę na pobliską.

W L.A. NIC nie jest pobliskie. To najważniejsze przesłanie, którym chcielibyśmy się podzielić.

Najpierw 25 minut jazdy metrem. Potem przesiadka do shuttle bus, bo jedna ze stacji przesiadkowych metra była remontowana. Pomocni panowie w kamizelkach na każdym kroku wskazywali nam drogę, pomogli zapakować się do autobusu, zapewnili, że bilet jest ważny.

W autobusie ogarnęły nas wątpliwości, gdzie wysiąść. Michał zaczął iść w stronę kierowcy, gdy zaczepił go pasażer, który spytał czy może jakoś pomóc. Takich właśnie ludzi spotykaliśmy w tym mieście. Jak tylko ktoś zauważył nasze zagubienie, od razu oferował pomoc. Przy wchodzeniu do budynków zawsze znalazł się ktoś, kto przytrzymał drzwi przed wózkiem dziecięcym. Co jakiś czas ktoś mówi komplementy dotyczące dzieci (dwójka ninjów w pełnym uzbrojeniu oraz drepcząca pomiędzy nimi mała panienka zwracają uwagę), a jeszcze częściej po prostu spotykamy się z uśmiechami. Uśmiechał się do mnie transwestyta siedzący naprzeciw na siedzeniu w metrze, gdy na moich dwóch kolanach tuliło się do mnie dwoje dzieci. Uśmiechał się pan na przystanku autobusowym, ochroniarz w supermarkecie, pani z zakupami, której Kaj przebiegł tuż przed wózkiem. Tu ludzie chyba się po prostu uśmiechają. Miła odmiana po polskich stewardessach.

Gdy dotarliśmy do drugiej linii metra, czekało nas jeszcze 40 minut jazdy do oceanu. Teraz już rozumiem, o co chodziło kiedyś jednemu chłopakowi, który w reportażu o gangach L.A. mówił, że mieszka w nim całe życie, ale jeszcze nie był nad oceanem. Bo daleko (tego właśnie nie ogarniałam, ale teraz już wiem), a poza tym jadąc tam musiałby przejść przez ulicę drugiego gangu, więc pewnie nad ocean i tak by nie dotarł żywy.

W końcu jesteśmy. Najpierw próbujemy rozgryźć przejście dla pieszych jak z obrazu M.C. Eschera – najwyraźniej tylko my potrzebujemy chwili, żeby zrozumieć kiedy i jak iść. Gdy to już odkrywamy, uznajemy, że jest to genialne rozwiązanie pozwalające uniknąć idiotycznego dwukrotnego przechodzenia przez ulicę, gdy chce się być w punkcie po przekątnej skrzyżowania.  

Skrzyżowanie Eschera to nic dla prawdziwego Ninja

Potem krótki spacer falującym deptakiem i ponad tłumem głów dostrzegamy stalowy odcień wody.

Pogoda paskudna, 22 stopnie, duży wiatr, pełne zachmurzenie. Dzieciom w softshellach jest tak zimno, że oddajemy im swoje.

Jestem fanką oceanów. Fale, kolor, zapach jest moim narkotykiem. Ale tutaj – porażka. Hałaśliwe, zatłoczone molo, park rozrywki, uliczni sprzedawcy śmierdzącego starym tłuszczem jedzenia.

Na samej plaży nie lepiej. Zimno, ponuro, tłoczno. Są tu rodziny z dziećmi z amerykańskim optymizmem ignorujące temperaturę, grupy nastolatków próbujące wyglądać jak właściciele plaży, lekkomyślni pływacy, turyści, bezdomni.

Ale dzieciaki ulegają magii wody i zaczynają odwieczną zabawę w uciekanie przed falami. Patrząc na ich radość spędzamy tam dwa kwadranse. Fajnie jest siedzieć na plaży i patrzeć na swoich synów, już tak dużych i tworzących niezwykłą parę przyjaciół. Doskonale się uzupełniają, co tym razem objawia się podpuszczaniem Kaja przez starszego brata, żeby sprawdził temperaturę wody. Ręka na plecach i zachęcający okrzyk: Dasz radę, będziesz taki dzielny jak ja – skutkują. Młodszy, którego problemem jest absolutny i totalny brak przewidywania konsekwencji i ogromny entuzjazm do sprawdzania empirycznie każdego pomysłu, wbiega do oceanu.

W końcu – jak zwykle i jak zawsze – fala okazuje się szybsza i Kaj przemacza buty, spodnie i mój softshell. Sekundę po tym, gdy mówiłam, żeby nie wchodził tak daleko do wody, bo zamoczy ubranie. Wracamy.

Znów długa jazda naziemną linią metra przez niekończące się przedmieścia z miłymi w sumie domkami, gdzie jednak kraty w każdym oknie wprowadzają pewien niepokój. Drugą rzeczą, która zwraca naszą uwagę to pasażerowie – sami czarni, Latynosi i trochę Azjatów. Nikt z nich nie był białym kołnierzykiem, nikt nie był w garsonce lub garniturze. W Los Angeles komunikacją publiczną nie jeździ biała średnia klasa.

Mimo to ani razu nie czuliśmy się zagrożeni (pewnie dlatego, że jednak jechaliśmy za dnia i linią nie przechodzącą przez zakazane obszary gangów). Gdy przy kolejnej przesiadce wchodzę do wagonu z Kajem na rękach, bo biedak zasnął w tych przemoczonych ubraniach, duży, ponury, czarny mężczyzna, który spokojnie mógłby być co najmniej zastępcą szefa Gangu Bardzo Groźnych Tatuaży i Skórzanych Ubrań (o ile oczywiście ktoś taki jeździ metrem), ustępuje mi z uśmiechem miejsce.

A gdy z tym samym wiszącym tym razem na Michała ramieniu Kajem stoimy na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło, stojący obok uzbrojony policjant podchodzi i pyta czy wszystko w porządku. Wyjaśniamy, że dziecko zasnęło, bo to był długi dzień i jet lag go w końcu pokonał. Policjant kiwa głową i zaczyna się jedna z dziesiątek gadek – szmatek, które tutaj się uprawia codziennie, i które zaczynają nam się podobać.

Ciekawe czy po dwumiesięcznym pobycie wyrośnie nam specjalny mięsień na twarzy służący do uśmiechu, tak jak psy mają specjalny mięsień do robienia maślanych oczu (to fakt, wilki tego nie mają, widzieliście kiedyś wilka z maślanymi oczętami?)?

Wykończeni docieramy do hotelu i zasypiamy prawie natychmiast. Jeszcze tylko Stefka jest rozchwiana i nie bardzo łapie kiedy jest noc, a kiedy dzień, ale powoli udaje nam się ją przestawić. Hydroksyzyna jest niezastąpiona ;)

Powiedzieliśmy, że w tym kraju są takie pieniądze, które na całym świecie są synonimem bogactwa. Jak myśl wpadła do głowy Kajowi, który natychmiast ją przetestował? Obrzucić się dolarami w pokoju budżetowego motelu…

Palę zioło, jest wesoło

Pytają nas, czy nie boimy się tak długich podróży z dziećmi. Nie, nie boimy się. Boimy się nadejścia czasów, gdy na nasze: w tym roku jedziemy do … odpowiedzą: to jedźcie.

Ten moment jest coraz bliżej. W sumie to już teraz słyszymy marudzenia, że nie chcą, że wolą zostać w domu (z komputerem i siecią LTE), że po co i dlaczego i za jakie grzechy i dlaczego bez kolegów z klasy/przedszkola. Ale wciąż mamy nad nimi przewagę fizyczną i szantaż finansowy, więc nie mają wyjścia i jadą.

Po Australii, gdy byliśmy wypakowani w liczbę toreb przekraczającą liczbę rąk, tym razem jesteśmy mądrzejsi. Każda podróż to doświadczenie.

Wiem już, że naprawdę nie muszę brać lekarstw na każdą chorobę świata, tam, gdzie jadę są apteki i wiele rzeczy kupię na miejscu. Więc tylko najpotrzebniejsze rzeczy, w tym antybiotyki na wszelki wypadek, standardowy zestaw przeziębieniowy i po jednym opakowaniu leków na pierwszą pomoc (zatrucie, zapalenie spojówek, alergia). Nasza apteczka, mimo że wciąż ogromna, wygląda tym razem na bardzo mizerną w porównaniu z tą australijską, gdy wzięliśmy kilkanaście bandaży na opatrywanie ukąszonych przez węże kończyn J

Trzecie dziecko też już nie stanowi wyzwania. Pieluch tylko tyle, by dotrwać do pierwszego noclegu. Zabawek sztuk trzy, bo przekonałam się, że podczas podróży wszystko jest zabawką – chusteczki, but, patyk, kamienie, atlas (najlepszy taki na sprężynce, kartki się tak fajnie wyrywają). Najlepszą jest opakowanie po wilgotnych chusteczkach z plastikowym zapięciem – wkładamy tam kawałek sznurka, smoczek, klocek Duplo, brudną skarpetkę, gumkę recepturkę, patyczek i kredkę i Stefka jest wniebowzięta wyjmując to dwudziesty raz w ciągu godziny. Gdy wspominam całą dziecięcą walizkę zabawek targanych dla Kaja na drugą półkulę, to czuję zażenowanie.

Choć i tak najbardziej wstydzę się naszego pierwszego zakupy w podróż po Skandynawii z Tolkiem – turystycznej wanienki dziecięcej, która nawet po złożeniu zajmowała w ciul miejsca. Pierwszym matkom można wetknąć absolutnie wszystko.

Na lotnisko przybywamy więc tym razem z torbami sztuk trzy na 5 osób plus wózek. Lecimy LOTem, bo ma najwygodniejsze połączenie – 13 godzin bezpośrednio do L.A. A podróż długodystansowa samolotem to najtrudniejszy etap wyjazdu z dziećmi.

Choć już tym razem nie jest tak źle – filmy i gry na ekranie przed każdym siedzeniem bardzo pomagają. Chłopcy są już w tym wieku, że wciągają się na kilka godzin w ekran i nie musimy się nimi zajmować.

Ja o oglądaniu filmu mogę zapomnieć – Stefania odkrywa, że słuchawki to jej ulubiony gryzak. Nawet nie to, że się brzydzę wkładania do ucha obślinionego czegoś, ale po prostu po sekundzie próby kabelek jest szarpnięty i słuchawka ląduje w buzi ząbkującego potwora.

W końcu Stefka usypia. No dobrze, przyznamy się – daliśmy jej Hydroksyzynę. Dzięki temu przespała 10 godzin bez wybudzania się za każdym razem, gdy uprzejma polska stewardessa waliła ją w głowę pędząc korytarzem.

Słowo daję, w życiu nie przeżyłam lotu z tak koszmarną obsługą. Stefka śpiąc na moich rękach lekko wystawała poza fotel. Ale żaden z przechodzących pasażerów jej nie potrącał (nawet ci solidnie zbudowani Amerykanie, którzy wykupują po dwa miejsca siedzące ) – umiejętność tą opanowały tylko stewardessy. Ba, potrafiły się wspiąć na wyższy poziom i walić w śpiące dziecko wózkiem cateringowym (na szczęście tym razem nóżkami wystającymi na korytarz). I możliwe, że od wysokości przygłuchłam, ale wydaje mi się, że ani razu nie usłyszałam przepraszam.

Za to gdy poszłam do toalety, to poczułam się jak na podupadającym dworcu kolejowym. Przed toaletą czyjeś wymiociny posypane proszkiem, który miał neutralizować smród, a tylko dodawał efektu wizualnego. Kibel zasikany ze wszystkich stron, nie sprzątany od początku lotu. A na podłodze walający się papier toaletowy. Jeden z kawałków przyczepił mi się do buta, co zauważyłam po wyjściu. Więc odczepiłam go i wrzuciłam na miejsce, czyli do tej toalety. I nie zdążyłam wrócić na miejsce, gdy dopadła mnie jedna z tych przeuroczych stewardess, która oburzonym tonem powiedziała: Miss, you should clean the toilet paper from the floor.

Zatkało mnie. Na sekundę, ale zatkało. W żadnej z dotychczasowych linii lotniczych nie widziałam tak zapuszczonej toalety podczas lotu. I w żadnej nie słyszałam, żeby obsługa kazała pasażerom sprzątać. Pomijam już to, że nie ja rzuciłam papier na podłogę, tylko odkleiłam od buta ten, który już tam leżał niesprzątnięty.

– No chyba sobie żartujesz, kobieto. To ty jesteś w pracy nie ja.

I wróciłam na swoje miejsce. Od tej pory z podwójną uwagą ochraniałam śpiącą Stefkę, bo miałam przeczucie, że stewardessa będzie próbowała się zemścić choćby wylewając na nas gorącą herbatę.

Serio, ten lot to jakaś pomyłka. Panie i jeden pan pracowali z takimi minami, jakby byli na pokładzie za karę. Zero uśmiechu. Zero uprzejmego zagajania. Zero pomocy. Gadżety dla dzieci (kredki i książeczka z zadaniami) wręczane bez jednego słowa. A na końcu podróży byli tak zmęczeni (???), że przy pasażerach narzekali na innych pasażerów, długość lotu i siebie nawzajem. Kwintesencja polskiego buractwa. Czemu? Następnym razem jednak polecimy przez Amsterdam. Lub Monachium. Lub cokolwiek, byle nie LOTem.

 

Na miejsce dotarliśmy, gdy zapadał wieczór. Dla nas to niby był wczesny ranek, ale wyczerpanie robiło swoje. Staliśmy w kolejce do urzędnika, który w zamyśle miał nas sklasyfikować jako niegroźnych turystów lub niebezpieczny element  (ha! znam wasze wszystkie sztuczki z pytaniami, przeszłam wasze szkolenie profajlingowe! Nie zagniecie mnie na żadnej kwestii i nie dowiecie się, że wpuszczacie dwójkę lewaków podpisujących każdą petycję Amnesty International, w tym te o zaprzestaniu łamania praw człowieka przez rząd Stanów Zjednoczonych). Nadeszła nasza kolej, ja spięłam pośladki i już byłam gotowa do bitwy, gdy przemiły pan powiedział do mnie: O twoje odciski palców się źle sczytały. Ale masz dziecko na ręku, więc nie będziemy tego robić jeszcze raz, zaraz tutaj zatwierdzę twoją wizę. 180 dni wam wystarczy? Naprawdę, zamierzacie zwiedzić nasze parki narodowe przez 8 tygodni? Jesteście wspaniali! Koniecznie odwiedźcie Yosemite, to mój ulubiony. Pięknych wakacji wam życzę!

 

I tyle jeśli chodzi o podchwytliwe pytania. Lekko rozczarowana podreptałam za Michałem po odbiór bagażu. Ponieważ lot był opóźniony ponad półtorej godziny moje myśli były w hotelu – rezerwacja obowiązywała tylko do 23:00, i martwiłam się czy nam nie przepadnie. A zadzwonić nie miałam jak, bo koszt raomingu jednak powalał.

Gdy orientowaliśmy się co i jak w nowym miejscu, Kaj odkrył z zachwytem największy wynalazek Ameryki – krany z darmową wodą do picia. Dołączył do niego Tolek i w ten sposób na lotnisku nasze dzieci dały przedstawienie pt. „13 godzin lotu bez kropli wody”. Udało się ich oderwać obietnicą większej ilości takich cudów w mieście.

Zamówiliśmy Ubera i gdy podjechał, pakujemy się do środka. Michał wsadza torby i nagle rzuca: O kurwa! Zapomnieliśmy odebrać wózka dziecięcego z oversize luggage.

Ok, pojadę do hotelu z dziećmi, a Michał zostanie na lotnisku i jakoś spróbuje wózek odzyskać. Ja zaczynam snuć wizje, że podejrzliwi agenci TSA uznają, że wózek jednak jest zakamuflowaną bombą, że męża następnym razem zobaczę za kratkami w Guantanamo, że musimy sprzedać dom, żeby zapłacić za amerykańskiego prawnika – niezły PR mają ci  Amerykanie, nie?

Po 20 minutach jazdy dojeżdżamy do hotelu. Dzieci śpią jak zabite, ja w sumie też z ledwością otwieram oczy, bo w czasie lotu nie spałam pilnując Stefy. To moja 29 godzina na nogach, a nie mam już 20stu lat.

Kierowca pomaga mi wystawić torby na parking, na torbach kładę śpiących chłopców, Stefę biorę na rękę i idę do recepcji. No i się zaczyna.

Pan twierdzi, że ma moją rezerwację, ale nie może mi dać klucza, bo jest nieopłacona. Chcę zapłacić, ale on stwierdza, że karta się nie zgadza – rezerwację robiłam przez booking.com i mimo, że jest na mnie, to podałam tam kartę Michała. Okazuje się, że jest to problem, bo mogę zapłacić tylko tamtą.

Musimy czekać na Michała. Moja wizja, że będę jechać do Guantanamo choćby po kartę staje się coraz wyraźniejsza. Patrzę na śpiących chłopców na torbach, zastanawiam się, czy spędzenie tak nocy w ogóle wchodzi w grę, dochodzę do wniosku, że jednak nie, i postanawiam jeszcze raz spróbować.

– Ale może mógłbyś… – zaczynam mówić odwracając się w stronę recepcjonisty i milknę. Gość stoi na baczność, oczy ma zamknięte, kiwa się w przód i w tył i coś mamrocze. No modli się normalnie. Tylko do czego??? Po chwili siada na krześle z nieprzytomnym wzrokiem, przesuwa przed siebie kalendarz biurkowy i … zaczyna w jego stronę bić pokłony.

No przyznam, że mnie to lekko zaniepokoiło. Jak nic, gość coś przed chwilą sztachnął.

Z ręką na klamce drzwi od recepcji układam plan ucieczki z trójką śpiących dzieci przez nieznane, na pewno opanowane przez gangi, okolice Hollywood.

Nagle recepcjonista potrząsa głową, mruga oczami, patrzy na mnie jakby widział mnie pierwszy raz w życiu i mówi:

– Oh, hello, how can I help you?

– Yyyy, I want to pay for my reservation. – próbuję, ale nogi gotowe do biegu.

– Of course, no problem.

Kalifornia to stan, w którym maryśka jest legalna. Właśnie mam dowód, jak bardzo ułatwia to życie.

Ps. Wózek odzyskany bez problemów i z wielką pomocą przyjaznego personelu. Michał puszczony wolno. Recepcjonista był szczęśliwy do rana.

Terroryzm zdjęciowy

Czy ma Pani wrogie zamiary wobec Stanów Zjednoczonych Ameryki?

Patrzę na Stefkę, 13 miesięcy. Właśnie znów ząbkuje i z uporem psychopaty odgryza kawałek gumowej piłki psa. Pies patrzy zrozpaczony, ale bezsilny. Hm.

– Nie, skądże – wpisuję w jej imieniu.

Nasza ulubiona czynność – wnioski wizowe. Wyjazd poza UE zawiera łyżkę dziegciu, i jakoś nigdy nie mogę spokojnie wypełnić tych idiotycznych formularzy.

– Czy była Pani skazana za tortury i łamanie praw człowieka?

– Ja nie, ale wasi żołnierze jak najbardziej.

– Czy pracuje pani dla wywiadu obcego kraju?

– Ja nie, ale słyszałam, że wasz prezydent być może.

– Kto w Stanach może potwierdzić, że ty to ty (wolne tłumaczenie: confirm your identity)?

– Hm, miś Yogi? Lub Kevin Costner – powinien kojarzyć mnie z co najmniej setki miłosnych listów wysyłanych w latach 90tych.

– Gdzie zamierzasz spędzić swój pobyt w Stanach?

– Litości, macie ponad 9 milonów km2 terenu, mam się teraz deklarować???

– Podaj adres miejsca, w którymi będziesz spać.

– Chodzi o adres parkingu, na którym staniemy kamperem jednego z 56 dni?

I tak dalej. Idiotyczne pytania, które w zamyśle miały wyłapać złych ludzi. Nie zapomnę jak na służbowym szkoleniu robionym przez ludzi z TSA (Transportation Security Administration) instruktor uczący nas profilowania ludzi, którzy mogą być podejrzani o zamiary terrorystyczne jako pasażerowie samolotu wymienił jedną z cech: za bilet zapłacono kartą kredytową.

Zdębieliśmy. Że co? To wy tam w tej Ameryce latacie z 3 tysiącami w gotówce i kupujecie za to bilet do Europy?

Co kraj to obyczaj.

Wypełniliśmy, wysłaliśmy, zapłaciliśmy. Dzień przed wizytą w konsulacie po godz. 18 przychodzi mail – zdjęcia wgrane podczas składania wniosku, zaakceptowane przez aplikację on-line jednak nie spełniają wymagań i na spotkanie mamy przynieść nowe, pasujące zdjęcie.

No i fajnie. Plan był taki, że do konsulatu pojadę sama, bo dzieci nie muszą, ale teraz muszą. Bo wieczorem nie zrobimy już nigdzie zdjęć, a tak się składa, że w konsulacie jest automat, który za jedyne 30 zeta wykonuje poprawne fotki.

Więc rano pakujemy się do auta i nagle refleksja – w mailu było napisane, że automat przyjmuje tylko gotówkę i nie wydaje reszty. Jesteśmy na styk, ale zatrzymujemy się przy jednym bankomacie. Chwilowa awaria.

Jedziemy do drugiego – zlikwidowany.

Trzeci – też awaria. WTF – w nocy był jakiś atak, o którym nie wiemy?

Już spóźnieni (wierzcie mi, ja nie lubię się spóźniać, ale spóźnienie się do ważnego gościa, który może nam zniszczyć wakacje podnosi ciśnienie) zjeżdżamy z trasy na parking w Jankach. Bankomat jest, nawet czynny, ale właśnie obsługa wymienia w nim kasetkę z pieniędzmi. Czekam aż skończą, popędzam, pytam, czy nie mogą mi jakoś z tej kasetki wyjąć 3 razy po 30 złotych. Spojrzeli się tak, jakbym ich poprosiła o pomoc w morderstwie.

W końcu skończyli. Bankomat działa, tylko wydaje po 50 zł. W desperacji biorę trzy pięćdziesiątki, wpadam do MacDonalda, przebłaguję panią, żeby mi choć dwie rozmieniła i pędzimy do Warszawy.

Na miejscu okazało się, że automat do zdjęć owszem nie wydawał reszty, ale oprócz gotówki akceptował zwykłe karty. I fakt zapłacenia za zdjęcia kartą zamiast gotówką NIE sklasyfikował mnie jako podejrzanej o zamach. Tym razem.

A urzędnik za szybką zadał mi jedno, jedyne pytanie:

– Dlaczego nie przyjęła pani nazwiska męża?

Już miałam zgrabnie odpowiedzieć standardowo: Bo nie jestem autem, żeby zmieniać tablice rejestracyjne w zależności od właściciela.

Ale przypomniałam sobie, że w USA żartowanie sobie w obecności urzędnika = żartowanie z urzędnika = agresja wobec urzędnika = 20 lat więzienia stanowego.

– Ach, bo widzi Pan, mam długie imię, i jak dodam do tego długie nazwisko, to nie zawsze będzie wystarczająco miejsca na różnych dokumentach do podpisania.

Pan pokiwał ze zrozumieniem głową, coś wpisał do komputera i dał mi karteczkę z napisem: Wiza została przyznana.

Zew. I odzew.

Miałam 7 lat, gdy w paczce z zagranicy nieznana ciocia przysłała mi najpiękniejszą sukienkę na świecie. Letnią, różową, z falbanką! i z ogromną, prawdziwą Myszką Miki.

To był wciąż PRL, dość szary i nudny. A ta sukienka… Była cudna. Nosiłam ją codziennie czując podświadomie, że mam w swoim posiadaniu „prawdziwe coś z innego świata”.

Po pół roku przyszedł list od cioci. Pytała mamę, czy podobała mi się wysłana piżamka. PIŻAMKA!

„Jeśli w tej przebrzydłej Ameryce noszą TAKIE piżamki, to jak tam musi być pięknie” – ta jedna myśl, to jedno namacalne doświadczenie zniweczyło cały wysiłek edukacyjno-propagandowy kraju, w którym dorastałam. Zdradziłam ustrój pustych półek bez mrugnięcia okiem. Ceną za mój patriotyzm była piżamka z Myszką Miki. To było pierwsze wołanie Ameryki w moją stronę.

Miałam 12 lat, gdy na Gwiazdkę dostałam od Babci i Dziadka album – Parki Narodowe Świata.

Na okładce było zdjęcie, które mnie zahipnotyzowało – Wielki Kanion Kolorado.

Był 1991 rok, czasy przedinternetowe. Wyciągnęłam odpowiedni tom grubaśnej encyklopedii PWN i tam stosowne hasło opatrzone było:

– mnóstwem nic nie mówiących cyfr (tak jakby ilość metrów w kilku wymiarach miała moc rysowania nieznanego miejsca w wyobraźni)

– informacją, że kanion został odkryty w 1540 r. przez konkwistadora hiszpańskiego G.L. de Cárdenasa. Hm, rozumiem, że natywni mieszkańcy kontynentu tam nigdy nie dotarli, bo nie wyryli na skale: Tu byłem, Winnetou. A kanion przez ten cały czas był nakryty kołderką, aż pewien sprytny Hiszpan nie odkrył go mówiąc: A kuku psotny kanionku! Odkryłem cię!

– nieostrym, rozmazanym, czarno-białym zdjęciem

W Sylwestra 1991 r. pisząc listę planów na kolejny rok w zeszycie w kratkę pojawiło się: Odwiedzić Wielki Kanion. To było drugie wołanie Ameryki.

A potem był sączący się mimochodem mit. Pochłaniane powieści o kowbojach płynnie przeszły w powieści o mordercach, historie obyczajowe w historie wybijające z dobrego samopoczucia. Romanse przeplatały się z kryminałami prawniczymi, opowieści drogi z pamiętnikami.

Sielankowe miasteczka Sparksa, ciepłe, sąsiedzkie Południe u Fannie Flagg (z niewielką nutką rasizmu, zawsze okazującą się nietrwałą wobec dobroci ludzkiego serca – historie będące rosołem dla duszy). Sale sądowe Grishama, wilgotne, bagniste farmy Luizjany, niebezpieczne wielkie miasta oferujące szansę dla każdego, i małe, spokojne miasteczka, których sielankę burzył nieznany psychopata.

Były teksty piosenek, były setki filmów.

Nie będąc ani razu w Stanach, znałam je lepiej niż własne podwórko. Pop kultura kreująca znany wszystkim mit. Ale czyż w każdym micie nie ma źdźbła prawdy?

Wybierając kierunek wyjazdu w tym roku, Ameryka ponownie nie była na szczycie naszej listy. Z tyłu głowy wiedzieliśmy, że kiedyś do niej dotrzemy, żeby na własnej skórze poczuć to miejsce pełne sprzeczności, iluzji, niezwykłych, tak różnych od siebie krajobrazów, kultur, sposobu życia i myślenia.

Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Jest przecież tyle innych, bardziej egzotycznych miejsc.

Jednak nigdy nic nie wiadomo – w maju okazało się, że musimy pilnie zmienić plany i Azję zastąpić czymś innym. Gorączkowe myślenie: w Nowej Zelandii zaczyna się zima, Indonezja wymaga dłuższych przygotowań, choćby ze szczepieniami, w Europie tłumy wakacyjne, Australia – o matko, Australia zawsze i na zawsze, ale może jednak pojedziemy gdzieś indziej.

I jakoś naturalnie pojawiły się Stany. Język znamy, szczepień nie trzeba, dla dzieci bezpiecznie. No i bądźmy szczerzy – bez szoku kulturowego. Wakacje na pełnym lajcie, trochę jakbyśmy w końcu dotarli do miejsca, o którym zawsze wszystko wiedzieliśmy. A jednocześnie w końcu mieliśmy to zobaczyć.

Więc Stany.

Podróż z opowieścią drogi w miejscu, gdzie opowieść drogi się narodziła. Zmierzmy się z tym.