Powodzie w północnej Norwegii

Jeszcze nie zdążyliśmy się rozpakować kiedy odezwał się nasz przyjaciel z Oslo z wiadomością że w północnej Norwegii trwa największa powódź od 66 lat. Dziesiątki osób są odcięte od świata, a drogi którymi jechaliśmy zalane. 

O tym że podróże kształcą…

…wiedzą nawet dzieci. Ale najciekawszych rzeczy można dowiedzieć się podróżując na temat własnego zaścianku.

Siedzę z kubkiem kakao na tarasie, namiot dachowy schnie za domem, wieje ciepły wiatr, świeci słońce. Pisać nie przeszkadza żaden komar.

W moim rodzinnym mieście stoi pomnik świętego Mikołaja. Porządnego świętego biskupa, żeby nie było, bo to porządne podhalańskie miasteczko. Niemniej odsłonięcie pomnika było dobrą okazją do zadzierzgnięcia partnerskich stosunków z Rovaniemi. Wieść gminna niesie, że fińska delegacja, wysiadłszy z pociągu skonstatowała ze zdumieniem: „Wy tu wcale nie macie komarów!”

Mój pierwszy dzień w pracy po miesięcznej nieobecności już skończony. Do pracy szybko dojechałem drogą ekspresową na której wolno rozpędzieć się teoretycznie do 120 a w praktyce 130 km/h. Mówią że ekspresówek i autostrad jest w Polsce mało. Zawsze warto równać w górę ale dobrze też wiedzieć że na Litewskich autostradach są przystanki autobusowe i biegają psy a na Łotwie czy w Estonii autostrad nie ma wcale.

Drogi takie wprawdzie sporo kosztują ale kosztowałyby znacznie więcej gdyby do ich budowy trzeba było drążyć w skale kilometry tuneli i budować dziesiątki wysokich mostów tak jak muszą robić Norwedzy.

Często narzekamy też na dziury. Na dalekiej północy na skutek dziełania ekstremalnych temperatur wiele dróg pęka w poprzek. Dzieje się tak dlatego że asfalt kurczy się na zimnie. Drogę można załatać co jednak w lecie powoduje odwrotny skutek – rozkurczający się asfalt „wypycha” łatę. Efekt przypomina nieco drogi osiedlowe. Na rzadziej remontowanych odcinkach co 50 m występuje na zmianę półmetrowy rów bądź potężny próg zwalniający.

Idę zrobić sobie kawę. Taką, która działa bardziej pobudzająco niż moczopędnie…

Location:Polska

Krótka historia suszonej ryby

Lofoty są Norweskim końcem świata. Położone pod 69 równoleżnikiem są wysunięte na północ dalej niż Islandia i większość ludzkich osiedli na Grenlandii. Mimo to, od wczesnych wieków średnich znajdowały się tu ważne osiedla Wikingów a w roku 1000 założono tu pierwsze miasto na północ od kręgu polarnego – Vágar.

Przyczyna tego zdarzenia wydaje się być prozaiczna:

3-28
ale to właśnie suszony dorsz zwany sztokfiszem był i jest źródłem bogactwa Lofotów. W średniowieczu dochody z jego eksportu stanowiły 80% wpływów do kasy norweskiego króla.

Aby otrzymać produkt końcowy, złowiona między lutym i marcem ryba suszona jest na żerdziach.

4-18
I? I już. Prawie. Wiatr musi być zimny, słony i wilgotny, ale nigdy mroźny bo zepsuje rybę. Przez 1000 lat próbowano tej sztuki w różnych miejscach na ziemi, ale jak na razie sztokfisz udaje się tylko na Lofotach.

Zawód rybaka wydaje się być synonimem niezależnej, drobnej przedsiębiorczości. Rybak ma swój kuter i otwarte morze. Jak w przysłowiu sam jest sobie sterem, żeglarzem i okrętem. Dorszowy interes wyglądał jednak inaczej. Konieczność kontroli dochodów i niegościnność skalistych wysp powodowała że większość rybaków była najemna i ściągała tu tylko na wczesnowiosenny sezon. W szczytowym okresie bywało ich ponad 30 000. Wynajmowali charakterystyczne domy zwane rorbu:

10-9
w których mieściło się po dwie załogi czyli 8-12 chłopa. Tylko połowa domku przeznaczona była do mieszkania, w drugiej naprawiano i konserwowano sieci.

7-11

11-8
Wybór najmującego był istotny, bowiem rybak miał obowiązek sprzedać mu cały połów po ustalonych przez niego cenach. Właściciel chatek i nabrzeża mieszkał tak:

8-9

9-8
Mimo sztywno regulowanych cen ciężka praca przy dorszu była jednak dla rybaków zajęciem dochodowym.

Aby uczynić ją lżejszą i bezpieczniejszą w połowie XIX w. w Oslo narodził się ambitny projekt budowy nabrzeży, falochronów i latarni morskch wzdłuż całego norweskiego wybrzeża. Zbiegł się on w czasie z wprowadzeniem łodzi napędzanych silnikiem spalinowym który, jak wiecie z poprzednich postów, może, lecz nie musi, być muzyką dla ucha. Łodzie silnikowe docierały do odleglejszych łowisk ale były trudniejsze do wyciągnięcia na ląd w razie niepogody, stąd potrzeba umocnienia nabrzeży. W miarę zwiększania pokonywanych dystansów coraz ważniejsza stawała się też bezpieczna nawigacja. W ramach projektu wybudowano aż 120 latarni morskich.

Pamiętacie „Latarnika”? W wielu mniejszych i bardziej wysuniętych latarniach ci samotnicy wiedli żywot który opisał Sienkiewicz. Rekordzista miał do lądu 20 kilometrów otwartego morza. Najtrudniejszą częścią przeprawy było lądowanie na skale na której znajdowała się latarnia. Zapasy na zimę traktowane były bardzo poważnie, bowiem zimowe sztormy często odcinały latarnika od jakiegokolwiek kontaktu z lądem.

Najwięcej chętnych było na posady latarników w większych placówkach gdzie do służbowego domu można było sprowadzić się z rodziną. Najbardziej rozbudowane wymagały obsługi przez kilku latarników wspomaganych przez żony i dzieci. Przy kilku rodzinach można było już pomyśleć o zatrudnieniu guwernanta i prowadzeniu w latarni prawdziwej szkoły.

Dalej jednak problemem pozostawała izolacja. W kilku przypadkach, aby zapewnić dzieciom świeże mleko w latarni trzymana była krowa lub koza w całości karmiona paszą przywożoną z lądu. Najbardziej niesamowita historia dotyczy jednak pewnej rodziny która na wiosnę okładała stromą podstawę latarni ziemią w której sadzono ziemniaki. Jesienią ziemia była troskliwie zabierana do latarni aby nie zabrał jej sztorm.

Dzisiaj na miejscu średniowiecznego mista Vàgar znajduje się muzeum, a film pokazujący życie latarników i zawierający wspomnienia ludzi wychowanych w latarni jest jego najbardziej poruszającą i pobudzającą wyobraźnię częścią.

Nowoczesne rybołóstwo opiera się na jednostkach wymagających znacznie bardziej zaawansowanego zaplecza niż kamienny falochron ale i znacznie bardziej wydajnych. Większość wiosek nie utrzymuje się już z morza a z turystów, którzy wynajmują malownicze Rorbu.

A sam sztokfisz? Ma konsystencję siana, lekko słony smak i intensywnie pachnie rybą. Jest kaloryczną lecz zdrową przekąską, choć wielu ludzi uważa że należy go popijać. Namoczony stosowany jest w kuchni włoskiej i to właśnie Włochy są jego największym po Norwegii konsumentem.

5-16
Druga połowa naszej załogi uznała że jest to zdcydowanie odrażająca substancja i wygnała sztokfisza z naszej spiżarni. Teraz podróżuje z butami ( sztokfisz nie druga połowa).

Location:Wyspa Andoya, Norwegia

O samochodach, warsztatach i drewnianych deskach

Przedwczoraj rano, opuszczając kemping zaparkowałem przed recepcją. Postój okazał się dłuższy niż myślałem, bowiem dwie minuty później Mrówek odmówił uruchomienia silnika. Cała znana mi magia pierwszego kontaktu, włączając kable ratunkowe i młotkowanie rozrusznika zawiodła, więc zadzwoniłem do mojego warszawskiego ASO. Rozmowa wyglądała mniej więcej tak:

– Wie Pan, przez telefon nie naprawia się samochodów, tak jak nie leczy się ludzi.
– Jestem od Pana 4000 km, od ASO Jeepa też trochę, potrzebuję wskazówki, co to może być.
– Wie Pan wszystko, akumulator, rozrusznik, jakaś wiązka.
– Jest podłączony kablami od 15 minut…
– To pewnie rozrusznik albo wiązka…
– Mówi Pan że potrzebuję elektryka?
– Tak!

Elektryka nie było, więc zapieliśmy Mrówka do furgonetki właścicela campingu, który pociągnął go po placu. Motor zaskoczył od razu, ale bojąc się go wyłączyć zatruliśmy atmosferę pola namiotowego jedząc śniadanie, zwiedzaliśmy cały dzień po japońsku, a wieczorem godzinę szukaliśmy miejsca postojowego „z widokiem”, żeby w razie czego nad ranem móc stoczyć Mrówka z górki rozrządowej. Jak się okazało potrzebnie.

Następny dzień zaczął się od szukania mechanika. Znaleźliśmy go w Leknes. Widząc że firma jest ASO Opla cały czas miałem z tyłu głowy opowieści mojego kolegi Michała, skąd inąd pasjonata motoryzacji, o reklamacjach w Oplu. Wszystkie kończyły się sentencją: „Tak ma być!”.
Obawy były niepotrzebnie. Rozmowa w firmie Joh. Vian wyglądała tak:

– Czy rozrusznik obraca silnikiem?
– Nie.
– A podłączony na kablach?
– Też nie.
– A jak zjeżdżał Pan z górki, zaskoczył od razu?
– Tak.
– To rozrusznik, ale proszę wjechać na kanał, chciałbym żeby mechanik go obejrzał.

W czasie oględzin telefon do działu części ASO Jeepa w Oslo wykazał jednak, że rozrusznik w tym modelu nie zepsuł się jeszcze nigdy w historii norweskiej motoryzacji, a dalsze testy potwierdziły awarię akumulatora. Odetchnąłem z ulgą.

Mechanik zmierzył akumulator, a ja zaznaczyłem:

– Tylko proszę poszukać żelowego.
– Żelowego?
– Tak. To jest auto terenowe, akumulator musi pracować w przechyłach.
– OK, zobaczymy co da się zrobić.

Pięć minut później dowiedziałem się, że jest w miasteczku akumulator żelowy, trochę mniejszy rozmiarami od mojego, wprawdzie niewiele na jego temat wiadomo, ale za chwilę się przekonamy, bo już go tu niosą ze stacji benzynowej naprzeciwko.

Okazało się, że jest to morski akumulator do łodzi zbliżony parametrami elektrycznymi ale w innym kształcie. Nie przeraziło to chłopaków, którzy w mig przycięli kawał deski ze sterty leżącej w kącie warsztatu i dopasowali mocowanie.

– No, Panowie, chyba nie co dzień zdarza się Wam naprawić auto kawałkiem deski.
– Nie, tylko turystom – odrzekł mechanik ze skandynawską bezpośredniością, bez cienia rozbawienia
– ?
– Drugi najczęstszy przypadek użycia deski to opadająca szyba. Zdejmujemy wtedy tapicerkę, podpieramy deską i tak wysyłamy klienta do domu.

Po godzinie od wjazdu do warsztatu odebrałem sprawne auto. Dlaczego Mrówek nie odpalił na dwóch różnych zestawach kabli przypięty do dostawczego Peugeota właściciela campingu pozostanie zapewne nierozwiązaną zagadką. Jedno jest jednak pewne. Jeżeli podczas pobytu na Lofotach padnie Wam auto, powinniście przedzierać się do Leknes.

3-27

Location:Moskenes niedaleko Å, Lofoty, Norwegia

O przestrzeni

Jak wiadomo ze szkoły zniekształceniom czasu towarzyszą często zniekształcenia przestrzeni.

Jadąc do Norwegii byliśmy przygotowani na to, że poruszać się będziemy wolniej. Kraj jest najdłuższy w Europie – 1752 km. Ponadto obowiązuje tu ograniczenie prędkości do 80 km/h i tylko na nielicznych autostradach można rozpędzić się do 100 km/h. Wiedza ta nie przygotowała nas jednak na rzeczywistość.

Jeżeli ktoś z Was jest fanem filmów drogi a nie chce tracić wakacyjnego czasu i pieniędzy na wysyłkę swojego ukochanego środka transportu kontenerem do Stanów czy Australii, powinien przyjechać do Norwegii. Można tu doświadczyć tygodniowej podróży w jednym kierunku. Każdy dzień to kilka przepraw promem, kilkadziesiąt tuneli długich od kilkuset metrów do 25 kilometrów, kilka tysięcy ostrych zakrętów odkrywających coraz to nowe widoki.

3-19

W ciągu kilku godzin można wspiąć się z bujnie omszałego liściastego lasu w arktyczną tundrę i zjechać z powrotem. W ciągu dnia spod lodowców dostać się na Atlantyckie Wyspy.

Korzystanie z dróg w Norwegii nie jest tanie. Wiele z nich jest płatnych a przeprawa promowa kosztuje średnio 60 zł dla samochodu i 20 dla motocykla. Dla amatorów dwóch kółek uciążliwe mogą być też tunele. Drążone wewnątrz gór nie wszystkie mogą być i często nie są wentylowane. Skala pracy i wiedzy inżynierskiej potrzebnej żeby skomunikować ten kraj budzi jednak podziw i jest warta zobaczenia sama dla siebie. W moim prywatnym rankingu są to jak dotąd najlepiej wydane pieniądze za przejazd.

Jednak tym co pociąga mnie najbardziej są subtelne różnice w kolorach, krajobrazie i świetle poszczególnych krain, a nawet wysp. Jest ich tak wiele że można by zaszyć się tutaj i smakować je bez końca…

6-9

5-10

4-13

Location:Wyspa Runde, Norwegia

Jak otworzyć jeepa?

Mieliśmy dzisiaj osobliwą przygodę. Rzecz, która zdarza się na świecie pewnie setki razy dziennie i która, przysiągłbym nigdy nie zdarzy się nam. Zamknęliśmy w aucie kluczyki.

W stresowych sytuacjach mózg łatwo wpada w koleiny utartych schematów. Mój zaczął rysować wizję czekania na assistance na górskiej polanie pod lodowcem lub, jako alternatywę, wczasów w okolicznym miasteczku aż warsztat sprowadzi nową szybę do Wrangla.

W minorowych nastrojach udaliśmy się na poszukiwanie mapy, żeby wytłumaczyć ubezpieczycielowi gdzie nas szukać. Tymczasem trafiliśmy na sympatyczną załogę campera z Niemiec. Wspólnie udaje się odzyskać świeże spojrzenie i po 15 minutach użycia prostych narzędzi Ala zgrabnie wślizguje się do środka i odblokowuje zamek od środka. Po kolejnych 10 minutach wszystkie części poza plastikowym deklem który złamałem są zamontowane na swoich miejscach.

3-17

A mówią że to Polacy otwierają Niemcom samochody. To był godny rewanż – dziękujemy!

Dwie rzeczy których nie można zabrać w podróż za dużo to optymizm i otwarty umysł.

Przydadzą się znowu, bo oto zaczyna migać żółta lampka mówiąca o tym że mamy na sztywno zblokowany tylny most. Po asfalcie jeździć się tak długo nie da. Idę z nim negocjować…

Allemannsretten

Norwegia to wspaniały kraj. Ma ogromne połacie nieskażonej przyrody a do tego obowiązuje tu prawo nazwane Allemansretten. Oznacza ono w dużym skrócie, że korzystanie z przyrody, w tym biwakowanie przez jedną noc, a także zbieranie jagód, grzybów i kwiatów, jest dozwolone na gruntach państwowych i prywatnych, pod warunkiem że nie narusza prywatności innych. W praktyce oznacza to, że można się rozbić wszędzie w odległości 150 m od zabudowań. Jeżeli jest to teren użytkowany, jak pole, łąka czy działka z zabudowaniami, należy zapytać właściciela o zgodę. W innym wypadku niczyja zgoda nie jest potrzebna.

Korzystamy dziś z tego prawa pierwszy raz. Ostrożnie, bo nasz namiot jest zmotoryzowany. Znaleźliśmy ślepą boczną drogę w lesie i rozbiliśmy obóz.

1-14
Zdarzało mi się już spać kątem tu i tam włączając w to, wstyd przyznać, parki narodowe. Zawsze jednak starałem się przestrzegać dwóch zasad wpisanych w Allmansretten: szanować otoczenie i nie zostawiać po sobie śladów.

Chociaż dzisiaj robimy to samo, ten raz jest jednak inny, tak jak inne jest przemykanie chyłkiem od spaceru.

Norwegia to wspaniały kraj.

Location:Simadalsvegen,,Norwegia

W kraterze

Deszczowa droga właśnie zaczynała nam się dłużyć, kiedy zza zakrętu wyskoczyła znienacka biało-brązowa tablica z napisem Meteoritkrater. Takiej rozrywki jeszcze nie zaznaliśmy. Małą chatkę w górach obsługiwała dwójka studentów zafascynowanych kamieniami z kosmosu. Za pomocą zebranych kamieni i szkiców szybko objaśnili nam w czym rzecz.

Okazało się że typowo meteoryt wznosi w powietrze tuman kurzu i skał który opadając zagruzowuje krater. Tak też stało się w Gardnos, ale później przechodzący lodowiec odsłonił dno utworzone z bardzo specyficznej skały. Dowiedzieliśmy się że takich „nagich” kraterów jest na świecie tylko kilka a spośród nich tylko Gardnos wyposażony jest w parking i osiągalny kilkuminutowym spacerem.

4-5

Część podniesionego w powietrze materiału (to te białe, skrzące fragmenty) opadając wymieszała się ze skałą stopioną przez energię uwolnioną podczas zderzenia. Utworzona w ten sposób zawiesina zastygła, ale stopiona skała zmieniła kolor na czarny. Trzeba przyznać że daje to interesujący efekt.

Sam krater jest ogromny. Meteoryt miał średnicę 300 m i składał się w większości z żelaza. Miałem okazję trzymać mały kawałek takiej skały w ręce. Waży znacznie więcej niż zwykły kamień. Dziura w ziemi ma średnicę 5 km i chociaż połowę jej obrzeża zabrał lodowiec, nadal można rozpoznać jej kształt.

3-10

Dla lepszej orientacji drzewa wycięto, a ponieważ przyroda nie znosi próżni przestrzeń wzięły w posiadanie porosty które tworzą tam niesamowite, kolorowe kobierce.

1-11
2-9

Location:Gardnos, Norwegia

Plan podróży

Plan był prosty: jedziemy bez planu, zobaczymy gdzie trafimy. A po drodze chcieliśmy trafić do kilkunastu obowiązkowych punktów. Proste, prawda?
Nie w Norwegii. Tu podróżny, którego ogranicza czas urlopu zaczyna panikować. No, bo co z tego, że z Oslo do Bergen na mapie jest super blisko. Rzut kamieniem. Co z tego, jeśli nie da się jechać sensowną drogą, bo po drodze są cztery fiordy, które do podróży dodają ponad 600 km.
Norwegia wymaga innego rytmu podróży. Planowanie trasy przypomina labirynt, który rozwiązywało się w dzieciństwie typu ‚doprowadz myszkę do sera’. Znajdujesz drogę wychodzącą z miejsca startu. Palcem po mapie śledzisz jej bieg. Nagle – ślepy zaułek, fiord. Próbujesz jeszcze raz. Ups, znowy fiord. Kolejne podejście i jest, sukces – trafiasz na fiord obsługiwany przez prom. Hurra, jesteś na drugim brzegu. Jedziesz palcem dalej. Zong – znów fiord, promu brak. Wracasz do punktu zero.

1-10
Przez chwilę byliśmy lekko źli, bo uświadomiliśmy sobie, że w tempie podróży z dzieckiem wykluczone jest zobaczenie wszystkiego, co chcieliśmy.
Głęboki oddech, zaprogramowanie GPS i ruszamy. Zaczyna potwornie padać. Droga prowadzi przez dolinę z obu stron otoczoną olbrzymimi, zielonymi zboczami. Tuż koło drogi rzeka, która wygląda jak jezioro. Szyby ciągle zalewane deszczem. Michał puszcza płytę szkockiego zespołu, którą kupiliśmy w podróży poślubnej. Suseł zaczyna kiwać głową do rytmu w swoim foteliku. Szkockie rytmy i deszcz za oknem robią swoje. Napięcie puszcza, zaczynamy się śmiać. Co za różnica, gdzie dojedziemy, co zobaczymy. Ważne, żeby widzieć to co się dzieje teraz. Nie zobaczymy wszystkiego, nie odkryjemy mnóstwa ukrytych miejsc, nie zachwycimy się wszystkimi widokami zapierającymi dech w piersiach. No i co z tego? Przecież i tak zobaczymy tysiąc innych rzeczy, przeżyjemy milion innych wzruszeń. Przecież są wakacje!

3-9

Oslo

Wizyta w stolicy zaczyna się od dojazdu. Tu następuje pierwsze zderzenie kultur. Autostrada z Goeteborga jest opisana jako droga płatna ale ostatnie szlabany znajdują się po szwedzkiej stronie. Po przejechaniu granicy, na której notabene nie ma kontroli (Norwegia jest krajem stowarzyszonym z UE) napotkacie tylko bramki wyposażone w kamerę opisane jako automatic toll station. Na pierwszej z nich wyhamowałem do zera. Obok mnie zatrzymał się samochód na niemieckich numerach. Jednakowo zbici z tropu otworzyliśmy okna żeby udzielić sobie sąsiedzkiej pomocy ale szybko przepędził nas stamtąd chór klaksonów – blokowaliśmy jedyne dwie bramki na autostradzie.

Ala wyczytała w przewodniku że poruszanie się po płatnych drogach w Norwegii wymaga zakupu transpondera sprzedawanego na stacjach benzynowych ale na stacji nic o tym nie wiedzieli. Nie chcąc rozpoczynać norweskiej przygody od wykroczenia, ale lekko już zniecierpliwiony zjechałem na stację służby drogowej. Zagadnięty miły pracownik wyjaśnił mi że tak, mogę kupić transponder, ale nie u nich tylko na stacjach Esso, gdybym natomiast nie chciał tego robić to wcale nie muszę. W swoim czasie dostanę rachunek pocztą i będę mógł go sobie opłacić. Norweska wiara w ludzką uczciwość przywróciła mi uśmiech na twarzy.

Następny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na odwiedziny u osób z których Norwegia jest (i powinna być dumna. Na pewno znacie historię Thora Heyerdahla, budowniczego RAII – łódki z trawy którą pokonał Atlantyk żeby udowodnić że komunikacja pomiędzy cywilizacjami Starego i Nowego Świata mogła mieć miejsce już w starożytności

1-8

a także Kon-tiki, tratwy za pomocą której udowodnił kontakty Ameryki z Polinezją.

2-7

Wyprawa ta miała miejsce nie tak dawno bo w latach 50-tych. Przychodzi na myśl że dzisiaj zbudowanoby model sterowany przez robota, potem drugi w skali 1:50 wodowany w wannie a dopiero potem człowiek mógłby taką łodzią oddalić się poza zasięg wzroku. Tymczasem Thor i jego towarzysze wybrali się w podróż przez ocean z jednym radiem. Muzealna fiszka głosi że większość z nich miała za sobą świeże wojenne doświadczenia w ruchu oporu i traktowali tą ekstremalną wyprawę jako antidotum na wojenny stres.

Jest też mniej znana, historia związana z Thorem Heyerdahlem. Dotyczy Wyspy Wielkanocnej, najodleglejszego miejsca na Ziemi zamieszkanego przez człowieka. Przez swoją odległość wyspa jest miniaturowym światem z własną cywilizacją która (wyjątkowo) upadła zanim odkrył ją biały człowiek. Pozostawione przez nią figury stanowiły przez długi czas zagadkę.

3-6
Panowało przekonanie że nie dało się ich transportować z kopalni na miejsce na którym stoją nie dysponując wynalazkiem koła. Przekonania tego jednak nikt przed Thorem nie weryfikował. Ten w drodze eksperymentu wykazał że nie tylko jest to możliwe za pomocą lin którymi sprawna ekipa jest w stanie „chodzić” posągiem kiwając nim trochę tak jak szafą w czasie przeprowadzki, ale też że istnieje w lokalnym języku słowo, określające specjalnie ten właśnie rodzaj ruchu.

Tego samego dnia odwiedziliśmy jeszcze okręt Fram który posłużył Roaldowi Amundsenowi w pierwszej w historii ludzkości wizycie na biegunie południowym. Fram był pierwszą jednostką przystosowaną do zimowania w lodzie. Choć zbudowany z drewna, skonstruowany był tak, by pod wpływem zaciskających się lodowych szczęk wyskakiwał na powiechchnię jak ściśnięty palcami włoski orzech.

4-3
Fran był świadkiem niesamowitego wyścigu do bieguna pomiędzy zespołami Amundsena i Scotta, który to wyścig ten ostatni przypłacił życiem. To już jednak temat na osobną historię.

Location:Ekeberg,Oslo,Norwegia