Pejzaż w tonacji lapisowej

Spójrz:
Przeminęło.
Czy nie masz żalu?
Tyle łaski, ale tylko raz.
Bo czekają nowi.
„Czy to wszystko?” nagle pytasz mnie.
Nie znam odpowiedzi.

(Anna Maria Jopek, Spójrz, przeminęło)

Najdłuższy etap naszej podróży po Australii dobiegł końca. To uczucie, którego nie znoszę. Nie umiem sobie radzić z żalem, tęsknotą, koniecznością pogodzenie się z faktem, że już po. Kilka miesięcy temu każda nasza wolna chwila poświęcona była myślom o tej wyprawie. Czytaliśmy przewodniki, szperaliśmy w internecie, wbijaliśmy pinezki w mapę. Wtedy te pozaznaczane punkty były czymś abstrakcyjnym, ot – nazwa z opisem atrakcji. Wyobraźnia tworzyła obrazy, umysł nakręcał się oczekiwaniem nieznanego, ale na pewno wspaniałego. Gdy w końcu 2 stycznia dotarliśmy do Sydney i obudziliśmy się rano, a przez otwarte okno wpadało powietrze pachnące latem, słońcem i hibiskusem, nie mogliśmy przestać się uśmiechać. – Zrobiliśmy to! W końcu tu jesteśmy – mówiliśmy do siebie, ciesząc się jak dzieci. Przed nami była wielka przygoda, z milionem rzeczy do odkrycia, zobaczenia, przeżycia. Wszystko mogło się zdarzyć! Ponad dwa miesiące wędrowki przez Australię, osiemdziesiąt dni w drodze bez celu, bez planu, wydawało się wiecznością. A na pewno bardzo długim okresem czasu. A teraz – już po wszystkim. Już koniec. Wieczność trwała tak szybko, jak zwykle za szybko. Trwała dokładnie osiemdziesiąt dni i ani minuty dłużej. Wiemy już, co się zdarzyło.

Czuję potworne zmęczenie emocjonalne. Pod powiekami, co mrugnięcie, pojawiają się jakieś wyrywkowe obrazy z kempingów na których rozbijaliśmy namiot, wycieczek, krajobrazów. Żeby nie tęsknić, całą siłą woli staram się nie myśleć o nich. Nie rozpamiętywać, nie przypominać sobie. Kiedyś, przy zakończeniu relacji z podroży o Skandynawii pisałam o tym stanie otępienia i zablokowania wspomnień, który jest ratunkiem przed usiądnięciem i zalaniem się łzami. Nie, nie jestem dobra w pożegnaniach.

Z Lightning Ridge do Sydney mamy osiemset kilometrów, dystans nie do zrobienia w jeden dzień z tutejszymi ograniczeniami prędkości, upałem i dwójką dzieci. Zaskakująco jednak udaje nam się przejechać ponad 600 km i na nocleg stajemy w jednym z miasteczek po drodze. Następnego dnia, żeby dotrzeć na kemping docelowy, przejeżdżamy przez znane nam już Góry Błękitne. W ekspresowym tempie krajobraz za oknem zmienia się. Czerwona ziemia, suche krzewy, pustynne lub płaskie outbackowe klimaty nagle zmieniają się w pola uprawne, pastwiska, i wzgórza pokryte bujną, kłującą nas wręcz w oczy zielenią traw i lasów. Czujemy się jakbyśmy podróżowali przez tunel czasu, mamy wrażenie nierealności tego, co widzimy za szybą. Kilka godzin jazdy i z rzeczywistości, w której człowiek musi nauczyć się przeżyć w nieprzyjaznym otoczeniu, trafiamy do miejsca, w którym natura została ujarzmiona i podporządkowana ludzkim zamysłom. Abstrakcja, inna planeta.

Góry Błękitne nas wabią, do Sydney mamy naprawdę niedaleko (phi, co to jest 120 km cywilizowaną dwupasmówką bez kangurów?), postanawiamy większość dnia trochę się powłóczyć.

IMG_4602

Wjeżdżamy do Blackheath i czujemy się coraz dziwniej oraz trochę jakby nie na miejscu. Po pierwsze domy tutaj są jak z najlepszych przedmieść Londynu. Okazałe, murowane, a nie z blachy lub dykty, zadbane, z zaplanowanymi i pielęgnowanymi ogrodami, podjazdem wyłożonym kamieniami pasującymi do ogólnego wystroju posesji, bez rdzewiejącego lub zniszczonego sprzętu wystawionego pod ścianą. Bez wyblakłych od słońca foteli do posiedzenia pod wieczór, bez wraków samochodów pozostawionych jako podręczny magazyn części zamiennych, bez ikonicznych wiatraków pompujących wodę spod wysuszonej na skamieniały pył ziemi. W końcu bez wiecznie zakurzonych na czerwono, obtartych z każdego boku i przerabianych domowym sposobem starych, niezniszczalnych terenówek. Zamiast tego na podjazdach parkują czyste, lśniące auta osobowe, ewentualnie miejskie SUVy, potrafiące co najwyżej bez szwanku wjechać na wyższy krawężnik przed modnym butikiem.

Jedziemy powoli dalej, a po obu stronach drogi klony zmieniają kolor liści. Żółte i czerwone, kołyszą się na gałęziach, będąc wizualnym akcentem potęgującym nasz nastrój końca australijskiej przygody. Zaczyna się jesień, czas odpocząć po wakacyjnym szaleństwie, czas wrócić do domu, zdają się mówić. Jadąc główną drogą milczymy, przytłoczeni myślami, wspomnieniami, początkiem kształtujących się w głowie podsumowań. Niby wiemy, że to jeszcze nie dziś, że jeszcze mamy jeden krótki wypad do Australii Zachodniej zanim wsiądziemy w samolot do Polski, ale jednak. Z tyłu głowy zagnieżdża się nieznośna myśl, że jesteśmy bliżej, o wiele bliżej końca niż początku.

Jest weekend i miasteczko pęka w szwach od jednodniowych turystów z Sydney. Wszystkie miejsca parkingowe wzdłuż chodnika zajęte, kilkanaście kawiarni i restauracji pełnych do ostatniego stolika, gwarno, hałaśliwie i … szpanersko. Ludzie w czystych, wyprasowanych (!) ubraniach prosto z najnowszej, jesiennej kolekcji, w markowych dodatkach i obuwiu, Czujemy się nieswojo, trochę jakbyśmy pierwszy raz przyjechali do miasta z głębokiej wsi. Nie wiemy gdzie patrzeć i na co uważać, jesteśmy trochę zdezorientowani, trochę poirytowani, mamy problem z podjęciem decyzji gdzie skręcić, czy iść na kawę czy na obiad, które miejsce wybrać. Ilość opcji powoduje w nas swędzącą chęć ucieczki i powrotu w outback. Gdzie był tylko jeden pub ulokowany przy jedynej głównej ulicy, przy którym zawsze było gdzie stanąć, a w menu były dwa dania do wyboru. Życie w ten sposób było o wiele prostsze. Tak, z jednej strony brak mnóstwa przyjemności (kilkunastu gatunków mrożonej kawy, lodów, świeżych owoców, czy knajp z kuchnią z każdego zakątka świata), z drugiej jednak brak pokus i wmawiania na każdym kroku, że szczęście zależy od ulegnięcia marketingowym sztuczkom powodowały, że codzienność była spokojniejsza, a drobiazgi o wiele szybciej tworzyły poczucie zadowolenia z chwili. Prościej było dostrzec sedno.

Decydujemy się w końcu podjechać do informacji turystycznej, żeby spytać o krótkie szlaki do przejścia z dziećmi, a w ramach obiadu zjemy resztki zapasów. Możecie nazwać to tchórzostwem, my uznaliśmy, że tak będzie szybciej. A przynajmniej tak sobie powtarzaliśmy.

W informacji turystycznej wśród sydnejskich weekendowych, wystylizowanych turystów też czuliśmy się jak z innej bajki. W mocno podniszczonych, niedopranych (ach te kempingowe pralki) i na pewno nieuprasowanych ciuchach bez metki, w okularach słonecznych porysowanych od piasku pustyni i bez loga na oprawce, z fryzurami wskazującymi na pilną potrzebę odwiedzenia fryzjera lub choćby zakupu grzebienia i suszarki, ech… No dziwaki jakiejś drugiej kategorii byliśmy i tyle.

IMG_4607

Na parkingu przy Govetts Leap Lookout zjedliśmy kanapki przyrządzone z tego, co znaleźliśmy w lodówce i co jeszcze nadawało się do jedzenia, a potem przymocowaliśmy dzieciaki do pleców i poszliśmy na spacer do punktu widokowego Bridal Veil Falls. Tak naprawdę chcieliśmy dojść do Evans Lookut, ale szlak był tak wyczerpujący, że przy wodospadach poddaliśmy się i postanowiliśmy wrócić. Nie wiem, czy nasze pociechy przytyły, czy my po tych outbackowych steakach straciliśmy formę, ale zejście ostro w dół przez 20 minut z pakunkami w nosidłach pokonało nas. A przecież musieliśmy tą samą drogę pokonać w drugą stronę, tyle że tym razem ostro pod górę.

Hm, wspominałam już, że nie przepadam za wyprawami górskimi? Na szczęście wokół nas jesień naprawdę malowała kolorami, więc co kilkanaście kroków stawaliśmy, żeby uchwycić aparatem to, co chcieliśmy zapamiętać z tej wędrówki.

 

IMG_4611

IMG_4613

IMG_4595

IMG_4594

IMG_4592

IMG_4590

IMG_4588

IMG_4586

IMG_4585

IMG_4583

IMG_4582

IMG_4578

IMG_4571

IMG_4570

IMG_4568

Męcząco, jak to w górach, lecz było warto. To znaczy wtedy wlokąc się w tempie starego ślimaka idącego tyłem, sapiąc i dysząc, potykając się o korzenie i kamienie, bo mi pot zasłaniał oczy, naprawdę w wyrafinowany sposób przeklinałam w myślach panie z informacji turystycznej, które nam ten szlak poleciły na krótką wędrówkę z dziećmi. Teraz jednak oglądając zdjęcia tęsknię za widokiem zielonych, bezkresnych grzbietów osnutych błękitną mgłą. I cieszę się, że tam byłam.

IMG_4562

IMG_4560

 

Same wodospady też robią wrażenie. Spadają z zawrotnej wysokości po skałach przywodzących na myśl pierwotny amfiteatr lub jakąś świątynię Matki Natury. Ogromne, przytłaczające rozmachem skalne urwisko całe pokryte jest wiszącym ogrodem mchów, paproci, rosiczek i pływaczy (gatunki roślin żywiących się owadami). Zieleń spija wodę sączącą się po skalnej ścianie, kąpie się w wilgotnej mgle z wodospadów, rośnie, wypuszcza pędy, kwitnie, zachłannie zagarnia kolejne przestrzenie, wspina się po samej sobie, aż w końcu pod własnym ciężarem odpada w przepaść. Nie trzeba jednak długiego czasu, żeby zwolnione miejsce znów pokryło się gęstwiną liści i kwiatów. Magiczne miejsce.

Dlatego właśnie mimo niechęci do górskich wędrówek jednak czasem je popełniam, bo lubię patrzeć na cuda.

IMG_4599

IMG_4604

Na szczęście kolejny był położony 5 minut spacerkiem płaską ścieżką od innego parkingu. Wind Cave, niezwykła formacja skalna, przypominająca te z wyspy Maria na Tasmanii. Tylko tym razem zamiast błękitnego morza dookoła był tajemniczy, pachnący las eukaliptusowy.

IMG_4620

IMG_4618

IMG_4625

To nasze pożegnanie z Górami Błękitnymi. Robimy ostatnie zdjęcia mimo, że wiemy iż nie oddadzą one ogromu, barw i zapachu, ale przymus utrwalenia chwili jest silniejszy niż rozsądek. Ostatnie spojrzenie w ciszy, żeby usłyszeć milion dźwięków – ptaki, cykady, krople wody, wiatr.

panorama

Przed nami Sydney i ostatni rozdział tej wyprawy.

 

 

Mieszkając tutaj nie musisz być wariatem. Ale to uprościłoby sprawę.

Są takie sny, w których groteska z fantazją niczym skazani na siebie przez fatum kumple w poczuciu nieprzemijającego bezsensu piją fioletowe procenty z trójkątnych butelek i snując opowieść tworzą rzeczywistość, która tylko snem być może. Są w nim ludzie, historie, zdarzenia, są ulice i budynki, są zasady i reguły, jest sekwencja wydarzeń logiczna i klarowna, więc jest wszystko by sen był odzwierciedleniem rzeczywistości. Gdy jednak śniący się budzi i próbuje przerażony opowiedzieć, co przed chwilą widział, co przeżył i w czym brał udział, to nie potrafi zdania sensownego sklecić. Jeszcze przed sekundą rzeczy tak oczywiste na jawie tracą zupełnie sens i żeby je przekazać trzeba by pogwałcić zasady gramatyki, a słowa wypowiadać wspak.

I tylko przyśpieszony oddech obudzonego już człowieka i migawki obrazów pod powiekami, gdy oko mruga są dowodem na to, że wszystko to było prawdą, senną prawdą nie gorszą od tej przytomnej. W innym wymiarze, w innej czasoprzestrzeni.

Na przykład w Lightning Ridge.

IMG_4530

IMG_4533

Tu wszystko jest nie tak. Środek australijskiego lata, outback, pora sucha. A deszcz leje tak, że bez szemrania wzięliśmy kabinę na kempingu. Leje przez trzy dni, gdy próbujemy jakoś zwiedzić okolice, a potem złośliwie przestaje. Złośliwie, bo my musimy już ruszać do Sydney.

Choć uczciwie próbowaliśmy zaoszczędzić i wpierw spytaliśmy o możliwość rozbicia namiotu. Wskazano nam spłachetek zielonej trawy pośrodku kamienistej, jasnoczerwonej gleby która jest wszechobecnym podłożem tutejszego krajobrazu. Trawa z daleka zachęcająca, z bliska okazała się cała pokryta kangurzymi kupami. Gdy rezygnując wyjaśniamy panu nasz problem (wszystkożerny raczkujący Kaj), słyszymy:

  • Tak, tak. To te przeklęte kangury srają jakby były u siebie. Staramy się sprzątać, ale one przychodzą, żrą, a potem srają i srają. Choć z drugiej strony co się im dziwić, jak to jedyna zielona trawa w okolicy. Też bym żarł, jakbym był kangurem. A potem… – pan zawiesił głos i się zamyślił, a my bez problemu dopowiedzieliśmy sobie resztę.

IMG_4546

IMG_4547

Na kempingu w ramach odstraszania kangurów mieszkała żaba olbrzymia.

Na kempingu w ramach odstraszania kangurów mieszkała żaba olbrzymia.

A jeszcze potem pan zlitował się nad dwójką dzieci i budżetowymi turystami i mając na uwadze prognozę pogody opuścił cenę całkiem luksusowej kabiny. Niegrzecznie byłoby odmówić. Rozpakowaliśmy auto, zrobiliśmy obiad w luksusowych warunkach, puściliśmy dzieci na podłogę do zabawek i legliśmy na łóżku wśród ulotek. Byliśmy w jedynym miejscu na świecie, gdzie wydobywane są najcenniejsze opale – czarne opale. Czytaliśmy o nim u Sue Williams, najpopularniejszej autorki książek o Outbacku. Narobiła nam smaku opisem miejsca, które miało wyglądać jak stare, dobre miasto pionierów, z jedną główną zakurzoną ulicą, z ludźmi, którzy nie mają przeszłości, za to myślą wciąż o przyszłości, z największą liczbą milionerów na metr kwadratowy, którzy wyglądają jak najbiedniejsi żebracy z szemranych ulic. W końcu tu dotarliśmy, w końcu możemy obserwować, rozmawiać, wyciągać wnioski, ale…

Być może, że po tak długim danym nam czasie słonecznej pogody zaczęliśmy nieświadomie traktować słońce jak tlen i gdy nagle go zabrakło nasze funkcje życiowe zwolniły tempo. Przeglądaliśmy foldery w obłudnozwodniczym tonie zachwalające jedyne na świecie miejscowe atrakcje, sprawdzaliśmy możliwość wycieczki kilkadziesiąt kilometrów do słynnego pubu (słynnego z napisów mających świadczyć o poczuciu humoru), obejrzeliśmy darmowy reklamowy film o mieście i … na nic nie mieliśmy ochoty i siły.

A może Lightning Ridge w deszczu jawiło się jako tak ponure i odstraszające miejsce, że podskórnie nie mieliśmy odwagi opuścić ciepłej i suchej kabiny?

IMG_4534

IMG_4515

IMG_4505

IMG_4504

IMG_4495

Trzy trasy turystyczne oznaczone są trzema kolorami drzwi. Czasem udaje się nie zabłądzić.

 

Pierwszego dnia wybraliśmy się na rekonesans wykupioną wycieczką busem. Dzięki temu mogliśmy w bezpieczny sposób oswoić się z topografią miejsca, którego ulice były aktualnie rozjechanymi błotnymi szlakami, bez nazwy i kierunku, wijącymi się bez sensu pomiędzy blaszanymi ruderami, kopcami wydobytych kamieni z przydomowych kopalni, wrakami aut, bezpańskimi kaktusami i ikonicznymi toaletami. Poza domami ulokowanymi w ścisłym centrum, pozostałe nie mają adresów, więc żeby nie kłopotać listonosza, poczta dostarczana jest im do skrzynek pocztowych zamontowanych na ścianie jednego z miejskich budynków.

IMG_4480

IMG_4485

IMG_4488

 

Ladies

Toilet for Ladies

IMG_4522

Toilet for Gentelman

 

IMG_4418

IMG_4462

IMG_4500

IMG_4499

IMG_4497

IMG_4489

IMG_4461

Przez zaparowane i mokre szyby patrzyliśmy na krajobraz, który wyglądał jak obóz uchodźców na Marsie, gdyby takowy tam istniał. To nie scenografia do jakiegoś delirycznego filmu, to nie skansen dla turystów z Sydney, to nie kiepska obróbka photoshopem, tam naprawdę tak ludzie mieszkają. Okolica Lightning Ridge dzieli się na część miejską, gdzie z jednej strony są normalne domy, szpital, szkoła, kompleks basenów, sklepy, a z drugiej zaniedbane ogródki pełne złomowanego sprzętu, walące się zamieszkane blaszane kontentery, oraz na część pozamiejską przeznaczoną pod działki kopalniane. Z powyższego można by wysnuć wniosek, że kopać można tylko poza miastem i formalnie tak też jest. Ale w takim razie czemu na każdej miejskiej działce stoi garaż – komórka ze szczelnie zamkniętymi drzwiami, gdy auta w tym klimacie trzymane są na zewnątrz? No czemu? I skąd na tych miejskich działkach kopczyki świeżo wykopanej ziemi? Ha. Ja to wiem, wy to wiecie, inspektorzy budowlani to wiedzą, inspektorzy od górnictwa też. I nic. Wiedzą, ale nie wierzą – oto klucz zagadki. W Lightning Ridge wiedza nie stanowi przesłanki do działania, w Lightning Ridge działanie wynika z wiary.

I peer down minershafts searching for the past

Listen for the inland sea that left its mark

On the river created by a crocodile scream

Dreamtime visions of the proud Yarrawoll

Who now stroll down to the Harlequin for a sausage roll (…)

So remember to leave your mark, like a mark in time

I carve words like sandstone when I rhyme

Because deep beneath the surface, hope is surfacing,

Yes, deep beneath the surface, in Lightning Ridge, hope is surfacing.

(Lightning Ridge by Morganics)

Ile filmów ze Strażakiem Samem można kupić za ten kamyczek?

Ile filmów ze Strażakiem Samem można kupić za ten kamyczek?

Mieszkają więc sobie w blaszanych, zardzewiałych ruderach, z obowiązkowymi talerzami satelitarnymi przybitymi do kija, z kijami podpierającymi ściany, które ze znudzenia miałyby już ochotę się położyć, z napisami dającymi ujście frustracji, dobremu humorowi lub zabijającymi nudę. Przyczyna jest dość prozaiczna – zgodnie z przepisami działka kopalniana nie jest własnością tylko dzierżawą. W konsekwencji nie posiada prawa zabudowy trwałym budynkiem i prawo dopuszcza stawianie wyłącznie prowizorycznych, nie związanych trwale z ziemią schronień służących górnikowi. Z drugiej strony kopiący nie mają ochoty na noc wracać do miasta, gdzie mogliby postawić sobie porządniejszy dom, bo kto by im wtedy pilnował szybu? Stawiają więc te slumsowe lepianki, przyczepy kempingowe, łącząc je kolejnymi kawałkami blachy a to jako sufitem, a to jako ścianą.

IMG_4510

IMG_4451

IMG_4420

IMG_4416

IMG_4419

IMG_4478

Mieszkają tam, kopią, szukają i czasem znajdują. Głównie mało wartościowe opale bez ognia w środku lub zbyt drobne, by nadawały się choćby na oczko skromnego pierścionka. Jeśli mają pecha w szczęściu to znajdują kamień, w którym cienka, ciemna, gładka jak szkło linia zwodzi ich sugerując kształtem skąpą warstwę minerału. Tną wtedy ten kamień tak, żeby odzyskać choć i taką ilość, którą można wykorzystać przy produkcji tripletu, opalowego kamyka ze sztucznym podłożem wydobywającym blask iskier z płatka opalu cienkiego jak kartka papieru, a od góry zabezpieczonego szklaną warstwą nadającą półkolisty kształt. Za triplet klient zapłaci jedną setną ceny, którą wydałby kupując czysty opal takiej samej wielkości. I gdy tak w tym zrezygnowaniu tną kolejny bezwartościowy kamień nagle, o jedną setną sekundy za późno, o jeden obrót tarczy tnącej za dużo dowiadują się, że źle ocenili opalizujący ślad w kamieniu. Ze właśnie przecięli czysty opal, który gdyby był ciągle jednością wart byłby ponad sto tysięcy dolarów. Lecz już nie jest i pechowiec, który przekreślił swoje szczęście przez pośpiech, rutynę, nieuwagę lub zmęczenie trzyma w dłoni pokruszone kawałki zastanawiają się tylko czy wyć, zapić czy skoczyć do szybu. Poznaliśmy kogoś, kto stał przed takim wyborem. Na szczęście dla niego bardzo lubił pić.

IMG_4493

IMG_4512

 

IMG_4473

Inny ktoś tonem kaznodziei, tonem któremu w życiu nie odważylibyśmy się przeciwstawić (choć z reguły nie słuchamy się żadnych kaznodziei) podzielił się z nami opowieścią o tym, jak to kiedyś z głupoty napędzanej pośpiechem, żeby jak najszybciej się wzbogacić szukał opali stukając kilofem w skałę. I teraz my też radzimy wam zapamiętać (choć ciężko uzyskać ton kaznodziejski za pomocą czcionki): kilofem się nie stuka tylko delikatnie skrobie. Głaszcze, muska, gładzi, drapie czy co tam wam jeszcze kosmatego przychodzi na myśl. Generalnie wszystko jest dozwolone bez stukania. Pan, który z nami rozmawiał opowiedział o jednym stuknięciu, którym ukryty w skale opal wart pół miliona dolarów roztrzaskał na milion drobinek. Ot tej pory już nigdy (w) nic nie stukał.

IMG_4334

IMG_4336

IMG_4337

W programie wycieczki było też zwiedzanie kopalni Black Hand. Widzieliśmy ulotki, widzieliśmy zdjęcia, ale będąc w stanie snu bez oporu akceptowaliśmy fakt, że rzeczywistość ma prawo być tak szokująca. Święcie wierzyliśmy, że na miejscu największa atrakcja turystyczna Lightning Ridge okaże się jednak czymś innym, niż obrazki w folderze. Czy mieliśmy jakieś racjonalne przesłanki do tej wiary? Nie, przecież to sen.

Wychodek w kopalni to po prostu blaszana konstrukcja nad nieużywanym trzydziestometrowym szybem. Tolkowi się podobało

Wychodek w kopalni to po prostu blaszana konstrukcja nad nieużywanym trzydziestometrowym szybem. Tolkowi się podobało, mi trochę mniej, gdy go trzymałam nad tą dziurą.

Zejście do kopalni Black Hand dla normalnych turystów

Zejście do kopalni Black Hand dla normalnych turystów

A to dla turystów z obciążeniami - winda w szybie. Takie przepisy BHP...

A to dla turystów z obciążeniami – winda w szybie. Takie przepisy BHP…

No więc nie okazała się. Problem w tym, że tak jak nie da się opowiedzieć sennych majaków, tak nie bardzo da się opowiedzieć tego co można zobaczyć w Black Hand pod ziemią. I co z tego, że zobaczycie nasze zdjęcia? Nie zrozumiecie, bo jesteście w pełni świadomi i przytomni. Ale dla porządku ostrzegam i radzę – dalszy post lepiej jednak czytać po wypiciu kolejki. Lub dwóch.

Ron Canlin jest byłym żołnierzem jednostki specjalnej, a przynajmniej takie chodzą słuchy. Nie potwierdza, nie zaprzecza. W 1982 roku kupił porzuconą kopalnię,marząc o zbiciu fortuny na opalach. Jak do tej pory wszystko brzmi normalnie, prawda? Niestety, dla niego i dla nas, wartościowych opali nie znalazł, więc postanowił zorganizować coś dla turystów, którzy jak wiadomo za wszystko chętnie zapłacą. Przystosował jedną z podziemnych komnat kopalni do demonstrowania cięcia opali, a nad wejściem wykuł w miękkim piaskowcu napis powitalny. I wtedy doznał olśnienia. Przypomniał sobie, że od zawsze miał skłonności lekko artystyczne, a teraz właśnie odkrył jak fantastycznym materiałem do rzeźbienia jest piaskowiec. I bum – tłumiona latami pasja wyskoczyła na powierzchnię (pisząc ten tekst korzystam z artykułu w Sydney Morning Herald i z wywiadu jakiego udzielił Ron. Więc nie ironizuję zlośliwie, tylko tłumaczę to, co sam o sobie Ron powiedział, co w tym przypadku wychodzi na jedno…).

Używając narzędzi, które miał pod ręką – kilofa, widelca, rękawicy przekształcił swoją pozornie bezwartościową kopalnię w podziemną galerię sztuki eklektycznej (powtarzam, ja nie ironizuję, ja tu tylko tłumaczę).

Inspirują go (auć!) zdjęcia w gazetach, encyklopediach, książkach. Gdy zobaczy coś co do niego przemawia (uff), znajduje kawałek wolnej ściany i tworzy. W efekcie w komnatach kopalni można teraz niczym w połączeniu sal British Museum z londyńską Tate Gallery i fantazją Madame Tussauds (ok, to mój autorski komentarz) spacerować wśród dinozaurów, gobinów, czarnoksiężników, trzech świnek, Buddy, Atlasa, Supermana, szympanów, lwów, dziobaków, Harry’ego Pottera i Jezusa (a radziłam, żeby wypić?).

Ulotka turystyczna nie kłamie. Byliśmy tam i przekonaliśmy się, że każde zdanie z niej jest prawdą. Bohaterów z Władcy Pierścieni, natywne zwierzęta i postacie biblijne, w tym Adama podtrzymującego sufit przy wejściu, widzieliśmy w taki sposób, jak nigdy wcześniej nie było nam to dane. Wykute w skale trwale zniewoliły nasze umysły (tłumaczę, ciągle tłumaczę). Byliśmy zdumieni (oj, tak) i wizyta tam na zawsze zmieniła nasze postrzeganie sztuki (oj, TAK). Od tej pory już nic nie jest takie jak było. Niestety.

No to zaczynamy!

No to zaczynamy!

Witajcie w naszej bajce

Witajcie w naszej bajce

Słoń zagra na fujarce

Słoń zagra na fujarce

IMG_4327

Krasnolud wam zaśpiewa

 

 

 

 

 

(Surykatki) zatańczą w koło drzewa

(Surykatki) zatańczą w koło drzewa

Tu wszystko jest możliwe

Tu wszystko jest możliwe

Zwierzęta są szczęśliwe

Zwierzęta są szczęśliwe

A dzieci, wiem coś o tym...

A dzieci, wiem coś o tym…

Latają samolotem

Latają samolotem

Nikt tutaj nie zna głodu

Nikt tutaj nie zna głodu

Nikt tu nie czuje chłodu

Nikt tu nie czuje chłodu

I nawet ja nie kłamię

I nawet ja nie kłamię

Nikt się nie skarży mamie

Nikt się nie skarży mamie

Witajcie w naszej bajce

Witajcie w naszej bajce

Lew zagra na fujarce

Lew zagra na fujarce

Pantera nam zaśpiewa

Pantera nam zaśpiewa

IMG_4342

Zatańczą wkoło drzewa

Bo z nami jest weselej

Bo z nami jest weselej

Ruszymy razem w knieje

Ruszymy razem w knieje

A w kniejach i dąbrowach

A w kniejach i dąbrowach

IMG_4325

Pan Dziobak wciąż się chowa

My go znajdziemy sami!

My go znajdziemy sami!

My chłopcy z dziewczętami

My chłopcy z dziewczętami

A wtedy daję słowo

A wtedy daję słowo

Że będzie kolorowo!

Że będzie kolorowo!

Uff

Uff… Puf, puf.

 

Gdyby Ron Canlin znalazł jednak wartościowy opal, to zamiast tworzyć podziemną galerię drenującą poczucie estetyki u zwiedzających, mógłby żyć uczciwie jak jeden z najsłynniejszych poszukiwaczy opali – Fred Bodel. Ten sympatyczny człowiek przybył do Lightning Ridge w 1905 r., rozejrzał się trochę, rzucił posadę postrzygacza i wydzierżawił działkę kopalnianą. Bardzo szybko okazało się, że ziemia, którą wybrał okazała się być najbogatszym złożem czarnych opali jakie do tej pory znaleziono.

Fred bardziej od bycia bogatym lubił być zajęty, więc nie przywiązując szczególnej uwagi do atrybutow statusu materialnego, właściwie do końca swojego życia mieszkał w swojej kopalnianej chatce i przekopywał kolejne działki. Był opalowym Midasem – gdzie drążył, tam znajdował cenne kamienie. Dziś chatka jest swoistym (w stuprocentowo australijskim typie) muzeum, w którym demonstrowane jest jej oryginalne wyposażenie i sprzęty, których używał Fred. Udostępniona do zwiedzania tylko tym, którzy wykupili wycieczkę autokarową, pozostała własnością rodziny Freda, która czasami przyjeżdża do Lightning Ridge na wakacje. Jednak wtedy, co nie powinno w sumie dziwić, wolą zatrzymywać się w swojej przyczepie kampingowej bliżej centrum miasta.

IMG_4289

IMG_4297

IMG_4292

IMG_4291

IMG_4295

Drugiego dnia ciągle padało, a my wciąż czuliśmy się trochę jak zombie obudzone nie o tej porze co trzeba. Lunatykując, kierowani przymusem zwiedzania zapisanym w naszych DNA, pojeździliśmy trochę po okolicy na własną rękę. To była dziwna podróż. Zatrzymywaliśmy się przy co oryginalniejszych blaszanych lub butelkowych lub puszkowych domostwach i robiliśmy zdjęcia nieswojo patrząc na dziwaków, którzy w tych z braku lepszego słowa – budynkach mieszkają. A oni patrzyli się na nas z werandy, na dziwaków, którzy nie mają nic innego do roboty jak tylko jeździć i fotografować zwykłe domy górników. Czasem któryś z nich z nami pogadał, czasem ktoś zażartował, wszyscy natomiast machali w geście pozdrowienia.

IMG_4286

IMG_4302

IMG_4303

IMG_4404

IMG_4409

IMG_4411

IMG_4417

IMG_4458

IMG_4465

IMG_4412

IMG_4469

IMG_4475

Pewien młody japoński inżynier z branży IT, a w wolnym czasie dla rozrywki niezły haker, ma dwie obsesje: węże i samochody marki Citroen . Zaczyna brzmieć dziwnie? To dobrze, tak ma być. Mieszka w Tokio w drogim, lecz całkowicie bezdusznym apartamencie, w mieście zasnutym wiecznym błękitnoszarym smogiem. Znajduje ogłoszenie o wystawieniu na sprzedać obiektu swoich marzeń i żądz – perfekcyjnie odrestaurowanego i utrzymanego Citroena DS z 1967 r. Wierzy, że posiadając go zapełniłby absolutną pustkę swojego życia. Żeby go kupić wyrusza w podróż do Australii. Robi się dziwniej, prawda? Na miejscu okazuje się, że nic nie idzie jak powinno. Właściciele Citroena nie żyją (mąż zabił żonę w awanturze, a potem siebie), a nasz bohater spotyka niewidomą dziewczynę, która obiecuje zabrać go w outback do aktualnego właściciela pojazdu. Jadą, a po drodze dowiadujemy się, że dziewczyna trzy lata wcześniej została seksualnie napastowana przez młodego boksera z wędrownego cyrku, który był niezmiernie sfrustrowany noszeniem pasa cnoty (nigdzie, w żadnym miejscu tego postu nie obiecywałam, że post będzie normalny). Dziewczynie udaje się uciec do buszu, gdzie opiekują się nią dzikie psy dingo. Jakby tego nie było dość, okazuje się, że w dzieciństwie bohaterka też była seksualnie wykorzystywana przez swojego dziadka i ojca zarazem, oraz terroryzowana przez swoją głęboko religijną matkę.

Podczas pięciodniowej podróży przez outback bohaterowie słuchają psychodelirycznego radia, rozmawiają, tańczą, zakochują się w sobie, a dla zachowania klimatu niewidoma dziewczyna jest cały czas zafascynowana dźwiękami jakie wydają owady rozplaskujące się na przedniej szybie samochodu, nazywając je muzyką śmierci. Chcecie wiedzieć, co było dalej? Obejrzyjcie niszowy film “The Goddess of 1967”. Ponieważ dziadek bohaterki, hippis nałogowo pędzący wino, był również poszukiwaczem opali większość scen kręcona była w okolicach Lightning Ridge, a na potrzeby filmu wybudowano kościół, który stylem i użytymi materiałami idealnie wtapiał się w otoczenie. Zresztą oceńcie sami.

IMG_4518

Vittorio Stefanato, znany tutaj jako Amigo, po latach (raczej bez większych sukcesów) poszukiwań opali, postanowił poszukać sensu życia. W ten sposób z kamieni, które początkowo wydobywał ze swoich kopalnii, a potem zbierał od innych wybudował zamek. Ze spuszczaną bramą, pułapkami – zapadniami, sekretnymi przejściami, krętymi schodami i korytarzami, wieżą do której nie da się wejść, dziedzińcami i komnatami. Ciągle dobudowując i udoskonalając, mieszka sobie w zamku z około pięćdziesiątką kotów. Choć może to koty mieszkają z nim.

Tworzenie tego czegoś jest dla niego powrotem do dzieciństwa, do krajobrazów swojego rodzinnego kraju, jest uzewnętrznieniem tego, co mu w duszy gra. Tak, w Lightning Ridge wielu ludziom coś w duszy gra.

IMG_4262

IMG_4261

IMG_4260

IMG_4263

IMG_4268

Widok od strony podwórka. Tak tutaj wyglądają wszystkie podwórka...

Widok od strony podwórka. Tak tutaj wyglądają wszystkie podwórka…

IMG_4273

IMG_4272

IMG_4275

IMG_4276

IMG_4277

IMG_4278

IMG_4281

Amigo zrobiony z opon

Amigo zrobiony z opon

A jak brakuje kamieni do budowy, Amigo maluje.

A jak brakuje kamieni do budowy, Amigo maluje.

Alex Szperlak, urodzony w 1933 r. w Jabłonce, został w Australii skazany za morderstwo, którego nie popełnił. Po wyjściu z więzienia po czterech i pół roku, w duszy grało mu poczucie rozżalenia, osamotnienia, niezrozumienia i niesprawiedliwego traktowania. Na bazie tych uczuć poczuł więź z pierwszymi astronomami, których tezy i odkrycia też początkowo były negowane i wyśmiewane przez im współczesnych. Alex przybył do Lightning Ridge (a jakże!) i przez 15 lat budował pomnik na chwałę im i sobie. Wybral siódemkę najbardziej prześladowanych za swoje poglądy, w tym Galileusza, Giordano Bruna oraz Kopernika. Każdemu z nich poświęcił osobne pomieszczenie, w którym na betonowych ścianach i betonowej posadzce umieścił notki biograficzne, streszczenia odkryć i wniosków. Właściwie każda powierzchnia budowli wzniesionej przez Alexa zawiera jakąś wiadomość lub przesłanie i poprzez ten fakt w przewodniku została porównana do Świątyni Inskrypcji wniesionej przez Majów na terenie dzisiejszego Meksyku. Nie czuję się na siłach odnieść do tego faktu.

IMG_4421

IMG_4425

IMG_4427

IMG_4429

IMG_4432

IMG_4433

IMG_4435

IMG_4436

IMG_4439

IMG_4450

Dość powiedzieć, że po śmierci Alex’a (oficjalnie z powodu nieszczelnej instalacji gazowej, nieoficjalnie w wyniku wycieku gazu podczas pędzenia alkoholu) do jedynej spadkobierczyni, jego siostry, która mieszkała w Polsce przesłano zdjęcia Obserwatorium Wszechświata z pytaniem, co chce zrobić ze spadkiem. Zszokowana siostra, najwidoczniej nie rozumiejąca specyficznej atmosfery miejsca, poprosiła o jak najszybszą sprzedaż. Miejscowi nie mogą do dziś uwierzyć, że najpierw nie chciała tu przyjechać i obejrzeć spadku.

IMG_4446

IMG_4438

IMG_4437

Zasypiając w upalny dzień, pokonana przez temperaturę, obiecuję sobie, że odpłynę tylko na pół godziny. A potem, gdy czas mija i wiem, że trzeba się obudzić, ale nie potrafię wypłynąć na powierzchnię świadomości. Serce pracuje w innym tempie, rozleniwiona i gęsta od gorąca krew transportuje tlen z opóźnieniem, myśli nie chcą się sprecyzować, ciało nie słucha żadnych impulsów wysyłanych przez mózg. W głowie płyną leniwie dziwne obrazy, absurdalna historia toczy się swoim tempem, a ja wiszę pomiędzy jawą a snem, z którego nie mam siły się wydostać. Nie mam siły lub nie chcę – granica zbyt cienka, żeby ją uchwycić. W końcu budzę się, lecz dzień nie jest już tym samym dniem, którym był przed snem.

W końcu i my wydostając się z sennych majaków wyjechaliśmy z Lightning Ridge. Żegnani przez Stanleya, olbrzymią trzydziestometrową figurę emu zespawaną przez Johna Murray’a z części od kilku Volkswagenów Beetle, anteny satelitarnej i czegokolwiek co było pod ręką, wiemy, że Australia dla nas po wizycie tutaj już nie jest tą samą Australią, którą była wcześniej.

IMG_4553

 

 

Połów ryb w Czasie Snu

Podkusiło nas ostatni raz, obiecujemy. Niepomni na poprzednie doświadczenia, ciągle głodni wiedzy i wrażeń nie jesteśmy w stanie przejechać obojętnie przez miasteczko Brewarrina. To znaczy pewnie byśmy przez nie przejechali bez najmniejszej nawet myśli, że można tu stanąć gdyby nie cholerna ulotka, która zaatakowała nas dzień wcześniej. Zaatakowała i oznajmiła, iż w Brewarrinie znajdują się najstarsze na świecie budowle wzniesione ręką ludzką – aborygeńskie pułapki na ryby. Starsze niż piramidy, rzymskie ruiny i wszystko inne co tylko przyszłoby nam do głowy. Mało tego – na miejscu mamy szansę na oprowadzenie przez Aborygena, który jako nasz przewodnik opowie o tradycyjnym sposobie połowu ryb i stylu życia swoich przodków. Na miejscu jest też nowoczesne, prężnie działające centrum z wystawą o kulturze i życiu pierwotnych mieszkańców Australii.

Rozumiecie już, czemu nie mogliśmy tam nie stanąć?

Przez późny wyjazd z Bourke, do celu dojeżdżamy popołudniem. Na rogatkach mijamy entuzjastyczną tablicę z wizerunkiem ogromnej ryby i napisem: Brewarrina – zatrzymaj się, a będziesz zdziwiony jak dużo ma ci do zaoferowania. Część farby odpadła, niektóre litery są niewyraźne, cała tablica lekko chyli się na bok. Nie wygląda to najlepiej, oj nie. Wjeżdżamy główną ulicą, pustą, zabudowaną po obu stronach niskimi budynkami z wyblakłymi szyldami, z oknami zakratowanymi, drzwiami najczęściej zamkniętymi na głucho. Jest słonecznie i pachnąco od kwiatów na drzewach, teoretycznie piękna pogoda powinna nastrajać optymistycznie i upiększać nawet najbardziej nieprzyjazny widok, ale nie tutaj. Nie wiem jeszcze o co chodzi, ale podskórnie czuję, że coś jest nie tak. Te zakratowane i zamknięte sklepy, wymarłe ulice i plac zabaw, wyblakłe ze starości i nieremontowane fasady domów – wszystko razem niesie w sobie pewną informację. To nie jest wibrujące miejsce turystyczne z atrakcją na skalę międzynarodową.

Stajemy na parkingu informacji turystycznej i po raz pierwszy w Australii jesteśmy w takiej zmasowanej formie zaatakowani ostrzeżeniami przed kradzieżą. Na każdym słupie latarnianym, na pachołkach wyznaczających miejsca parkingowe, na drzwiach do informacji – naklejki o złodziejach czychających na rzeczy pozostawione w samochodzie. Ups.

W środku zaskoczony pan (najwyraźniej nie spodziewał się turystów zarówno dziś jak i w następne dni) próbuje sobie przypomnieć co się właściwie robi w informacji turystycznej. Nie bardzo jest nam w stanie wymienić jakieś atrakcje, a na pytanie o słynne (z ulotki) pułapki aborygeńskie duka, że są nad rzeką (ha! na tyle to sami mogliśmy wpaść) i można pójść i samemu je zobaczyć. Pytamy o przewodnika. Pan po gorączkowych poszukiwaniach wręcza nam karteczkę z ręcznie napisanym numerem telefonu do Centrum Aborygeńskiego zlokalizowanego ulicę dalej i tłumaczy, że musimy tam zadzwonić i umówić się dzień wcześniej. Nie, w informacji turystycznej nie mogą nam tego zorganizować… Pytamy o nocleg. Pan konsultuje odpowiedź ze swoim kolegą na zapleczu, potem dzwoni w jedno miejsce i oznajmia, że kabina kempingowa nad rzeką na jedną noc kosztuje 150 dol. Pytamy o coś tańszego i dostajemy wskazówki jak dojechać do drugiego kempingu w mieście, nie nad rzeką, więc z lepszymi cenami. Niestety telefonu do nich pan nie ma.

Trzecie nasze pytanie dotyczy możliwości zjedzenia czegoś na obiadokolację. To naprawdę wywołuje u pana popłoch. Najchętniej wyprosiłby nas tłumacząc, że informacja turystyczna jest już zamknięta, ale niestety do piątej brakuje ponad godziny, więc nie może tak łatwo się wymigać. Po długim wpatrywaniu się w milczeniu w mapę Braweriny (trzy główne równoległe ulice połączone kilkunastoma poprzecznymi) wymienia chińską smażalnię, pizzę w pubie i najlepszą opcję – restaurację w miejscowym RSL (klubie weteranów wojenych, szanującej się instytucji obecnej prawie w każdym miasteczku australijskim).

Postanawiamy najpierw sprawdzić kemping. Prowadzący go potężny Aborygen, szalenie sympatyczny i rozmowny oferuje nam ostatnią z trzech kabin. Nie ma łazienki, ale na jedną noc nie mamy wielkich wymagań, ogólna łazienka jest dość blisko, a kabina wygląda prawie porządnie. Trochę drażni nas, że drzwi z dykty zamykają się na najprostszy zamek, taki z rodzaju toaletowych zapadek, możliwy do otworzenia dowolnym kluczykiem, śrubokrętem, nożem do masła lub czymkolwiek innym o wąskiej końcówce, w tym paznokciem. Właściciel wygląda na zdumionego, gdy Michał demonstruje mu otwieranie kabiny kluczykiem samochodowym, a potem z całą żarliwością zapewnia, że nie mamy się czego obawiać bo tu zupełnie, ale to zupełnie nie ma przestępczości. Nie wspominamy mu o naklejkach przed informacją turystyczną. Za to pytamy o miejski basen, który widzimy tuż za ogrodzeniem kempingu. Generalnie jest zamknięty (nie ze względu na jakieś godziny czy remont, po prostu jest zamknięty ot tak), ale jak chcemy z niego skorzystać, to on zadzwoni do kumpla i kumpel nas wpuści. Nie chcemy, za to pytamy o pułapki na ryby. Aborygenski rozmówca cały się rozpromienia i bierze sprawy w swoje ręce – pyta na którą godzinę chcemy wycieczkę i zapewnia, że zadzwoni do drugiego kumpla, który jutro będzie nas oprowadzał. Kilkanaście razy zapewnia nas, że będzie to wspaniałe przeżycie, że będziemy świadkiem niezwykłej opowieści, i że Brewarrina jest najlepszym miejscem do życia.

Nic nie mówimy, uprzejmie się uśmiechamy i jedziemy coś zjeść. Po drodze mijamy miejscową szkołę z oficjalnym hasłem wypisanym dużymi literami na froncie budynku o braku zgody na wykorzystywanie seksualne dzieci, bibliotekę, komisariat policji, domki, dwóch zataczających się panów na chodniku, jednego żółtego psa. Na początek próbujemy sprawdzić pub. Najokazalszy budynek przy głównej ulicy, tak jak i reszta wszystkie okna ma zabite dyktą lub zakratowane, albo to i to. W ciemnym wejściu stoi kolejny wielki Aborygen, który na nasz widok spluwa na ulicę. To pewnie przypadek w czasie – nasz przyjazd i jego splunięcie, ale zaczynam czuć coraz większą irytację połączoną z paniką. Czuję niechęć do zabrania dzieci do mrocznego środka, Michał idzie więc sprawdzić czy zrobią nam pizzę na wynos (szyld głosi, że takowa jest tu serwowana). Wraca po chwili z informacją, że pizzy to już dawno tu nie robią, że w środku jest klasyczna śmierdząca piwem, wymiotami, moczem i starym potem speluna, ale możemy dostać hamburgery na wynos. Rezygnuję. Jedziemy szukać knajpy chińskiej, ale najwyraźniej w całej Brawerrinie już jej nie ma. Była, ale nie ma. Nie ma jej ani pod adresem z ulotki o mieście, ani na żadnej innej ulicy. Została nam kuchnia w klubie RSL.

Klub jako jedyny budynek w okolicy wygląda schludnie i nie ma krat tudzież dykty w oknach, a to budzi nadzieję. Michał idzie sprawdzić czy do tak szanowanej i dystyngowanej instytucji wpuszczą turystów w krótkich spodenkach bez marynarki i bez legitymacji kombatanta.

W recepcji za kontuarem siedzi starsza nienagannie ubrana i uczesana pani. Druga biała osoba, którą widzimy w Brewarrinie. Informuje, iż generalnie zwykle serwują obiady dla osób spoza klubu, ale akurat nie w poniedziałki.

–       To nienajlepiej – stwierdza Michał – bo byliście państwo naszą ostatnią szansą na posiłek. Chińczyk zamknął interes, a w pubie raczej nie chcemy jeść.

–       Tak, faktycznie Brewarrina to beznadziejne miejsce – wymyka się eleganckiej pani szczerość. Michał unosi brew, pani dodaje:

–       Jeśli chodzi o ofertę jedzenia, oczywiście.

Po chwili milczenia po obu stronach, Michał przerywa ciszę:

–       A gdzie jest jakiś sklep, w którym mógłbym zrobić zakupy spożywcze?

–       Na głównej ulicy jest supermarket. Ale nie jestem pewna, czy coś tam mają.

Co konkretnie miała na myśli mój mąż nie dowiedział, bo pani przypomniała sobie, że dziedzictwo angielskiej powściągliwości i ogłady zobowiązuje, szczególnie gdy rozmawia się w murach RSL.

Jedziemy do supermarketu, który … na naszych oczach zostaje zamknięty grubą kratą. Jest za dwadzieścia szósta, teoretycznie sklep powinien być otwarty do osiemnastej, ale co to znaczy powinien? Nie jest i tyle.

Wracamy na kemping. Jestem rozdrażniona, zaniepokojona, zaczynam za bardzo przytłaczać się poczuciem odpowiedzialności za dzieci w sytuacji gdy właściwie nie mam jak ich nakarmić i pewnie w natłoku tego wszystkiego resztę pobytu w Brewarrinie odbieram już tylko poprzez pryzmat barw negatywnych. Moje myśli i komentarze zaczynają nabierać rasistowskiego zabarwienia i parę dni później nie mogę uwierzyć, jak łatwo parę niekorzystnych sytuacji wpędziło mnie w potoczne tory myślenia my – oni. Nie obchodzi mnie tego dnia, że Aborygeni mają trudno, że bezrobocie, że wykluczenie, że potrzeba cholernie dużo pracy i dobrego pomysłu na to, jak włączyć ich do społeczeństwa i sprawić, że w typowym czarnym miasteczku z okien znikną kraty, a popołudniami będzie otwarty sklep, kawiarnia i czysty plac zabaw. Nie wnikam w to, że te kraty w oknach są też w domach Aborygenów, nie czuję potrzeby zrozumienia, czy wniknięcia głębiej. Jestem zwyczajnie wkurzona, że utknęliśmy w niebezpiecznej (to autorska nadinterpretacja), brudnej dziurze, bez możliwości jazdy dalej (bo zaraz zmrok, a do najbliższego kolejnego miasteczka z kempingiem jest sto kilometrów) i bez jedzenia chociażby dla dzieci. Poczucie braku ruchu, żeby wybrnąć z sytuacji rozsadza mnie i powoduje, że wpadam we wściekłość właściwie nie wiadomo na co. Właściciel kempingu dowiedziawszy się o problemach z jedzeniem z dobrego serca proponuje, że przyniesie z domu trochę kartofli, ale ja jakoś nie jestem w nastroju do docenienia oferty (co właściwie skreśla mnie jako podróżnika, który nie potrafi zaakceptować rzeczywistości, jeśli rzeczywistość odbiega od jego wymagań. Smutne odkrycie, z którym będę musiała się kiedyś zmierzyć). Michał przetrząsa skrzynie w bagażniku, znajduje jakieś resztki chleba, kilka rozsypanych makaronów, zgnieciony na miazgę batonik muesli, zagubiony w akcji wstrętny, przesłodzony dżem i pół plasterka żółtego sera. Plus puszkę obrzydliwego gotowego dania (50% to cebula, 40% sos, a pozostałych 10% nie jesteśmy w stanie zidentyfikować). Robimy z tego jakąś kolację dla Tolka, a ja cieszę się, że Kaj ciągle jest cycowy. Nie kąpiemy maluchów, bo stan czystości łazienki pozostawia sporo do życzenia. Próbuję położyć ich do łóżek w naszej kabinie, ale odkrywamy, że teoretycznie świeża pościel jest zdecydowanie niedoprana i śmierdzi poprzednimi mieszkańcami. To w sumie nas nie dziwi, bo pralki na kempingach notorycznie piorą pobieżnie w zimnej wodzie (praliście kiedyś coś brudnego programem dwudziestominutowym w lodowatej wodzie??? A tylko taki tutaj da się ustawić). Poziom mojej bezsilności wprost proporcjonalnie przekłada się na poziom wściekłości. Wykładamy łóżka ręcznikami i ubraniami i na takich legowiskach usypiamy dzieciaki.

Na zakończenie dnia, w ramach obiadu dla dorosłych opróżniamy wszystkie puszki piwa. Potem odważnie (a nawet z lekkim chichotem) idę do łazienki umyć zęby i skorzystać z toalety. Podnoszę klapę, a tu w sedesie z wody gapi się na mnie żaba, spora żaba. Zamykam klapę (dość gwałtownie), sprawdzam czy u ręki widzę pięć palców, podnoszę klapę, a żaba jest. W dodatku wydaje się, że głębiej w sedesie (tam przy załamaniu) nurkuje kolejna.

Idę do drugiej kabiny. Sedes pusty, lecz już w nic nie wierzę, bo woda w nim lekko faluje. Wiem, że niby żaby zębów nie mają, ale jakoś nie potrafię się przemóc, żeby usiąść (wy byście mogli? Ale tak uczciwie?). Waham się pomiędzy umywalką a prysznicem, i … na tym pozostańmy przy opisie tego wieczoru.

Rano słońce robi swoje i nastrój się poprawia. Poza tym wiem, że zaraz stąd wyjedziemy. Właściciel kempingu, naprawdę obiektywnie przesympatyczny, kilka razy zapewnia nas, że umówił swojego kolegę przewodnika, który o dziesiątej będzie na nas czekał pod Centrum Aborygeńskim. Dopytuje się o dzieci, o noc w przyczepie (czy wszystko było ok?), o wrażenia na temat Brewarriny. I co ja mam odpowiedzieć? Nie czuję się być na siłach tą, która będzie go uczyć, jak należy prać pościel i sprzątać toalety. Gdzieś tam wiem, że facet naprawdę się stara tak jak umie i nie zdaje sobie sprawy, że dla nas warunki były gorsze niż w bieszczadzkim schronisku w połowie lat osiemdziesiątych (byłam raz na wycieczce szkolnej i do dziś omijam te góry z daleka, mimo, że ponoć są tam już ośrodki SPA. Uraz pozostał).

Jedziemy do Centrum. To trochę zaniedbany budynek o formie półkopuły pokrytej ziemią. Z ulotki wiemy, że bryłą i materiałami (na glebie rośnie sucha trawa) miał on nawiązywać do tradycyjnych aborygeńskich szałasów chroniących przed słońcem.

Nie ma przed nim absolutnie nikogo, choć zraszacze trawnika dają pewną nadzieję, że ktoś z obsługi był. Główne wydawałoby się drzwi do budynku zamknięte. Michał idzie na zwiad dookoła kopuły i po kilku minutach wraca z informacją, że pan przewodnik zaraz przyjdzie.

Przychodzi kolejny wielki Aborygen i po bardzo szybkim powitaniu podczas którego patrzył wszędzie tylko nie na nas, zaczął iść w stronę rzeki coś mamrocząc. Nad rzeką ciągle unikając kontaktu wzrokowego (ponoć jest to typowe dla Aborygenów i oznacza szacunek, ale nie sądziłam, że dla nas przyzwyczajonych do innych zasad może być tak irytujące) z prędkością karabinu recytował tekst z ulotki. Że pułapki na ryby, które możemy zobaczyć w dole, leżą na rzece Barwon. Że są najstarszą budowlą wzniesioną przez człowieka. Że…

–       A jak starą? – przerywa Michał

–       Ponad 40 tysięcy lat – odpowiada lekko zmieszany przewodnik i już zaczyna kolejne zdanie z ulotki, gdy niegrzecznie dociekliwy mój mąż dopytuje:

–       A skąd znany jest ich wiek?

Cisza. No bo fakt – jak można oszacować wiek kamiennych murków w rzece? Tłumaczenie jest mętne, coś o tym, że w podaniach aborygeńskich zawsze tak łowiono tutaj ryby, a skoro Aborygeni są w Australii od ponad 40stu tysięcy lat, to logiczne, że i pułapki też. Dla nich logiczne, dla białego człowieka istniejącego w świecie klasyfikacji, numerków i wiedzy ścisłej – już nie.

IMG_4230

Po tym kłopotliwym incydencie przewodnik opowiedział nam, że korytarze i zagrody dla ryb budowane były tak, by zwężać się w kierunku, w którym płynęły ryby. Gdy już odpowiednio dużo ryb znalazło się w pułapce, była ona zamykana głazami przygotowanymi wzdłuż brzegu, a następnie rękoma wybierano ryby.

Czyli usłyszeliśmy coś, co wcześniej przeczytaliśmy w ulotce (niech ją szlag za przyciągnięcie nas tutaj). Z drugiej strony – ile filozofii można włożyć w wyjaśnienie budowy prymitywnych pułapek na ryby?

IMG_4233

Potem w ekspresowym tempie zwiedziliśmy z przewodnikiem wystawę w Centrum na temat dawnego, tradycyjnego życia Aborygenów na tym terenie. Michał uparcie próbując się czegoś dowiedzieć zadał pytanie czy dwa, ale odpowiedź niewiele wniosła do sprawy.

IMG_4235

Na koniec chciał okazać zainteresowanie i wspomniał o pułapkach na ryby i domostwach budowanych przez Aborygenów z okolic Gunditjmara Community (post o Papierowym Walkabout), retorycznie pytając się czy te dwa plemiona mogły mieć z sobą jakiś kontakt.

Cisza i brak komentarza ze strony przewodnika nasunęła mi myśl, że on pewnie nawet nie wie, gdzie mieszka plemię Gunditjmara, bo to nie są ziemie jego plemienia. A przecież nie jest historykiem w naszym pojęciu i w swoich rozważaniach dotyczących tradycyjnego życia Aborygenów nie wychodzi dalej niż opowieści przekazane przez tutejszą starszyznę.

Czy to źle? Czy to powód do drwin? Po pierwsze Aborygeni zostali pozbawieni ciągłości swojego dziedzictwa przez białych. Po drugie nigdy nie czuli potrzeby wnikania głębiej w swoją historię w płaszczyźnie, w której my to robimy. My mamy wieki, okresy, wzajemne powiązania, wpływy. Oni mają Czas Snu i mity wyjaśniające każde zjawisko. Każdy z nas jest zadowolony z tego co ma.

Chociaż tu bym skłamała. My nie jesteśmy zadowoleni, bo aborygeńskie pojmowanie historii robi nam bałagan i nie wpasowuje się w ramki. Więc zadajemy im dociekliwe pytania, drążymy temat, próbujemy odkryć prawdę (naszą prawdę). A na dodatek zmuszamy ich do podzielenia się swoją kulturą, duchowością i opowieściami tworzącymi czas z nami, zupełnymi ignorantami. Mówimy im, że tylko zyskają w naszym, wygranym społeczeństwie, jeśli społeczeństwo ich pozna i zrozumie, a do tego konieczne jest zrobienie Centrów Edukacji, wystaw, pokazów. Przeznaczamy na to fundusze, budujemy placówki według projektów białych architektów, którzy w konkursie udowadniali jak bardzo ich wizja odzwierciedla tradycyjne wartości aborygenskie, umieszczamy tam przedmioty bez głębszego sensu (bumerang, dzida, tarcza, piszczałka, kołyska, pień zmieniony na łódkę, wysuszona kora służąca za miskę), podpisujemy je i voila – mamy kulturę aborygeńską ujętą w zrozumiałe dla nas ramy.

IMG_4241

IMG_4243

 

A to, że jej nie da się opisać naszym językiem to nic. Nic też, że sami Aborygeni mogą nie mieć ochoty na takie obnażające traktowanie swojej duchowości. Nie ważne, czy chcą się nią dzielić z nie-Aborygenami. Biali chcą, więc dostaną.

Tak to mniej więcej wygląda. Dlaczego się więc dziwić, że my z naszą ciekawością wciąż czujemy się rozczarowani, bo Aborygeni odpowiadają na nasze pragnienia pod przymusem, dając tak mało jak tylko można. I nie przykładają wagi, żebyśmy zrozumieli, bo pewnie w ich mniemaniu nie mamy szans zrozumieć.

Wychodzimy z wystawy w Centrum nie rozumiejąc więc wiele więcej niż do tej pory. Nasz przewodnik w recepcji prawie że pędem wbiega za kontuar, siada w obrotowym fotelu, zakłada ręce za głowę, rozstawia szeroko nogi i dopiero w tej pozycji pokazującej odprężenie i władczośc jednocześnie czuje się wystarczająco pewnie, żeby znieść dalszą konfrontację z białymi turystami.

Do rozmowy przyłączaja się pozostałych trzech pracowników, w tym jeden siedzący na ziemi w samych skarpetkach.

Opowiadają o szefowej, która stosowała wobec nich mobbing, więc się na nią poskarżyli i szefowa została odwołana. Jaki mobbing? – pyta Michał

Szef (czyli nasz przewodnik) kręci się na krześle z rękoma wciąż założonymi za głową i w końcu mówi, że szefowa ich w ogóle nie słuchała. Oni mieli dużo pomysłów, co można by w Centrum zrobić, ale ona to ignorowała. Jakich pomysłów? Ano różnych. Ale ignorowała, bo uznała, że oni są tylko od wykonywania jej poleceń, więc się poskarżyli.

Czy jest już nowy szef? Nie, nie ma, dopiero w przyszłym miesiącu mają kogoś przysłać. Do tego czasu oni tutaj sami sobie gospodarzą dbając o całą wystawę. Na usta ciśnie mi się pytanie jak dbają, skoro kilkanaście przedmiotów porozrzucanych w coś na kształt wystawy jest zakurzone, jakby od początku świata tu leżało. Lub co najmniej od 40stu tysięcy lat.

Michał wspomina, że zaskoczyło nas jak w informacji turystycznej nie chciano nam umówić przewodnika i że dla turystów pewnie łatwiej takie rzeczy byłoby załatwiać za ich pośrednictwem, a nie dzwoniąc bezpośrednio do Centrum. Aborygeni zamyślają się, a potem jeden z nich kiwając poważnie głową stwierdza, że to może być dobry pomysł, taka współpraca z miejscową informacją turystyczną, i że może powiedzą o tym nowemu szefowi. Tylko czy on zechce ich posłuchać?

Ok, mamy dość badania różnic pomiędzy mentalnością białych a czarnych. Wiemy już wystarczająco dużo. Michał pyta ile płaci za bilety. Mężczyźni coś mamroczą, widać, że w ich mniemaniu jesteśmy znajomymi kumpla prowadzącego kemping, więc w sumie … Z drugiej strony są zatrudnieni w państwowej instytucji i jakieś normy powinni trzymać. W końcu szef dzielnie rzuca kwotę o kilkanaście dolarów niższą niż oficjalny bilet. Michał wręcza pieniądze bez mrugnięcia okiem, a w zamian dostaje w prezencie plik pocztówek ze zdjęciem rybich pułapek (które to pocztówki teoretycznie można zakupić jako pamiątkę).

Wychodzimy stamtąd zupełnie skołowani.

 

3 sceny z życia (rodziny w podróży)

Ulubione pytanie we wszystkich wywiadach z rodzicami podróżującymi po świecie z dziećmi, brzmi: Dlaczego podróżujecie z dziećmi?

Udzielający wywiadu światli rodzice recytują wtedy przygotowaną zawczasu odpowiedź. Odpowiedź mającą zawiadczyć o ich dojrzałym i odpowiedzialnym rodzicielstwie, wykluczającym pogląd, iż są niedojrzałymi egoistami ciągnącymi niewinne oseski w dzikie i niebezpieczne rejony świata (bo jak wiadomo świat ma rejony bezpieczne oraz te, o których się marzy). Padają więc formułki w stylu: bo chcą pokazać świat pociechom, nauczyć różnorodności, szacunku do innych kultur i religii, otworzyć oczy na wspaniałą przyrodę, zaszczepić poprawną postawę życiową, czyli posiadanie hobby ambitniejszego niż kolejna komputerowa strzelanka, lecz przede wszystkim – spędzić czas razem tworząc wieź nie do rozerwania, gdy rozkoszna pociecha zmieni się w totalnie odpychającego, mrukliwego nastolatka.

Taaaak.

Gdy kiedyś jakiś dziennikarz przy okazji sukcesu naszej książki o Australii spyta nas, czemu jeździmy z dziećmi, też już wiemy co odpowiemy. Bo proponowaliśmy im zostanie w domu z pełną lodówką i pilotem od telewizora, ale nie chciały.

W sumie nic dziwnego, co im po pilocie, gdy telewizora w domu nie ma.

Podróżujemy z dziećmi, bo mamy dzieci. I już, cała filozofia.

A co z tego wynika dla dzieci w praktyce?

Podczas długich podróży samochodowych próbując utrzymać koncentrację wlewamy w siebie litry kawy i Red Bulla. Potem puste z pozoru papierowe kubki lub puszki trafiają do rączek Kaja zajmując go na kilkanaście minut. Mogł je zgniatać, stukać o okno, oglądać kolory, rzucać w brata na sąsiednim foteliku. Byliśmy zadowoleni z takiego obrotu sprawy, bo w prostu sposób mieliśmy dostęp do taniej zabawki. Zadowoleni do czasu, gdy ostatnio w sklepie Kaj zaczął się wyrywać z nosidełka na widok lodówki z Red Bullami. Jego wyciągnięte rączki, drżąca warga już wykonująca mimowolne ruchy wysysania, wzrok skoncentrowany w jednym punkcie – klasyczne objawy. Okazało się, że nasze roczne dziecko pod naszym troskliwym okiem uzależniło się od kofeiny, wysączając wieczka od kawowych kubków lub resztki napoju energetycznego spływającego po ściankach puszki kropelkami. Na widok charakterystycznej błękitnej puszki lub papierowego kubka dostaje teraz amoku i nie ma szans go uspokoić inaczej niż w końcu dając mu to, za czym wrzeszczy, bo na przeprowadzanie odwyku nie mamy na razie siły. Cóż, jedne dzieci chodzą ze smoczkiem, a nasze ze wzmacniaczem. Podróże na pewno wyrabiają wrażliwość na smaki inne niż słoiczki gerbera.

IMG_7011

Leniwego, niedzielnego popołudnia po rozbiciu namiotu na kempingu czujemy błogość. Pod stopami mamy dość miękką trawę zamiast kamieni i piasku. Namiot stoi pod drzewem, więc jest też cień. Muchy siedzą na obiedzie dwa stanowiska kempingowe dalej, więc my mamy spokój, a i również rozrywkę obserwując jak jakaś starsza para ze znajomymi próbują zjeść sześciodaniowy obiad z winem (naprawdę czasami trochę nie czujemy sympatii do podróżujących tutejszych emerytów, którzy mają czas na książkę, gotowanie pełnego setu obiadowego nie z proszku, rozmowę ze sobą, obserwację liści na eukaliptusie, granie na gitarze pod wieczór, o dzikim seksie w przyczepie kempingowej nawet już wolę nie myśleć. A to wszystko dlatego, że podróżują bez dzieci). Próbują jeść dlatego, że głównie machają czym się da, żeby odpędzić wszystkie muchy z okolicy (ciekawe co jest na obiad???). Ha, tym razem oni mają muchy, a my mamy czas na obserwację.

W pewnym momencie zauważam, że na ubitą drogę przed naszym namiotem spływa woda ze spryskiwacza do trawnika. Robi się błoto. W błocie już siedzą nasze dzieci. Chwila nerwowości (półsekundy, nie więcej), a potem machamy ręką. Nie chce nam się reagować. Ostatecznie pokolenie naszych rodziców przeżyło Woodstock, to naszym dzieciom trochę błota też nie powinno zaszkodzić. My w ten sposób ugrywamy kwadrans nicnierobienia. Po kwadransie obok nas zalaną drogą przechodzi w uprasowanych i białych ubraniach pani od sześciodaniowego obiadu. Widzi dzieci (domyśla się w każdym razie, że są to dzieci, a nie wietnamskie świnki miniaturki) i głosem bezcennym do zapamiętania, w którym była mieszanka naganny i dobrego, brytyjskiego wychowania, uprzejmie się nas pyta:

–       Czy wiedzą Państwo, że na tym kempingu jest basen?

–       Tak, wiemy – odpowiadamy

–       Darmowy – uściśla pani

–       O!– staramy się również być uprzejmi.

–       Może dzieciom byłoby przyjemniej w nim popływać?

Szczerze mówiąc wątpimy w to, ale zachowując zasady grzeczności zapewniamy panią, że spytamy się dzieci, co o tym sądzą. Nie wykazały zainteresowania.

Wieczorem wracam z łazienki z Kajem w nosidle na piersi i Tolkiem uwieszonym na plecach i przez trawniki robimy galop na biednym, umęczonym, nienormalnym koniu, który tuż przed padnięciem na zawał serca uwielbia dziko wierzgać (to ja). Spotykam męża pani od obiadu. Uprzejma wymiana pozdrowień, chwila rozmowy o tym skąd jesteśmy, gdzie jedziemy. Na koniec pan mówi:

–       Wasze dzieci nie mają pojęcia jak wspaniałymi jesteście rodzicami. Obserwowałem was całe popołudnie, i ty i twój mąż zajmujecie się nimi fantastycznie. Jesteście niesamowici. A ta zabawa błotem – niewiarygodne. Zawsze o tym marzyłem.

Zatyka mnie. Mam ochotę zaproponować mu, żeby przyszedł pod nasz namiot i się popluskał, bo trochę błota zostało, ale zapominam języka (angielskiego) w gębie. Uśmiecham się tylko i dziękuję. A dzieciom, gdy zmienią się w rozwrzeszczane nastolatki oskarżające nas o to, że ich nie rozumiemy, opowiem o spełnianiu marzeń każdego dnia. Ihaha.

Co też moje oczy tutaj widzą?

Co też moje oczy tutaj widzą?

Chciałaś mnie o coś spytać?

Chciałaś mnie o coś spytać?

Sam nie wiem… Basen?

Sam nie wiem… Basen?

A mało to ja basenów w życiu widziałem?

A mało to ja basenów w życiu widziałem?

Na pohybel z czystą wodą!

Na pohybel z czystą wodą!

 

W zupełnie innym miejscu, do którego jeszcze relacja na blogu nie dotarła, zbieramy rano kampera do wyjazdu. W międzyczasie ucinamy sobie pogawędkę z młodą parą podróżującą z dziewięciomiesięczną córeczką. Są z Niemiec i rozmowa meandruje pomiędzy opowieściami o trasie w Australii, reakcji naszych i ich znajomych na wieść o wyjeździe do krainy śmiercionośnych węży i pająków z małymi dziećmi, o trudach podróży z pociechą, o ograniczeniach ilości przejechanych kilometrów ze względu na częste postoje i zapewnienie najmłodszym rozrywki od fotelików samochodowych. Jednocześnie Tolek, który pokochał kampera całym swym strażackim sercem i przemianował go na najprawdziwszego Jupitera (niezorientowanym przypominam – Jupiter to wóz Strażaka Sama) krząta się po wnętrzu auta zamiatając podłogę, kanapę, stolik i meble. W końcu odkłada szufelkę do schowka i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmia:

–       Jupiter gotowy do akcji. Załoga, jedziemy!

Mówimy niemieckim znajomym, że musimy już jechać, bo syn skończył sprzątać samochód. A oni na to:

–       Zawsze twierdziliśmy, że polskie dzieci są lepiej wychowane od niemieckich. Wy mogliście porozmawiać, a on w tym czasie grzecznie pozamiatał wam auto. Też chcielibyśmy tak wychować córkę.

Nie komentujemy, tylko zajmujemy swoje miejsca w Jupiterze i ruszamy do akcji. Czyli na cały dzień leżenia na plaży i pływania nad rafą koralową. Ostatecznie płetwy Tolek też pozamiatał po wczorajszym pływaniu.

IMG_6244

Back o’Bourke

Generał Thomas Mitchell w 1835 r. kontynuował jedną z wielu ekspedycji wzdłuż Darling River. Poniewa jednocześnie był człekiem gwałtownym, wybuchowym i traktującym natywnych mieszkańców w najlepszym wypadku jako prymitywnych dzikusów, dość szybko wszedł z nimi w konflikty. Co rusz jego ekspedycja była atakowana i nękana, aż w końcu biorący w niej udział botanik został trafiony dzidą i zmarł. Dało to pretekst generałowi by z eksplorera zmienić się w błyskotliwego stratego wojennego. Zupełnie pośrodku niczego, czując powagę sytuacji i ogrom zagrożenia, wybudował jedyną w historii białych odkryć Australii obronną budowlę – drewnianą palisadę nazwaną “Fort Bourke”, w hołdzie panującemu wtedy gubernatorowi.

Walk o zdobycie fortu nie było. Z czasem jego znaczenie obronne znikło, a miejscówka została stopniowo przekształcona w miasteczko, centrum okolicznych pustkowi podzielonych na farmy.

IMG_4216

IMG_4220

IMG_4218

IMG_4083

Do Bourke dotarliśmy późną sobotą. Rozbiliśmy namiot na polu przy Darling River (a jakże!) i poszliśmy na obiad w jedynym otwartym punkcie przy drodze wylotowej z miasta. W menu to samo co w menu całego outbacku – hamburgery lub steki, oba z obowiązkowymi frytkami. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy znów zamówić T-bone’a. Tutaj serwowany był bez oszustw, czyli w wielkości przekraczającej wielkość talerza. Moja wątroba już tylko kwiliła cichutko, w męczarniach marząc o obiedzie z sałaty.

Walczyliśmy ze swoimi porcjami, a w międzyczasie do środka wchodzili i wychodzili miejscowi kowboje. Prawdziwi, nie stylizowani z ulic miast. W najprawdziwszych kowbojkach do łydki (węże, tutaj zawsze pamiętają o wężach), w zakurzonych i wypłowiałych od słońca kapeluszach. Wpadali po piwo, spotykali znajomego, zastygali w rozmowie, przysiadając półdupkiem na taborecie. W pewnym momecie doraczkował do nich Kaj, który uwielbia gryźć czubki butów, i nie mógł, oj nie mógł pominąć okazji. Podbiegłam, odczepiłam go od jednego z butów (czarno biała kowbojka z klasycznym czubem), a właściciel buta z uśmiechem coś do mnie powiedział. I tu klops – powiedział po australijsku. Ni w ząb nie byłam w stanie zrozumieć o co chodzi i powiedziałam o tym po angielsku. Przez chwilę poczułam się niezrecznie, bo oto w środku miejscowego baru do którego przychodzą sami lokalsi, wiecie – w stylu twardzych facetów na co dzień zmagających się z siłami natury, tacy Malboro Meni tylko bez papiertosa, z intensywną wyrazistością, która w miastach zupełnie wtapiała się w tłum, zostałam zidentyfikowana jako turystka, która myśli, że jak mówi po angielsku, to świat stoi otworem. Rozmowy na minisekundę umilkły, a potem kowboj, jak również jego znajomi uprzejmie przeszli na angielski, wyraźnie starając się mówić wolno i wyraźnie. I już po chwili rozmawialiśmy o tym, co zwykle – o pogodzie, o cholernych muchach (doradzono mi siatkę, ja na to, że wtedy czuję się jak idiotyczna turystka, a na co usłyszałam zapewnienie, że oni też czasem takie siatki zakładają, choć w powietrzu zawisło niewypowiedziane “jak nikt nie widzi”), o poziomie wody w Darling River, o dzieciach, o zalanej trasie po ostatnich deszczach, o naszych planach dalszej drogi.

Jedziemy do supermarketu uzupełnić zapasy jedzenia i pieluszek. Na parkingu znów dwa światy, dwie rzeki mijające się bez kolizji w sposób wypracowany dziesiątkami lat życia obok siebie – ścieżki Aborygenów i ścieżki białych. Bez agresji, bo przecież jest niepotrzebna, ale z wiedzą na poziomie komórkowym, dzięki której jedni potrafią patrzeć przez drugich jakby ich zupełnie nie było na linii wzroku. Ochroniarz w sklepie, Hindus, próbuje wypracować sobie przynależność, ignorując wchodzących czarnych, i z uśmiechem witając mijających go bez słowa białych. Drabina społeczna jak wszędzie.

Michał stoi w kolejce do kasy, a ja z dzieciakami wychodzę na dwór. Ups, nie znając reguł postawiliśmy samochód w części dla Aborygenów. Nie, nie była niczym oznaczona, nie miała żadnych linii na asfalcie, czy tabliczek. Po prostu była po prawej stronie od wejścia.

Tolek skacze z krawężnika na chodnik ćwicząc strażackie umiejętności, po chwili zauważa, że jest obserwowany przez dwie nastoletnie Aborygenki, więc zaczyna się popisywać. Dziewczyny uśmiechają się, coś do siebie mówią. Potem zauważają Kaja i są pod wrażeniem jego błękitnych, wielkich oczu. Chwilę rozmawiamy, potem każdy wraca do swoich zajęć. Czyli one do bycia nastolatkami, a ja do bycia mamą. Są dokładnie takie same jak wszystkie nastolatki pod słońcem. Ubrane w nieprawdopodobnie ciasne dżinsy i tyci koszulki, podkreślają swoją młodość, która dla nich jest tożsama z dopiero co zyskanym ciałem kobiety. Z miną wyrażającą totalne znudzenie wstają, siadają, kucają, obrócą się, wygną – w ciągłym ruchu, jak przynęta na haczyku, wirują kusząc pryszczatych aborygeńskich nastolatków, którzy obserwują ich z drugiej strony chodnika. Bezruch nie jest dla nich, w bezruchu nie miałyby szans zaprezentować wszystkich swoich wdzięków, fryzury, makijażu, biżuterii, która czasem bardziej zakrywa ciało niż skąpe ubranie. W końcu druga strona tego przedstawienia postanawia przystąpić do akcji. Krokiem od niechcenia, całą grupą, lekko z nerwów popychając się wzajemnie, podchodzą do dziewczyn i coś do nich mówią. W odpowiedzi słyszą, że mają się odwalić (złagodziłam to, co rzeczywiście usłyszeli). Oczywiście nie odwalają się, bo taki tekst to tylko gra wstępna, wszyscy o tym wiedzą. I nastolatki w Polsce, i w Ameryce, i białe australijskie, i również czarne. Nastoletnie sobotnie popołudnie w atmosferze wzajemnego przyciągania i odpychania – identyczne na całym świecie.

W międzyczasie wkładam dzieci do auta, a do Kaja podchodzi kilkuletni czarny chłopczyk. Zaczyna o czymś z moim synem rozmawiać, a potem ogląda porozrzucane po samochodzie zabawki. Jedną z nich podaje Kajowi, a drugą zaczyna się bawić. Gdy woła go ktoś z dorosłych, chłopiec z zabawką w ręku chce odejść. “Taki mały i już kradnie. Czego się spodziewać po Aborygenie?” – pojawia się natychmiast w głowie. Jak łatwo myśli się schematami, prawda? Kilka dni temu Tolek na jednym placu zabaw w piaskownicy kopał dołek czyjąć pożyczoną łopatką. Gdy go zawołałam do wyjścia, podbiegł do mnie dalej trzymając ją w ręku. Zauważyłam to i przypomniałam mu, żeby oddał zabawkę koledze. Ciekawe czy ktoś sobie wtedy pomyślał: “Czego się spodziewać po biednym polskim dziecku?”.

Z uśmiechem wyjmuję Aborygenowi zabawkę z ręki tłumacząc, że mój synek by za nią tęsknił. Malec uśmiecha się, oddaje co nie jego i biegnie do rodziców. Zwykłe dziecko, takie samo jak moje.

W pewnym momecie jakieś zamieszanie, krzyk, coś się wydarzyło w grupie Aborygenów w odległym kącie parkingu. Ktoś kogoś popchnął? Potrącil? Rzucił czymś? Pobił się ktoś z kimś? Zupełnie nie wiem, bo nie widziałam, rozpakowywaliśmy wtedy z Michałem zakupy do bagażnika. To co zanotowałam to drwiące uśmiechy białych Australijczyków, którzy z daleka obserwowali zajśce, jakby mówli : Ach, ci czarni, nic, tylko rozrabiają.

Gdy wyjeżdżaliśmy, wokół jednego czarnego (reszta zniknęła w magiczny sposób) stały cztery radiowozy policyjne i ośmiu policjantów w pełnym umundurowaniu, czyli cała obsada tutajszego, jedynego w okolicy komisariatu.

 

Niedziela nas zaskoczyła. Chcieliśmy zwiedzić polecane Centrum Outbacku, w którym mieściła się też informacja turystyczna. Rano na parkingu spotykamy parę innych samochodów ze zdezorientowanymi turystami, którzy tak jak i my mieli wiarę w to, że dwie rzeczy są w każdym miejscu Australii otwarte siedem dni w tygodniu – supermarket IGA i informacja turystyczna. W Bourke przyszło nam stanąć oko w oko z niemożliwym – informacja, a tym samym i ekspozycja Centrum Outbacku były zamknięte.

Wszystko inne w miasteczku, łącznie z kawiarniami i pubami, też, a IGĘ zwiedziliśmy dzień wcześniej. Nie dyskutując z dogmatami, postanawiamy pojechać na krótką wycieczkę poza miasto, marne 150 km nieutwardzoną drogą w jedną stronę. Phi.

IMG_4072

I znów sceneria suchych pastwisk z ostrymi krzewami i kępkami trawy, która w naszym mniemaniu nie powinna być w stanie wyżywić nawet jednej owcy, a jednak żywi tysiące. Jechaliśmy dość długo, bo droga była wyboista i auto często traciło przyczepność. Upał, suchy kurz, pustkowie jak okiem sięgnąć. Gdybym miała przejść ten szlak pieszo, tak jak to zrobił Sturt i inni, już dawno straciłabym nadzieję, że tu jest coś więcej. Przecież aż po horyzont nie ma żadnego buszu czy skupiska drzew świadczących o wodzie.

Ale samochodem kilometry jednak szybciej mijają, choć w ten sposób jednocześnie przegapiami stopniowe zmiany w roślinności. Gdy w końcu zauważamy różnicę jesteśmy w środku eukaliptusowego lasu, którego zupełnie byśmy się tu nie spodziewali. Zostawiamy auto na parkingu i idziemy powspinać się trochę po kamieniach.

IMG_4039

IMG_4043

IMG_4070

IMG_4073

IMG_4092

IMG_4096

IMG_4040

Szlak po kilometrze doprowadził nas do jaskiń z malowidłami aborygeńskimi. I znów – nie wiadomo kiedy powstały, wiadomo tylko, że są bardzo stare. Albo że ktoś chciałby, żeby były stare, najlepiej tak stare jak świat.

Na skalnych ścianach starsze malunki ukrywają się pod młodszymi, jedne techniki widnieją obok innych. Zwierzęta, na które się polowało w tej okolicy, narzędzia używane na co dzień, ceremonie i wierzenia.

IMG_4050

IMG_4053

IMG_4058

A pośród nich, coś co najbardziej do mnie przemawia – podpis twórcy, czyli wizerunek dłoni Aborygena sprzed kilkuset lub kilku tysięcy lat.

IMG_4062

Aż nie mam śmiałości spytać, czego to jest rysunek...

Aż nie mam śmiałości spytać, czego to jest wizerunek…

W wąwozie pomiędzy skałami płynie leniwie strumyk cały aż drżący od pływających w nim kijanek. Gdy idziemy brzegiem malutkie miniżabki tysiącami uciekają nam spod butów.

W tym miejscu w końcu dotarło do mnie, jak ważne były dla Aborygenów opowieści – mapy o trasach wędrówek i zawsze pełnych billabongach. Bez tej wiedzy człowiek nie miał szans przeżyć. Bezmiar suchego krajobrazu, setki kilometrów drogi – tu nie było miejsca na pomyłkę czy improwizację w szukaniu źródła wody. Idąc tędy trzeba było wiedzieć, gdzie się idzie i jak tam dojść.

 

Po powrocie, ponieważ w Bourke dalej wszystko jest zamknięte, resztę popołudnia spędzamy na kempingu. Czytamy, pijemy herbatę, z grubsza pilnujemy dzieci, gawędzimy z innymi podróżnikami. Pod wieczór idę z Tolkiem basen. Jest zupełnie pusty. Pluszczemy się w przyjemnie chłodnej wodzie, a w tle słońce zachodzi nad Darling River malując niebo fioletami, lawendą, błękitem.

IMG_4089

 

W poniedziałek plan jest jasny jak słońce – godzina w Centrum Outbacku, wizyta na historycznym nadbrzeżu rzeki przez pięć minut, i pędem ruszamy w stronę Lighting Ridge, ponad 300 km stąd.

Bo cóż więcej można robić w Bourke?

W Centrum spędzamy dwie i pół godziny dowiadując się miliona rzeczy o outbacku. Część z nich przeczytaliście w poprzednich postach, część ciągle czeka w archiwum na wykorzystanie. Anegdotki o znanych tu postaciach, wspomnienia ludzi z farm, fragmenty dzienników, pamiętników, listów, wiersze poetów, którzy bez zakochania się w outbacku poetami być może wcale by nie zostali. Mnóstwo, mnóstwo czytania ze zrozumieniem na kilka godzin co najmniej. Pod koniec, gdy dzieci naprawdę już po kilka razy pobawiły się wszystkimi ruchomymi częściami wystawy i głośnym płaczem oznajmiły, że więcej już nie są w stanie znieść, wdrażamy plan B – fotografujemy wszystkie pozostałe, nieprzeczytane jeszcze tablice i wychodzimy. Czytamy potem, na ekranie komputera, gdy mamy jakąś chwilę w drodze.

Następny punkt na liście – nadbrzeże, gdzie rzeczywiście w pięć minut oglądamy drewniane zabudowania starego nadrzecznego portu.

IMG_4213

IMG_4215

IMG_4211

I już, już zbieramy się do drogi, gdy tuż obok parkingu widzimy kawiarnię – sklep z gadżetami do wystroju wnętrz. Wpadamy na krótką kawę. Jest przyjemne ciepłe południe, dzieci bawią się w kąciku zabaw jak na całym świecie urządzonym mebelkami i zabawkami z Ikei (drugi koniec świata, kawiarnia w mieście pośrodku niczego! a do dyspozycji kultowa wieża z drewnianych kręgów na stoliczku z serii Mammut), much nie ma, rzeka w dole leniwie płynie, kawa mocna i aromatyczna, a w sklepie – boska czerwona waga kuchenna, perfekcyjnie wpisująca się w klimat naszej nowej planowanej kuchni. Ale jak to, transportować wagę z Australii? Już i tak ze względu na książki i dwa pudła muszli mamy nadbagaż, a jeszcze musimy kupić prezenty i parę wcześniej zaplanowanych drobiazgów. A waga drobiazgiem nie jest. Opierając się pokusie postanawiam zadzwonić do naszej projektantki wnętrz z nadzieją, że ona się sprzeciwi i nas powstrzyma, ale w Polsce jest trzecia w nocy, reflektuję się, nie chcemy przecież stracić projektantki… Pijemy kawę, wymyślamy argumenty przeciw (za duża, nie będzie pasować do lodówki, uszkodzi się w czasie lotu, nie zmieści się do żadnej z toreb), a na koniec i tak ją kupujemy. W komplecie ze ścienną tablicą z mottem, które trafia do naszego tempa życia i trawiącej nas zachłanności na przeżywanie. Skoro wagę jakoś upchniemy, to czym jest mały, płaski kawałek deski?

Półtoragodzinna nieplanowana przerwa na kawę już definitywnie przekreślila nasze szanse na dotarcie dziś do Lighting Ridge. Machając ręką na przeciwności losu, postanawiamy się nie przejmować i zrealizować jeszcze jeden punkt pobytu w Bourke – znaleźć parowiec, który utknął na równinie. Ponoć gdy wylewały wody Darling River niektórzy posiadacze ziemscy skracając sobie drogę od portu do swojej farmy płynęli nie korytem rzecznym, tylko właśnie rozlewiskami. I jedni zdążyli, a inni nie. Ci drudzy, gdy opadająca woda zablokowała ich pośrodku pastwiska, wracali do domu konno, a parowiec sterczał na polu czekając do następnej powodzi. I znów – jeden doczekał, drugi nie. Tego drugiego można było zobaczeć koło Bourke. W informacji turystycznej dostaliśmy tzw. mud map i ruszyliśmy na poszukiwanie. Określenie “błotna mapa” pochodzi z czasów, gdy wędrowiec pytając o drogę dostawał wskazówki wzbogacone o rysowaną patykiem na ziemi “orientacyjną mapę”. Niektóre były dokładne, inne mniej. Nasza, mimo że wydrukowana, zaliczała się do tych innych. Dobre czterdzieści minut błądziliśmy po trzech drogach na krzyż, po drodze pomyłkowo wjeżdżając na farmę z zaparkowanym road trainem. Tolek mógł w końcu z bliska obejrzeć sobie jaka to ogromna maszyna, a my dostaliśmy od przemiłych pań, które tam zastaliśmy, kolejną mud map.

IMG_4221

W końcu trafiliśmy. Z parowca “H.S. Wave” zostały już tylko żeliwne obręcze kół. Utknął w tym miejscu w 1921 r, a jego właściciel z jakiegoś powodu wierzył, że wystarczy chwilę poczekać, żeby dalej ruszyć w rejs. I czekał tak wiele lat, a wraz z nim pojawiające się w kolejnych latach dzieci i zwierzęta, a parowiec zyskał miano “Arki Noego”.

IMG_4227

Wyjeżdżamy z Bourke. Mieliśmy tu spędzić jeden dzień, a byliśmy trzy. I jakoś nieśpieszno nam opuścić te z pozoru zwyczajne miasteczko. Co w nim jest takiego, no co?

IMG_4079

It’s the bitterest land of sweat and sorrow

But if I were free I’d be off tomorrow

Out at the Back O’ Bourke.

(Will Ogilve)

Skąd się bierze sweterek?

Once a jolly swagman camped by a billabong,
Under the shade of a coolibah tree,
And he sang as he watched and waited ’til his billy boiled
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
And he sang as he watched and waited ’til his billy boiled,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Down came a jumbuck to drink at the billabong,
Up got the swagman and grabbed him with glee,
And he sang as he stowed that jumbuck in his tucker bag,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
And he sang as he stowed that jumbuck in his tucker bag,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Down came the squatter, mounted on his thoroughbred,
Up came the troopers, one, two, three,
„Who’s that jolly jumbuck you’ve got in your tucker bag?”
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
„Who’s that jolly jumbuck you’ve got in your tucker bag?”,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Up got the swagman and jumped into the billabong,
„You’ll never catch me alive”, said he,
And his ghost may be heard as you pass by that billabong,
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me
And his ghost may be heard as you pass by that billabong,
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Bogaty farmer zarządający setkami hektarów ziemi, czy wiążący koniec z końcem rolnik? Kim jest mityczny australijski hodowca owiec?

Pasjonatą, brzmi poprawna odpowiedź.

Są lata, podczas których na pastwiskach jest w bród trawy, owce nie chorują, jagnięta nie padają, ceny wełny na rynku są zadowalające. Wtedy można poczuć się przez chwilę jak bogacz. Suma uzyskana ze sprzedaży zarówno runa jak i samych owiec zasila konto w banku i kusi. A ten kto pokusie ulegnie i za zarobione “nadwyżki” zafunduje sobie luksusy, przegrywa. Bo za rok, za dwa przychodzi susza. I trwa rok. Dwa. Kilkanaście lat. Owce zaczynają głodować. Wtedy fundusze z konta w ekspresowym tempie znikają bo trzeba kupić żywność dla zwierząt. Co prawda jest to minimalną, głodowa porcja raz na dzień wykładana na padokach, ale w przeliczeniu na setki zwierząt i dni w roku koszt przyprawia o zawrót głowy. Głodujące owce mają gorszą wełnę, więc jej cena spada na łeb na szyję. Plus cena za sztukę owcy też wynosi poniżej kosztu dotychczasowej hodowli, bo wszyscy zmniejszają stada zostawiając tylko najbardziej wartościowe sztuki. Rok w rok bilans farmy jest na minusie. Przetrwają tylko ci, którzy mają mocne nerwy, nieskończoną cierpliwość i wiarę, że każda susza w końcu się kończy, plus spory zapas środków w banku.

W perspektywie czasu, na przestrzeni kilkudziesięciu lat hodowla owiec pozwala na zadowalające życie. Ale na pewno nie jest to sposób na zbicie fortuny. W dodatku ciągła niepewność odnośnie cen wełny, pogody, nagłej epidemii dziesiątkującej stado – zdecydowanie trzeba mieć pasję, żeby żyć takim życiem. Z drugiej strony – ludzie z pasją mają zawsze do opowiedzenia jakąś ciekawą historię, a my zdecydowanie lubimy słuchać historii.

Liz z Trilby Station ma pasję. I opowiedziała nam o tym, jak to jednego roku sprzedawali owce w cenie 118 dolarów australijskich za sztukę, a następnego za 40 dolarów. Opisała walkę o uratowanie stada podczas dziewięcioletniej suszy na początku wieku. Zrozumieliśmy, że możliwości człowieka w kontrolowanie sytuacji są mocno ograniczone, bo jak przewidzieć i zapobiec śmierci nowonarodzonych jagniąt zaatakowanych przez robaki lub wirusa przenoszonego przez komary. A gdy rok w rok nie ma jagniąt, lub te co się rodzą są przez matki porzucane z powodu suszy i niemiłosiernego upału, to los stada nie wygląda optymistycznie.

Jak podjąć decyzję o sprzedaży? Jak wybrać moment? Już chyba wygrana w kasynie jest bardziej przewidywalna niż prowadzenie takiej farmy.

Na szczęście w obecnych czasach ustalono system sprzedaży owiec, który pozwala przynajmniej ograniczenie ryzyka. Kiedyś trzeba było kilkusetne stado zapakować i przewieźć na targ. Tam czekać na ofertę, i najczęściej sprzedawało się je po cenie niezadowalającej, bo po prostu nieopłacalne było wożenie zwierząt z powrotem na farmę. Teraz owce sprzedawać można na owczym allegro. Na farmę przyjeżdża przedstawiciel serwisu aukcyjnego i ocenia 10% stada przeznaczonego na sprzedaż. Bierze pod uwagę wagę osobników, jakość wełny (miękkość, gęstość, długość, kolor) oraz jej zanieczyszczenie (w czasie suszy większe, bo w runo wplatają się wszystkie uschnięte patyki i źdźbła trawy). Potem robi zdjęcia i całość trafia na stronę internetową czekając na kupca, który zapłaci najwięcej i pokryje koszty transportu.

Gdy warunki pozwalają owce można strzyc. Zwykle ma to miejsce od połowy maja i trwa miesiąc. Na Trilby Station od lat korzystają z … nowozelandzkich postrzygaczy, a konkretnie Maorysów. Nie dość, że są tańsi o australijskich, to przede wszystkim nie należą do związków zawodowych :) Historia stara jak świat i w każdym zakątku świata występująca.

Liz opowiedziała nam jak doszło do tego, że zaczęli zatrudniać drużyny z Nowej Zelandii, więc my przekazujemy historię dalej. Jest to dowód na to, że idea związków zawodowych, jak i samej wartości pracy jest jak najbardziej słuszna, ale gdy idea zmienia się w politykę, to traci sens. Otóż podczas któregoś strzyżenia w piątek późnym popołudniem prawie dziesięciotysięczne stado zostało ostrzyżone po miesiącu ciężkiej pracy. Zostało słownie dwadzieścia owiec. I okazało się, że australijscy zrzeszeni w związkach postrzygacze nie mogą ich ostrzyc, bo minął limit godzinowy i zrobili to dopiero w poniedziałek rano. Oczywiście za ich pobyt na farmie przez weekend Liz i Garry musieli zaplacić zwykłą godzinową stawkę.

Od tej pory – Maorysi rządzą.

Z postrzyżyn można w dobrych latach uzyskać około 400 bali wełny, każdy ważący ponad 180 kg (na jeden bal potrzeba ciut ponad 30 owiec). Sprzedać je można średnio za 1200 AUS/sztukę. Za ostrzyżenie 1 owcy płaci się szefowi drużyny postrzygaczy 12 dolarów. Osoby chętne i ci, którzy mają maturę z matematyki w tym roku mogą policzyć ile można zarobić w tym biznesie.

W Kinchega National Park oglądaliśmy szopę do strzyżenia owiec z ubiegłego wieku. Pierwotnie zbudowana z drewna, posiadała imponującą liczbę 65 stanowisk do strzyżenia. Przy szopie zlokalizowane były kwatery dla postrzygaczy, naczelnego eksperta, selekcjonerów wełny, niewykwalifikowanych pomocników, chłopcow “smołowych”, osób spędzających owce, osób do mycia wełny, poganiaczy wołów ciągnących wozy z wełną na przystań i dla kucharza, który im wszystkim gotował jedzenie. Istniejące do dzisiaj, zostały wzniesione z blachy w latach ’20-tych ubiegłego wieku.

IMG_3446

Szopa w Kichenga National Park

 

Kwatery postrzygacz. Dziś - zakwaterowanie dla turystów.

Kwatery postrzygacz. Dziś – zakwaterowanie dla turystów.

Początkowo w 1870r. na farmie hodowano 35 tysięcy owiec. Pięć lat później, po zainstalowaniu takich nowinek jak zbiorniki na wodę i poidła pogłowie wzrosło do 75 tysięcy, a w szczytowym okresie na farmie pasło się 160 tysięcy owiec. Ostatnie strzyżeniew 1987 r. było huczną, relacjonowaną przez prasę imprezą, po której tereny farmy wraz z zabudowaniami zostały przekazane na rzecz parku narodowego.

To co mogliśmy zwiedzić, to pomniejszona dwukrotnie (gdy powoli zmniejszano ilość wypasanych owiec) oryginalna szopa zbudowana z drewna Red Gum Trees.

W upale, odganiając się oczywiście od już prawie nam obojętnych much, zrobiliśmy wycieczkę “po tropach owcy”. I żeby nie było, że wycieczka nudna i nic nie mówiąca dla dzieci, dodaliśmy do niech efekty dźwiękowe udając stado baranów i jednocześnie tłumacząc Tolkowi poszczególne stadia procesu strzyżenia.

IMG_3456

IMG_3457

Becząc i tupiąc (wy też możecie czytając ten post beczeć) przeszliśmy po rampie do pierwszego pomieszczenia szopy. Tam trzymane owce czekając na rozdzielenie do poszczególnych boksów mogły wysuszyć wełnę a to z upału a to z deszczu, w zależności od potrzeb. Potem takie suche dziewczynki wędrowały do mniejszych zagródek, z których przez specjalne wahadłowe drzwi (otwierane tylko w jedną stronę, żeby owca nie mogła zmienić zdania) wyciągane były przez postrzygacza zajmującego swoje stanowisko do strzyżenia. Potem ciach ciach nożycami, pierwotnie ręcznymi, a potem napędzanymi mechanicznie, i owca po pochylni spychana była na zewnątrz szopy do kojca. W ten sposób można było łatwo policzyć ile owiec postrzygacz ostrzygł.

Wnętrze szopy

Wnętrze szopy

Ochotnik demonstrujący drogę owcy od wełenki do topless

Ochotnik demonstrujący drogę owcy od postaci wełenki do wizerunku topless

 

Stanowiska postrzygaczy

Stanowiska postrzygaczy

Koło napędzające nożyce

Koło napędzające nożyce

Zagroda dla ostrzyżonych owieczek. Nie, nie zepchnęliśmy Tolka po widoczne w tle pochylni. Sam zjechał.

Zagroda dla ostrzyżonych owieczek. Nie, nie zepchnęliśmy Tolka po widocznej w tle pochylni. Sam zjechał.

Wełna natomiast przez innych członków drużyny postrzygaczy zanoszona była na stół, gdzie selskcjoner z pomocnikami oznaczali jej klasę. Potem zgodnie z nią umieszczana była w osobnych koszach. Następnie zapełniony kosz trafiał do prasy, która z wełny robiła zgrabne ponad stukilogramowe pakunki. W międzyczasie do procesu wprowadzono maszynę do oczyszczania wełny – system bębnów, który wytrząsał z niej piach i patyki.

Bębny czyszczące wełnę

Bębny czyszczące wełnę

Prasa

Prasa

Bela wełny była ważona, oznaczana nadaną wcześniej klasą i ładowana na wóz ciągnięty przez woły, które transportowały potem kilkuset tonowe ładunki na brzeg rzeki, sławnej Darling River, skąd parowce zabierały wełnę w świat.

Niesamowite było to, że gdy kilka dni później zwiedzaliśmy nowoczesną szopę na farmie Liz i Garry’ego to cała organizacja pracy nie różniła się znacząco od tego co widzieliśmy w “skanenowej” szopie z Kinchega National Park. Blacha zamiast drewna, napęd do nożyc elektryczny zastąpił napęd parą wodną, ale poza tym bez zmian.

Współczesna szopa na Trilby Station

Współczesna szopa na Trilby Station

Stanowiska postrzygaczy

Stanowiska postrzygaczy

Nowoczesny napęd elektryczny do nożyc

Nowoczesny napęd elektryczny do nożyc

Zagrody oczekujących

Zagrody oczekujących

Prasa

Prasa

Tablice i spray do oznaczania jakości wełny, plus chwytak do przenoszenia bel sprasowanego runa

Tablice i spray do oznaczania jakości wełny, plus chwytak do przenoszenia bel sprasowanego runa

A, i postrzygacze w dzisiejszych czasach używają specjalnych pasów podtrzymujących kręgosłup podczas wielogodzinnej pracy. Że też czegoś takiego nie wymyślono jeszcze dla matek tysiąc razy dziennie schylających się po dziecko (ponieść z łóżeczka, włożyć do łóżeczka, wykąpać, przewinąć, wziąć na ręce, posprzątać milion porozrzucanych zabawek, itp).

IMG_3977

No i matce nie płaci się tak dobrze jak postrzygaczom. W ogóle się jej w sumie nie płaci.

Za to postrzygacz był zawsze najlepiej opłacanym zajęciem w buszu. Końcowa stawka zależała od jego umiejętności, czyli ilości owiec ostrzyżonych w danym dniu. Najlepsi, tzw. gun shearers byli w stanie ostrzyc do 80 owiec na dzień, a gdy wprowadzono mechaniczne nożyce – ponad setkę.

Jak w całej tej historii były lata tłuste, gdy zarobek był godziwy, i lata chude, gdy mnóstwo wychudzonych mężczyzn przemierzało rowerami niepojęte odległości od farmy do farmy próbując się gdzieś zaczepić i cokolwiek zarobić. Gdy farmerzy nie mieli jak zapłacić za strzyżenie i kolejne lata nie dawały zatrudnienia, mężczyźni będący ikoną outbacku, bohaterami pieśni, wierszy i opowieści, zaczynali kraść by przeżyć. To oczywiście rodziło konflikty i napięcia, i tak się wszystko kręciło, aż spadł deszcz, wyrosła trawa, owce urodziły młode, a rynek znów zaczął płacić za wełnę.

Postrzygacz oprócz wynagrodzenia miał w miejscu pracy zapewniony dach nad głową i posiłki. Nożyce i specjalne skórzane paski do ich ostrzenia przynosił z sobą. Tak było kiedyś i tak jest do dziś.

A na koniec słowniczek. Słynna Matilda z najbardziej australijskiej piosenki to zrulowany koc, który postrzygacze nosili z sobą podczas wędrówek, służący i do okrycia w chłodne noce, i jako posłanie, i jako osłona przed upałem w dzień. Waltzing Matilda jest więc określeniem kilkuletniej wędrówki włóczęgi zwanego swagmanem, który cały swój dobytek ma przy sobie. Jak to trafnie ujął Willie Ogilve, wyobraźnią Australijczyków zawładnęła postać nomadów, którzy wędrując wzdłuż rzeki od jednego zakrętu do drugiego zwijali swój koc i Bóg jeden wie ile smutku w nim. Mężczyźni z dziwnymi historiami pozostawionymi za sobą, żebracy, którzy kiedyś wypisywali swoje nazwisko na kilkutysięcznych czekach, znane postacie z dalekiej Anglii, która zapomniała o ich istnieniu. Bez nadziei i bez przyszłości włóczyli się wzdłuż rzeki przez zakurzone, spragnione dni lata, przez błota i wodę czasu powodzi, prosząc tylko o kawałek mięsa i trochę mąki na stacjach, które mijali.

I jak tu nie kochać magii Outbacku?

Darling River Run. Bo ciągle nam outbacku mało.

Darling River Run zaczyna się właściwie w Wentworth, ale my wjechaliśmy do niej od połowy, w Menindee.

Najpierw z Broken Hill udaliśmy się do Kinchega National Park. Skusiła nas w tamte rejony historyczna, największa swego czasu i jedna z najstarszych w zachodniej NSW szopa do strzyżenia owiec.

IMG_3446

Na pierwszy rzut oka – mało imponująca szopa

Obiad w drodze

Obiad w drodze

Sam park narodowy to znów pustynne obszary – czerwona, sucha ziemia i wyschnięte szare kępki traw lub bezlistnych krzewów, wyglądających na absolutnie i totalnie martwe. Dopiero po przyjrzeniu się z bardzo bliska można zobaczyć wąskie, szare liście przyklejone wzdłuż gałęzi lub małe, również szare, kulki z nasionami.

IMG_3415

Dziki mini-arbuz z bliska

Dziki mini-arbuz z bliska

Nagle, zupełnie niespodziewanie krajobraz zmienia się w zaczarowany las. Na głębokości kilkuset metrów wzdłuż płynącej tutaj Darling River rosną olbrzmie i bardzo stare eukaliptusy. Grube pnie z korą układającą się w fantazyjne wzory, powykręcane gałęzie dające cień, wirujące na najmniejszym wietrze cienkie srebrnozielone listki i migoczące, rozbiegane plamy światła słonecznego.

IMG_3519

IMG_3516

IMG_3524

IMG_3540

IMG_3523

A przy samej rzece co jakiś czas, tak żeby zachować poczucie odizolowania, rozmieszczono miejsca do rozbicia obozu. I tu paradoks – na wjeździe do parku postawiono tablicę z ostrzeżeniem, iż rosnące tu eukalitusy są wiekowe i ich grube konary w każdej chwili, bez wiatru i specjalnej przyczyny mogą się odłamać. W związku z powyższym uprasza się turystów o nierozbijanie namiotu pod drzewami. Następnie – jedyne miejsca kempingowe wyznaczono w zacienionych przez eukaliptusy zatoczkach. Hmm… Ryzykujemy i postanawiamy z jednego z nich skorzystać.

IMG_3554

IMG_3515

Obiektywnie – jest rewelacyjnie. Cisza, spokój, woda, legendarnej rzeki, niesamowite otoczenie, relatywnie mało much, na które działa nasz czarodziejski krem. Subiektywnie – na ziemi milion malutkich ostrych nasion eukaliptusa, tak że nie da się Kaja puścić do raczkowania, bo albo wbijają mu się w rączki, albo swoim starym zwyczajem Kaj je połyka. Do tego bardzo stromy, wręcz pionowy, wysoki na dwadzieścia metrów, niczym niezabezpieczony brzeg rzeki. Ech, zwykłe uroki podroży z małymi dziećmi.

Przyłapany Kaj z kolcem w buzi

Przyłapany Kaj z kolcem w buzi

IMG_3548

Próbujemy jednak z chwili wycisnąć ile się da. Michał rozbija namiot, ja ignorując wypadający dysk spaceruję kolejne kilometry z Kajem za rączkę (pistolet jeden gryzie mnie jak próbuję wziąć go na ręce. On teraz będzie chodził ze swoim chodzikiem, czyli mną), a Tolek biega wokoło i zbiera patyki na ognisko “na niby” (z powodu suszy obowiązuje zakaz rozpalania otwartego ognia). Potem ja zajmuję się wkładaniem swojego dysku na miejsce, a Michał przejmuje chłopców i razem przygotowują kolację. Bo to męska rzecz jest upolować i przyrządzić na patelni pyszne tosty maczane w rozbełtanym jajku, podane potem ze zdobycznym w pobliskim sklepie kurczakiem z rożna : )

IMG_3546

IMG_3549

Kaj zasypia, my zajadamy się grzankami, pijemy gorącą herbatę z naszego billy’ego, a słońce powoli zachodzi. Już mam sięgnąć po aparat, żeby uchwycić kolory na rzece i chmurach, gdy budzi się Kaj, bo przypomniał sobie, że zasnął bez porcji wieczornego mleczka. Nie ma przebacz, nie da się zapomnieć, że z zawodu jestem matką karmiącą, a dopiero z hobby w wolnym czasie fotografem. Gdy wychodzę z namiotu, na niebie świecą już gwiazdy i księżyc.

 

Rano ruszamy wzdłuż rzeki. Przy okazji przekraczamy po raz kolejny granicę zmiany czasu. Nie pokrywa się ona zupełnie z niczym, bo jest za Broken Hill, które administracyjnie należy do New South Wales, ale czas w nim jest taki jak w South Australia. W dodatku samo przesunięcie jest bez sensu, bo o pół godziny.

IMG_3408

IMG_3410

Droga jest w zmiennym stanie – raz sypkie kamienie pozbawiające auta przyczepności, raz głębokie, zupełnie niewidoczne z dala doły lub zaschnięte na kamień spore błotne muldy. Miejscowi jeżdżą nią swoimi poobijanymi pick-up’ami ponad 100 km/h, ja na trochę lepiej wyglądających odcinkach odważam się na marne osiemdziesiąt, w porywach dziewięćdziesiąt, a i tak czasem słyszę jak Michał siedzący obok wstrzymuje oddech. Auto co chwila skrzypi i wali zawieszeniem, bo jednak niezależnie od tego, jak chcą je przedstawić marketingowcy, Amarok nie jest terenówką. Za niski prześwit, za małe koła i zdecydowanie za słaby silnik.

IMG_3564

IMG_3585

IMG_3565

Niby sto pięćdziesiąt kilometrów to jest nic. Kilka miesięcy temu wracałam z Warszawy do domu nową autostradą, zastanawiając się nad jakimiś ważnymi zapewne rzeczami, i jechało mi się tak dobrze, że oprzytomniałam dopiero pod Łodzią. Stoparęnaście kilometrów śmignęło pod kołami nie wiadomo kiedy.

Teraz tą samą odległość pokonujemy w dwie i pół godziny, a w dodatku mamy wrażenie, że trwało to cały dzień. Na pewno w znacznym stopniu sprawił to krajobraz drogi – cały czas jechaliśmy przez pustkowia. Ziemia raz była czerwona, raz szara, czasem kamienista, czasem piaszczysta, wokół pojedyńcze drzewa nie dające cienia lub kępki traw, ale mimo tej pozornej różnorodności – przez sto pięćdziesiąt kilometrów za oknem widzieliśmy monotonnię. Nie spotkaliśmy żadnego auta, nie minęliśmy żadnego domostwa. Tylko kolejne płoty z grid’ami na drodze informowały nas o wjechaniu na teren następnej ogromnej farmy. Do tego w Australii jest irytujący zwyczaj nie umieszczania tablic z odległościami. Więc gdy przed startem zapomnieliśmy spojrzeć na licznik, to w trakcie drogi, jak już byliśmy mocno znużeni i rozpaczliwie potrzebowaliśmy podniesienia na duchu, że niedługo droga dotrze do celu, nie mieliśmy pojęcia ile jeszcze nam zostało.

IMG_3575

IMG_3573

IMG_3591

IMG_3630

W końcu dojeżdżamy do Wilcannii. Tam kawa w jedynej kawiarni w mieście, plac zabaw, chwila relaksu. Oprócz właściela kawiarni nie spotykamy nikogo, miasto wygląda jakby było opuszczonym planem filmowym. Jesteśmy dziwnie otępiali, pozbawieni dotychczasowego tempa, i zupełnie dajemy ciała jeśli chodzi o planowanie. Dzwonimy do jednej z oferujących noclegi farm na dalszym odcinku trasy, chcąc upewnić się, że możemy na niej dziś przenocować. Ze zdziwieniem dowiadujemy się, że wszystkie pokoje są zajęte. Ups. Do kolejnej farmy nie mamy szans dotrzeć przed zmrokiem, a w Wilcanni nie wyobrażamy sobie szukania noclegu. Znajdujemy na mapie pub w Tilpie, dzwonimy, rezerwujemy pokój. I tu właśnie popełniamy błąd, bo zapominając gdzie jesteśmy i jak wyglądają miasteczka z pub’ami, chcemy po prostu jak najszybciej dokończyć trasę. Gdy ją wybieraliśmy, kierowaliśmy się kuszącym hasłem “Przemierzenie Darling River Run pozwoli na prawdziwe doświadczenie życia w outbacku”. Teraz jesteśmy już zmęczeni, nie chcemy utknąć pośrodku niczego z dziećmi, a jedyne czego chemy doświadczyć to klimatyzowany pokój w cywilizowanym mieście. Inna sprawa, że outback w naszych (na niczym w sumie nie opartych) wyobrażeniach był romantyczną scenerią, z szumem płynącej rzeki, licznymi stadami krów i owiec leniwie wędrującymi z pastwiska na pastwisko, kowbojami na koniach pozdrawiającymi nas z siodła (koniecznie w pełnym rynsztunku prosto ze sklepu R.M. Williamsa), sielskimi bezkresnymi krajobrazami, i cały dzień nisko wiszącym słońcem, które potem zachodzi malując niebo. A, i jeszcze z ukrytych głośników (???) naszej wędrówce towarzyszą dźwięki australijskiego country (ukrytych, bo z głośników naszego radia samochodowego dochodzą co najwyżej dźwięki składanki hitów przedszkolnych). Naiwne, prawda? Teraz też już to wiem. I mogę też przyznać, że przemierzona przez nas Darling River Run naprawdę daje wyobrażenie o outbacku, tym prawdziwym. Spalonym słońcem, monotonnym, bezkresnym, bezludnym. To osamotnienie, którego doświadcza się podróżując czerwonym traktem to dla mnie definicja krainy Never-Never. Bo tak naprawdę nie przyroda tutaj powala na kolana i sprawia, że outback uwodzi duszę. Przyroda powoduje, że łatwiej jest docenić to, co ważne i szczególne – drugiego człowieka. Po kilku godzinach, dniach, tygodniach bycia z samym sobą w krainie, w której nie tak trudno o śmiertelny pech (nie, outback to nie sielskie tereny, i mimo współczesnej technologii, dzięki której można wezwać pomoc na czas i relatywnie nie jest tu bardziej niebezpiecznie niż w mieście, ciągle ma się poczucie zagrożenia i takiego podskórnego dreszczu, że zawsze coś może pójść nie tak), spotkanie z drugim człowiekiem jest swoistą nagrodą. Dlatego zupełnie obcy ludzie potrafią tutaj stworzyć pomiędzy sobą szczególną więź, choćby miała ona trwać tylko chwilę. Każdy, kogo spotykaliśmy z nami rozmawiał. O pogodzie, o muchach, o kurzu, o trasie, o planach na jutro, o tym, czy droga przejezdna. Pytali o nas, opowiadali o sobie. Wysłuchaliśmy opowieści, prozaicznych takich jak o rodzinie i miejscu z którego rozmówcy pochodzili, i tych głębszych, o marzeniach, ważnych momentach w życiu, planach. W outbacku ważny jest człowiek, a więc ważna jest jego historia, dlatego każdy ma czas jej wysłuchać. Nie ma opowieści zbyt prostych, nieciekawych, zwyczajnych – bo przecież nie ma zwyczajnych ludzi.

Taką właśnie lekcję wyniosłam z kilkutysięcy przejechanych kilometrów – każdy człowiek jest ważny.

 

Ruszamy kolejne sto kilometrów w stronę noclegu w pubie, wyjeżdżając z jedynego miasteczka w promieniu dwustu kilometrów nie zastanawiając się nad tym, czy mamy zapasy jedzenia, wody i pieluszek na kolejne dni. Trochę nam się to odbije czkawką.

Historyczny most w Wilcanni i częściowo wyschnięta Darling River

Historyczny most w Wilcanni i częściowo wyschnięta Darling River

Skrzynka na listy i paczki

Skrzynka na listy i paczki

Pub w Tilpie nie różnił się od innych odwiedzonych przez nas pubów. Z prawie stuletnią historią, stał sobie pośrodku niczego.

Tilpa - miasteczko na zdjęciu. Pub, hotel i stacja benzynowa.

Tilpa – miasteczko na zdjęciu. Pub, hotel i stacja benzynowa.

Na podwórku pomiędzy pub'em a hotelem stary grób 14miesięcznej Jessie Cotton.

Na podwórku pomiędzy pub’em a hotelem stary grób 14miesięcznej Jessie Cotton.

Bo Tilpa, mimo że jest kropką na mapie nie ma zupełnie żadnego innego domu. Ma za to cmentarz, na którym nikt nie leży (jedyny taki w Australii, jak reklamuje ulotka, i w to wierzymy), zapuszczony plac zabaw z milionami mrowisk, stary most z czasów spławiania rzeką barek z wełną, i najkrótszą na całym kontynencie trasę z zabytkami (z czego nomen omen Tilpa jest dumna). Po jednej stronie drogi trasa zaczyna się tablicą przy starym moście na rzece Darling. Tablica po pierwsze informuje, iż swego czasu rzeka była autostradą dla statków parowych. Po drugie wspomina niejakiego Tom’a Johnstona, szkockiego kapitana jednego z tych parowców, który był tak silny, że wyładowując statek dźwigał po worku pszenicy pod każdym ramieniem. Koniec tablicy. Przechodzimy do drugiej, którą poświęcono pub’owi. Historia pubu wspomina o tym, że początkowo w tym samym budynku mieścił się Royal Hotel z pubem oraz biuro poczty. Jeden z bardziej awanturujących się członków miejscowej społeczności napisał w tej sprawie list do Parlamentu, w którym żądał rozwiązania tej sytuacji. Argumentował, iż niestosownym jest załatwianie spraw na poczcie, gdy trzeba przejść koło pijanych mężczyzn, którzy swoim zachowaniem rozpraszają urzędnika pocztowego i uniemożliwiają kulturalne nadanie telegramu. Parlament zareagował błyskawicznie, poczta została zamknięta.

Trzeciej tablicy nie ma, koniec trasy historycznej po Tilpie, czas najwyższy udać się do pubu. Tego samego, w którym za wrzucenie monety do słoja dla RFDS można nabazgrać swoje imię na ścianie czy innej powierzchni.

IMG_3624

IMG_3626

Za kontuarem oczywiście studentka z Europy, tym razem Irlandka. Mrukliwa, zupełnie nie przejawia chęci rozmowy, mimo że pytamy się o różne rzeczy związane z pracą w outbackowym pubie. Dowiadujemy się tylko, że pub zapełnia się w piątki, gdy z okolic przyjeżdżają farmerzy napić się piwa w towarzystwie. Gdy wypiją za dużo, nocują w hotelu (przewidując taki rozwój wydarzeń jest jakiś przepis nakazujący pub’om posiadanie miejsc noclegowych). Gdy w końcu zadajemy pytanie wprost, dlaczego wybrała to miejsce na spędzenie gap year (bo ze szczątkowej rozmowy wynika, że przyjechała zwiedzać Australię, ale nigdzie nie była poza Sydney) odpowiedziała ofensywnie i właściwie nie udzielając odpowiedzi, tylko się tłumacząc, że przecież ona tu nie jest sama, są jeszcze dwie inne koleżanki.

Nic z tego nie rozumiemy, oprócz tego, że albo przyczyna jest tajemnicza (zakazana miłość do jednego z piątkowych farmerów???), albo dziewczyna sama jej nie zna. Z początku (już w pubie w Williams Creek) wydawało nam się, że może jesteśmy mało zachęcający do rozmowy dla pub’owych studentów zza kontuaru (różnica pokoleń i te sprawy), ale rozmawiając w Bourke z kimś na kempingu, usłyszeliśmy, że w outbacku żyją niesapowicie sympatyczni i chętni do rozmowy ludzie, poza … studentami na gap year pracującymi w pubach. Zagadka, której nie udało nam się rozwiązać.

IMG_3612

IMG_3606

IMG_3607

IMG_3609

IMG_3614

Pokój hotelowy przynajmniej nie miał widoczego robactwa, więc mogliśmy puścić dzieciaki na podłogę. Jednocześnie na każdym kroku widać było, że co kilka lat przeprowadzany jest remont polegający na położeniu świeżej wykładziny przykrywającej zbutwiałe deski podłogowe i to co w nich żyje, pomalowaniu ścian, żeby ukryć martwe ciała much i komarów, i zatkaniu kolejnymi kawałkami blachy szpar i szczelin powstałych w starych warstwach blachy. Moskitiery w oknach i drzwiach nie podlegały wymianie, a szkoda.

IMG_3598

Zuzia mieszkała w hotelowej łazience udając do złudzenia sztuczną żabkę z kamienia.

Zuzia mieszkała w hotelowej łazience udając do złudzenia sztuczną żabkę z kamienia.

Rano odkrywamy, że błędem było nie zrobienie zakupów w Wilcanni, bo nie bardzo mamy jak się samodzielnie wyżywić. Zmuszeni okolicznościami bierzemy mało zachęcające śniadanie w pubie (co innego moglibyśmy dostać od zaspanych Irlandek, jeśli nie English beakfast?) plus kawę. Ja wiem, że to pub, ale nad kontuarem było napisane, że serwują kawę. Irlandka znika w prywatnej części budynku, a potem przynosi nam dwa kubki domowej, rozpuszczalnej kawy z mlekiem. Dwa kubki, każdy z innej parafii, podejrzewamy więc, że zabrała je swoim koleżankom, żeby obsłużyć dziwnych gości. Gdy niechcący podczas karmienia dzieciaków z widelca spada mi kawałek bekonu i wpada do kawy, stwierdzamy, że po jego wyłowieniu kawa dalej smakuje tak samo.

Czas się stąd zbierać.

Pytamy o najbliższy sklep, mając nadzieję, że będzie w Louth, sto kilka kilometrów przed nami w stronę, w którą zmierzamy. Prawda jest brutalna – najbliższy spożywczy jest w Bourke, dwieście kilometrów stąd. Ale w pubie mają do sprzedania mrożony chleb tostowy i mleko w kartonie. Bierzemy, zawsze to coś.

Pub w Louth

Pub w Louth

Docieramy do głównej atrakcji na naszej farmie – Trilby Station. To działająca farma owcza, prowadzona przez Garry’ego i Liz, należąca od pokoleń do rodziny irlandzkich przybyszów ze strony Garry’ego. Sama Liz jest niesamowitą postacią, z niespożytą pozytywną energią, kochającą outback i … Afrykę. Na wakacje jeździ do ukochanego Senegalu, gdzie mieszka u zaprzyjaźnionej tam rodziny, lub wypuszcza się na najróżniejsze bliższe i dalsze trasy trekkingowe. Ostatnio udało jej się pokonać trudne przejście w przez dżunglę w Papui. A, i kilka lat temu zdobyła też Kilimandżaro : )

Jednocześnie Liz nie wyobraża sobie życia poza swoją farmą w outbacku, i z niespotykaną gościnnością wszystkim przyjezdnym próbuje pokazać choć odrobinę jego czaru. W kwaterach noclegowych, służących turystom, a tylko przez parę tygodni przeznaczonym dla postrzygaczy owiec, leży gruby skoroszyt, w którym Liz opisała historię swojej rodziny oraz życie na farmie. Jest to dla nas prawdziwa prawdziwa kopalnia wiedzy. Mimo to zadajemy jej przy każdej okazji milion pytań, na które cierpliwie odpowiada. W końcu zaczynamy mieć jakie takie pojęcie o tym, jak się żyje na owczej farmie w outbacku.

Główny dom Trilby Station

Główny dom Trilby Station

Odpadająca farba na skrzynce pocztowej znaczy najwyższy poziom powodzi.

Odpadająca farba na skrzynce pocztowej znaczy najwyższy poziom powodzi.

 

Gdy dzieci były w wieku szkolnym podstawówkowym (mniej więcej do ukończenia dwunastu lat), Liz uczyła je w domu. Niby w Louth, trzydzieści kilometrów od farmy jest szkoła, ale po pierwsze ponoć poziom nauczania nie jest najlepszy (nauczyciele nie są tam z dobrowolnej decyzji, tylko dostali państwowy “przydział” na kilkulatni kontrakt). Po drugie, i to było ponoć kluczowe – czerwona ziemia outbacku jest mało kompatybilna z najmniejszymi opadami deszczu. Gdy tu jechaliśmy widzieliśmy co jakiś czas otwarte bramy z tabliczkami “Droga zamknięta z powodu powodzi”. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, bo powódź zdarza się tu dość rzadko, a przecież sporadyczne opady deszczu nie zrobią aż tak dużej szkody, żeby auto 4WD nie dało rady. Okazało się, że nieszkodliwy z pozoru kilkuminutowy deszcz zmienia czerwony pył w lepką glinę, która z każdym obrotem oblepia koła coraz grubszą warstwą, zamiast odpadać. W ten sposób bardzo szybko unieruchamia auto. W konsekwencji Liz nigdy nie mogła być pewna, czy jak zawiezie dzieci do szkoły rano, to czy będzie w stanie je popołudniu odebrać. Lub następnego dnia.

Natomiast powodzie są w tych okolicach okresem, z którym farma doskonale sobie radzi. Nie są one spowodowane deszczami nad tutejszym obszarem, tylko opadami tysiące kilometrów stąd, na skutek których wypełniają się rzeki wpadające do Darling River. W końcu sama Darling nie jest w stanie pomieścić takiej ilości wody i zalewa obszary przez które przepływa. Dlatego farma zwykle kilka tygodni wcześniej wie, że idzie fala powodziowa i ma czas wszystko przygotować. Gospodarze jadą do miasta po większe zakupy i zapełniają dwie spiżarnie plus osobne pomieszczenie będące chłodnią. Samochody są odstawiane w miejsca, gdzie wiadomo, że woda na pewno nie dotrze (przez kilka pokoleń trwania farmy są one doskonale znane). Jest tam też pas startowy. Gdy woda odcina domostwo od drogi, Garry lub Tom samolotem spod domu (tam też jest pas startowy) przewożą Liz w miejsce, gdzie już jest sucho, a dalej już samochodem można jechać do miasta (w zależności od rozmiarów powodzi albo do Bourke, albo do Cobbar). Co prawda w 2012 roku powódź była tak duża, że przydomowy pas startowy był pod wodą, ale i na to jest rada – wtedy łodzią spod domu płynie się po zalanych pastwiskach do suchego lądu, gdzie czeka samochód. Natomiast dom, który stoi na terenach zalewowych jest na stałe otoczony wałem ziemnym z przerwą na drogę wjazdową. Gdy idzie powódź, po prostu spychaczem zasypuje się tą lukę i to wystarcza.

Hangar na suchej części farmy

Hangar na suchej części farmy

Pas startowy

Pas startowy

Jak na razie raz jeden jedyny zdarzyło się tak, że wody było za dużo i stała kilka miesięcy (właściwie jedna powódź nie zdążyła się zakończyć, jak zaczęła się kolejna). Wtedy, pod koniec, Liz i Garry musieli poprosić strażaków, żeby na linie z helikoptera spuścili im baniaki z paliwem do samolotu : ) Poza tym – byli samowystarczalni. Dzięki temu, że Tom ma licencję na helikopter (pisałam o nim w poście o marzeniach) sami też radzą sobie, gdy trzeba przetransportować na suchy ląd jakieś zagubione owce, które utknęły na wysepkach pomiędzy rozlewiskami.

Z tej samowystarczalności są tutaj bardzo dumni. W swoich garażach mają ciężki sprzęt budowlany – koparki, spychacze, walce. To dlatego, że sami muszą dbać o stan dróg na swojej farmie, budować nowe, gdy jest taka potrzeba, sami muszą wykopywać doły na śmieci oraz utylizować ścieki.

Trillby Station jest dość spora, zajmuje sto trzydzieści tysięcy hektarów. Liz i Gary trzymają na niej dwadzieścia tysięcy owiec, i mimo że owce pasą się same, codziennie trzeba coś zrobić – naprawić płot, sprawdzić, czy wszystko działa jak należy, wytyczyć nowe pastwiska. Z drugiej strony po tylu latach doświadczeń farma funkcjonuje jak doskonale wyregulowany mechanizm i niesamowite jest to, że obsługiwana może być tylko przez ich dwójkę. Oczywiście poza okresem, gdy trzeba owce strzyc.

IMG_3904

W Trillby początkowo planowaliśmy zostać jedną noc. Jednak otoczenie było tak relaksujące (z przydomowym basenem), że w efekcie spędziliśmy tam trzy pełne dni. Mieszkaliśmy w kwaterach dla postrzygaczy i był to jeden z najlepszych noclegów jak do tej pory. Długi budynek mieścił ciąg pokoi, a na końcu z jednej strony sporą łazienkę z prysznicami, a z drugiej – wielką kuchnię z jadalnią. Byliśmy jedynymi gośćmi, więc w efekcie za cenę prostego pokoju dwuosobowego mieliśmy cały dom do własnej dyspozycji. To było niesamowicie relaksujące – w końcu mieć gdzie puścić dzieciaki, bez much, robactwa, kłujących nasion lub patyków, bez przejmowania się, że robią hałas i bałaganią, przeszkadzając innym gościom. Prosta rzecz, a cieszy.

Kwatery postrzygaczy

Kwatery postrzygaczy

Wieczorami, gdy już zasnęły, mogliśmy wyjść przed dom oglądać gwiazdy. Oczywiście w butach, bo Liz prosiła, żeby ze względu na węże po zmroku nie chodzić boso i bez latarki, ale i tak było warto ryzykować. Niebo w outbacku, bez świateł z miast i osad ludzkich, z latarni ulicznych, samochodów lub choćby domostw w promieniu kilkuset kilometrów, jest niezapomniane. Z pozoru – granatowa kopuła usiana migoczącymi punktami. Ale gdy przyjrzeć się tym granatowym fragmentom, na pierwszy rzut oka pustym, to po chwili dostrzega się na nich kolejne, coraz słabsze jasne kropeczki. I gdy tak wzrok wędruje w głąb odkrywając coraz dalsze gwiazdy można poczuć nieskończoność. Do tego, dla wzmocnienia efektu – koncert żab i świerszczy.

IMG_3931

Jedynym problemem związanym z utknięciem na Trilby Station na tak długo był brak zapasów jedzenia, głównie śniadaniowo-kolacyjnych, ale okazało się, że Liz z swojej spiżarni była w stanie coś dla nas znaleźć – mleko, chleb tostowy, jajka. Tylko z owocami był problem, bo uchowały się wyłącznie dwa banany, a chłopcy u nas są przyzwyczajeni do owocowego lunchu. Ale jakoś daliśmy radę. A tak na marginesie – to co dla nas jest największym minusem życia w outbacku, to nie węże, nie muchy i nie trudna, codzienna praca. Tutejszej ziemi się nie uprawia. Nikt tutaj nie ma przydomowych ogródków z pomidorami, sałatą czy drzewami owocowymi. Nie jest więc zaskoczeniem, że dieta w outbacku jest mało urozmaicona i na pewno nie ma nic wspólnego z hasłem “Jedz warzywa i owoce pięć razy dziennie”, a często jedyne owoce, które są na stole pochodzą z puszki. Po czterech miesiącach życia w drodze, gdy naprawdę ciężko jest mając tylko małą lodówkę, przechowywać warzywa i owoce, naprawdę tęsknimy za “zieleniną”. Za sałatą na kanapkach, pomidorami z cebulką w śmietanie, a nawet za kartoflami zamiast wszechobecnych frytek. Z koperkiem oczywiście.

Przez trzy dni intensywnego dziennikarskiego śledztwa dowiedzieliśmy się sporo o stylu życia tutaj. Zwiedziliśmy pastwiska, poznaliśmy różnice w budowie poszczególnych ogrodzeń, dowiedzieliśmy się jak można próbować sobie radzić w porze suszy (która potrafi trwać kilka lat), dlaczego drzewo Mulga jest tak istotne (nie, nie ze względu na jadalne robaki w jego korzeniach, ale dlatego, że jego korzenie zawierają wodę, więc jak jest taka potrzeba to buldożerem zwala się takie drzewa i przez jakiś czas owce mają dostęp do pożywienia) i nauczyliśmy się jak rozpoznać miejsca powodziowe od tych, gdzie woda już nie sięga (po kolorze ziemi – czerwona to teren zalewowy, a biała już suchy).

Wyraźna granica pomiędzy ziemią suchą a zalewaną w czasie powodzi

Wyraźna granica pomiędzy ziemią suchą a zalewaną w czasie powodzi

Dziki pomidor

Dziki pomidor

IMG_3649

Drzewo leopardowe, nazwane ze względu na korę.

Drzewo leopardowe, nazwane ze względu na korę.

IMG_3658

Na surowo, czy upiec?

Na surowo, czy upiec?

Outbackowy przysmak

Outbackowy przysmak

To też jest jadalne, choć chrupie i łaskocze w język

To też jest jadalne, choć chrupie i łaskocze w język

Rampa do załadunku owiec

Rampa do załadunku owiec

Zbiornik na wodę

IMG_3671

IMG_3638

IMG_3651

IMG_3667

IMG_3669

 

Przejeżdżając zaprojektowaną przez Liz trasą po farmie widzieliśmy porzucone przez poprzednich zarządców lub ludzi tu pracujących samochody i maszyny. Przecież nikt ich stąd nie będzie wywoził na złom : )

IMG_3741

IMG_3786

IMG_3804

Na koniec trafiliśmy do poprzedniego domostwa na farmie, położonego jakieś 30 kilometrów w linii prostej od obecnego. Tam mieszkali rodzice Gary’ego z jego braćmi i dziadkiem. Dom był mały, z jedną sypialnią w której spali rodzice, natomiast chłopcy z dziadkiem mieli swoje łóżka na osłoniętej od owadów moskitierą werandzie. W upalne lato spali od strony północnej, a na zimę przenosili się na południe.

IMG_3824

IMG_3827

IMG_3807

IMG_3810

Po wybudowaniu nowego domu i przeprowadzce, stary dom przez jakiś czas był wciąż używany. Spano w nim, gdy nie było sensu wracać do głównego domu, żeby rano wrócić do pracy w pobliżu starego, lub gdy na farmie czasowo zamieszkiwał ktoś do pomocy. Potem zostawiono w nim zapasy jedzenia i bazowe sprzęty na wypadek, gdyby powódź uniemożliwiła przebywanie w nowym domu. Tak się jednak nigdy nie stało i od jakiegoś czasu dom stoi nieużywany. Stoi tak, jak został opuszczony, nikt nie widzi sensu w sprzątnięciu go, czy rozebraniu. Rzeczy z niego właściwie nadają się już tylko do wyrzucenia, a z drugiej strony – żal wyrzucać pamiątki rodzinne, choćby nie wiadomo jak zniszczone. Więc stoi, mimochodem zamieniony w niby–muzeum dla tych, którzy rozumieją jego historię.

IMG_3828

IMG_3830

IMG_3831

IMG_3832

IMG_3833

IMG_3836

IMG_3838

IMG_3839

IMG_3846

IMG_3844

IMG_3849

IMG_3851

Ponieważ trawa wokół niego jest dość wysoka, Liz ostrzegała nas, żebyśmy szczególnie uważali na węże. Wychodząc z samochodu proszę Michała, żeby wziął Tolka na ręce, tak na wszelki wypadek. A na to przyzwyczajony już do Australii nasz syn:

–       Elvisie, nie martw się, mam toporek na węże, jakby co.

–       Toporek?

–       Tak, i jak zobaczę węża to mogę go pitolnąć w łeb.

 

Pisałam już, że przez miesiące przebywania z nami Tolek rozwija się językowo? Wstyd nam, oj wstyd.

IMG_3857

Trasa objazdowa po farmie została wyznaczona i opisana przez Liz w wydrukowanym przez nią przewodniku. W ten sposób każdy, kto chce się czegoś dowiedzieć o życiu hodowcy owiec, może go od Liz pożyczyć, a potem samodzielnie zwiedzić pastwiska i zrozumieć co nieco. My oczywiście chcieliśmy i było to półtora dnia świetnej przygody.

Jadą dzieci drogą i nadziwić się nie mogą. Emu tu, emu tam...

Jadą dzieci drogą i nadziwić się nie mogą. Emu tu, emu tam…

IMG_3867

Trilby Station w uproszczeniu została wydzielona z większej farmy przez rodzinę Gary’ego. Pierwotnie na tych terenach próbowano uprawiać ziemię i nad rzeką istniała spora osada, bo do tego potrzeba było o wiele więcej ludzi, niż przy hodowli owiec. Pomijając szczegóły jak nawodniano ziemię wodą z rzeki, jak siano i koszono, a już na pewno – jak działały poszczególne maszyny, wspomnę tylko o jednej rzeczy, która wzbudziła nasze zdziwienie połączone z podziwem. Otóż właściciele w owych czasach sprowadzali na swoją farmę najnowsze maszyny do uprawy ziemi, żeby uzyskać jak największy plon. Niby logiczne, ale zastanówcie się – mieszkali w centrum niczego, nie było internetowych sklepów, nawet telewizji nie było, a oni jakoś dowiadywali się, że w Nowej Zelandii lub w Niemczech ktoś wynalazł jakiś traktor lub inny sprzęt, w niezrozumiały dla nas sposób sprawdzali czy to urządzenie im się nada do czegoś, a następnie je zamawiali. I czekali miesiące, aż statkiem po oceanie, a potem barką po rzece Darling, dotrze prakombajn. A co jeśli na koniec okazywało się, że przybył w niewłaściwym kolorze (jak to się zdarza butom z allegro)???

IMG_3871

IMG_3873

IMG_3875

IMG_3879

IMG_3882

Bez ironii – zupełnie to niepojęte, ale prawdziwe. Na farmie były używane nowinki techniczne z całego świata. Potem, gdy ziemię kupiła rodzina Gary’ego, stwierdziła, że zupełnie bezsensowne jest opłacanie tak wielu ludzi, żeby uzyskać jakiś plon z ziemi. Zdecydowali o przestawieniu farmy na hodowlę owiec, ostatecznie przybyli z Irlandii. A maszyny, kiedyś napawające dumą ich właścicieli zostały porzucone, często dosłownie tam, gdzie ostatni raz były użyte.

IMG_3884

IMG_3888

IMG_3891

IMG_3897

IMG_3881

Gdy tutaj mieszkaliśmy, pierwszego dnia spadł deszcz. Intensywny wprawdzie, ale padał dosłownie przez dziesięć minut. To wystarczyło, żebyśmy na własnych kołach zobaczyli jak oblepiająca jest tutejsza mokra ziemia. I mimo, że nic nie zostało zalane, droga z farmy do Bourke na dwa dni była zamknięta. Nie przeszkadzało nam to, bo my w tym czasie zwiedzaliśmy okolicę, ale poczuliśmy lekką niepewność, czy uda nam się wydostać z farmy w najbliższym czasie. Tak – w outbacku można i należy zabezpieczyć się na najróżniejsze sytuacje, a i tak do końca nie da się przewidzieć jak skończy się dzień.

Trzeciego dnia drogę otworzono i mogliśmy ruszyć dalej, sto kilkadziesiąt kilometrów do Bourke trasą, którą raz na tydzień Liz pokonuje, żeby wpaść do miasteczka po drobne zakupy. Ech.

IMG_3987

Gdzieś Tam – wędrówka za mitem

The night too quickly passes

And we are growing old,

So let us fill our glasses

And toast the Days of gold…

The rough bush roads re-echoed

The bar-room’s noisy din

When troops of stalwart horsemen

Dismounted at the inn.

An oft the hearty greetings

And hearty clasp of hands

Would tell of sudden meetings

Of friends from other lands.

                   [Henry Lawson, The Roaring Days]

Poezji tłumaczyć nie będę. Tablice geologiczne, notki biologiczne, ulotki historyczne – nie ma sprawy. Lepiej lub gorzej, ale jakoś daję radę. Za to przekładu poezji ode mnie nie oczekujcie. Niestety nie mogę też jej pominąć, bo bez poezji nie da się pisać o outbacku, więc z góry przepraszam nieanglojęzycznych czytelników.

Zresztą mam wątpliwości czy da się w ogóle opisać outback. Jak przekazać jego kolory, temperaturę, zapach – tak różne w zależności od miejsca. Jakimi słowami opisać skrajne uczucia, które dopadają człowieka zmagającego się z niewygodami i trudami życia tutaj. Jednocześnie mimo tych przeciwności – upału, much, węży, burzy piaskowych, suszy i wielomiesięcznych powodzi – człowiek outbacku nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Tutaj życie jest twardsze, ale jednocześnie – o wiele prostsze. Zwykłe rzeczy nabierają znaczenia, oczywistości stają się wyraźniejsze, a poprzez kontrast pomiędzy trudem dnia a wieczornym odpoczynkiem przyjemność jest na wyciągnięcie ręki.

You can talk of your whiskey

And talk of your beer

But there’s something much nicer

That’s waiting us here.

It sits by the fire

Beneath the gum-tree.

There’s nothing quite like it

– a Billy of tea.

So fill up your tumblers

As high as you can,

And don’t you dare tell me

It’s not the best plan.

You can let all your beer

And your spirits go free –

I’ll stick to me darling

Old Billy of tea.

Jak w końcu zdefiniować czym jest w ogóle outback, gdzie leży, gdzie się zaczyna, gdzie kończy? W jaki sposób do jednego pojęcia zmieścić parną i gorącą północ, wyschnięty na pył pustynny środek, rozległe farmy na południu i całkowicie odludne zachodnie wybrzeże z cudami natury zapierającymi dech w piersiach? No jak?

Poetą trzeba być i tyle.

IMG_3563

Outback zajmuje większość powierzchni Australii, a żyje w nim tylko 30% społeczeństwa. Jak popatrzeć na mapę, to ludzie mieszkają wzdłuż południowo – wschodniego brzegu od Adelajdy, przez Melbourne i Sydney a potem Gold Coast, aż do Cairns. Tam po prostu jest woda, choć w niektórych miejscach jej zasoby są ograniczone i powoli się wyczerpują. Ale na razie można w tych rejonach zakładać większe skupiska, ba – nawet parę miast. Na górze mapy kontynentu jest miasto Darwin (nic nie mówię, obiecałam kiedyś, że przestanę się czepiać tego miejsca), a pozostałe nazwy to naprawdę miasteczka mniejsze niż podwarszawskie sypialnie. Zachód to Broome – ciekawe, czy ktoś z Europejszyków nazwałby je miastem, i aglomeracja Perth. To wszystko. Wszystkie inne kropki z nazwami to z reguły osady ludzkie z podstawową infrastrukturą lub z wielofunkcyjnym pubem/roadhousem. I miasta – kopalnie, dziwne miejsca, gdzie właściwie mieszkają sami górnicy na kontraktach.

Nie zmienia to faktu, że dla Australijczyków outback jest zbiorową wyidealizowaną tęsknotą. I bardziej niż miejscem na mapie jest stanem umysłu.

Pracując w miastach całe dorosłe życie, nie mają czasu na tysiące kilometrów podróży podczas dwóch tygodni urlopu, żeby poznać swój kraj. Ale wiedzą, że gdzieś tam, za niewidzialną granicą, leży kraina Never-Never i marzą o tym, że kiedyś w końcu ją zobaczą. Robią to najczęściej na emeryturze jako tak zwani grey nomadzi. Wtedy mają nieograniczoną ilość czasu by ruszyć w drogę i nareszcie przekonać się, że outback w przeciwieństwie do wewnętrznego morza, to nie mit.

IMG_3759

My też daliśmy się skusić opowieściom o tej krainie. Nasza podróż nie byłaby kompletna, gdybyśmy choć pobieżnie nie poznali obszarów wabiących najróżniejsze charaktery. Dlatego pojechaliśmy na pustynię, przemierzyliśmy nieutwardzone czerwone szlaki, a jeszcze wcześniej byliśmy na samej północy kontynentu.

Teraz nadszedł czas na przejazd wzdłuż rzeki, która dla legendy outbacku jest tym, czym Święty Gral dla poszukiwaczy mitycznych skarbów.

IMG_3902

Darling River wraz z Murray River, z którą się łączy, tworzą ze swoimi odnogami sieć dostarczającą wodę do większości miast Australii, w tym do Sydney i do Melbourne. Łącznie są najdłuższą rzeką kontynentu. Zaopatrują w wodę również wiele farm i gospodarstw sadowniczych, można więc górnolotnie powiedzieć, że prawie każdy owoc na stole Sydnejczyka wyrósł dzięki Darling River.

I rise in the drought from the Queensland rain

I fill my branches again and again

I hold my billabongs back in vain

For my life and my peoples the south seas drain

And the land grows old and the people never

Will see the worth of the Darling River

[Henry Lawson, The song of the Darling River]

Ale nie w tym rzecz, jeśli chodzi o legendę tej rzeki. Żeby zrozumieć, trzeba sięgnąć do historii. Gdy Anglicy krok po kroku odkrywali kontynent, który sobie zawłaszczyli, ich wyobraźnię pobudzały obrazy środka kraju. Nie wiedzieli co tam jest, kolejne wyprawy nie dały rady dotrzeć tak daleko i wracały za wcześnie, pokonane przez upał i suszę. Lub nie wracały… A wypraw tych trochę było, bo temu, kto w końcu znalazłby odpowiedź na to pytanie, pisana była sława, chwała, bogactwo i w przyszłości pewnie kilka pomników lub ulic.

The Mountains saw them marching by;

They faced the all-consuming drought;

They would not rest in settled land:

But taking each his life in hand,

Their faces ever westward bent

Beyond the farthest settlement,

Responding to the challenge cry

Of “Better Country further out”.

 [A.B. “Banjo” Peterson, Explorers]

Jednocześnie plotki oparte na mizernych poszlakach szeptały o ogromnym wewnętrznym morzu. Skąd się wzięło takie wyobrażenie? Anglicy widzieli rzeki, które przepływały przez Góry Błękitne, a potem meandrowały po płaskim terenie aż za horyzont do środka kontynentu, ale nie mieli pojęcia gdzie dalej wpadały. Czy były jak Amazonka – olbrzymimi wodnymi wstęgami z zachodu na wschód? Ku temu twierdzeniu skłaniał się były oficer Kompanii Wschodnioindyjskiej Thomas Maslen. W swojej książce The Friend of Australia umieścił stworzoną przez siebie mapę kontynentu, która należy do rodzaju kartografii z wyobraźni. Nie mając pojęcia tak naprawdę jak ukształtowany jest środek Australii narysował przez nią ogromną rzekę wpadającą do Oceanu Indyjskiego, dzielącą kraj na dwie części, gdzie na północy miała być Australindia, a na południu Anglicana.

IMG_4134

Teoria przedstawiona przez Maslena była jednak podważana, w tym przez znanego z pomnika z Sydney Flindersa (tego od kota Trim’a), który specjalnie w 1802 r. popłynął wzdłuż południowego brzegu Australii, żeby odkryć ujścia rzek na tyle dużych, by można było nimi wpłynąć statkiem wgłąb kontynentu, tak jak to czyniono do tej pory odkrywając inne nieznane lądy. Matthew Flinders przepływał obok ujścia Darling River, ale … była akurat susza i rzeka łączyła się z morzem albo małymi, rozrzuconymi strumykami, albo wręcz wsiąkała w piach przy morskim brzegu. Jednak stwierdzenie Flindersa, że w Australii nie ma żadnych dużych rzek uchodzących do morza tylko podsyciło szepty o wewnętrznym morzu.

I teraz na scenę wkracza nasz ulubiony odkrywca. Jeśli będziecie mieli kiedyś jamnika, który mimo tresury, stanowczości, waszych próśb, gróźb, przemocy, przekupstw i codziennych wysiłków niestrudzenie będzie wam udowadniał, że nocą miejsce psa jest w waszym łóżku pod waszą kołdrą (a każdy w zasadzie jamnik to robi), to nazwijcie go Sturt.

W 1828 r. kapitan Charles Sturt przybył do Australii pełen wiary w to, że zapisze swoje imię na kratach historii. Był to okres, gdy kolonia huczała już od plotek o ogromnym, wewnętrznym morzu, “gdzie woda jest słona, i gdzie widywane są wieloryby”. Późnym latem tego samego roku poprowadził wgłąb lądu konwój ciągnąc z sobą łódź ze sterem i żaglami, pchany marzeniem, którego omal nie przypłacił życiem. Łódź natomiast ciągnięta była przez woły, łodzie nie mają popychających marzeń.

W lutym Charles dokonał odkrycia, które znów namieszało w historii. Dotarł bowiem do rzeki, której woda była słona. Co więcej – wokół roiło się od pelikanów wyławiających ryby z rzeki. Czy to był dowód na to, że w pobliżu było morze, którego wody zasalały rzekę? Z drugiej strony na drugim brzegu czasem Sturt widział pułapki na łososie i zbudowane chaty aborygeńskie, co z kolei powinno świadczyć o źródle pitnej, słodkiej wody? Co o tym myśleć? No cóż – to był szczyt australijskiego lata, a wtedy nie myśli się najlepiej, coś o tym już wiemy. Sturt też niewiele wymyślił, a ponieważ stan ludzi, z którymi podróżował pogarszał się wraz z coraz mniejszymi zasobami wody pitnej, wyprawa musiała wrócić. Łódź, najmniej winna całego zamieszania, została.

A skąd słona woda w Darling River? Otóż w kilku miejscach na trasie jej przepływu są pęknięcia w skale, którymi przedostaje się na powierzchnię słona woda z basenu artezyjskiego. Ot, cała tajemnica.

Obsesja Sturta po pierwszej porażce nie osłabła, wręcz przeciwnie. W 1830 r. poprowadził kolejną wyprawę (bez łodzi), tym razem odkrywając co dzieje się z Darling River – łączy się z Murray River i poprzez Encounter Bay wpada do morza na południu Australii.

To jednak nie dawało wciąż odpowiedzi, czy w głębi lądu jest wewnętrzne morze? Jesteście już znudzeni tym pytaniem? Ja prawdę mówiąc też, ale Charles nie. Ale musiał przerwać swoje pustynne wypady, bo najpierw na skutek długotrwałego wpatrywania się w rozgrzany, falujący horyzont stracił wzrok w lewym oku, potem w prawym i musiał popłynąć do Anglii na leczenie. Wrócił (ha!) do Australii w 1844 r, prowadząc trzecią wyprawę w głąb kontynentu. Rozumiecie już o co mi chodziło z tym jamnikiem?

Podczas ostatniej wędrówki zamiast ogromnego morza, wielorybów i zieleni, Charles Sturt znalazł tylko wyschniętą pustynię i upiorny upał. Sparaliżowany, został przyniesiony przez towarzyszy do Adelajdy. Mityczne morze okazało się być tylko mrzonką.

Paradoksem jest, że tak naprawdę Sturt dobrze szukał, tylko albo spóźnił się o kilkaset milionów lat, albo szukał za płytko. Bo przecież dawno temu środek Australii rzeczywiście był morzem. A do dziś, pod ogromną częścią jego powierzchni znajduje się olbrzymi rezerwuar wody artezyjskiej. Dowiercono się do niego w latach ’80-tych dziewiętnastego wieku i wtedy outback ożył. Eksplozja hodowli owiec, nowe farmy, kopalnie, miasta i miasteczka – w mgnieniu oka dostęp do wody umożliwił zajęcie niedostępnego wcześniej dla białych środka kontynentu.

Jednocześnie wiedząc już, że Darling River dopływa do morza uczyniono z niej trakt, którym przewożono miliony ton wełny z farm. Wzdłuż rzeki zakładano porty, do których cumowały barki. W jedną stronę woziły postrzygaczy owiec, w drugą bele ubitej wełny.

Jeśli wierzyć fotografiom z tamtego okresu, a czemu by nie wierzyć, to te miejsca były wtedy synonimem rozwoju, cywilizacji i gwarnego lokalnego centrum, gdzie zawsze coś się działo. Dziś, gdy przez nie przejeżdżaliśmy podczas kilkudniowego rajdu Darling River Run – to senne osady z zachowanymi mostami nad rzeką, świadkami tamtych czasów.

IMG_3578

IMG_4084

Puste ulice wzdłuż których zabita na głucho stoi większość domów pobudowana według ówczesnej mody. Mimo łuszczącej się farby i brakujących czasem kilku desek to tu to tam, piękne, z drewnianymi ozdobami, werandami, dużymi oknami. Tylko puste i już nikomu niepotrzebne. Jest coś niezmiernie smutnego w tych miasteczkach, które właściwie nie mają już racji bytu, choć mieszkańcy, którzy w nich pozostali próbują stworzyć pozory ich ważności. Stawiają tablice historyczne, robią zbiórkę na farbę do pomalowania przęsła, wydają ulotki dla zabłąkanych turystów. A może nie mam racji, może się mylę. Może nie starczyło nam już czasu i cierpliwości w dostrzeżeniu wewnętrznego tętna tych miejsc. Było bardzo gorąco, wokół znów muchy, za nami i przed nami monotonna kilkudniowa trasa pylącą, nierówną drogą biegnącą przez farmy. Byliśmy już zmęczeni podróżą, a dzieci naprawdę miały już dość całych dni w aucie. Mogło się więc tak zdarzyć, że mijając kolejne miejsca, nie mieliśmy już siły na ich zrozumienie, bo pchała nas na przód myśl o dojechaniu do końca.

Mildura, Louth, Willcania, Menindee – może kiedyś tam wrócimy, by pobyć i poczuć.

Bo jak to mówią – outback zostaje w sercu na zawsze, pyłem wchodzi pod paznokcie, wnika przez pory skóry, i człowiek zawsze już będzie jakąś częścią tęsknił do zapachu rozgrzanej czerwonej ziemi i widoku wyschniętych traw.

IMG_3643

IMG_3660

IMG_4075

For time means tucker, and tramp they must, 
where the plains and scrubs are wide, 


With seldom a track that a man can trust, or a mountain peak to guide; 


All day long in the flies and heat the men of the outside track

With stinted stomachs and blistered feet 
must carry their swags Out Back. 

[Henry Lawson, Out Back]

 

Chcieć to móc.

Broken Hill to głównie kopalnia srebra i z tego tytułu dość spora kropka na mapie. Srebro jednak nie jest tak rozchwytywane jak miedź czy złoto, i miasteczko nie wygląda na szczególnie dobrze prosperujące. Zaniedbane, nieremontowane drewniane domy, które kiedyś musiały być prawdziwymi pięknościami – z werandami dookoła, ozdobione drewanianymi ażurowymi “koronkami” pod dachem. Nijakie współczesne klockowate domy bez śladu jakiejkolwiek próby uczynienia ich ładnymi. W ogródkach chwasty i uschłe kępki trawy.

Jednak zatrzymaliśmy się tam na jedną noc, bo chcieliśmy odwiedzić dwa miejsca – szkołę na odległość i jedną z siedzib “Latających Doktorów”. Okazało się jednak, że z powodu dnia Św. Patryka, który jest tutaj hucznie obchodzony, szkoła jest nieczynna cały tydzień. Trzy razy prosiliśmy o powtórzenie tej informacji i trzy razy usłyszeliśmy to samo – z powodu dnia Św. Patryka szkoła jest nieczynna cały tydzień.

Kilka dni później od naszej gospodyni w Trilby Station dowiedzieliśmy się, że nie ma jednej organizacji odpowiedzialnej za nauczanie dzieci w outbacku. Jest ich kilka, o różnym zasięgu, ale wszystkie realizują ten sam program co normalne szkoły. I wygląda to mniej więcej tak, że codziennie rano dziecko ma około godziny zajęć przez internet lub drogą radiową (tam gdzie sieć ma jeszcze za słaby zasięg) z nauczycielem, a potem wykonuje zadania z książki pod kierunkiem rodzica. Taki “szkolny dzień” trwa zwykle od 8 do 15, czyli bardzo długo biorąc pod uwagę fakt, że na ten czas rodzic zwykle jest również uziemiony w “klasie”. Liz opowiadała nam o tym, jak początkowo biegała pomiędzy gotowaniem, sprzątaniem, prasowaniem i drobnymi zadaniami na farmie a podręcznikiem swoich dzieci. Tłumaczyła im partię materiału, zadawała ćwiczenie i pędziła zrobić pół obiadu. Po południu, gdy lekcje się skończyły było tyle do nadrobienia w domu i na farmie, że dzieciaki nie miały wolnego, tylko musiały pomagać. W efekcie, gdy potem poszły do szkoły średniej to wiedzą nie ustępowały rówieśnikom, ale zupełnie nie umiały grać w żadną drużynową grę. Za to potrafiły w wieku czterech lat na minimotorynce zaganiać owce na spęd : ), w chwili zdobycia prawa jazdy bez problemu parkowały duże uty tyłem, a strzelać z 308ki potrafiły tak dobrze, że dwoje z nich dwukrotnie reprezentowało Austalię na Światowych Mistrzostwach . A dziś?

Dziś Alexandra jest architektem. Po skończeniu Uniwersytety w Sydney i trzyletniej praktyce otworzyła własne biuro w Dubbo, zaledwie 500 km od rodzinnej farmy. Liz jest z tego powodu szczęśliwa, bo ma córkę “pod bokiem” i może do niej co jakiś czas wpadać w odwiedziny. To nie żarty – dla ludzi stąd ta odległość to bliska okolica. Jak nam opowiadała Liz, gdy dzieci były małe raz w miesiącu jechała z nimi do Dubbo na większe zakupy. Wyjeżdżali o 5 rano i o 10 byli na miejscu, gdy sklepy się właśnie otwierały. O 17 pakowali zakupy do auta i wracali na farmę. A teraz według tego samego wzoru jeździ o miasta odwiedzić córkę, pogadać, zjeść lunch w restauracji, razem spędzić czas. Zupełnie inna perspektywa.

Tom za to ma licencję pilota, lata małymi samolotami i komercyjnie helikopterem. Żyje spełniając swoje kolejne marzenia: spędzał bydło helikopterem lecącym tuż nad czubkami drzew nad Kimberly i Far North Queensland, dowoził powietrzem potrzebne zaopatrzenie na odległe tereny Indonezji i Wyspy Salomona (np. do kopalni, do których nie ma drogi lądem), brał udział w akcjach ratowniczych gdy rzeka Darling spowodowała olbrzymią powódź w 2010r., zaliczył incydent na luksusowym jachcie pływającym wzdłuż wybrzeża Zachodniej Australii, gdzie pracował jako pilot helikoptera dla bogatych turystów, a ostatnio bierze udział w gaszeniu pożarów lasu zrzucając na nie wodne bomby, transportując strażaków w niedostępne miejsca i ratując, gdy ktoś potrzebuje uciec przed rozszalałym ogniem.

A.J. ma 19 lat i właśnie zaczął studia na Uniwersytecie w Newcastle na wydziale budowlanym. Wcześniej szalał w szkole średniej nadrabiając z nawiązką lata izolacji podczas nauki w domu. W 2010 r. podróżował po Nowej Zelandii będąc członkiem drużyny krykieta biorącej udział w TAS First, a w 2011 pojechał na wolontariat do Tajlandii pracować w ośrodku dla sierot z AIDS oraz w ośrodku dla chorych na trąd.

Najmłodsze dziecko Liz i Gary’ego, siedemnastoletni Will właśnie skończył edukację w systemie szkoły na odległość i uczy się w Disel Mechanics School, jednocześnie odbywając praktyki, co powoduje, że w ciągu roku zaliczy dwa lata nauki. Jako trzynastolatek pojechał na wolontariat do oddalonego od wszystkiego ośrodka dla sierot na Fidżi, co rozbudziło jego apetyt na podróżowanie. W zeszłym roku z drużyną rugby podróżował po Nowej Zelandii, a ostatnio ze swoim kolegą wpadł na pomysł, na jaki mogą wpaść tylko szesnastoletni mężczyźni – po kilku rejsach kajakiem po jednej z outbackowych zapór wodnych stwierdzili, że wezmą udział w charytatywnym 111 km nocnym spływie kajakowym z Windsoru do Brooklynu, podczas którego są zbierane fundusze na badania nad szpikiem kostnym. Start był zimnej, bezksiężycowej nocy, a po siedemnastu i pół godzinie zimnej, bezksiężycowej nocy dopłynęli do mety. Pierwsze słowa Willa po wyjściu na ląd brzmiały: Już nigdy więcej nie postawię stopy na pokładzie żadnej pływającej jednostki bez silnika.

Świetne dzieciaki, prawda?

To daje do myślenia nam, miastowym europejczykom, w dobie debaty o wartości porządnego wykształcenia. Już na etapie przedszkola sprawdzamy, czy są tam wykładane co najmniej dwa języki obce, break dance i gitara lub dla tradycjonalistów – balet i pianino, jakaś sztuka walki ucząca samokontroli i opanowania, oraz jazda figurowa na lodzie. Potem szkoła podstawowa najlepiej przy już wybranym najlepszym liceum w mieście, żeby w końcu dziecko dostało się na najbardziej pożądane przez rodziców kierunki – prawo, informatykę (to my!), ekonomię w kilku odmianach (marketing, zarządzanie, finanse, bankowość) lub medycynę. No, w ostateczności może też być socjologia, najmodniejszy kierunek ostatnich lat.

Medycyny nie skończył John Flynn. Nie był też pilotem. Ot – jeden z kilku księży na odległych outbackowych misjach w ramach Australia Inland Mission. Służąc tam był świadkiem wielu tragedii i widział zbyt wiele śmierci z powodów, które już w tamtych czasach nie byłyby śmiertelnymi przyczynami, gdyby w pobliżu był doktor. Ale na początku dwudziestego wieku outback nie miał żadnej sieci pomocy medycznej. Lekarzy było niewielu, najczęściej (jeśli w ogóle) w większych miasteczkach, z których dotarcie na odległe farmy zabierało kilka dni. Lub w ogóle nie było możliwe z powodu deszczu i nieprzejezdnych dróg. A na farmach ludzie umierali od zakażonych ran, z niewyleczonego zapalenia płuc, z upadku z konia, na skutek którego przebili żebrem płuco. Wszystko to było do wyleczenia, ale pod warunkiem otrzymania pomocy medycznej. Umierały też masowo niemowlęta, bo nie było dostępu do lekarstw, nie było nikogo kto zdiagnozowałby czy kaszel jest zwykłym przeziębieniem, czy już poważnym zapaleniem. Przyjaciele Flynna trzy dni walczyli z gorączką kilkumiesięcznego synka, aż w końcu podjęli niełatwą decyzję o podróży do miasta. Najpierw dwa dni jechali z chorym maleństwem konno do najbliższej stacji kolejowej. Spóźnili się na pociąg i musieli całą dobę czekać na następny. Chłopczyk czuł się coraz gorzej, i znikąd nie było pomocy. Gdy w końcu dotarli do lekarza w mieście, niemowlę zmarło. Wyobrażacie sobie, co czuli zrozpaczeni rodzice, którzy próbowali ratować dziecko, ale do najbliższej osoby, która mogłaby im pomóc mieli trzy dni ciężkiej i wyczerpującej drogi? Co przeżywali ścigając się z czasem i bezsilnie patrząc jak maleńki synek coraz bardziej słabnie?

Po tej, jak i wielu innych historiach, Flynn postanowił zapobiec reszcie takich tragedii. Radio i telegraf były już wynalezione, ale stacje nadawczo-odbiorcze znajdowały się tylko w większych osadach. Na większości farm nie było nawet prądu, do którego można by podłączyć urządzenia. A potrzebny był jakiś sposób, żeby po pierwsze można było drogą radiową przeprowadzić podstawową diagnozę lekarską i otrzymać wskazówki co do leczenia, a po drugie, żeby móc wezwać pomoc medyczną. Innym problemem była odległość – jak wezwany doktor miałby dostać się na taką farmę?

W 1917 r. Flynn otrzymał list od Clifforda Peel’a, młodego pilota służącego w armii. Zasugerował on użycie samolotów jako środka transportu. Niestety Peel został zestrzelony nad Francją i nigdy nie dowiedział się, że jego pomysł był strzałem w dziesiątkę.

Przez następne dziesięć lat John Flynn niestrudzenie walczył o swój pomysł. Szukał funduszy, wsparcia, ludzi, którzy pomogliby mu zorganizować wszystko. Jak już pisałam – nie był ani lekarzem, ani pilotem, a w swojej wizji musiał połączyć te dwie dziedziny tak, żeby stworzyły niespotykaną dotychczas usługę. W końcu marzenie zaczęło być realne, gdy w spadku otrzymał znaczną sumę od swojego przyjaciela Hugh Victora MacKey’a. Z pomocą swojego znajomego Hudson’a Fysha, pilota wojennego i założyciela linii lotniczych Quantas, Flynn otrzymał wyczarterowany dla swojego medycznego eksperymentu dwupłatowiec z doświadczonym pilotem. Siedemnastego maja 1928 r. odbył się pierwszy lot z lekarzem na pokładzie. W pierwszym roku swojej działalności samolot odbył pięćdziesiąt lotów do dwudziestu sześciu miejsc, lecząc łącznie dwustu dwudziestu pięciu pacjentów.

To był początek Royal Flying Doctor Service (która to nazwa istnieje od 1955 r).

Początkowe loty były przeżyciami podnoszącymi adrenalinę zarówno pilotom jak i lekarzom na pokładzie. Nie było map kraju do nawigacji. Jedynymi wskazówkami był kompas, płoty farm, linia telegrafu i rzeki, które w porze suchej znikały. Cudem w związku z tym było trafienie na właściwą farmę. Kolejnym – wylądowanie. Brak pasów startowych, brak oznaczeń, brak informacji o kierunku i sile wiatru. I najbardziej poruszające w tej historii dla mnie jest to, że nikt się nie poddał ani nie skupiał na problemach, tylko wszyscy poszukiwali rozwiązań korzystając z tego co mieli pod ręką. Farmerzy znajdowali kawałki terenu, który wyrównywali i karczowali pod pas. Podczas lądowania wszyscy z farmy (oprócz chorego oczywiście) pilnowali, żeby na pas nie weszły krowy, owce, kangury lub emu. W nocy rozpalali ogniska, żeby oznaczyć początek i koniec pasa. Zresztą ogniska były też rozpalane w dzień, żeby po dymie pilot mógł określić kierunek wiatru. Kompletne amatorskie sposoby w porównaniu z komercyjnymi lotniskami, ale działały, bo wszystkim zależało, bo nikt nie mógł się poddać. Pilot nie narzekał, że czegoś nie widzi, lekarz nie odmawiał lotu, bo ryzyko było zbyt duże. Czekali na nich ludzie, dla których byli jedyną nadzieją. Więc latali nawet w nocy, choć było to szalenie niebezpieczne, latali w burze piaskowe i podczas powodzi. Nie mogli powiedzieć, że nie polecą.

A jak rozwiązano problem komunikacji radiowej? Tutaj na sceną wkracza kolejny wizjoner, ponoć niezwykle nieśmiały wynalazca – Alfred Hermann Traeger. Stworzył radio napędzane pedałami. Teraz siedząc i pedałując można było mieć wolne ręce, żeby nadawać wiadomości alfabetem Morse’a.

IMG_3364

IMG_3361

Kolejnym udoskonaleniem było stworzenie automatycznego tłumacza alfabetu na znaki Morse’a co wyeliminowało pomyłki w nadawaniu wiadomości przez farmerów i zwolniło ich z konieczności nauki tego alfabetu (nam w centrum outbacku w Port Augusta nie udało się sensownie wystukać nawet jednego słowa, mimo, że ściągawkę ze znaków mieliśmy przed sobą).

"Idź do domu i załóż swój niedzielny garnitur. Chcę ci zrobić bardzo ważne zdjęcie" - powiedział ponoć Flynn do Traegera 17 listopada 1928 r.

„Idź do domu i załóż swój niedzielny garnitur. Chcę ci zrobić bardzo ważne zdjęcie” – powiedział ponoć Flynn do Traegera 17 listopada 1928 r.

Mieszkańcy farm nagle zostali “podłączeni” do świata. Żyjąc w izolacji dostali urządzenie, którym nie tylko komunikowali się z RFDS w razie wypadku, ale przede wszystkim mogli “porozmawiać” ze swoimi sąsiadami. W ten sposób rozkwitło życie towarzyskie outbacku, a pogawędki kobiet z farm za pomocą alfabetu Morse’a nazwano “Galah Sessions” od nazwy popularnych, latających stadami i ciągle ćwierkających kakadu różowych. I piszę to bez ironii, bo we wspomnieniach ludzi z outbacku tamte wydarzenia są momentem przełomowym. Jestem w stanie to zrozumieć, choć pewnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak szczególną zmianą musiała być możliwość porozmawiania z innymi po latach życia w bardzo wyizolowanym miejscu.

W każdym razie dla nich Traeger był bohaterem.

Z czasem rozwiązywano kolejne problemy, usprawniano serwis, zwiększano flotę samolotów, otwierano kolejne bazy RFDS.

IMG_3348

IMG_3350

 

Znaczącą inwencją było wprowadzenie skrzyń – apteczek. Każda zawierała wyposażenie warte kilkaset dolarów – lekarstwa, bandaże, plastry, igły, strzykawki, termometr, skalpel i metalową nerkę. Wszystko dokładnie ponumerowane, tak żeby lekarz udzielający porady przez radio mógł zaaplikować konkretne lekarstwo posługując się jego numerem.

IMG_3377

IMG_3376

Do tego kilka lat później dołożono wymyśloną przez jedną z pielęgniarek “tabelę” ciała – rysunek ciała człowieka podzielonego na ponumerowane sekcje, tak aby zgłaszjącej się przez radio osobie łatwiej było opisać miejsce, w którym występuje ból lub doszło do jakiegoś urazu. Te skrzynie wraz z tablicami funkcjonują do dziś. Ich zawartość jest regularnie sprawdzana, braki są uzupełniane, a lekarstwa przeterminowane zastępowane nowymi.

IMG_3378

O akcjach Latających Doktorów krąży mnóstwo anegdot. Jedna z nich opowiada o starszym farmerze, któremu lekarz kazał wziąć tabletkę z butelki nr 9 . Po jakimś czasie lekarz nawiązuje kontakt z chorym i pyta jak się czuje. A farmer na to: butleka nr 9 była pusta, więc wziąłem po jednej tabletce z butelki nr 7 i nr 2 i teraz czuję się o wiele lepiej.

IMG_3370

Obecnie jest 21 baz RFDS w całej Australii, obsługujących łącznie obszar prawie równy powierzchni Europy. Mają ponad 50 samolotów w ciągłym użyciu, a latają przerobionymi Beechcraft Super King Air B200. Średnio rocznie pomagają ponad 260 tysiącom pacjentów, pokonując łącznie dystans ponad 23 milionów kilometrów, czyli dwóch tysięcy podróży z Londynu do Sydney. Samoloty ze stacji w Broken Hill, w której byliśmy, pokonują rocznie około 5,5 miliona kilometrów, czyli robią siedem wycieczek na książyc i z powrotem. Robi wrażenie, prawda?

Od jakiegoś czasu w ramach praktyk z lekarzami latają studenci medycyny z Sydney. Takie zajęcia nie tylko uczą ich wiedzy z każdego obszaru (lekarz z RFDS naprawdę musi być multispecjalistą, bo czasem trzeba udzielić pomocy na miejscu, zanim się chorego przetransportuje do szpitala), ale przede wszystkim – dawania z siebie wszystkiego i służenia ludziom w pierwszej kolejności.

Australijscy Latający Doktorzy są największą taką organizacją na świecie. Zapewniają regularną obsługę medyczną ponad trzydziestu procentom społeczeństwa, a w razie wypadku ratują każdego, nawet nierozważnego turystę, który stanął na brown snake’u. To co nas zdziwiło, to fakt, że nie są całkowicie finansowani przez państwo. Z publicznych pieniędzy pokrywają tylko koszt lotu i wynagrodzenia załogi. Natomiast rozbudowę bazy, unowocześnianie czy w końcu koszt systematycznej wymiany aptecznych skrzynek finansują z darowizn. Na szczęście Australijczycy darzą ich niezmierną sympatią. Nieraz na samochodzie widzieliśmy małą nalepkę – I’m helping Flying Doctors to fly. W wielu miejscach – w sklepach lub na farmach – stoją puszki na datki. W jednym z miasteczek przed domem ktoś wystawił przyczepę z prośbą o wrzucanie do niej szklanych butelek, a całkowity dochód z ich sprzedaży w punkcie recyklingowym miał być przekazany RFDS. Za to w słynnym pubie w Tilpie można było za wrzucenie monety do puszki dopisać swoje imię na ścianie. Jak się domyślacie, cały pub był zamalowany.

Tak, dwie rzeczy Austrlijczykom wyszły niesamowite – Royal Flying Doctor Services i krówki ; )

 

Góry z wyższej półki

Dawno nie było nic o geologii, prawda? Zapraszamy więc do Flinders Ranges ; )

IMG_2774

IMG_3015

IMG_3020

W miejscowości Parachilna znajduje się reklamowany w każdej ulotce turystycznej pub. Po pierwsze serwuje burgery z mięsem tutejszej fauny. Po drugie ponoć bywała w nim sama Kate Winslet i parę innych gwiazd z Hollywood.

Nie zatrzymaliśmy się w nim dłużej, bo po pierwsze nie smakuje nam mięso tutejszej fauny (wolimy steaki z krów), a po drugie nie było akurat Leo, więc nie było z kim pogadać.

IMG_2764IMG_2759

Odbiliśmy w bok z głównej trasy, żeby nieutwardzoną drogą wjechać pomiędzy góry Flindersa. To jedno z najpopularniejszych pasm górskich (jeśli można tak powiedzieć o paśmie) – sporo Australijczyków przyjeżdża tu na wędrowki piesze, wędrówki samochodowe i rajdy 4×4. Ponieważ ciągle było lato i temperatury dość wysokie, nie spotkaliśmy wielu turystów, szczyt sezonu dopiero nadchodził.

IMG_2773

IMG_3034

IMG_2936

IMG_2848

Góry naprawdę są zjawiskowe. Nie wdając się w dyskusje czy są to zlepieńce, gnejsy, piaskowce czy skamieliny z okresu prekambryjskiego, zwyczajnie się nimi zachwycaliśmy. Niewiedza nie stanowi przeszkody w widzeniu, przynajmniej czasami. A widzieliśmy wygłaskane wiatrem łagodne pomarańczowe pagórki z szarymi kropkami suchych kęp trawy. Spomiędzy niektórych z nich, tylko gdy światło słoneczne oświetliło je pod odpowiednim kątem, wyłaniał się ostry, poszarpany zarys smoczego grzbietu. Ciągnął się kilometr albo dwa, ginąc w ziemi następnego czerwonego wzgórza. Za zakrętem góry przybierały postać zastygniętych skalnych fal, by następnie zupełnie nieoczekiwanie zmienić się w tablicę geologiczną z wyraźnie zaznaczonymi kolejnymi warstwami osadowymi prehistorycznego morza.

IMG_2918

IMG_2953

IMG_3022

IMG_2770

A pośród tego wszystkiego w cieniach drzew drzemały kangury. Zatrzymywaliśmy się tuż koło nich, i przez okno samochodu robiliśmy zdjęcia. Kangury patrzyły na nas z politowaniem, bo żar z nieba ponad czterdzieści stopni, a nam się chce zdjęcia robić.

IMG_2790

IMG_2834

IMG_2833

IMG_2836

Gdy próbowaliśmy wyjść z samochodu dla lepszego ujęcia, kangury zirytowane odskakiwały na bezpieczną odleglość i prawie słyszeliśmy jak nas wyzywają od bezmózgich dwunożnych ofiar udaru słonecznego. Podczas jednej z takich “ucieczek” Tolo wyglądający przez okno zawołał:

–       Elvisie (to niby do mnie) popatrz, ale czad – latający kangur!

IMG_2793

Mały kangurek wskakuje do torby

Mały kangurek wskakuje do torby

I już nie ma kangurka

I już nie ma kangurka

 

Dla podtrzymania funkcji życiowych zatrzymaliśmy się w dawnym kopalnianym miasteczku Blinman. Kilka domów i stara kopalnia miedzi. Na zwiedzanie kopalni nie mieliśmy ochoty, ale na leniwej pogawędce z właścicielką sklepu i kawiarni w jednym spędziliśmy godzinę. Na werandzie czytaliśmy rozłożone książki, napełnialiśmy żyły kawą i czekoladowymi milkshakami a jako wisienkę na torcie pochłoneliśmy ciastka z quandongiem.

Byliśmy gotowi na dalszą wędrówkę.

IMG_2803

IMG_2805

IMG_2806

Jadąc wzdłuż jednego ze szlaków zobaczyliśmy tabliczkę o pobliskim “short walk”. Niby żar z nieba jak lał się tak się dalej leje, ale przecież jesteśmy w górach na wakacjach i mamy obowiązek zwiedzać. Postanowiliśmy spróbować. Zaparkowaliśmy na parkingu, napełniliśmy butelki wodą, przytroczyliśmy je do nosidełek, wpakowaliśmy tam też dzieci, założyliśmy siatki i prawie umierając z przemęczenia (wszystkie te przygotowania robiliśmy w pełnym słońcu) ruszyliśmy w stronę tablic informacyjnych. A tam jak wół stało, że jesteśmy na początku Haysen Trail – jednego z najpiękniejszych szlaków Australii, ciągnącego się przez zróżnicowany krajobraz przez bagatela tysiąc dwieście kilometrów. Szlaku pieszego!

IMG_2858

IMG_2869

IMG_2876

IMG_2878

IMG_2883

Zacisnęliśmy zęby i skoro byliśmy już spakowani na krótką wędrówkę postanowiliśmy choć kawałek się przejść wgłąb wąwozu. To była jak na razie najgłupsza rzecz jaką zrobiliśmy na naszej australijskiej wyprawie. Uszliśmy tysiąc dwieście metrów. Rozgrzane powietrze dodatkowo nagrzewało się od otaczających nas ze wszystkich stron skał. Nie mam pojęcia ile było stopni, ale odkryte części ciała zaczęły boleć tak, jakby były poparzone. Przed oczami mieliśmy mroczki, każdy oddech to wysiłek i stracona nadzieja, że w tym gotującym się powietrzu została jakakolwiek ilość tlenu. Nie przesadzam – resztką sił wróciliśmy do auta, gdzie przez piętnaście minut przy włączonej klimatyzacji dochodziliśmy do siebie.

 

Przygotował Zuch dwie nogi, do dalekiej rusza drogi

Przygotował Zuch dwie nogi, do dalekiej rusza drogi

Czy widzicie błyszczącą w słońcu odznakę strażacką?

Czy widzicie błyszczącą w słońcu odznakę strażacką?

Resztę zwiedzania gór postanowiliśmy odbyć tradycyjnie, w samochodzie. Późniejszym popołudniem pogoda zaczęła raptownie się zmieniać. Ochłodzilo się do jakiś trzydziestu stopni, zerwał się wiatr, a w oddali widzieliśmy nawet strugi gwałtownego deszczu. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i podwieczorek zjedliśmy na wolnym powietrzu.

IMG_2897-1

IMG_2900

IMG_2922

W oddali - deszcz

W oddali – deszcz

IMG_2830

A potem, jako ukoronowanie dnia zaświeciło słońce przez chmury i znów zobaczyliśmy grzbiet ogromnego smoka.

IMG_2937

Dzień się kończył, czas na znalezienie noclegu. Jesteśmy w jednym z najbardziej popularnych Parków Narodowych, jednak okazało się, że to będzie jedno z trudniejszych miejsc do stanięcia na noc. Ze względu na obszar pod ochroną liczba miejsc była bardzo ograniczona, bo nic się tu nie mogło wybudować. Są dwie farmy, ale jedna oferuje noclegi tylko dla dużych grup, a druga po godzinie osiemnastej już nie odbierała telefonu. Jedziemy do szeroko reklamowanego Wilpena Pound Resort – dużego kompleksu, jedynego w tych okolicach, posiadającego miejsca noclegowe w każdej kategorii (tak piszą na stronie i w ulotce). Ponieważ ciągle jest sporo much, plus na ziemi kolumnami wędrują olbrzymie czerwone mrówki, z mojego punktu widzenia namiot odpada. Pytamy o pokój kategorii budget. Jest wolny, kosztuje 180 dolarów za noc, czyli byłby naszym najdroższym noclegiem w Australii jak dotychczas. Zwykle braliśmy dość wygodne kabiny kempingowe lub pokoje motelowe z łazienką w okolicach 100 dol. A tutaj w pokoju nie ma żadnych udogodnień kuchennych do zrobienia śniadania (mikrofali, czy nawet czajnika), jest tylko łóżko dla dwóch osób (Tolek musiałby spać w swoim dmuchanym łóżeczku), a całość mieści się w baraku z dykty wyglądającym i pachnącym jak nasze nieremontowane ośrodki FWP z czasów PRL. Za to pole namiotowe jest bardzo oddalone od głównego kompleksu, do łazienek z namiotu jest całkiem porządny spacer (bynajmniej nie na poranne przyszpilające sikanie), a w obozowej kuchni jest samo BBQ, bez czajnika, kuchenki i mikrofali. Nie wiemy co robić, żeby zyskać na czasie pytam panią, czy możemy obejrzeć pokój. W każdym innym miejscu, gdy o to prosiliśmy dostawaliśmy klucze i sami szliśmy zobaczyć, co jest nam oferowane. Tutaj – okazało się to jakimś niestworzonym problemem. Pani na recepcji nie mogła nam pokazać pokoju, bo była na tej recepcji sama i nie mogła jej opuścić. A przecież nie da klucza turystom kategori budget, bo jeszcze kawałek dykty ze ściany gwizdną. Sorry, ale takie traktowanie przechyliło szalę. Wróciliśmy do auta i już w szarym świetle tuż po zachodzie słońca, klnąc na kangury, które wypoczęte dostały mega energii i samobójczo co chwilę wyskakiwały nam tuż przed maskę, wyjechaliśmy z parku dojeżdżając do Rawnsley Park Station. Biuro resortu wypoczynkowego było już zamknięte, ale na terenie ośrodka była czynna wciąż restauracja, więc postanowiliśmy zaryzykować. Przy biurach zwykle wisi telefon alarmowy dla gości, z którego w niektórych kempingach można zapytać o nocleg po godzinach. Tutaj na szczęście też tak było. Po niecałych pięciu minutach przyjechała do nas pani i w komputerze sprawdziła dostępność zakwaterowania. Okazało się, że na dwie noce jest wolny domek, niestety z dwoma sypialniami, więc droższy, za 140 dol. W takim wypadku decydujemy się wziąć go tylko na jedną noc, skracając swój pobyt w górach. Wtedy pani wypełniając formularz zameldowania coś zaczęła mętnie tłumaczyć, że niby na jedną noc to jest wolny mniejszy domek za 100 dol, ale wtedy musiałaby nam doliczyć za dzieci, więc w sumie i tak wyszło by na to samo. A tak nie policzy nam wyjątkowo za cztery osoby, tylko za dwie. Czujemy się zdezorientowani – w końcu cena obowiązuje za domek, czy za ilość osób? I to chyba żart z tym doliczaniem za dzieci w wieku 11 miesięcy i trzech lat? Nie wiem do dziś o co chodziło, ale wrażenie pozostało kiepskie z tego miejsca. Aż miałam ochotę podejść potem do naszych sąsiadów (domki były połączone ścianami) Chińczyków i spytać się dwóch panów, czy jak wynajmowali swój domek, to policzono im osobno za żony.

Generalnie wydaje nam się, że ten rejon ma jakieś ukryte aspiracje być okolicą “z wyższej półki” bez akceptacji dla backpackersów i budżetowych turystów. Szkoda, bo krajobrazy są naprawdę nieziemskie. Ot, taki niemiły kontrast.

Następnego dnia rano byliśmy nieżywi na własne życzenie. Ponieważ zwykle śpimy albo w namiocie, albo w małych pokojach 3 w 1 (tzn kuchnia jest tuż przy łóżku, a w kąt wciśnięta jest łazienka) i gdy dzieciaki zasypiają, my zapalamy czołówki i w ciszy, żeby ich nie zbudzić najczęściej gdzieś na podłodze, bo poza łóżkiem żaden inny mebel w kabinie się nie mieści, czytamy, piszemy lub takie tam. A tutaj nagle mieliśmy do dyspozycji dwie sypialnie i osobny salon z kanapą! Kaj zasnął bez problemu, ale Tolek który wyjątkowo spał w ciągu dnia, siedział z nami w salonie. Po cichu mieliśmy nadzieję, że Tolo w końcu też zaśnie w swojej sypiali i będziemy mieć salon dla siebie i czas na takie tam, ale minuty płynęły, a syn dalej siedział z nami. A prawdziwa kanapa z kawowym stolikiem dała nam takie złudzenie domowości i komfortu, że zignorowaliśmy zegarek i siedzieliśmy o wiele za długo. W końcu po drugiej w nocy opamiętaliśmy się i całą trójką poszliśmy spać dołączając do Kaja, ale już było za późno. Kolejny dzień upłynął nam w rytm ziewania.

 

Wilpena Pound jest niezwykłą formacją geograficzną. To taki jakby krater otoczony przez wypiętrzone góry, które to góry składają się z warstw pochodzących z kolejnych okresów czasu od 650 milionów lat temu do 500 milionów lat temu. Na skutek ruchu płyt tektonicznych po ich odsunięciu się od siebie powstała szczelina, w której osadzały się nanoszone przez morze piaski, kamienie, skały (teraz jakiś geolog powinien mnie przywołać do porządku, bo morze nie nanosi skał, skały powstają pod wpływem sprasowania i ciśnienia, ale to mój blog a nie wikipedia. Dodam tylko, specjalnie dla geologów, że szczelina jest znana pod nazwą Geosynkliny Adelajdzkiej). Jednocześnie tak się złożyło, że było to bardzo ważne 150 milionów lat, bo wtedy powstało życie. I w tych osadach składowanych w szczelinie dodatkowo zalegały różne organizmy – począwszy od tych najbardziej pierwotnych i pierwszych na Ziemi – które potem zmieniały się w skamielinę. Niezwykłość tego miejsca polega na tym, że płyty tektoniczne nagle zmieniły zdanie i z powrotem się do siebie przysunęły wypiętrzając to co się w szczelinie zdążyło odłożyć i zmienić w skałę. Potem na skutek erozji wierzchnia warstwa starła się osłaniając pod spodem poukładane jadna za drugą poszczególne osady. Wygląda to trochę jak sękacz. W ten sposób na bardzo krótkim odcinku kilkunastu kilometrów można zobaczyć tworzenie się warstw podczas 150 milionów lat plus historię powstania życia.

IMG_2812

IMG_2816

IMG_2822

IMG_3032

IMG_3066

IMG_3067

IMG_3060

Idealnym miejscem na podróż w czasie jest Brachina George. Jadąc przez wąwóz na przestrzeni dwudziestu kilometrów poznaje się dwanaście różnych skał. Różnią się kolorem, strukturą i oczywiście okresem powstania. Naukowcy wnioskują z nich o klimacie, który panował w poszczególnych milionach lat, o rozwijającym się życiu, i o kilku innych rzeczach. To ponoć prawdziwa kopalnia wiedzy, pod warunkiem, że wie się czego szukać. My nie wiedzieliśmy.

Przeczytaliśmy na tablicy, że jadąc przez wąwóz będziemy mogli zobaczyć stromatolity będące jednym z pierwszych dowodów życia na ziemi, faunę ediakarańską (czy wy też zastanawialiście się co pili geolodzy wymyślający nazwy dla różnych odkrytych przez siebie rzeczy? Żadna z nadanych przez nich nazw nie pochodzi z normalnego języka i jest kompletnym łamańcem głoskowym, co jest przyczyną dla której nigdy nie zapamiętam nawet 1% z geologicznego wykładu. Jestem pewna, że przy każdym odkryciu z radości i ku uczczeniu urządzają imprezę, gdzie procenty leją się bez limitu, a potem bełkocząc jeden do drugiego mówi: nawzijmy tą skamielinę zwierzątkiem Edzia i Karolka. Po zapisaniu fonetycznym tego co zostało wybełkotane jak wół wychodzi: fauna ediakarańska. Ech, trzeba mi było studiować geologię). Wracając do tematu – fauna ediakarańska to jedne z najstarszych zwierząt na ziemi, czyli organizmów wielokomórkowych. Zupełnie niespokrewnione z aktualnie żyjącymi organizmami, bo te pochodzą z okresu kambryjskiego i je też ponoć można zobaczyć w wąwozie.

Ponoć, bo w praktyce wygląda to następująco. Wzdłuż drogi na granicy każdej z warst stoją tablice z ich nazwą. Najczęściej niziutko przy ziemi, ukryte w trawie, zwrócone napisem tylko w jedną stronę, czyli jak się zaczęło wycieczkę z drugiej strony wąwozu, to ma się pecha. Jednak jesteśmy uparci i kilka z nich odnajdujemy, bo naprawdę mieliśmy chrapkę na te formy życia. Wysiadamy w jednym z miejsc, gdzie mają być skamieliny jamek wykopanych przez morskie robaki zagrzebujące się w piasku. Jedyna tablica stoi tuż przy drodze i wskazując na drugą stronę drogi obiecuje, że na pobliskim zboczu, dwie minuty drogi stąd znajdziemy, czego szukamy. Zbocze wyglądało tak:

IMG_3057

I nie było na nim zaznaczonego żadnego miejsca, w którym powinniśmy szukać. Skanowaliśmy wzrokiem kamienie i skały nie mając pojęcia co jest śladem erozji, spływającego deszczu, a co – zagrzebującego się robaka sprzed ponad 500 milionów lat. Nic, żadnej strzałki czy kropki. W końcu, w drodze głosowania ustaliliśmy, że jamkami są oto te nacieki skalne:

IMG_3056

W kolejnym punkcie postojowym szukamy śladów prehistorycznych gąbek (Archaeocyaths). Nic. Nie jestem zwykłym turystą, mam ceryfikat screenera, ale absolutnie nic nie mogę znaleźć. Wdrapuję się na skały, zaglądam pod głazy, przeczesuję ściany lornetką i nic. Ani jednej gąbki.

IMG_3045

Nie tracimy nadziei, choć powoli zaczynamy żałować opłaty, którą uczciwie uiściliśmy wjeżdżając do parku (na tablicy informacyjnej na granicy parku są przyczepione koperty. Do koperty należy wrzucić należność za wstęp, napisać swoje dane plus nr rejestracyjny pojazdu, oderwać kawałek koperty z wydrukowanym dowodem na uiszczenie opłaty, wrzucić kopertę do skrzynki przymocowanej do tablicy, a oderwany dowód wpłaty umieścić za przednią szybą auta. Teoretycznie w niektórych parkach są rozmieszczone wzdłuż szlaku kamery z których ktoś potem spisuje nr rejestracyjne przejeżdżających wozów i porównuje z danymi wpisanymi na zebranych kopertach. W przypadku braku opłaty – wystawia się mandat. Teoretycznie).

W kolejnym miejscu tablica reklamuje słynne skamieliny fauny ediakariańskiej. Przed nami gruzowisko kamieni, z których każdy wygląda zupełnie normalnie. Nie poddaję się, szukam, zaglądam i znajduję coś takiego:

IMG_3062

IMG_3064

 

Sami oceńcie czy to wygląda jak zwierzątko Edzia czy bardziej jak zwierzątko Karolka.

Uznajemy, że dalsze poszukiwania nie mają sensu. Na pewno te skamieliny tu są, ale można je zobaczyć tylko po opłaceniu zbójecko drogiej wycieczki z przewodnikiem, który doskonale wie, który kamień z tego gruzowiska należy podnieść, żeby zobaczyć z drugiej strony piękny okaz fauny ediakariańskiej. Znów czujemy, że zwykli turyści, którzy nie opłacą pełnego pakietu pobytu w Wilpena Resort z wycieczkami po okolicy nie są tu mile widziani.

IMG_3024

IMG_3025

Dzikie mini-arbuzy rosnące na poboczach

Dzikie mini-arbuzy rosnące na poboczach

Tym niemniej jeszcze raz – Flinders Rangers ze swoim zmiennym krajobrazem, kolorami, grą świateł na szarych skałach i czerwonej ziemi, mnogością kangurów, emu i innego ptactwa na wyciągnięcie ręki oraz drzemiącymi tuż pod powierzchnią smokami są naszym niekwestionowanym kandydatem do Top Ten Australii. Zupełnie nie planowaliśmy tu przyjeżdżać, gdy wbijaliśmy pinezki w mapę, ale skuszeni jedną z ulotek nie żałujemy zmiany trasy. Było warto.

IMG_2957

IMG_2989

IMG_2987

A tak synku skaczemy na drogę, żeby wk...ręcać turystów.

A tak synku skaczemy na drogę, żeby wk…ręcać turystów.

Na pożegnanie jedziemy w bok od głównej drogi do galerii aborygeńskich rzeźb naskalnych. Krótki spacer środkiem malowniczego wąwozu, na szczęście słońce stoi już nisko nad ziemią, więc temperatura jest znośna.

IMG_3092

IMG_3078

IMG_3082

IMG_3073

IMG_3099

IMG_3100

Na końcu szlaku – wykute w skale symbole. Nikt nie wie kiedy powstały, ale wiadomo, że były robione w dwojaki sposób – albo poprzez uderzanie w skałę ostrym kamieniem i za pomocą wgłębień – kropek rysowaniem wzoru albo poprzez wydrapywanie w skale linii.

Wykuwane były wzory geometryczne, koła i linie, ślady zwierząt, a czasem nawet postacie ludzi. Dla Aborygenów to są święte miejsca opowiadające o Czasie Snu.

IMG_3075

IMG_3087

Michał popatrzył jednak męskim okiem na dwa koła oznaczające billabongi i stwierdził: Tutaj jeden Aborygen posiłkując się rysunkiem opowiadał drugiemu o napotkanej Aborygence. “I stary, ona miała taaakie… oczy”.

IMG_3093

Pod wieczór docieramy na kemping do Hawker. Czujemy, że zakończyliśmy kolejny etap podróży – pętlę pustynnego outbacku.

Hawker to już właściwie całkiem cywilizowane okolice. Miasteczko ma kilka ulic, rosną tu drzewa i zielona trawa, a zamiast pubu jest kawiarnia i osobno restauracja. Są sklepy i jakieś budynki publiczne typu szpital i policja.

Much też jakby mniej, więc w końcu po dwutygodniowej przerwie odważamy się rozbić namiot. Słońce żegnamy pluszcząc się w kempingowym basenie. Potem szybka kolacja i … odkrywamy, że zepsuł się zamek w klapie bagażnika naszego auta. Górna część z szybą się otwiera, natomiast dolna ani drgnie. Nie jest to dobra wiadomość, bo mamy przez nią zablokowane szuflady z zapasami żywności, nie możemy też wyciągnąć lodówki. Całe szczęście, że udało się wyjąć wcześniej rzeczy na kolację. Idziemy jednak spać w nienajlepszych humorach, bo w głowie mamy wizję, że zamiast realizować naszą trasę jutro będziemy musieli jechać do najbliższego autoryzowanego przez Britza mechanika, który jest pewnie dopiero w Port Augusta.

Rano dzwonimy do Britza i pytamy co robić. W ciągu dosłownie pięciu minut oddzwania do nas mechanik z Hawker zapraszając do warsztatu na bezgotówkową naprawę. To jest zaleta wypożyczania auta w dużej sieci.

IMG_3102

Składamy namiot, odstawiamy auto do warsztatu i idziemy na śniadanie do restauracji (ciągle nie mamy dostępu do naszych zapasów jedzenia). Nad barem wisi mnóstwo metalowych tablic z tzw. złotymi myślami, w tym mój typ nr 1 – Jeśli skończy się rolka papieru toaletowego, wymień ją na nową. To nie spowoduje uszkodzenia twojego mózgu.

Po śniadaniu godzinę spędzamy w wielokrotnie już na blogu wspominanej blaszanej księgarni, gdzie zastaje nas telefon od mechanika, że klapa została naprawiona.

IMG_3101

Ruszamy dalej w trasę. Jest 13 marca, więc w Quorn idziemy na przyjęcie urodzinowe Kaja (czy naprawdę ktoś wierzył w to, że przy naszym tempie podróżowania i zwiedzania, dwójce dzieci do zabawiania i oporządzenia, oraz zepsutym namiocie jesteśmy w stanie pisać posty na bieżąco? Jedyny umieszczony o odpowiedniej dacie to ten z urodzin Kajetana).

Po siedemnastej wbrew rozsądkowi postanawiamy zobaczyć jeszcze jedną atrakcję turystyczną – Alligator George. Nie warto robić nic wbrew rozsądkowi, bo można zejść na zawał serca. Zacznijmy od tego, że na parkingu kiepsko oznaczone szlaki zmyliły nas wskazując błędny kierunek. Mieliśmy do wyboru albo punkt widokowy na kanion w odległości 350m lub przejście pętli o długości 2 kilometrów. Absolutnie nie mieliśmy czasu na pętlę, wybraliśmy więc punkt. Ponieważ Kaj spał postanowiliśmy, że najpierw ja tam pójdę, wrócę, a potem pójdzie Michał z Tolkiem. Myląc drogę zaczęłam schodzić schodami w dół wąwozu. Przy czterychsetnym zaczęłam mieć wątpliwości czy powinnam schodzić dalej skoro dna nie widać, ale jak wiadomo z badań nad naturą ludzką, istota ludzka prędzej będzie szła w zaparte, niż zmieni zdanie (zasada konsekwencji czy jakoś tak, szeroko stosowana przez sprzedawców wciskających niechciany towar). Kolejne czterysta stopni i byłam na dnie. A tam dwie kolejne strzałki – w prawo do skalnych balkonów (800 metrów), a w lewo do wejścia do Alligator Gorge (650 metrow). Coś mi nie grało, ale zasada już działała. Nie uśmiechało mi się wdrapywanie z powrotem na górę, żeby uprzedzić Michała o tym, że nie będzie mnie dłużej niż zakładaliśmy, a potem znów schodzenie ośmiuset stopni w dół. Postanowiłam szybciutko skoczyć do tego kanionu, skoro już tu dotarłam. Skoczyłam, ale oczywiście wejście nie było zaznaczone tablicą jak na przykład wejście do muzeum, wokół mnie zamykały się poszarpane czerwone skały i w gruncie rzeczy ciężko się było zorientować czy to już są zęby aligatora, czy jeszcze nie. Biegłam po kamieniach w sandałach zastanawiając się czy węże tu mieszkają i starając się nie myśleć o tym, że nie mam przy sobie nic, czym mogłabym wezwać pomoc w razie wypadku.

IMG_3140

IMG_3144

IMG_3146

IMG_3157

IMG_3153

W ten sposób przeszłam cały kanion, przegapiając w lekkim zdenerwowaniu i panice miejsce, z którego powinnam zrobić właściwe zdjęcie (tak jak na ulotce reklamowej).

IMG_3154

IMG_3149

Ściany wąwozu obniżyły się, a szlak zaczął powoli piąć się w gorę. Znów musiałam podjąć decyzję. Wkurzałam się, że nie ustaliliśmy z Michałem żadnego planu na wypadek takiej sytuacji, i już zaczęłam sobie wyobrażać, jak mój mąż zmartwiony tym, że mnie tak długo nie ma, z dwójką dzieci schodzi tymi cholernymi schodami na dół, a potem wędruje przez kamieniste dno wąwozu. Do tego słońce powoli zachodziło i niewiele światła już zostało. Nie ma szans, żeby Tolek przeszedł tą trasę za dnia. Jak więc najszybciej dotrzeć do chłopaków? Wracać czy iść dalej? W końcu to miała być pętla dwukilometrowa. Zrobiłam już ponad połowę, więc szybciej będzie jak ją dokończę niż zawrócę. Tak rozumując (choć nie wiem, czy to słowo powinno być tu użyte) pobiegłam naprzód, chcąc jak najszybciej dotrzeć na parking i powstrzymać Michała przed schodzeniem. Ile w końcu można iść dwa kilometry? Tyle miałam ze szkoły do domu i pokonywałam je od 17 minut do 30, w zależności od tego w którą stronę bardziej mnie ciągnęło i z kim szłam.

W tym pośpiechu, skacząc po kamieniach, rozglądając się za wężami i starając się nie skręcić nogi w kostce, przegapiłam skręt szlaku na parking i doszłam do miejsca, gdzie zaczynał się asfalt, na którym była tablica, że stąd do mojego parkingu jest 35 min. drogi ostro pod górę.

W życiu, nigdy w życiu nie zrobiłam nic, co by wymagało takiego wysiłku jak teraz biegnąc i próbując nie zejść na zawał przed parkingiem. Zastanawiałam się też z jakich idiotycznych powodów fotografuję lustrzanką zamiast poręczną komórką, bo komórka nie dyndałaby mi na szyi takim ciężarem jak mój stary Canon.

Gdy w końcu z mroczkami przed oczyma, cała mokra i z ułożonym już w głowie testamentem dotarłam na parking, chłopaków tam nie było. Przed oczyma (pomiędzy mroczkami) stanął mi obrazek jak mój malutki Tolek w swoich ulubionych australijskich butach na węże wędruje w całkowitych ciemnościach przez Alligator Gorge ściskając za rękę tatę, który na plecach w nosidełku niesie Kaja, i co jakiś czas dziecięcym zmartwionym głosikiem woła: Elvisie, gdzie jesteś?

Ta wizja jakimś cudem podtrzymała we mnie jeszcze funkcje życiowe i ostatkiem sił dotarłam znów do schodów, którymi zaczęłam schodzić głośno wołając raz jednego, raz drugiego, raz trzeciego. Przysłowiowe nogi się pode mną ugięły, gdy usłyszałam odpowiedź.

Dwie minuty później wszyscy spotkaliśmy się przy aucie. Okazało się, że gdy Kaj się obudził, Michał rzeczywiście zaniepokojony moją długą nieobecnością władował dzieci do nosidełek (Tolek na plecy, Kaj z przodu) i tak objuczony zszedł po schodach na dół. Tam zobaczył dwa drogowskazy i domyślił się, że postanowiłam zrobić pętlę przez wąwóz, więc spokojnie wrócił na górę, żeby na mnie poczekać. Tuż zanim wbiegłam na parking postanowił pójść własciwą drogą na punkt widokowy, który planowaliśmy pierwotnie, a który był ukryty tuż za drzewami za parkingiem.

Żadnej paniki, że zabłądziłam, że mnie węże zjadły lub że leżę gdzieś tam pomiędzy kamieniami ze złamaną nogą. Tylko czyste i logiczne męskie wnioskowanie. Byłam za nie nieprzytomnie wdzięczna, bo ja w odwrotnej sytuacji pewnie ciągnęłabym dzieci na urojoną misję ratunkową.

Już po ciemku wjeżdżamy do Peterborough. O dziwo – kemping nie ma zamykanej bramy, a toalety są publicznie dostępne, a nie na kod czy klucz, jak to na wszystkich dotychczasowych kempingach było. Rozbijamy się na wolnym miejscu wnioskując, że nic się nie stanie, jeśli za pobyt zapłacimy rano.

Następnego dnia mieliśmy “dzień techniczny’. Po pierwsze po ponad miesiącu codziennego używania auta ewidentnie trzeba było wszystko z niego w końcu wypakować i na nowo poukładać. Milion porozrzucanych zabawek, skrupulatnie pochowane papierki po czekoladkach i herbatnikach, na wpół zjedzone banany, porwane fragmenty map i ulotek, zbierane podczas drogi muszle, patyki, kamienie i liście. Po drugie po dwóch tygodniach jazdy nieutwardzonymi drogami outbacku wszystko w aucie pokrywała wartwa czerwonego kurzu i piasku. Trzeba było wytrzepać każdą torbę, wózek dziecięcy, nosidła, zamieść bagażnik, na nowo poukładać jedzenie w skrzyniach. Po trzecie od jazdy po wertepach odkręciły się śruby trzymające lodówkę, a ich ponowne wkręcenie wymagało całkowitego opróżnienia jej wnętrza. Na tych porządkowych czynnościach minęła nam znaczna część dnia. Potem popołudniu chwila relaksu przy książce lub na placu zabaw (każdemu wedle potrzeb), a wieczorem poszliśmy na opisany już spektakl “Światło i dźwięk” w Muzeum Kolejnictwa.

Kolejnego dnia spacerowaliśmy po miasteczku spotykając lokomotywy, które nie chciały mieszkać w muzeum i wolały zostać w mieście. Poznaliśmy też historię Bob’a, psa, który jeździł koleją. Jak słusznie można wnioskować z tego wstępu był to przeuroczy bezpański kundel podróżujący na stałej trasie, w każdym z miasteczek mając kogoś, kto udostępniał mu dom na kilka dni do pomieszkania i miskę pełną jedzenia. Lubili go wszyscy, i każdy miał wrażenie, że jest bardziej od innych “panem” Boba. Niestety, Bob zakończył swoje wagabundzkie życie w mało chwalebny sposób – pod sklepem miejscowego rzeźnika w obronie swojego jak mu się penie wydawało terytorium wdał się w bójkę z większym i groźniejszym od siebie psem.

Po jego śmierci do miejscowej gazety napływały nekrologi z kondolencjami od ludzi na całej trasie kolei.

IMG_3176

IMG_3199

IMG_3180

IMG_3201

IMG_3181

IMG_3183

W Peterborough studiujemy atlas i sprawdzamy kalendarz. Potwierdza się to, co czujemy szóstym zmysłem w naszych podróżniczych duszach – czas zacząć wracać i domknąć dwumiesięczną pętlę. Przed nami jeszcze parę punktów trasy, w tym kilka wyznaczonych dawno temu w Polsce pinezkami, ale główny kierunek powoli będzie zmierzał w kierunku Sydney. Dziwne uczucie.

IMG_2964