Santa Claus is coming to town

Zawitaliśmy do światowego centrum kiczu, komercji i chińskiej tandety. Witamy was w Rovaniemi, wiosce Świętego Mikołaja.

9-12

14-7
W kilkudziesięciu sklepikach można:
– oślepnąć od setek choinek z migającymi światełkami,
– ogłuchnąć od wszechobecnej melodii ‚Jingle bells, jingle bells’
– o… siwieć od gadających ‚hoł, hoł, hoł’ mikołajów stojących w drzwiach każdego sklepu
– dostać mdłości od wszechobecnych wszędzie figurek Mikołaja, aniołków, skrzatów, Jezusa, reniferów, różańców, maskotek psów huskich, sani z krasnalami, stringów z nosem Rudolfa, wełnianych papuci, kul śnieżnych, t-shirtów, bombek, durnostojek, i innych.

Całość była oblegana przez turystów, wśród których naliczyliśmy szóstkę dzieci, nie licząc naszego. Reszta to dorośli spragnieni …, no właśnie – czego? Spotkania z ikoną Coca-Coli?

7-15
Próbowaliśmy w tym wszystkim odnaleźć echo magii z dzieciństwa. Poszliśmy na pocztę główną Świętego Mikołaja, gdzie przychodzą listy od dzieci z całego świata i Polska jest na 3 miejscu!

5-20

4-24

10-13

11-12
A jeśli chodzi o samego Man in Red, to po przedarciu się przez wszystkie ww stragany docieramy do sekretnych drzwi. Na drzwiach napis, że gratulują nam wiary i wytrwałości, że za drzwiami nie wolno robić zdjęć, i że samo wejście w odwiedziny do Mikołaja jest bezpłatne. To ostatnie jest szczególnie miłe, prawda? ;)
Wchodzimy. Ścieżka w półmroku prowadzi nas przez jaskinie, góry lodowe, aż do miłego, starodawnego pokoju. Jest tam wielki, drewniany zegar robiący bajkowe ‚tik – tok’ z wahadłem zwisającym przez klatkę schodową z wysokości dwóch pięter. Wahadło było dla Tolka największą atrakcją. Próbujemy go namówić na wejście do drugiego pokoju, w którym czeka Święty Mikołaj. Tolkowi nic to nie mówi, nie kojarzy czegoś takiego. Za to wahadło! To dopiero jest czaderskie urządzenie. Można się na nie patrzeć i patrzeć.
W końcu wpadam na pomysł i mówię:
– A chcesz zobaczyć krasnoludka?
Krasnoludek brzmi znajomo, Tolo widział go na obrazku w książce z wierszykami. Mały kiwa główką na ‚tak’. Ok, idziemy odwiedzić dużego krasnoludka.

Po wizycie możemy oczywiście wyjść, ale czemu by nie kupić pamiątkowego zdjęcia zrobionego przez elfiego fotografa? Tak, tak – wizyta za darmo, a zdjęcie 25 EUR.

12-10
I teraz kilka refleksji:
– z pobieżnych wyliczeń oszacowaliśmy, że Mikołaj przynosi dochód średnio dwóch tysięcy euro dziennie.
– z drugiej strony to musi być okropnie wyczerpujące zajęcie. Trzeba siedzieć cały dzień, mówić ‚hoł, hoł, hoł’, prowadzić te same mało inspirujące rozmowy, pozwalać się ciągnąć za brodę lub klepać po brzuchu, i uśmiechać do chichoczących pań próbujących usiąść Mikołajowi na kolanach.
– po trzecie – wyobraźcie sobie, że taki gość wypełnia dajmy na to formularz kredytowy w banku. I co wpisuje w rubryce zawód: Święty Mikołaj? Myślicie że dostanie jakikolwiek kredyt?

Tuż przed odjazdem robimy sobie jeszcze pamiątkowe zdjęcie na kole podbiegunowym. Tym samym opuszczamy strefę dnia polarnego i zmierzamy na południe.

13-9

Kwestia ważności komara wyjaśniona!

Nad jeziorem Inari nie ma komarów (to znaczy są, ale w ilościach pomijalnych), za to są Samowie, czyli rdzenna ludność Laponii. Poszliśmy do muzeum przybliżającego tą kulturę. Nie chcę się powtarzać z tym, co o Samach możecie wyczytać w sieci, więc zaserwuję tylko kilka luźnych faktów poprzeplatanych zdjęciami.
26-3
27-3
Samowie są ludem pasterskim, ich głównym źródłem dochodu są renifery. Hodowali je od wieków, częściowo na własne potrzeby (wyżywienie, ubranie) częściowo na handel. I właśnie poprzez ten handel mieli kontakt z ‚cywilizacją białego człowieka’. Podkreślę, że tutaj nie miała miejsca polityka siły czy zajmowania terenów jak to było w przypadku Indian czy Aborygenów. Tyle tylko, że Samowie żyli w skrajnych warunkach klimatycznych, więc rytm ich życia był bardzo cykliczny (związany z porami roku i skupiony na przeżyciu najbliższej zimy), a przez to byli jakby na uboczu rozwoju, który dział się w Europie. Świetnie pokazuje to oś czasu zrobiona na jednej z wystaw – w jednej linii podane są wielkie zmiany, przełomowe momenty w historii świata i Europy, a tuż poniżej informacja, co wtedy działo się u Samów. I tak np. informacji o objęciu władzy przez Hitlera i wybuchu II wojny światowej towarzyszy pokaz pierwszych traktorów.
Czytając różne notki, a później zakupioną książkę o współczesnych Samach, mamy mieszane uczucia. Z jedej strony podkreślane jest to, jak próbują żyć tradycyjnie – np. ciągle znakując swoje renifery poprzez nacinanie, a właściwie wycinanie fragmentów uszu młodym cielakom na dorocznych spędach. Każdy hodowca ma swój wzór. Rozumiem, że należy szanować tradycję, ale dla mnie to już przesada – nie można tym cielakom założyć czipa?
Z drugiej strony Samowie chcą handlować mięsem reniferów, i jednocześnie są rozgoryczeni, że muszą w tym celu dostosować się do zasad i przepisów narzuconych przez odbiorcę tego mięsa. Czyli np. muszą budować rzeźnie zamiast zabijać i oskórowywać renifery przed domem.
A na domiar złego w ich mniemaniu rząd Finlandii próbuje ich zniszczyć, bo … w jednej z ustaw pozwolił nie-Samom być hodowcami reniferów. Do tego dochodzą przepisy Unii Europejskiej, zgodnie z którymi żeby chronić unikalną roślinność ustalono kontyngent na renifery. I teraz Samowie nie mogą mieć tylu reniferów, ilu chcą, a do tego część z tej liczby może mieć ktoś, kto nie jest Samem.
Takich sporów i smaczków jest więcej, z grubsza przypomina mi to wieczne narzekanie naszych rolników, jak to jest zawsze i wszędzie źle. Mimo dopłat, KRUSu, gwarantowanych emerytur, skupu interwencyjnego, i tak jest źle.
Druga część muzeum to skansen na wolnym powietrzu. Nie sugerujcie się miną Tolka, skansen był naprawdę ciekawy.
28-3
Zwiedzaliśmy chaty i chatki, letnie i zimowe (zwróćcie uwagę na pokrycie dachu i na fakt, że nie mieli centralnego ogrzewania – w każdej izbie był osobny kominek) …
4-23
5-19
7-14
20-4
9-11
10-12
11-11
12-9
…oglądaliśmy spiżarki od wszystkiego: na ubrania zimowe, na sieci, na narzędzia, na ryby, na cokolwiek, na renifery, …
13-8
14-6
15-6
… i pułapki na misie,wilki, lisy, ptaki i Susły.
17-4
18-4
19-4
Na końcu był sąd. Tutaj winowajcy siedzieli na ławach i czekali na wyrok. Na ścianach do dziś zachowały się wyryte przez nich imiona. Czego to dowodzi? Ano dwóch rzeczy: po pierwsze, że byli piśmienni. Po drugie, że najwyraźniej długo się tam czekało na sprawiedliwość…
24-2
25-3
A jeśli chodzi o samo jezioro Inari, nad którym spaliśmy. Ma powierzchnię 1040 km2 (dla porównania – Śniardwy ma ok.113 km2). Można po nim pływać, wokół niego wędrować, lub ot tak przylecieć na ryby na weekend.
29-3
30-2

P.s. Czytając o wypasaniu reniferów w końcu nas oświecono co do ważności komarów w ekosystemie. Mianowicie, jak byście zabrali się do zebrania, złapania i policzenia swojego ogromnego stada biegającego luzem po przestrzeniach Finlandii? Ha! W środku lata, gdy ilość komarów jest przerażająca, renifery same z siebie udają się w miejsca położone wysoko i bezdrzewiaste, żeby skorzystać z silnego wiatru odpędzającego insekty. I tam, gdy renifery już się zgromadzą, są zamykane w corralach przez Samów. Jak jedzie się drogą, to często po jej bokach można zobaczyć drewniane konstrukcje (płotko – bramki) obwieszone szeleszczącą folią i kolorowymi szmatkami – to są granice tuneli mających skierować renifery korytarzem prosto do środka zagrody położonej na jakiejś otwartej przestrzeni. Jak nie komar to Sami?

Tylko dla osób o mocnych nerwach

Jak spojrzycie na mapę i znajdziecie Lofoty, to którędy najprędzej wraca się do Polski? My wybraliśmy się przez … Finlandię.
Ostatnią noc w Norwegii spędziliśmy na najgorszym kempingu pod słońcem. Piszę o tym, bo jeśli ktoś tu kiedyś zawita, to na pewno będzie kuszony jego reklamami: romantycznie usytuowany przy białej plaży, z gorącymi basenami, z sauną na plaży, i z darmowym internetem. Nazywa się Stave, zapamiętajcie tą nazwę i nigdy do niego nie jedźcie.
Usytuowanie przy plaży to jedyne co się zgadzało. Poza tym kemping był znacząco droższy od wszystkich, na których do tej pory spaliśmy, a nie oferował nic. Gorące baseny owszem, w cenie 250zł za 90 min, były dostępne, ale z kategorycznym zakazem wchodzenia z dzieckiem. Pytamy, czy możemy więc rozbić to na dwie 45 min. sesje, tak żeby się wymienić opieką nad Tolkiem. Kategorycznie nie. A, i z tych basenów wcale nie widać plaży, jak to jest na reklamowym plakacie.
Infrastruktura łazienkowo – toaletowa żałosna (prysznic dwa razy droższy niż w całej Norwegii), a kuchnia była drewnianą przybLudówką do pustakowej zewnętrznej ściany budynku. Kuchnia, w której na każdym kempingu zmarźnięci wędrowcy łapią trochę ciepła i namiastki domu, tutaj była brudna, betonowa, zimna, ciasna i … za ciepłą wodę do zmywania też musieliśmy płacić. Nigdy wcześniej się z tym nie spotkaliśmy.
No i darmowy wi-fi był, owszem, ale dostępny tylko w kuchni. Hasło: barackobama. Stąd wnioskujemy, że właściciel kempingu jest Amerykaninem. Aż ciężko nam uwierzyć, że jakiś Norweg byłby w stanie tak bezczelnie prowadzić kemping i oszukiwać turystów. Wyjeżdżając potwierdzamy nasze podejrzenia – tak, to Amerykanin.

Ok, wracając do drogi. Tuż przed granicą wydaliśmy w Remie 1000 ostatnie korony na norweskie truskawki. Pewnie zostanę oskarżona o brak patriotyzmu, ale tych norweskich będzie mi brakowało – słodkie, nie za miekkie, pachnące. Mniam!

Jechaliśmy w niskiej i gęstej mgle, ale po przekroczeniu granicy pogoda zmieniła się diametralnie. Błekitne niebo z pierzastymi chmurami, wokół zieleń, zieleń, zieleń. Stajemy na jedzenie nad jeziorem, którego drugi brzeg należy do Szwecji. Zastanawiamy się, czy nie rozbić tu obozu, ale przed nami jeszcze długa droga, poza tym od jeziora potężnie wieje, więc decydujemy się ruszać dalej.

5-18

7-13
Finladia jest zupełnia inna od Norwegii. Bez skał, gór, tylko lekkie, łagodne pagórki. I jak okiem sięgnąć bezkres lasu, ale innego niż u nas. Drzewa niższe niż gdzie indziej rosną w rozproszeniu, więc widać wszystko aż po horyzont. Droga biegnie prosto przez tysiące hektarów zieleni.GPS pokazuje: najbliższy manewr za 210 km.

13-7
Na początku zachwycamy się kolorami i słońcem. Potem robi się coraz bardziej nużąco. Do tego jakieś nienormalne ograniczenie – 80 km/h.

12-8
Płasko, prosto, widoczność świetna, droga bez dziur,noga aż drga od potrzeby wciśnięcia gazu, ale znak mówi swoje. Nagle – hurra, można jechać stówą. Rozpędzam auto i … czuję się niepewnie. Nawet lekkie przerażenie mnie połaskotało. Po dwóch tygodniach jazdy głównie 70 km/h, aktualna prędkość 100km/h wydaje się być zabójcza. Musi minąć kilka minut zanim się rozluźnię i poczuję radość jechania szybciej niż przeciętna furmanka zaprzeżona w ślimaki.

4-22
Teoretycznie przyczyną tego są pętające się wszędzie renifery. Ale one, w przeciwieństwie do złośliwych kangurów, nie mają w zwyczaju wyskakiwania znienacka na drogę tuż przed pędzące auto. Snują się wzdłuż asfaltu skubiąc kolejne krzaki, czasem przejdą na drugą stronę, ale naprawdę są doskonale widoczne z daleka.

9-10

10-11

11-10
Powinniśmy stanąć na nocleg. Przed nami jeszcze 400 km drogi, ale nie damy rady dziś już dłużej jechać. Zatrzymujemy się w uroczym zakątku i … wtedy zaczyna się koszmar. Jadąc słyszeliśmy odgłos padającego deszczu o szyby. Ale szyba była sucha… Dziwne. Teraz otwieramy drzwi i już wszystko staje się jasne. Tryliony komarów. Ja nie przesadzam. Zatrzaskujemy drzwi auta, a w środku jest ich już ze dwadzieścia. Przynajmniej tyle ubiliśmy.
Próbujemy w innym miejscu, efekt ten sam. Zaczynam panikować. Jak ja mam w takich warunkach przenieść dziecko z auta do namiotu? Jak wejść do namiotu nie wpuszczając tam komarów? Oglądamy mapę, wokół nas tysiące kilometrów lasu i bagien. Jest pierwsza w nocy (w sumie północ, ale Finlandia ma inną strefę czasową), Tolek zmęczony jazdą nie chce spać, my nie mamy już sił jechać. A to jedyne co mam w głowie – jechać stąd jak najdalej, uciekać, uciekać, uciekać. Dociera do mnie, że nie mamy szans na ucieczkę, że nie mamy dokąd jechać, wszystko jest za daleko. Zaczynam płakać, odmawiam wyjścia z auta. Tryliony komarów wściekle atakują szyby auta, jest ich tyle, że automatycznie wszystko zaczyna mnie swędzić. W mojej głowie powstaje już wizja, że nigdy się stąd nie wydostaniemy. Zostaniemy pożarci. Zastanawiam się tylko czy komarom starczy mojej osoby na najedzenie się na tak długo, żeby Tolek zdążył dorosnąć, zrobić prawo jazdy i uciec stąd. Uważacie, że przesadzam? To znaczy, że niewiele wiecie o fińskich komarach.
Michał wysmarowany muggą wychodzi rozbić namiot. Tolka też nią smarujemy. Wiem, że absolutnie nie można jej stosować u dzieci, że jest trująca, że ma DEED w składzie, ale to są wyjątkowe warunki. Bez Muggi nie mamy szans przeżyć dziesięciosekundowej drogi z auta po drabince do namiotu. To kwestia życia albo śmierci.
Jesteśmy w środku. Razem z nami jakieś trzydzieści komarów, które w milczeniu wybijamy. Nie mamy żadnej litości, nikogo nie oszczędzamy. Reszta (czyli trylion minus trzydzieści sztuk) wściekle atakuje namiot.
Jestem załamana i zła na Michała, że nas tu przywiózł (no i co z tego, że razem wybieraliśmy trasę? Ktoś musi wziąć za to odpowiedzialność). Zasypiam z myślą, że jutro rano, jeśli uda nam się stąd wydostać, poszukam sędziego pokoju i wezmę rozwód.

***

Rano komary ciągle są. Próbujemy zrobić herbatę, ale zanim woda w garnku zdąży się zagotować, po jej powierzchni pływa kożuch z tych wstrętnych insektów. Mamy rosół z komarów na śniadanie. W tempie ekspresowym składamy obóz. To jest pierwszy dzień od kilkunastu lat, kiedy żeby przetrwać rezygnuję ze zrobienia makijażu (a to o świadczy o powadze sytuacji -nawet moja położna z niedowierzaniem uniosła brew na widok moich wytuszowanych rzęs, gdy o trzeciej w nocy zjawiłam się na porodówce). Odjeżdżamy.

69°19′ N

Jesteśmy 450km na północ od koła podbiegunowego, dziewiętnasty dzień podróży. Przed nami jeszcze tydzień czasu na dotarcie do domu. Kolejny raz zastanawiamy się gdzie jechać, co wpisać w GPS. Obliczamy, że damy radę dojechać do Nordkapp. Tylko czy jest sens? Po dwóch dniach pięknej pogody (podczas wyprawy na wieloryby było 20st i błękitne niebo), znów jest wietrznie, mokro i zimno. Taka jest Norwegia – w ciągu pół godziny ze środka upalnego lata przenosi się w środek ponurej, chłodnej jesieni. Tutaj można zapomnieć o prognozie pogody – sprawdzanie jej to czysta strata czasu.
Mamy już dość marźnięcia. W dodatku Tolek złapał katar, a odmawia dmuchania nosa. Nie ma żadnych powodów dla których jeszcze bardziej na północ miałoby być cieplej. Pchać się więc w jeszcze zimniejsze rejony tylko po to by stanąć w symbolicznym miejscu, które tak naprawdę nie jest najdalszym skrawkiem lądu Europy?

Ta podróż nie była biciem rekordu pojechania jak najdalej. Jej celem było zobaczenie jak najwięcej. I ten cel zrealizowaliśmy – wikińskie łodzie i domostwa, górskie serpentyny, fiordy, lodowce, ocean, wyspy, rybackie wioski, śmieszne maskonury, tunele skalne, wodospady z tęczą, szczyty wiecznie pokryte śniegiem.

Czas wracać, Panie i Panowie.

Czas wracać, to fakt. Ale to przecież nie oznacza drogi prosto do celu ;) A przynajmniej nie z nami.

4-21

Ekowielorybnicy

Niech mottem dzisiejszego wpisu będą słowa piosenki z Tolkowej płyty:
„Wielorybie, wielorybie, co Pan robisz biednej rybie?
Chcę jej dać łyżeczkę tranu, bo bez tranu jest do chrzanu”
Dojechaliśmy do Andenes, miasteczka na samym końcu Lofotów. I co tu robić, jak nawet baru tu nie ma? Ruszać na wieloryby, oczywiście!
Sprawa nie jest tania, ale być tu i poskąpić to mija się z sensem. Kupiliśmy więc bilety, bez mrugnięcia okiem twierdząc, że Tolek ma jak najbardziej skończone dwa latka (młodszych dzieci nie biorą), dostaliśmy dwie tabletki na chorobę morską (wylądowały w koszu – skoro bez sensacji przetrwaliśmy rejs na rafę koralową, podczas którego wszyscy Japończycy zużyli swoje torebki, to nie spodziewaliśmy się teraz większych kłopotów), i zostaliśmy zaproszeni na pogawędkę edukacyjną. W piwnicy firmy organizującej rejsy opowiedziano nam o wielorybach, podano szereg faktów, pokazano ileśtam tablic, a na końcu zaprowadzono do garażu, w którym leżał szkielet kaszalota.
10-10
Jeśli ktoś jest zainteresowany, to poczyta więcej w necie, ja przytoczę tylko kilka ciekawostek, które z tego całego zwiedzania utkwiły mi w pamięci:
– podczas rejsu spodziewamy się zobaczyć kaszalota. To znaczy jego fragment, głównie łba, gdzie jest otwór oddechowy, którym kaszalot robi charakterystyczną fontannę, i płetwę ogonową, którą widać na sekundę, zanim wszystko zniknie, tzn. wieloryb zanurkuje. Tak, tak – płacimy osiemset zł za możliwość obejrzenia żywej płetwy.
– kaszalot jest największym waleniem zębowcem, może mierzyć do 20m.
5-17
– ma największy mózg, który jest ukryty w kościach (zdj. 1). Na zdjęciu drugim widać tylko dolną kość czaszki kaszalota, nad nią jest do 1900 litrów olbrotu, czyli specjalnego oleju,wykorzystywanego kiedyś w przemyśle. Nad olejem – tylko skóra, brak kości przykrywającej czaszkę od góry. Ten olej służy im do widzenia za pomocą echolokacji.
4-20
7-12
– no i właśnie żeby widzieć, kaszaloty wydają najgłośniejszy ze wszystkich zwierząt dźwięk – potrafią być dwa razy głośniejsze od startującego samolotu. Kolegów z pracy proszę o niezadawanie mi pytań – a którego konkretnie samolotu?
– teraz samice z młodymi wygrzewają się w ciepłych wodach na południu, a samce u wybrzeży Norwegii jedzą, jedzą, jedzą. Żeby urosnąć jak najbardziej, bo tylko największe mają szansę na randkę. A jednak – rozmiar się liczy ;)
– kaszaloty są najgłębiej nurkującymi ssakami – do 2 tys. metrów. Nie mamy na razie pojęcia jakim cudem unikają choroby dekompresyjnej. Pod wodą potrafią spędzić do 2 godz, potem wynurzają się na powierzchnię, żeby przez kilka minut wymienić powietrze – stąd te fontanny.
– ich przysmakiem są kałamarnice olbrzymie, żyjące właśnie na tych 2 tys. m. pod powierzchnią. Stąd wiemy, że kaszaloty tak głęboko nurkują, bo szczątki tych kałamarnic znaleziono w ich żołądkach.
8-10
– kaszaloty, jak i wszystkie wieloryby, przeszły ewolucję na odwrót. Generalnie życie wyszło z wody na ląd, a one z ssaka lądowego (przypominającego psa) zmieniły się w rybę. Ale jak się popatrzy na szkielet płetwy takiego kaszalota, to trudno oprzeć się wrażeniu, że to normalna dłoń.
9-9
Ok, to tyle nauki, czas na esencję. Tolek jako dziecko poniżej lat 12 dostał obowiązkową kamizelkę ratunkową. Trochę obawiałam się awantury przy jej zakładaniu (czasem zakładanie zwykłego swetra trwa godzinę), ale małego zachwyciły klamerki do zapinania i rozpinania, i proszę – oto Suseł w pomarańczach.
11-9
Wypłynęliśmy 11km od brzegu, wyszliśmy na otwarty pokład i zaczęliśmy szukać fontann. Na statku na szczęście nie było Japończyków (oni naprawdę nie nadają się na morze, bo tylko zapełniają torebki), ale było sporo Włochów, którzy podczas przeskakiwania statku przez kolejne fale byli bladzi. Serio, widzieliśmy bladych Włochów. Ja z niepokojem trzymałam Tolka, bo oczywiście na statku były spore podmuchy wiatru, którego Tolek nie lubi. Już myślałam, że rejs spędzę z nim pod pokładem, bo synek zrobił minkę w podkówkę, ale w tym momencie statek zrobił potężne fiuuu do góry, i zaraz potem do dołu. Włosi czując przeciążenie jękneli, a moje dziecię, mistrz huśtawek i zjeżdżalni, wybuchnęło śmiechem. I resztę rejsu przesiedział sam na stopniu z przodu statku, nie pozwalając się trzymać (na szczęście kamizelka miała z tyłu sekretny pasek, którego Tolo nie zauważył), i chichotał za każdym razem, gdy dziób robił w górę i w dół. Była to najdroższa huśtawka, ale dobrze wiedzieć, że warta swojej ceny :)
A co do kaszalotów – widzieliśmy je. Nie umiem opisać uczucia ekscytacji i radości, które poczuliśmy gdy przed nami w klasycznej pozie zalśniła w słońcu tysiącami kropel wody wielka płetwa ogona, by po chwili zniknąć w toni oceanu.
Niby to tylko ogon, prawda? Ale jest on przyczepiony do kolosa tak wielkiego jak statek, którym płynęliśmy. To robi wrażenie, uwierzcie mi. Poza tym – nie codzień staje się oko w oko z ogonem wieloryba :)
Fotki nie mamy. Robiliśmy zdjęcia ‚elką’ Canona i niestety nie mamy tu warunków, by zgrać je na ipada. Ale obiecujemy, że po przyjeździe do domu zrobimy osobnego posta, w którym będą zdjęcia z drugiego aparatu. I kaszalot też tam będzie jako żyw.
Zakończmy, tak jak rozpoczęliśmy, słowami tej samej piosenki:
„Kaszalocie, kaszalocie, widzę, że Pan jest w kłopocie!
Na kłopoty śpiew syreny, u syreny szukaj weny!”

4-19

Krótka historia suszonej ryby

Lofoty są Norweskim końcem świata. Położone pod 69 równoleżnikiem są wysunięte na północ dalej niż Islandia i większość ludzkich osiedli na Grenlandii. Mimo to, od wczesnych wieków średnich znajdowały się tu ważne osiedla Wikingów a w roku 1000 założono tu pierwsze miasto na północ od kręgu polarnego – Vágar.

Przyczyna tego zdarzenia wydaje się być prozaiczna:

3-28
ale to właśnie suszony dorsz zwany sztokfiszem był i jest źródłem bogactwa Lofotów. W średniowieczu dochody z jego eksportu stanowiły 80% wpływów do kasy norweskiego króla.

Aby otrzymać produkt końcowy, złowiona między lutym i marcem ryba suszona jest na żerdziach.

4-18
I? I już. Prawie. Wiatr musi być zimny, słony i wilgotny, ale nigdy mroźny bo zepsuje rybę. Przez 1000 lat próbowano tej sztuki w różnych miejscach na ziemi, ale jak na razie sztokfisz udaje się tylko na Lofotach.

Zawód rybaka wydaje się być synonimem niezależnej, drobnej przedsiębiorczości. Rybak ma swój kuter i otwarte morze. Jak w przysłowiu sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Dorszowy interes wyglądał jednak inaczej. Konieczność kontroli dochodów i niegościnność skalistych wysp powodowała że większość rybaków była najemna i ściągała tu tylko na wczesnowiosenny sezon. W szczytowym okresie bywało ich ponad 30 000. Wynajmowali charakterystyczne domy zwane rorbu:

10-9
w których mieściło się po dwie załogi czyli 8-12 chłopa. Tylko połowa domku przeznaczona była do mieszkania, w drugiej naprawiano i konserwowano sieci.

7-11

11-8
Wybór najmującego był istotny, bowiem rybak miał obowiązek sprzedać mu cały połów po ustalonych przez niego cenach. Właściciel chatek i nabrzeża mieszkał tak:

8-9

9-8
Mimo sztywno regulowanych cen ciężka praca przy dorszu była jednak dla rybaków zajęciem dochodowym.

Aby uczynić ją lżejszą i bezpieczniejszą w połowie XIX w. w Oslo narodził się ambitny projekt budowy nabrzeży, falochronów i latarni morskch wzdłuż całego norweskiego wybrzeża. Zbiegł się on w czasie z wprowadzeniem łodzi napędzanych silnikiem spalinowym który, jak wiecie z poprzednich postów, może, lecz nie musi, być muzyką dla ucha. Łodzie silnikowe docierały do odleglejszych łowisk ale były trudniejsze do wyciągnięcia na ląd w razie niepogody, stąd potrzeba umocnienia nabrzeży. W miarę zwiększania pokonywanych dystansów coraz ważniejsza stawała się też bezpieczna nawigacja. W ramach projektu wybudowano aż 120 latarni morskich.

Pamiętacie „Latarnika”? W wielu mniejszych i bardziej wysuniętych latarniach ci samotnicy wiedli żywot który opisał Sienkiewicz. Rekordzista miał do lądu 20 kilometrów otwartego morza. Najtrudniejszą częścią przeprawy było lądowanie na skale na której znajdowała się latarnia. Zapasy na zimę traktowane były bardzo poważnie, bowiem zimowe sztormy często odcinały latarnika od jakiegokolwiek kontaktu z lądem.

Najwięcej chętnych było na posady latarników w większych placówkach gdzie do służbowego domu można było sprowadzić się z rodziną. Najbardziej rozbudowane wymagały obsługi przez kilku latarników wspomaganych przez żony i dzieci. Przy kilku rodzinach można było już pomyśleć o zatrudnieniu guwernanta i prowadzeniu w latarni prawdziwej szkoły.

Dalej jednak problemem pozostawała izolacja. W kilku przypadkach, aby zapewnić dzieciom świeże mleko w latarni trzymana była krowa lub koza w całości karmiona paszą przywożoną z lądu. Najbardziej niesamowita historia dotyczy jednak pewnej rodziny która na wiosnę okładała stromą podstawę latarni ziemią w której sadzono ziemniaki. Jesienią ziemia była troskliwie zabierana do latarni aby nie zabrał jej sztorm.

Dzisiaj na miejscu średniowiecznego mista Vàgar znajduje się muzeum, a film pokazujący życie latarników i zawierający wspomnienia ludzi wychowanych w latarni jest jego najbardziej poruszającą i pobudzającą wyobraźnię częścią.

Nowoczesne rybołóstwo opiera się na jednostkach wymagających znacznie bardziej zaawansowanego zaplecza niż kamienny falochron ale i znacznie bardziej wydajnych. Większość wiosek nie utrzymuje się już z morza a z turystów, którzy wynajmują malownicze Rorbu.

A sam sztokfisz? Ma konsystencję siana, lekko słony smak i intensywnie pachnie rybą. Jest kaloryczną lecz zdrową przekąską, choć wielu ludzi uważa że należy go popijać. Namoczony stosowany jest w kuchni włoskiej i to właśnie Włochy są jego największym po Norwegii konsumentem.

5-16
Druga połowa naszej załogi uznała że jest to zdcydowanie odrażająca substancja i wygnała sztokfisza z naszej spiżarni. Teraz podróżuje z butami ( sztokfisz nie druga połowa).

Location:Wyspa Andoya, Norwegia

Wakacje z gofrem w tle

Nad ranem niebo było błękitne. I zamiast posępnych gór i wybrzeża zobaczyliśmy krajobrazy rodem z Karaibów, Tasmanii lub Nowej Zelandii – sami zdecydujcie.
31
Woda tak przejrzysta, że stojąc na brzegu widać dno kilkanaście metrów dalej. Kolory, których nazw nie znam, ale które każą nam co chwila zatrzymywać auto i krzyczeć na aparat, że nie potrafi ich zapamiętać. Turkus, szmaragd, błękit, kobalt, biel.
32
33
34
Jest cieplutko, 15 st. Nie ma komarów. Auto nie marudzi. Taki dzień trzeba uczcić. Jedziemy do malutkiej wioski Henningsvear.
35
Nie wiem, czy wam też wakacje smakują goframi, ale my mamy takie naturalne skojarzenie. A już zupełnie nie potrafimy wyobrazić sobie bycia nad morzem bez gofrów. Gdy mieszkaliśmy zimą w Świnoujściu nie mogliśmy zrozumieć, czemu nikt ich nie sprzedawał. Jakże miło byłoby pospacerować pustą, zimną lutową plażą jedząc ciepłego gofra z dżemem i popijając kawą. Gdy w pierwszy ciepły weekend w kwietniu jedna budka na chwilę się otworzyła, byliśmy pierwszymi gofrożercami.
Teraz też zapachniało nam gofrowo. I proszę – na rynku oferta dla nas: gofr i kawa za 35 NOK. W dodatku odkryliśmy specjalność Norwegii – oni gofry i naleśniki często jedzą z tutejszym specjalnym serem, który ma posmak karmelu. Pychota. Jeśli kiedyś będziecie mieli jakiegoś znajomego z Norwegii, koniecznie poproście go przywiezienie Flotemysost.
Wracając do Henningsvaer. Spacerowaliśmy uliczką, oglądaliśmy kolorowe, drewniane domki, i robiliśmy turystyczne zakupy w malutkich sklepikach. Jako pamiątkę z tego wyjazdu przywieziemy do domu oryginalne szklane pływaki, które były używane przez rybaków przy sieciach w 19 wieku, i których już się nie produkuje.
36
Ruszyliśmy w dalszą drogę, chcąc dojechać do Storvgan. I mimo, że dzieliło nas około 30 km, to nie było prosto pokonać ten dystans. Co chwilę, co zakręt to nowe widoki. Zatrzymanie auta, zdjęcie, zachwyt, spacer po plaży. Czuliśmy się trochę jak Odys kuszony śpiewem syreny.
37
Ostatecznie siłą woli udało nam się dotrzeć do Muzeum Lofotów. I znów w ciekawy sposób opowiedziano o życiu rybaków, którzy zjeżdżali nad wybrzeże z całego kraju, by w ciągu dwóch zimnych miesięcy łowić dorsze. Mieszkali wtedy w wynajmowanych chatach tzw. rorbu, gdzie warunki były …, warunków właściwie nie było. W jednej izbie mieszkało do 12 mężczyzn, często śpiąc po dwóch w jednym łóżku. W tej samej chacie była kuchnia i suszono sieci. Zapach pozostawiam waszej wyobraźni.
A, aktualnie rorbu są najatrakcyjniejszą kwaterą turystyczną. Większość z nich jest nowa, ale można też wynająć taką autentyczną, starą, oczywiście wyposażoną już nowocześnie.
38
Jako ciekawostkę dodam jeszcze, iż w jednej z chat w muzeum zrobiono ekspozycję silników do łodzi, w tym kilku samoróbek.
39
Jako tło puszczono dźwięk takiego silnika. I uwaga: jeśli jesteście chętni, to w sklepiku można nabyć płytę CD z takim dźwiękiem. Serio, samo łomotanie silnika. I co ważne, gdybyście się wahali – pierwsza edycja sprzedawała się tak dobrze, że teraz kupić można drugą część… To jest główny powód, dlaczego z podróży do Norwegii nie przywieziemy żadnej muzyki (a zwykle z każdej podróży mamy jakąś płytę, która muzycznie kojarzy nam się z odwiedzonym miejscem): tu są do nabycia płyty albo z Griegiem, albo z silnikiem łodzi rybackiej.
Spacerowaliśmy tak od jednej chaty do drugiej, słońce przyjemnie grzało, nastrój lenistwa i zwolnionego czasu. Pomyśleliśmy wtedy, że to chyba czas na obiad, musi już być jakaś 16ta. Zerknięcie na zegarek i zdziwienie, że już za pięć dwudziesta. Tak właśnie w słoneczne dni żyje się na Lofotach – zegar biologiczny głupieje, przestawia się, i w pewnym momencie idzie się do sklepu, a on zamknięty. Jak to zamknięty, przecież jest pierwsza? No tak, tyle że w nocy.
40

Zimno wszędzie, mokro wszędzie, co to będzie?

Okazało się, że prom na Lofoty jest z rodzaju tych pełnomorskich i nie można być w aucie podczas podróży. Susłowi to nie przeszkadzało – przespał przenosiny z auta na górny pokład promu, przespał podróż w luksusowym łóżku z baldachimem, powrót do auta, przejazd na ląd i na kemping, rozbijanie namiotu, na chwilę otworzył oczy przy kładzeniu w namiocie, i spał … aż do 12 w południe.

10-8

11-7
My zresztą też, bo po zarwanej nocy potrzebowaliśmy snu. Wybitnie do tego przyczynił się intensywny i nieprzerwany deszcz, szumiąco spływający po namiotowym brezencie. Kilka razy wybudzałam się, żeby skontrolować sytuację, ale deszcz ciągle lał. Nie dobrze. Do tej pory mieliśmy już kilka razy w nocy deszcz, ale zawsze przestawał jak wstawaliśmy. Żadna przyjemność wychodzić z zimnego namiotu na zimny i w dodatku mokry świat. Ok, napiszę to jasno – nienawidzę jak jest mokro. Lubię deszcz, ale po drugiej stronie szyby okiennej, gdy siedzę w fotelu przed kominkiem z kubkiem gorącego kakao i dobrą książką. W pozostałych wypadkach deszcz nie jest mile widziany.
Ale tym razem nie było wyjścia. W strugach wody zaczęliśmy składać namiot i pakować auto. Już wcześniej odkryłam, że zapomniałam z domu zabrać kaloszy dla Tolka, ale do tej pory jakoś udawało nam się bez nich obyć. Dziś ten brak spowodował komplikacje, bo nie było jak puścić Susła, żeby sobie pochodził po trawie. Na szczęście mały jest teraz na etapie fascynacji autem i puszczony w nm luzem, może w środku spędzić cały dzień skacząc z jednego fotela na drugi, bujając się na kierownicy, zamykając wyloty powietrza i wciskając wszystkie przyciski. Tolek został więc zapakowany do auta, a my w kiepskich humorach przygotowywaliśmy się do drogi. Prognoza pogody też nie budziła nadziei. Byłam zła, zmarźnięta, mokra. Ale, ale – trzeba myśleć optymistycznie. Ok, całe szczęście, że nie ma komarów.
Gdy już byliśmy spakowani, okazało się, że Mrówek nigdzie nie jedzie. Dwie godziny spędziliśmy na próbach uruchomienia go, tzn. Michał uruchamiał, a ja zabrałam Tolka do kuchni, żeby ugotować jakiś ciepły posiłek.
Kuchnię okupowali Niemcy ze swoimi złowionymi rybami. Pytam po angielsku, czy któraś z trzech kuchenek jest wolna. Słyszę angielską odpowiedź odmowną, z wyjaśnieniem i akcentem, że dwie z nich są ich prywatną własnością. I że właśnie czyszczą ryby, ale zaraz będą je smażyć i potrzebują wszystkich. Ok, siadam z Tolkiem w kącie na jedynym wolnym krześle i czekam. Niemcy zaczynają dyskusję po niemiecku.
– Może odstąpimy jej jedną kuchenkę?
– Naszą kuchenkę?!!
– Nie, tą tutejszą.
– No ale potrzebujemy wszystkich do ryb.
– Potrzebujemy tylko dwóch, bo mamy dwie patelnie.
– A na czym zrobimy kartofle?
– Ja mogę iść i podgrzać je na naszej kuchence w przyczepie.
– No nie wiem… – jeden z panów ciągle nie był przekonany.
– Ale tam jest małe dziecko, może ono jest głodne – pani sięgneła po ostateczny argument.
– No dobrze, skoro tak chcecie. – pan jednak ustąpił, bo nie chciał mieć na sumieniu głodnego polskiego dziecka.

– Proszę, może pani skorzystać z tutejszej kuchenki – powiedziano mi po angielsku z miłym uśmiechem. Zadziwiające, że Niemcy mają 100proc. przekonanie, że poza nimi nikt nie rozumie niemieckiego… ;) Grzecznie podziękowałam. Po niemiecku oczywiście ;)

Samochód udało się uruchomić, gorący posiłek udało się zjeść, i nawet przestało padać. To czego się czepiać, że jest przeraźliwie zimno i pochmurno?
Przez te wszystkie zawirowania wyjechaliśmy z kempingu o 18 tej. I w planach mieliśmy ze trzy, cztery godziny jeżdżenia bez wyłączania silnika, tak żeby akumulator się na pewno naładował. Wyglądało to mniej więcej tak, że jechaliśmy w jakieś miejsce, Michał siedział w aucie z pracującym silnikiem, a ja wyskakiwałam a to cyknąć fotkę, a to zrobić zakupy. W ten sposób niestety nie udało nam się zwiedzić muzeum rybołówstwa i sztokfisza w Moskenes, i bardzo żałujemy, bo z daleka wyglądało na interesujące.

12-7

13-6
Z powodu pogody, zimna i zmarnowanego dnia humor nam się nie poprawiał, ale zachowajmy optymizm – nie grożą nam ciemności po zachodzie słońca :) i nie ma komarów.

14-5
To teraz czas na wrażenia z miejsca. Jak postrzegamy Lofoty? Zjawiskowe. Położone na dziesiątkach wysp, niedostępne poza paroma głównymi drogami. Strome, skaliste, ostro poszarpane góry, częściowo pokryte śniegiem, ponure, mroczne, kuszące, wznoszą się prosto z lodowatej wody i giną we mgle. U ich stóp przycupnięte chatki, domki, maciupkie gospodarstwa. W każdej zatoce łodzie i kutry. I setki rusztowań do suszenia sztokfisza.

15-5

17-3
Wyobraźnia znów snuje wizje trudnego, zależnego od natury życia, walki z żywiołami, ciągłych zmagań z pogodą. Jest to niesamowite miejsce. Tylko czemu takie zimne?

18-3

19-3

20-3

24-3
Robimy zdjecia kolejnych miejsc, jednopasmowych mostów łączących te skaliste kawałki lądu, i pewnie wszystko podobałoby na się jeszcze bardziej, gdyby nie wizja kolejnego noclegu w zimnie i deszczu. W końcu uznajemy, że akumulator się naładował, ale dla wszelkiej pewności znajdujemy takie miejsce, żeby stanąć na górce.
I znów – mam ochotę teleportować się do domu. Lub do jakiegokolwiek innego ciepłego miejsca. Jest 8 st, wietrznie, mokro. Zakładam Tolkowi dwie piżamy, czapkę, opatulam kocem i zimną kołdrą. Nienawidzę namiotu! Na szczęście Tolo okazuje się odpornoejszy ode mnie, i bez problemu zasypia. Myjąc zęby w lodowatej wodzie zastanawiamy się z Michałem czy jednak nie odpuścić i następnego dnia nie uciec stąd. Wtedy tuż koło nas przelatuje ogromna sowa, która wypatruje myszy. Lata bezszelestnie kilka metrów od nas, a w tle te piękne góry. Optymizm, nie zapomnieć o optymiźmie – ciągle nie ma komarów. I przez chwilę nie pada.
Kolejny dzień. Nie pada, komarów nie ma, prawie dobrze. Tyle tylko że słońca też nie i auto nie chce ruszyć. Wykorzystujemy górkę, silnik zaskakuje, jedziemy do mechanika.
Spędzamy pół dnia w warsztacie. W tym czasie znajduję sklep z kaloszmi dla Tolka. Przepłacam 50zł w stosunku do kaloszy ze Smyka, ale mam nadzieję, że te tutejsze będą najbardziej szpanerskie w nowym przedszkolu ;)

25-2
Potem Tolek wykorzystuje chwilę mojej nieuwagi i wdrapuje się na taki bujany samochodzik na monety. Wiecie o jaki chodzi? Ten, który potrafi pożreć całą pensję rodzica. Myślimy sobie, że nic wielkiego się nie stanie jak mały chwilę sobie na nim posiedzi, a my w tym czasie wypijemy kawę (Tolek na szczęście jeszcze nie odkrył, że jak do takiego pojazdu wrzuci się pieniążek, to jest lepsza zabawa. Na razie wystarcza mu samo siedzenie, kręcenie kierownicą, i obserwowanie migających światełek.) Posiedzi sobie, pokręci i się znudzi – tak pomyśleli naiwni rodzice. Wypiliśmy kawę i wykorzystując wiedzę z warsztatów o byciu lepszym ( czyż to nie znaczy ‚skuteczniejszym’?) rodzicem negocjujemy z dzieckiem opuszczenie samochodzika. Kuszenie pójściem i szukaniem atrakcyjnych motorów nie działa. Obietnica spaceru w poszukiwaniu traktorów też nie. Sięgamy po technikę zrozumienia potrzeb małego człowieka i zapewniamy go, że rozumiemy jego pragnienie spędzenia całego dnia w autku. Próbujemy zawrzeć umowę, że w następnym miejscu do którego pojedziemy poszukamy kolejnego autka. Dziecko niby nas słucha, ale jak dochodzi co do czego to twardo nie pozwala się zabrać. Sięgamy po ostateczny argument – rodzice już idą, i czy on chce iść z nami czy zostać sam. Dziecię robi nam ‚pa, pa’ i wraca do światełek. Chowamy sie za ściana i czekamy, dyskretnie zerkając od czasu do czasu, czy potomek za nami zatęskni. Strasznie upokarzające. Potomek nie zatęsknił. Skończyły się nam pomysły, sięgamy po starą, tradycyjną metodę siłową. Wyjmujemy dziecko z autka i próbując je przytulić wychodzimy z centrum handlowego. W efekcie niesiemy na rękach wyrywające się, zapłakane dziecko, które rozdzierającym serce głosem łka i woła:
– Bip, bip, nie zostawię cię! Wrócę do ciebie, Bip, bip!
Czujemy się podle.

Pod koniec kolejnego zmarnowanego dnia udaje nam się uratować z niego kilka godzin i zwiedzić muzeum Wikingów w Borg. Świetna sprawa. Pewnego dnia rolnik orał pole o 5 cm głębiej niż zwykle i dokopał się do resztek ogromnego domu.

26-2
Dom jako taki oczywiście nie przetrwał, ale znaleziono mnóstwo artefaktów, które pozwoliły na jego rekonstrukcję i odgadnięcie przeznaczenia poszczególnych izb. Dom jest ogromny, zamieszkiwał go wódz z rodziną i swoimi ludźmi, w sumie od 60 do 80 osób. Mała wikińska komuna ;).

30
Obecnie urządzono w nim przestrzeń do swobodnej zabawy w Wikingów – można krzesać ogień, mleć ziarno w żarnach, wypróbować łóżko, które zamiast materaca z Ikei ma gałęzie i skóry, przymierzyć gryzące ubrania z lnu, skręcić linki do połowu ryb, itp. Mnóstwo aktywności dla dzieci i dorosłych, i Tolek też znalazł coś dla siebie na pocieszenie po straconym bip – bipie.

27-2

28-2
W osobnym budynku w formie krótkich filmów przedstawiono historię odkrycia tego miejsca, oraz fakty o tutajszym wodzu i jego ludziach. Tolka najbardziej zainteresował… traktor.

29-2
W ostatniej sali są wystawione znalezione przedmioty, z czego najcenniejsze są dwa złote amulety. Nie wiedzieć czemu spodziewaliśmy się pokaźnych rozmiarów krążków ze złota. Ach, te współczesne wyobrażenia kreowane przez filmy z Hollywood. Jak amulet to od razu okrągły i na tyle duży żeby Indiana Jones go nie przegapił. Dopiero przy ponownym przeszukaniu wystawy odkryliśmy, że chodzi o dwie cienutkie złote blaszki o wymiarach 1 cm x 0,5 cm.
Tolkowi za to najbardziej podobały się puszczane z projektorów na podłogę świetlne runy – biegał za nimi po całej sali. Mi podobało się, że nikomu to nie przeszkadzało :). No i warto wspomnieć o koralach pani domu. Składały się z mnóstwa koralików, każdy innego rodzaju – szklane, bursztynowe, z różnych kamieni i minerałów. Dla archeologów są świadectwem szerokich kontaktów Wikingów, i docierania przez nich do dalekich krajów, w tym basenu morza bałtyckiego, brzegów Wielkiej Brytanii, itd. Dla mnie są dowodem na to, że mąż pani domu miał częste delegacje zagraniczne i z każdej przywoził jej biżuterię. Mój mąż też tak robi.

Koniec dnia. Znajdujemy nocleg, i trochę poprawiają nam się humory. Ok, ciągle zimno, ale nie pada. I na kempingu jest ciepła, obszerna kuchnia. I gorący prysznic. I nie ma komarów. Optymizm, optymizm – powtarzam sobie, próbując rozgrzać się i zasnąć. Wiatr jak szalony szarpie namiotem. Czyżby nawiewał nowe, deszczowe chmury? Ale, ale – przynajmniej jak wieje, to nie ma komarów.

Nad ranem…
Nie traćcie wiary i optymizmu podróżni, albowiem tym, którzy wytrwają w nadziei będzie to wynagrodzone:)

O samochodach, warsztatach i drewnianych deskach

Przedwczoraj rano, opuszczając kemping zaparkowałem przed recepcją. Postój okazał się dłuższy niż myślałem, bowiem dwie minuty później Mrówek odmówił uruchomienia silnika. Cała znana mi magia pierwszego kontaktu, włączając kable ratunkowe i młotkowanie rozrusznika zawiodła, więc zadzwoniłem do mojego warszawskiego ASO. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Wie Pan, przez telefon nie naprawia się samochodów, tak jak nie leczy się ludzi.
– Jestem od Pana 4000 km, od ASO Jeepa też trochę, potrzebuję wskazówki, co to może być.
– Wie Pan wszystko, akumulator, rozrusznik, jakaś wiązka.
– Jest podłączony kablami od 15 minut…
– To pewnie rozrusznik albo wiązka…
– Mówi Pan że potrzebuję elektryka?
– Tak!

Elektryka nie było, więc zapieliśmy Mrówka do furgonetki właścicela campingu, który pociągnął go po placu. Motor zaskoczył od razu, ale bojąc się go wyłączyć zatruliśmy atmosferę pola namiotowego jedząc śniadanie, zwiedzaliśmy cały dzień po japońsku, a wieczorem godzinę szukaliśmy miejsca postojowego „z widokiem”, żeby w razie czego nad ranem móc stoczyć Mrówka z górki rozrządowej. Jak się okazało potrzebnie.

Następny dzień zaczął się od szukania mechanika. Znaleźliśmy go w Leknes. Widząc że firma jest ASO Opla cały czas miałem z tyłu głowy opowieści mojego kolegi Michała, skąd inąd pasjonata motoryzacji, o reklamacjach w Oplu. Wszystkie kończyły się sentencją: „Tak ma być!”.
Obawy były niepotrzebnie. Rozmowa w firmie Joh. Vian wyglądała tak:

– Czy rozrusznik obraca silnikiem?
– Nie.
– A podłączony na kablach?
– Też nie.
– A jak zjeżdżał Pan z górki, zaskoczył od razu?
– Tak.
– To rozrusznik, ale proszę wjechać na kanał, chciałbym żeby mechanik go obejrzał.

W czasie oględzin telefon do działu części ASO Jeepa w Oslo wykazał jednak, że rozrusznik w tym modelu nie zepsuł się jeszcze nigdy w historii norweskiej motoryzacji, a dalsze testy potwierdziły awarię akumulatora. Odetchnąłem z ulgą.

Mechanik zmierzył akumulator, a ja zaznaczyłem:

– Tylko proszę poszukać żelowego.
– Żelowego?
– Tak. To jest auto terenowe, akumulator musi pracować w przechyłach.
– OK, zobaczymy co da się zrobić.

Pięć minut później dowiedziałem się, że jest w miasteczku akumulator żelowy, trochę mniejszy rozmiarami od mojego, wprawdzie niewiele na jego temat wiadomo, ale za chwilę się przekonamy, bo już go tu niosą ze stacji benzynowej naprzeciwko.

Okazało się, że jest to morski akumulator do łodzi zbliżony parametrami elektrycznymi ale w innym kształcie. Nie przeraziło to chłopaków, którzy w mig przycięli kawał deski ze sterty leżącej w kącie warsztatu i dopasowali mocowanie.

– No, Panowie, chyba nie co dzień zdarza się Wam naprawić auto kawałkiem deski.
– Nie, tylko turystom – odrzekł mechanik ze skandynawską bezpośredniością, bez cienia rozbawienia
– ?
– Drugi najczęstszy przypadek użycia deski to opadająca szyba. Zdejmujemy wtedy tapicerkę, podpieramy deską i tak wysyłamy klienta do domu.

Po godzinie od wjazdu do warsztatu odebrałem sprawne auto. Dlaczego Mrówek nie odpalił na dwóch różnych zestawach kabli przypięty do dostawczego Peugeota właściciela campingu pozostanie zapewne nierozwiązaną zagadką. Jedno jest jednak pewne. Jeżeli podczas pobytu na Lofotach padnie Wam auto, powinniście przedzierać się do Leknes.

3-27

Location:Moskenes niedaleko Å, Lofoty, Norwegia

Najlepszy prezent urodzinowy

Osiem lat temu skończyłam studia. To był moment, który należało uczcić, a jednocześnie zaakcentować koniec jakiegoś etapu w życiu. Wyjechałam na trzytygodniową wędrówkę po Skandynawii. Chciałam odpocząć, ale też zastanowić się co dalej robić z życiem. Potrzebowałam do tego spokojnej głowy, i otoczenia bez pokus ;) dlatego wybrałam wycieczkę ornitologiczną. Pomyślałam sobie, że tu mi żadne rozpraszanie się romansowaniem nie grozi, bo na ile kuszący mogą być ornitolodzy, którzy jak wiadomo są zapatrzeni w swoje ptaszki (przepraszam ornitologów, jeśli zabrzmiało to nieprzyzwoicie). Tak się jakoś złożyło, że na tą wycieczkę pojechał też jeden nie ornitolog, zupełnie nie zainteresowany ptaszkami. No i jakoś tak… No i gdzieś pomiędzy Gdańskiem a Półwyspem Varanger… No i hm, no cóż, no romans mówiąc krótko się przydarzył, drodzy czytelnicy. Romans na całego, romans na całe życie.
Od kiedy liczyć początek? Od pierwszego zobaczenia na parkingu w Gdańsku? Od pierwszej dłuższej rozmowy podczas wędrówki w góry? Od pierwszej wspólnej sauny (toż to Finlandia była)? Od pierwszej wspólnie spędzonej nocy na pomoście, gdy czekaliśmy na zachód słońca, który oczywiście nigdy nie nastąpił, ale za to opróżniając kolejne puszki piwa (zakupione jeszcze na polskim promie) prowadziliśmy filozoficzne rozmowy?
5-15
A może od pierwszego pocałunku. Dokładnie osiem lat temu, w moje urodziny, które urządziłam dla całej, przesympatycznej swoją drogą (tak, tak – łącznie z ornitologami) grupy, z którą podróżowałam, w niesamowitym miejscu – w turfchacie na kempingu przy parku im. Urho Kekkonena.
3-26
Turfchata oryginalnie służyła pasterzom reniferów za schronienie w zimie. Była to taka lepianka bez okien, z otworem w dachu nad centralnie położonym paleniskiem. Nie wiem, czy dalej ma takie zastosowanie, wiem natomiast, że turyści zaadoptowali je na miejsca imprez letnich, kiedy to ciężko o nastrój przy ognisku, gdy ciągle jest jasno i nie ma jak wtedy zobaczyć strzelających iskier. A te specjalnie zaaranżowane dla turystów są wersją lux – z ławami przykrytymi skórami reniferów, z ogromnym grillem zawieszonym nad paleniskiem, ze sprzętem grającym i miejscem do tańca.Taka była i ta z moim przyjęciem urodzinowym, które skierowało moje życie na zupełnie nowe, tym razem właściwe, tory.
4-17
Osiem lat, tyle zmian, tyle wydarzeń. I wszystkie na lepsze :)