I’m lovin it! – życie w kamperze

Rano odbieramy nasz dom na najbliższe 6 tygodni. Panie i Panowie, oto nasz RV Winnebago.

To jeden z, a właściwie chyba najmniejszy model na tutejszym rynku. Na zdjęciach wyglądał spoko, w rzeczywistości jego rozmiar powoduje u mnie chęć odwołania wszystkiego. To jest szersze niż pas drogowy! Pod spodem mieszkalnej zabudowy Ford E350, ponad 7 litrów, 10 cylindrów, 300 koni (piszę jak mi Michał dyktuje, nie żebym wiedziała, co te dane oznaczają). Bak na 160 litrów benzyny, spala 20 litrów na setkę.

Dobra mina do złej gry

Od właściciela otrzymujemy krótkie szkolenie jak radzić sobie przez najbliższe 7 tygodni. Gdzie uzupełniać wodę, jak spuszczać ścieki, do której wtyczki wetknąć prąd, jeśli akurat taki znajdziemy. No i jak uruchomić dwa telewizory, w tym jeden z DVD.

Brzmi cholernie skomplikowanie, ale po pierwszym stresującym razie, wszystko stanie się proste i automatyczne.

W końcu z mieszanką myśli: „ale odlot” oraz „o kurwa, spierdalajmy” pakujemy rzeczy do środka, mocujemy dzieci do dyktowych pseudopasów i ruszamy. Michał prowadzi, ja gapię się w telefon z trasą, jednocześnie śledzę ulicę i sprawdzam, czy nie zahaczamy o stojące przy krawężniku auta i próbuję jakoś przeprowadzić nas przez 5cio poziomowe skrzyżowania, gdzie każda ulica w jedną stronę ma po 6 pasów. Ze względu na korki pomyłka przy wybraniu złego zjazdu/poziomu/pasa może kosztować kilka godzin ekstra.

Dodatkowo okazuje się, że olbrzymie lusterko po stronie pasażera, czyli mojej, jest luźne i przy prędkości zmienia swoje położenie. Więc Michał nic nie widzi z prawej strony auta. Co chwilę wychylam się przez okno i pół wisząc na zewnątrz próbuję mu to lusterko przywrócić do stanu wyjściowego, ale chwila ulgi trwa do 10 sekund, bo pęd wiatru znów je przekrzywia.

Po 40 minutach takiej jazdy dostaję stanu przedzawałowego i jakimś cudem w nic nie trafiając zjeżdżamy do miasteczka na parking centrum handlowego.

Jest tu Walmart, Starbucks, Burger King, pralnia i kino – głosuję za tym, żeby resztę wakacji spędzić w tym przyjemnym i bezpiecznym miejscu, zaopatrzonym we wszystko co niezbędne do życia. Michał protestuje, ale bez przekonania. Dzieci zachwycone.

Po dwóch godzinach, kawie, ciastku, spacerku po sklepach, stres zaczyna odpuszczać. Znajdujemy w aucie zestaw imbusów, mocujemy lusterko na stałe, kupujemy kolejne kawy na drogę i postanawiamy spróbować dojechać gdzieś indziej. Najwyżej przejedziemy się kawałek autostradą i tu wrócimy. A może nawet zwolni się to urocze miejsce pod drzewkiem z rachitycznym trawnikiem? Kto wie.

Okazuje się, że wyjechanie poza przedmieścia Los Angeles plus lusterko pokazujące co dzieje się na drodze znaczącą podnoszą komfort jazdy. Spojrzeniami podejmujemy decyzję: Yes, we can!

Coffee makes a difference!
Światła zmieniające się co parę sekund wymuszają jazdę na zamek. Banalnie proste :)

Gdy już przywykniemy do prowadzenia auta zajmującego w Polsce półtora pasa, odkryjemy, że podróżowanie po Stanach jest banalnie proste. Rewelacyjnie oznaczone zjazdy na autostradzie naprawdę pozwalają wjechać na właściwy pas i zjechać we właściwym kierunku. Sześciopoziomowe skrzyżowania tylko na początku wyglądają groźnie, potem jeździ się po nich właściwie jak po sznurku. Oczywiście dobry GPS pomaga, bo wyświetla właśnie te mityczne numerki zjazdu i pozwala bezproblemowo dotrzeć, gdzie się chce. Prawda jest taka, że nie zgubiliśmy się ani razu, a tylko raz mieliśmy problem z wyborem pasa. Amerykanie są też fajnymi kierowcami. Poza miastem totalnie wyluzowani, właściwie nie słyszeliśmy klaksonów czy nie mieliśmy żadnych niebezpiecznych sytuacji (w przeciwieństwie do Sycylii, gdy w ciągu tygodnia dwa razy mieliśmy śmierć w oczach). Raz byliśmy świadkiem sytuacji, gdy jakiś ogromny kamper na drodze w zatłoczonym miejscu parku narodowego zawracał mając tylko dwa pasy – wstrzymał na kilka minut ruch w obie strony próbując się złamać na sto pięćdziesiąt razy. Wszyscy spokojnie czekali. Jedyną osobą, która klęła na ten idiotyczny manewr byłam ja. W miastach było trochę bardziej nerwowo, ale taka specyfika miast.

Każdy z nas,
naprawdę każdy,
i duży i mały,
chciał poprowadzić kamperka!

Drogi w USA są bezpłatne, a jakość różna. Nie ma może ogromnych dziur, ale widać, że w wielu miejscach dofinansowania Unii Europejskiej brakuje ;) Natomiast zaintrygowały nas stojące na poboczach niektórych dróg znaki: Adopt-a-Highway. Rozumiem symboliczne adopcje orangutanów, słoni, dzieci. Ale adopcja autostrady jakoś nie poruszyła czułej struny mojego serca. Okazuje się, że jest to ogólnokrajowy program dbania o czystość! Wolontariusz zobowiązuje się, że przez dwa lata będzie minimum 4 razy w roku patrolował dwumilowy odcinek drogi i zbierał z niego śmieci. W zamian na trasie zawiśnie tabliczka z jego imieniem i nazwiskiem (lub nazwa grupy, jeśli wolontariuszy jest więcej) oraz będzie miał prawo do (cytuję ze strony txdot.gov): pławienia się w chwale posiadania kawałka teksańskiej (lub innej w zależności od stanu) dumy. Koniec cytatu.

Czasem gdy prowadzą mniej doświadczeni kierowcy,
zdarzają się ofiary w motylkach :(

Jedziemy przez ogromne, kilkunastokilometrowe farmy wiatrowe, przez plantacje marihuany wielkie jak nasze pola rzepaku, przez farmy i nieużytki. Zaczynamy czuć rytm podróży, zaczynamy być szczęśliwi.

Po dwóch godzinach od wyjazdu z centrum handlowego już w miarę na relaksie osiągamy zamierzony punkt docelowy – Joshua National Park.

Jesteśmy niezniszczalni!

***

Życie w drodze jest marzeniem wielu osób. Podróżowanie kamperem ma w sobie niezaprzeczalną magię. Ale ma też prozę. Szczególnie jeśli podróż trwa dłużej niż dwa tygodnie, a kamper nie jest własny.

Ten, którym my jeździliśmy był kupiony z przeznaczeniem na wynajem. Oznacza to, że zabudowa była budżetowa, co jest idiotyzmem, bo taki kamper jest intensywnie używany i o wiele łatwiej o uszkodzenia. U nas pierwsza poleciała barierka przy schodach wejściowych. Zamocowana maleńkimi śrubami do średnio wytrzymałej płyty, po czterech dniach zaczęła się chybotać, by w końcu się urwać. Ups.

Problematyczny był też blat stołu. Na początku myślałam, że będzie urozmaiceniem podróży. Pokonując setki kilometrów rozegramy niejedną partyjkę gier, poczytamy, porysujemy.

Nie da się. Po pierwsze, o czym już była mowa – pasy biodrowe dla pasażerów kanapy trzymały jakby musiały, a nie chciały. Od razu miałam wizję, że w przypadku hamowania chłopcy wyślizgną się i zabiją o rant stołu. Jakoś nie miałam wizji, że bez rantu stołu po wyślizgnięciu się zabiją się o cokolwiek innego w tym wnętrzu – kuchenkę, lodówkę czy łóżko. Nie pytajcie czemu, tak po prostu było.

Więc jazda ze stołem podnosiła mi adrenalinę i poziom paniki.

Po drugie rozłożony stół mocno przeszkadzał Stefce w foteliku, bo nie miała jak rozłożyć nóżek. Dlatego to zdyskwalifikowało go ostatecznie.

No, ale gdzieś trzeba było go włożyć. W kamperze nie było żadnego sensownego miejsca, gdzie mógłby być przechowywany bez ryzyka, że przy każdym hamowaniu zacznie latać po aucie. Więc włożyliśmy go na czas jazdy do bagażnika, razem z torbami, wózkiem, krzesłami turystycznymi i innymi niepotrzebnymi rzeczami. Po kilku dniach wkładania i wyjmowania go co najmniej dwa razy dziennie, blat zyskał nieusuwalne, głębokie, nie-do-przeoczenia rysy. Ups.

Pod dachem, zgodnie z filozofią zagospodarowania każdej wolnej przestrzeni były szafki. W wersji podstawowej zamykane na zwykły magnes i podnośniki siłowe – w sensie trzeba było siły, żeby drzwiczki unieść do góry. W wersji sensownej zamknięcia powinny być takie jak w samolocie, czyli przekręcane. Tak, aby szafka nie mogła się sama otworzyć. Nasze mogły. Odkryliśmy to dość szybko, gdy podczas skrętu z szafki na podłogę tuż nad głowami pasażerów wysypały się grube książki, przewodniki i ekspres do kawy. Ups.

Potem rozwaliliśmy szufladę. Ponieważ odkryliśmy już, że w szafkach nad siedzeniami nie dało się trzymać niczego ciężkiego, zostały dwie szuflady pod szafą ubraniową. Tam wylądowały makarony, puszki sosu pomidorowego, chleb, itp. Po 3 tygodniach takiego użytkowania szuflady, w której najwyraźniej w zamyśle powinny być przewożone chusteczki higieniczne lub super zwiewna, więc lekka, bielizna, z szuflady wypadło dno. Nie dość, że wypadło, ale jeszcze zablokowało nam szufladę tak, że nie mieliśmy jak dostać się do zapasów. Szuflady całkowicie nie dało się wysunąć, bo blokowała się o zabudowę drugiego łóżka. W dodatku ktoś źle zamocował szyny pod spodem i generalnie wyglądało to na przegraną sprawę. Prostota Ikei to na pewno nie była. Ale my byliśmy zdesperowani – tam utknęło nasze jedzenie!

Kamper mini oznacza absolutny brak miejsca, więc próbując odzyskać nasze pomidorowe puszki rozkręcaliśmy mechanizm szuflady leżąc w prysznicu w łazience (jedno z nas) oraz zwisając z łóżka głową w dół (drugie z nas). Gdy się udało, czuliśmy się nie mniej dumni niż jak pionierzy Dzikiego Zachodu, którzy przeprowadzili pierwszy raz karawanę przez dzikie odstępy.

Prowiant znów był nasz. Ale szuflada pełniła już tylko funkcję ozdobną. A wystarczyło dać mocniejsze dno zamiast sklejki i właściwie przymocować dobre szyny.

Rzeczą, która mnie urzekła w kamperze w porównaniu do podróżowania z namiotem jest lecąca z kranu woda. I łazienka na wyciągnięcie ręki (dosłownie). Niby na kempingach są prysznice, a na stacjach toalety. Tak podróżowaliśmy w Australii. Tutaj pokochałam łatwość podróżowania z dziećmi, gdy nie trzeba nigdzie biegać z całym zestawem kąpielowym, a i tak na koniec pod prysznicem okazuje się, że nie ma szamponu. Bywały takie dni, gdy chcąc pokonać dłuższe, nużące dystanse, ruszaliśmy o świcie. Chłopcy spali na swoim łóżku (wiem, wiem. Pasy. Do dziś mam dreszcze, gdy o tym pomyślę) i tylko Stefkę przenosiliśmy z łóżka do fotelika. W ten sposób udawało nam się jechać dwie, czasem trzy godziny bez męczenia najmłodszych podróżników. Potem postój – przy drodze, na stacji benzynowej, na parkingu przed sklepem. Zaciągaliśmy zasłonki i w ciągu 30 minut wszystkie dzieci były wykąpane, ubrane i najedzone. Pięknie :)

Bywało też, że mieliśmy niezłe tempo jazdy i na hasło „siku” wszystko by się posypało – zjazd z autostrady, szukanie toalety, kłótnia ze Stefką o powrót do fotelika. A tak osoba potrzebująca szła na tył auta, zamykała się i … modliła, żebyśmy nie wjechali w jakąś dziurę ;)

Nasz kamper miał w związku z tymi udogodnieniami zbiornik na wodę pitną, oraz na ścieki i wodę szarą (zlew, umywalka). Wykorzystanie ich było widoczne na panelu, gdzie zapalały się odpowiednie diody sugerujące, że jeszcze trzy, góra cztery posiedzenia lub jeden prysznic i czas na zrzut. Tak gdzieś w połowie drogi wskaźniki zepsuły się. Od tej pory notorycznie wskazywały wypełnienie ścieków do 2/3 i żadne przepłukiwanie obiegu wody, resetowanie i potrząsanie wozem na dziurach nic nie dały. Więc jeździliśmy trochę na oko ;), dwa razy dość pilnie szukając miejsca do zrzucenia zawartości. Na szczęście w Ameryce, krainie kamperów, infrastruktura jest pod tym względem ok. Nawet jak w okolicy nie ma kempingów, na które można wjechać i za opłatą opróżnić zbiorniki oraz uzupełnić zapas wody, to przy drogach lub na niektórych stacjach benzynowych (albo przy sklepach z wyposażeniem kamperowym) są same punkty „serwisowe”. Można pytać na stacjach, w informacji turystycznej, albo korzystać z apki, gdzie wiele z nich jest zaznaczone.

Ostatnim minusem jest głośność. Nasza wizja była taka – ruszamy w trasę, a podczas przemierzania setek kilometrów pustyń, gór, lasów i równin zanurzamy się kolejnych playlistach ze Spotify. Ha, ha, ha. Po pierwsze – w Stanach nie ma Internetu. Jest w miastach. Czasem w miasteczkach. Poza tym jest tylko rozpacz, że go nie ma. Więc Spotify odpada. Ale w kamperze nie da się słuchać nawet radia czy płyt. Hałas jest tak duży, że rozmawiając z sobą musimy krzyczeć. Naprawdę, to było moje ogromne rozczarowanie. Zero muzyki przez 7 tygodni.

Do minusów można jeszcze doliczyć zużycie paliwa, ale umówmy się – jak jedziesz siedmiolitrowym potworem z domem na pace, to nie spodziewaj się, że będzie palił jak Fiat Panda. Faktem jest, że lekko zbledliśmy, gdy wspinając się na wysokość 2500 m.n.p.m. w ciągu pół godziny spaliliśmy 80 litrów, ale to był jednostkowy wyczyn. Nie da się jednak ukryć, że tankowanie co dwa dni do pełna było naszą największą pozycją budżetową w całej wyprawie i nieźle wydrenowało nasze karty debetowe. Nawet przy legendarnych cenach paliwa w Ameryce.

Górne łóżko, tzw. trumna – ulubiona kryjówka Łobuzów!

Pozostaje jeszcze sam komfort jazdy. W tym miejscu chciałam bardzo, bardzo przeprosić nasze dzieci za to, co im zgotowaliśmy. Wynajmując kamper w ogóle nie mieliśmy pojęcia, że tak to będzie wyglądać.

Jak już pisałam, kanapa dla pasażerów była mega niewygodna. Niska, bez podparcia karku, trudna do siedzenia powyżej godziny. Ale dodatkową torturą był brak widoku. Stefka siedząc w foteliku tyłem do kierunku jazdy widziała chłopców bawiących się na łóżku. Po jakimś czasie stawało się to nudne, a nijak nie dało się jej pokazać czegokolwiek za oknem, bo okna na tej wysokości nie było. Było jedno z boku auta wysoko nad kanapą – podczas jazdy nie dało się przez nie wyglądać z żadnego miejsca. Osoba siedząca bokiem do kierunku jazdy podziwiała przez kilka godzin zlew i kuchenkę. Osoba siedząca na wprost – tyły foteli z kabiny, a pomiędzy nimi maleńki prześwit na przednie okno. Ta osoba właśnie miała najlepsze miejsce. Serio, jazda w kamperze tak skonstruowanym to hardcore. Osoby bez choroby lokomocyjnej wymiękają po dwóch godzinach. Gdy czasem któreś z nas szło na tył, żeby zabawiać Stefkę, zazwyczaj kończyło zielone na twarzy lub z potężnym bólem głowy. Naprawdę nie mam pojęcia jak nasze dzieci to przetrwały, ale powtarzam raz jeszcze – bardzo, bardzo, przepraszam. I nie wiem jakim cudem tylko raz mieliśmy wypadek z torsjami, po którym musieliśmy zjechać do najbliższego miasteczka z samoobsługową pralnią, gdzie w ciągu półtorej godziny przepraliśmy i wysuszyliśmy całą kołdrę i poduszki. Samoobsługowe pralnie na każdym kroku to największe osiągnięcie cywilizacyjne Ameryki, za które będę ją wielbić do końca życia.

Nie dziwi więc, że pozwalaliśmy dzieciakom na wiele podczas jazdy. Byle tylko jakoś dotrwały do kolejnego punktu. Dość szybko nauczyły się, że zwykłe hamowanie potrafi rzucić nimi przez całą długość auta, co dało pretekst do rozmów o sile przyśpieszenia. Odkryły też, że wystawianie głowy poza auto i wrzeszczenie na całe gardło to całkiem niezły fun w przerwie grania na tablecie. A na koniec polubiły zabawę w siedzenie w stuporze i tępe patrzenie się w (ograniczoną) przestrzeń.

Mam nadzieję, że kiedyś o tym zapomną.

Natomiast na postojach kamper był błogosławieństwem. Gdy podróżowaliśmy po Australii z raczkującym Kajem rozpaczałam z braku bezpiecznych miejsc, w których można puścić dziecko. Teraz z raczkująco-wspinającą się Stefką było niewyobrażalnie wygodnie. Trochę tak, jakbyśmy żyli w maleńkiej kawalerce. Była łazienka z prysznicem, kuchnia, jadalnia, dwie sypialnie, salon, garderoba i dwa telewizory (ha, ha) – a to wszystko na 10m2. Do tego boczna markiza zapewniająca cień na pustyni. Europejski standard. Skromny jak na tutejsze warunki.

Moskitiera nawet w drzwiach nie raz i nie dwa ratowała nam tyłki. Tutaj: kempingujemy na parkingu wśród tirów. Dzieci bezpiecznie uwięzione.
Nasz mini mini kamperek z rozsuniętą markizą

Na kempingach stawaliśmy koło kamperów w stylu amerykańskim. Czyli takich, które bez żenady krzyczały: patrz, na co mnie stać. Kombinacje były różne. Najpopularniejszy był kamper wielkości turystycznego autokaru, który po zaparkowaniu wysuwał z każdej strony dodatkowe pokoje, a z tyłu rozkładał taras z markizą i dwoma krzesełkami. Kiedyś zajrzałam pobieżnie do środka jednego z nich i mnie zatkało – na ścianie gigantyczny telewizor, naprzeciwko skórzana kanapa, a osobna jadalnia w dębowych, frezowanych szafkach ze Swarzędza. Dynastia z lat 80tych na wypasie. Część z nich miała nawet piętro, gdzie były sypialnie. I damy sobie ręce uciąć, że niektóre z tych kamperów miały wysuwane piwnice.

W tle porozsuwane pokoje :) A to i tak był średni model. Bez piwnicy i strychu, oraz bez garażu na motor.

Takie autokary podróżowały przez Stany ciągnąc za sobą na sztywnym holu mały, poręczny samochód do wyjazdów z kempingu do miasta. Zwykle był to pick-up. Po amerykańsku ogromy.

Nasz kamper, jak już wiadomo, był skromny. Czasem ginął na miejscu parkingowym. Ale wyposażony był jak trzeba. Miał zestaw kieliszków do wina, eleganckie serwety na stół i blok z nożami, gdyby ktoś chciał zabawić się w gotowanie czterodaniowej kolacji (wszystko wynieśliśmy od razu do bagażnika). Natomiast z rzeczy uroczych, które umilały nam podróż każdego dnia były dwa niezbędne dla każdego Amerykanina urządzenia: toster i ekspres do kawy. Ach, ta amerykańska kawa przelewowa. Gorąca, duża, zwodniczo pachnąca kofeiną. Tak smakowały co dzień rano nasze wakacje.

Testy zderzeniowe dykty

A z tym fotelikiem to było tak:

Wynajmując kampera próbowaliśmy zrozumieć jak mają w nim podróżować dzieci. W Europie to proste – dzieci zawsze muszą być w fotelikach, na poddupkach lub przypięte specjalnymi obniżaczami pasów. I europejskie kampery zawsze mają siedzenia, przy których są normalne pasy. I siedzenia zawsze są skierowane przodem do kierunku jazdy.

W Ameryce – stolicy, ojczyźnie, matce i ojcu podróżowania kamperem, wszystko jest nie tak. Normalne są zwykle dwa fotele – kierowcy i pasażera obok. Reszta to wolna amerykanka. Szukaliśmy auta w miarę małego, ale tutaj to pojęcie względne – najmniejsze kampery z pięcioma miejscami siedzącymi były tak duże, że na żadnym europejskim parkingu by się nie zmieściły i nie bardzo wiedzieliśmy jak takim czymś jeździć. Dodatkowo nie mogliśmy trafić na żadnego kampera z rzędem siedzeń dla dzieci z tyłu. Jednocześnie odkryliśmy, że w Kalifornii (i kilku innych stanach) wprowadzono przepis, wedle którego dzieci do lat 2 muszą jeździć w fotelikach tyłem do kierunku jazdy. Takich nie ma na naszym europejskim rynku. Dlatego nie wzięliśmy naszego fotelika, bo nijak nie pasowałby do tutejszych pasów/siedzeń/mocowań (isofixów tutaj nie uznają, nie znają, nie mają).

Z powodu tego przepisu właściwie żadna wypożyczalnia kamperów nie wypożycza ich, jeśli pasażerem ma być dziecko do lat 2, bo nie ma szans przymocować fotelika dziecięcego do kamperowej kanapy tak, aby gwarantowało to bezpieczeństwo. A jak wiadomo Amerykanie panicznie boją się procesów o odszkodowanie.

Pozostało nam szukanie kampera od prywatnej osoby i tak trafiliśmy na serwis Outdoorsy. Fajna sprawa, tylko trzeba uważać na oszustów proponujących sfinalizowanie transakcji poza serwisem w celu uniknięcia opłat dodatkowych – dostaliśmy takich ofert kilka, choć trzeba przyznać, że serwis sprawnie to wyłapywał i szybko konta usuwał. No i te opłaty są rzeczywiście dość spore – prowizja od wypożyczenia (1,2 tys PLN), opłata ubezpieczeniowa, opłata za przewalutowanie, a na końcu – dodatkowa opłata za zapłacenie kartą kredytową wydaną poza USA w wysokości bagatela prawie tysiąca złotych. Ale nie mieliśmy wyjścia, na co miał też wpływ fakt, że zabraliśmy się do planowania podróży dość późno.

Nasz kamper miejsca dla pasażerów miał typowe – czyli w formie kanapy w kształcie litery U. Żadne tam samochodowe siedzenia z pasami. Na forach czytaliśmy przerażone wpisy Brytyjczyków, którzy pytali się jak do czegoś takiego poprawnie przymocować fotelik z niemowlęciem, skoro to siedzenie ma tylko pas biodrowy. I czy są jakieś testu i certyfikowane foteliki do czegoś takiego. I odpowiedź jednego z zawsze pomocnych Amerykanów – o co wy się martwicie sztywni Brytole? Testy zderzeniowe? Przecież pas jest przymocowany do dykty, ha, ha, ha.

Pasy. I dykta. Widząc to, człowiek zaczyna rozumieć skąd taka religijność w tym kraju. Strach podróżować czymś takim bez wiary w jakiegokolwiek boga.

Dlatego fotelik zamierzaliśmy nabyć w USA, zupełnie nie mając pojęcia jak powinien wyglądać, ale mając nadzieję, że na miejscu rozgryziemy jakoś ten paragraf 22. W Walmarcie okazało się to banalnie proste – oni mają tutaj zupełnie inne systemy tych fotelików, z innymi mocowaniami, ustawieniami, itp. Bez problemu kupiliśmy taki, który można przekładając podstawkę na dole zamontować tyłem lub przodem na fotelu samym pasem biodrowym. Samym biodrowym! Matko kochana…

Po wmontowaniu go następnego dnia musieliśmy wziąć głęboki oddech. Na pierwszy rzut oka widać, że mocowanie to nie zapewnia żadnego bezpieczeństwa. Pas jest naprawdę przymocowany do kawałka dykty, kanapa jest z pianki, a fotelik kiwa się na wszystkie strony. Cała nasza europejska troska o bezpieczeństwo dzieci w samochodzie musiała tutaj chwilowo wyparować. Zresztą producent kampera też próbując uniknąć procesu o odszkodowanie umieścił nad kanapą stosowną informację: to miejsce nie jest zamierzone jako miejsce do siedzenia, gdy samochód się porusza. Jednocześnie przepisy jak najbardziej pozwalają z niego korzystać, jeśli tylko ma się pasy. A czy pasy cokolwiek trzymają to już nieistotne. Równie dobrze mogłyby być przyklejone klejem Kropelka do ściany.

Fotelik spełnia więc dwie funkcje – przytrzymuje Stefkę w miejscu, żeby nie raczkowała po jadącym aucie, oraz daje nam podkładkę do tego, że spełniamy przepisy prawa. Tylko i aż tyle. Stefce na widok fotelika włosy stanęły dęba.

Mam tak jechać przez następne 6 tygodni??? Czy to ma w ogóle jakikolwiek europejski atest???
Nie chcę nawet na to patrzeć. Powiedźcie jak dojedziemy na miejsce.
Ale najpierw strzelę sobie sweetfocię. Może wygram konkurs na zdjęcie z kategorii „ostatnie ujęcie przed śmiercią”.

Natomiast chłopcy przypięci prowizorycznymi pasami biodrowymi są dokładnie tak samo bezpieczni jak nieprzypięci żadnym pasem. A że kanapa jest cholernie niewygodna do długiego siedzenia (oparcie kończy się na wysokości pleców, więc nie ma jak oprzeć głowy), po 20 minutach jazdy zdecydowaliśmy się na jazdę w stylu hippie – siedzą gdzie chcą, łażą po aucie jak chcą, jak chcą to śpią na łóżku, jak chcą to na kanapie.

Na dłuższych trasach dało się nawet rozegrać mecz rugby. Lub siatkówki. Lub czegokolwiek.

Muszą przestrzegać tylko jednego, jedynego bezwzględnego warunku bezpieczeństwa – nie otwieramy lodówki w czasie jazdy. Bo rodzicom butelki piwa wypadają.

Postój. Można otworzyć lodówkę.

Spojrzenie do krawędzi wszechświata

Drugiego dnia pogoda wciąż pochmurna. Gdy wychodzimy z hotelu zaczyna siąpić deszczyk. Nucąc refren piosenki, która obłąkańczo przyczepiła nam się do głowy idziemy piechotą w stronę Griffith Obserwatory.

„Seems it never rains in southern California” – nuci Michał, nucę ja, w przerwach rzucając polskimi przekleństwami. Jest zimno, 17 stopni Celsjusza, wstępujemy do Starbucksa po ciepłą kawę i do kompletu prawdziwe, PAPIEROWE wydanie New York Timesa (tak, piszczałam, ale po ciuchutku i nikt nie zauważył). Kilka kroków od wyjścia Michał niechcący rozlewa moją latte. Wraca do kawiarni po drugą, sprzedawca kojarząc go sprzed chwili pyta co się stało, a potem całkiem gratis nalewa nową grand latte.

Droga do parku wiedzie przez przyjemniejsze, czytaj bogatsze, okolice L.A. Domy – znów jak z filmu – z okiennicami zamiast żaluzji, zielone ogrody (zielone! A jesteśmy w miejscu, gdzie brakuje wody), schludne ulice.

Docieramy do parku, deszczyk ustał, robi się cieplej i przyjemniej. Przez korony drzew dostrzegamy, że zaczyna się wypogadzać. Chłopcy biegają ze swoimi mieczami ninjów i nowymi modelami nerfów (wybłagali w supermarkecie wysuwając argument, że w Ameryce broń jest legalna i lepiej jest ją mieć niż nie mieć). Jest przyjemnie, wakacyjnie. Robimy piknik w wyznaczonym miejscu, gdzie nawet betonowe barierki imitują gałęzie, żeby było odpowiednio w stylu.

Betonowe barierki imitujące drewniane bale

Wędrujemy dalej, gdy w pewnym momencie, nagle, jak nożem uciął zmienia się krajobraz.  Znikają dające parkowy cień zielone drzewa, kończą się trawniki. Robimy krok i znajdujemy się półpustynnym krajobrazie. Droga pnie się do góry piaszczystą, pylistą drogą. Suche rośliny nie dają żadnego schronienia. Na niebie żadnej chmurki. A my wychodząc z hotelu założyliśmy długie spodnie i nie wzięliśmy nic na słońce, bo przecież wiało i padało. Ups.

o
Ostatnie parkowe drzewa. Za nimi krajobraz pustynny :)

Wspinamy się, a dzieci marudzą coraz bardziej. Im bardziej one marudzą, że za gorąco, że muchy, że zaraz umrą, tym bardziej my chcemy pokazać, że się nie poddamy. Wspinamy się dalej, choć pchanie wózka w takim żarze nie należy do naszych ulubionych czynności. U naszych stóp coraz bardziej widać wielkość L.A., ale nie mamy sił podziwiać. Z ledwością udaje mi się zrobić sobie zdjęcie z Kajem na tle kultowego napisu Hollywood. Chwilę później Kaj, który już w Australii fatalnie znosił upały, słania się na nogach. Mamy oczywiście wodę, którą co chwila popijamy, ale to mu nie pomaga. Cały czerwony i powłóczący nogami stanowi obraz rozpaczy. Biorę go na plecy i tak obładowana robię ostatnie kilkaset metrów podejścia starając się nie patrzeć do góry, żeby nie sprawdzać, ile mi jeszcze zostało.

Gdzieś przy końcu (końcu drogi i końcu mojego życia) słyszę z okolic pleców dramatyczne wyznanie: O Jezu, zaraz umrę.

No ja cię go! Jak ta mucha, co cały dzień siedziała na orającym koniu, a pod wieczór rzekła: ale żeśMY się napracowali!

Z tyłu słynny napis. Bliżej nie byliśmy.
Zmęczony Kaj na plecach mamy. Obok dzielny i wytrwały Tolek.

Docieramy na szczyt i padamy na … zielony trawnik. Nie wiem jak go tu utrzymują, ale w tej chwili mogę w podziękowaniu ponucić amerykański hymn.

Panorama Los Angeles u stóp

Obserwatorium Griffith jest nieziemskie – w interaktywny i ciekawy sposób opowiada o kosmosie. Powstało z woli jednego człowieka – Griffith J. Griffith, który w testamencie zapisał miastu teren parku oraz zostawił fundusze na budowę samego obserwatorium. Pełni funkcję miejsca edukacyjnego dla zwykłych ludzi, a nie ośrodka badawczego i to naprawdę tutaj czuć. Publicznie dostępne teleskopy (w określonych godzinach), trzecie w USA co do wielkości planetarium, wystawy, od których nie da się oderwać. W jednym skrzydle pokazane są zjawiska takie jak pory roku i zmiany na kuli ziemskiej, mechanizm pływów w związku z księżycem, tablica Mendelejewa z okazami wszystkich pierwiastków (u chłopców entuzjazm wzbudził kryptonit, który jak wiadomo jest jedyną rzeczą, której boi się Supermen). W drugim można doświadczalnie zrozumieć, jak działa teleskop oraz modelem takowego poobracać.

Ale dla mnie największy czad był na niższym piętrze, które w całości poświęcone było naszemu Układowi Słonecznemu.

Wielka sala całą jedną ścianę miała zajętą przez tzw. Big Picture. Jeśli się stanie w nocy na dworze i zasłoni kciukiem odsuniętym od naszych oczy na odległość ok 30 cm fragment nieba, to właśnie ten fragment powiększony przez teleskopy jest tym Big Picture. Dzięki niesamowitej aparaturze możemy na nim zobaczyć ogrom kosmosu. Stałam na platformie przed zdjęciem i byłam zafascynowana. Niby zdjęcie jest płaskie, ale gwiazdy mają naturalną zdolność tworzenia trójwymiaru. Najbliżej nas są (były) komety i asteroidy w naszym systemie słonecznym. Gwiazdy są bardziej odległe, ale wciąż znajdują się w naszej galaktyce. A poza Drogą Mleczną są inne galaktyki, leżące 50 milionów lat świetlnych od nas. A to i tak nie jest tak daleko jak w przypadku kwazarów, które mimo, że na zdjęciu, to znajdują się biliony lat świetlnych od nas. Zawsze, gdy próbuję sobie to wyobrazić, zaczynam czuć swędzenie i irytację w głowie – ewidentnie jestem humanistką i liczby powyżej miliona zaczynają mnie drażnić swoim nonsensem ogarnięcia czegoś niewyobrażalnego, choć policzalnego. Wolę stać, patrzeć i czuć się drobiną, a jednocześnie zastanawiać nad kwestią, jak to możliwe, żeby drobina była ważna. I jak daleko jest dalej. I co jest po dalej. Gdzie jest druga ja? No bo przecież jak coś jest tak nieskończone, to musi być powtarzalne. Czy wszechświat ma krawędzie, czy jest pętlą? Ja jeśli jest pętlą, to co jest poza pętlą? Czy my istniejemy tylko mgnienie w historii wszechświata? I czy takich wierzących w swoją wyjątkowość istot na wybranej planecie było więcej? Czy koniec jest nieunikniony? Czy nauka może coś z tym zrobić, czy jest tylko beznadziejną próbą oszukania losu?

Niebo to filozofia, nie astrofizyka.

Na wystawie można było zważyć się na każdej planecie, zbadać powierzchnię księżyca, nauczyć się poprawnie adresować i wysłać pocztówkę do dowolnego miejsca w kosmosie.

Przy makietach planet zastygliśmy porażeni różnicą wielkości Ziemi, która dla nas jest centrum wszechświata, a wielkością Jowisza. Zobaczyć to w skali, a nie jako suchy fakt w książce to jednak co innego.

Mogliśmy potrzymać kawałek prawdziwego meteorytu i dotknąć fragmentu lawy z Księżyca oraz powierzchni Marsa.

Chłopcy na długi czas utknęli przy maszynie, na której projektowali wielkość, prędkość i kąt uderzenia meteorytu o Ziemię i byli zachwyceni za każdym razem, gdy udało im się wysadzić naszą planetę w drobny mak.

Odpowiedni kąt i siła i BUM. Nie ma Ziemi!

Potem piknik na trawniku, rozgrywki bejsballowe, chwila beztroski dla dzieci (czyli bez rodziców mówiących, że musimy iść coś zwiedzić). Wakacje.

Zejście w dół było już czystą przyjemnością. Dzieciaki skądś nabrały sił i zamiast schodzić wyznaczoną ścieżką włażą na każde możliwe wzniesienie, przedzierają się przez doły, krzaki, zarośla. Nasze próby pohamowania ich (to jest pustynia, tu mogą być węże) nie działały. Na pytanie: czy naprawdę musisz tam włazić w odpowiedzi usłyszeliśmy od Tolka:

– Przepraszam mamo, ale co ja poradzę na to, że należę do tych ciekawskich dzieci? A ty Kaju, do jakiego gatunku dzieci należysz?

Drzewo masakrowane przez dzięcioła

Słońce jest już nisko, więc po drodze mijamy ludzi traktujących wspinaczkę na górę jako formę fitnessu. To ostatecznie L.A, tu zawsze musisz być fit, bo sława czeka za rogiem. Są więc super umięśnione laski – idealnie opalone, z mięśniami doskonale wyrzeźbionymi jak z Photoshopa, wbiegają w obcisłych szortach i stanikach, na górze oblewają się wodą z bidona doprowadzając do śmierci z szoku i pożądania turystów japońskich, i wracają w dół. Są starsi panowie, którzy truchtają w pełnym dresie (nie wiedzą, że jest upał?) i kowbojskim kapeluszu – nie jestem pewna, czy biegną bo lubią, czy to raczej jakiś ich prywatny happening pokazujący idiotyzm biegania.

Są Latynoski, które zwykle bardzo seksowne do dwudziestki piątki, potem przegrywają z genetyką i nabierają więcej krągłości niż to w LA akceptowalne. Więc też wbijają się w legginsy i topy i z miną wyrażającą cierpienie i ból, z rezygnacją próbują podbiegać na górę. Są też w końcu Azjatki – te urocze krągłe chińskie panie, a nie te chude staruszki. I one mijają mnie w srebrnych dresach, jak z folii spożywczej. Jedyne co mi przychodzi na myśl, że jest to jakiś specjalny kombinezon, wspomagający odchudzanie w myśl dziwnej zasady, że im więcej się pocisz, tym jesteś lżejsza.

A my schodzimy i co chwilę stajemy, bo panorama Los Angeles nie pozwala się zignorować. Próbujemy, ale oczywiście nie dajemy rady aparatem jej objąć i pokazać tego ogromu. Miasto jest gigantyczne. Z góry widać siatkę prostopadłych ulic, wyraźnie wybijające się ku niebu biznesowe Downtown, i tysiące kilometrów kwadratowych przedmieść.

Miasto z poziomu ulicy brzydkie, tłoczne, samochodowe z kiepską przestrzenią publiczną, z góry i w oddaleniu hipnotyzuje.

Mieliśmy w planach zobaczenie jeszcze wieczornej panoramy z punktu widokowego na Muholland Drive, ale niestety czasowo się nie wyrobiliśmy. Musieliśmy jeszcze zrobić zakupy przed ruszeniem w dalszą drogę i byliśmy naprawdę wykończeni.

Po powrocie do hotelu, ja zostaję z dziećmi na basenie, a Michał jedzie Uberem do Walmarta po fotelik dla Stefki. Gdy wraca późnym wieczorem, kładziemy dzieci spać i pakujemy się na jutro. Och, jutro! Jutro zaczynamy naszą amerykańską przygodę!

Dodatek o Los Angeles

Splendor miasta, zabawa w bogaczy, kolekcjonowanie przeżyć w stylu jazdy Lamborgini po Rodeo Drive – to nie nasze opowieści. Ale dla porządku reporterskiego krótka lista atrakcji miasta reklamowanych w setkach ulotek dostępnych w każdym tutejszym najmarniejszym motelu:

– wynajęcie luksowego/sportowego auta lub limuzyny i przejazd po Beverly Hills lub Bel Air

– loty helikopterem nad miastem

– zakupy na Rodeo Drive – ostoi luksusu, mody i unikalnego stylu życia

– Venice – amerykańskie wyobrażenie o Wenecji – czyli amerykańskie domki, centrum handlowe, sklepiki i punkty rozrywki nad kanałami, po których można pływać gondolą

– zakupy w Universal City Walk

– zwiedzanie wytwórni filmowych

– Legoland i Disneyland (są tak blisko jak na warunki amerykańskie, że reklamuje się je jako atrakcję L.A.)

No jest jeszcze oczywiście legalna marihuana. W ulotce reklamują się punkty sprzedające lub dostarczające towar prosto do domu. Wielkie hasła i bilbordy zachęcają do sztachnięcia się i „have fun”.

W drodze do Joshua National Park mijamy ogłoszenie o sprzedaży kilkuhektrowej!!! zadaszonej plantacji cannabies na sprzedaż. I pomyśleć, że u nas idzie się siedzieć za jedną doniczkę.

Dla wiadomości podam, że palenie jest dozwolone albo w prywatnym miejscu albo w specjalnie do tego celu przeznaczonych pomieszczeniach/kafejkach. Zabronione jest palenie w miejscach publicznych, a także na terenach federalnych (narodowe parki, porty, lotniska, budynki urzędowe).

I jeszcze na zakończenie – Eskimosi mają ponad 100 określeń na śnieg. Amerykanie mają ponad 200 określeń na gandzię.

Zmarźnięte Anioły w American Dream

Dwa dni w Los Angeles to jak dla mnie wystarczająco dużo. Co prawda patrzę na mapę i czuję się trochę jak dziecko w sklepie z zabawkami – nazwy tak znajome, niosące tyle wspomnień. Beverly Hills (90210 – zdecydowanie wolałam niegrzecznego Dylana), Bel Air (młody Will Smith, mniam), Melrose Place (seksowny Grant Show. Nie mogę, po prostu nie mogę uwierzyć, że dożyłam czasów, gdy gość zagrał Blake’a Carringtona w remake’u Dynasty !!!), Muholland Drive (Lynch, niezrównany Lynch).

Ale nie jestem już dzieckiem. Wycieczka jednym z setek busów hop on – hop off, żeby obejrzeć sobie płoty od rezydencji sławnych i bogatych jakoś mnie (już) nie kręci.

Jest też oczywiście mnóstwo atrakcji typu muzeum tego, muzeum tamtego, ale w większości to kicz turystyczny opakowany w złotko. Nie kupujemy tego. Może już opanowaliśmy sztukę unikania turystycznego tombaku, a może po prostu jesteśmy zmęczeni lotem. Nie wiem. Przy śniadaniu serwowanym w hotelu (same donutsy z paskudnymi posypkami lub – wersja zdrowotna – kolorowe płatki z mlekiem; pierwszego dnia dzieci były zachwycone – Pączki na śniadanie i można jeść, ile się chce! – to trzeciego dnia pytały, czy możemy na śniadanie iść gdzieś indziej) oglądamy turystyczne ulotki. Kolorowe, pełne krzyczących nagłówków, rabatów i specjalnych ofert. Aż się dziwię, że jeszcze nie wymyślono tutaj gazet z migającymi neonami na każdej stronie.

Szczerze mówiąc nie bardzo wiemy co robić. Przejażdżka po alei z najdroższymi butikami (Rodeo Drive) jakoś nie jest na naszej liście „100 rzeczy przed śmiercią”. Zresztą na tej „200 rzeczy…” też nie. Wytwórnie filmowe pasują nam bardziej – chociaż jedną moglibyśmy zobaczyć, ale wszędzie ciekawsze programy mają ograniczenie wiekowe od 8 lat.

Jednak tuż koło naszego hotelu jest Aleja Gwiazd. Więc pierwszego dnia walcząc wciąż z jet-lagiem kierujemy się w tamtą stronę, po drodze zaczynając nasz romans z amerykańskim stylem życia.

Na początek najważniejsze – wizyta w T-mobile, żeby kupić tutejsze karty telefoniczne z pakietem danych. Jeszcze tego nie wiemy, ale to był kiepski wybór – ta sieć ma w Ameryce beznadziejny zasięg, właściwie tylko w większych miastach, a my takie będziemy omijać. Teraz jednak polegając na marce, która w Europie nigdy nas nie zawiodła, wchodzimy do środka. I już od progu uświadamiamy sobie, kto tak naprawdę liczy się w tym kraju – żołnierze.

W prawie każdym punkcie usługowym są jakieś specjalne oferty dla weteranów, żołnierzy i wojskowych rodzin. Wychodzi na to, że Amerykanie naprawdę wciąż wierzą w to, że ich dzielni chłopcy walczą o wolność i sprawiedliwość na całym świecie. Trochę przypomina nam to ten kawał o dżinie. Znacie?

Para małżeńska gra w tenisa, gdy nagle piłeczka odbita zbyt mocno wybija okno w pobliskiej willi. Stremowani dzwonią do drzwi, wchodzą do środka i w ogromnym salonie znajdują nagiego gościa, który trzyma ich piłeczkę w dłoni. Zaczynają przepraszać, tłumaczyć i obiecywać pokrycie kosztów szyby, gdy gość mówi:

– Nie, nie. Słuchajcie, wasza piłka rozbiła wazę, w której byłem uwięziony od czterech tysięcy lat. Jesteście moimi wyzwolicielami. Od dzisiaj będę spełniał każde wasze życzenie. Tylko jest jeden warunek – tak długo byłem uwięziony, że po prostu muszę z panią uprawiać dziki seks. Cztery tysiące lat, rozumiecie…?

Małżonkowie popatrzyli na siebie i od razu wiedzieli, że to dość niska cena za posiadanie na własność dżina spełniającego życzenia. Nawet nie musieli niczego uzgadniać.

Żona poszła więc z dżinem na górę do sypialni i pół dnia spełniała jego zachcianki. Mąż cierpliwie czekał na dole. W myślach robił listę życzeń i nawet nie denerwował się zbytnio rosnącymi rogami.

W końcu goły gość i żona zeszli na dół.

– No dobrze, to teraz zacznij spełniać nasze życzenia – powiedział mąż.

– Tacy dorośli, a wciąż wierzą w dżiny – odpowiedział właściciel willi.

No więc niektórzy wciąż wierzą w dżiny, a niektórzy w zbrojną walkę o wolność na świecie.

Potem wchodzimy do supermarketu, żeby kupić jakieś przekąski i wodę na spacer. Dostajemy zawrotu głowy od produktów i ich rozmiarów, ale o tym później.  Najważniejsze odkrycie w Ameryce – oni tu nie mają gazowanej wody. Jedyna jaką znajdujemy ma dodatki smakowe, a więc i cukier. Natomiast ta butelkowana nie zawiera żadnych minerałów i zgodnie z przewidywaniami smakuje jak woda destylowana. Przez następne tygodnie będziemy się ratować wyciskając do niej cytryny i pomarańcze.

Natomiast przed supermarketem stoi dyspozytor wody, gdzie można napełnić swój wielorazowy baniak na wodę. Ameryka Ameryką, ale akurat w Los Angeles są świadomi kryzysu klimatycznego i próbują wdrożyć różne działania mające na celu ograniczenie zużycia plastiku i oszczędzanie wody.

Dyspozytor wody prosto z lodowca

Spacer po Hollywood Blvd trochę rozczarowuje. Takie to wszystko brudne, chaotyczne, zaśmiecone, oblepione szyldami i ogłoszeniami. Chociaż przyznaję – na widok typowych obrazków, tak bardzo znanych z filmów czuję chęć skakania do góry i szczypania się, że w końcu tu jestem. Prawdziwy amerykański parkomat, kultowy skrót Ped Xing (Pedastrian Crossing), znajome ulice, znajome nazwy. Prawie jakbym wracała do miejsca, w którym już byłam. Być może przez to właśnie skrzyżowanie przejeżdżał Mick Haller w swoim lincolnie, a za tamtym rogiem Axel Foley próbował rozwikłać zagadkę zabicia jego kumpla? Gdy mijamy sąd, zwykły sąd, muszę się zatrzymać. To mój symbol Ameryki. Lata całe połykałam amerykańskie trillery prawnicze. Do dziś gdy potrzebuję resetu i chwili oddechu przy lekturze, która nie wymaga skupienia i refleksji, sięgam po jeden z nich. Ponieważ w znakomitej większości są pisane przez byłych prawników, to podstawy amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości miałam kiedyś w małym paluszku :) i studiując prawo musiałam łapać się na pilnowaniu, żeby mi się reguły nie poplątały. Natomiast „Prawo amerykańskie” prowadzone przez prof. Tomaszewskiego zdałam śpiewająco. A teraz tu byłam – przed sądem. Miałam straszną ochotę skorzystać z prawa do jawności posiedzeń i pójść na rozprawę jako widownia. Jakąkolwiek rozprawę, może być wstępna, na której wyznacza się kaucję i inne pierdoły, nic wielkiego i głośnego. Chciałam zobaczyć tych mitycznych prawników, sędziów, woźnych, oskarżonych. Niestety ten konkretny są był nieczynny w tym momencie, a nie bardzo mieliśmy czas szukać innego, plus organizować w tym czasie zajęcie dla chłopaków. Następnym razem. Coś musi zostać na następny raz.

Jedna z głównych ulic Los Angeles, a wygląda jak podupadające miasteczko z lat 80-tych
Parking dwupiętrowy :) Całkiem zmyślne rozwiązanie, ciekawe co na to mieszkańcy naszego miasteczka?
Ach, te amerykańskie skróty słów za pomocą pojedynczych liter
Parkomat, Michał, prawdziwy AMERYKAŃSKI parkomat!!!!
Sąd. Zamknięty, ale jeszcze kiedyś będę w środku (chociaż jak to mówią: careful what you wish…)

Spacerujemy dalej, a ja ile razy widzę czerwoną łapkę zmieniającą się w białego ludzika na sygnalizacji świetlnej tyle razy mam ochotę przejść przez skrzyżowanie jak cudowna Jane Fonda w jednym z odcinków „Grace i Frankie”.

W końcu dochodzimy do celu. A raczej początku celu. Gwiazdy w chodniku owszem są, ale na tej wysokości te mniej znane. Robimy kilka zdjęć i rezygnujemy z dalszej drogi. Nie mamy cierpliwości i potrzeby, żeby dojść do tych najjaśniejszych, bo ostatecznie to tylko kawałek metalu wtopiony w beton.

Zawracamy i po drugiej stronie ulicy zderzenie z amerykańską kulturą nr 2 – sklep z przebraniami. Wielkość średniego supermarketu. Jest tu absolutnie wszystko. Maski każdego potwora, fikcyjnej postaci, polityka, zwierzęcia. Peruki w każdym kolorze i z każdą fryzurą. Gotowe stroje dla dorosłych (Statua Wolności skradła nasze serca), dzieci i wszystkich pomiędzy. Całe długie regały z akcesoriami do strojów – sztucznymi palcami, pistoletami, sieciami Spidermana, mieczami, dzbankami, wiankami, kapciami. Osobne stoisko z rzeczami do charakteryzacji – setki naklejanych ran, ugryzień, blizn, wyrwanych kawałków mięsa. Dwa rzędy butów. Kilkanaście ruchomych zombie, nieboszczyków wstających z grobu, ociekających krwią nietoperzy i szatańsko chichocząca śmierć – w każdej chwili możesz przecież poczuć potrzebę kupna czegoś na Halloween. Dział z dekoracjami na Święta Bożego Narodzenia. Naprawdę urocze było patrzeć na rubasznych Mikołajów wołających: hoł – hoł – hoł w stronę kłapającego szczęką głodnego wampira.

Dzieci przez pół godziny biegały w amoku rzucając się od jednej rzeczy do drugiej i wszystkie oczywiście musiały mieć. Pozwoliliśmy im się napatrzeć, nadziwić, wywentylować. A potem zapłaciliśmy za jedną wybraną zabawkę – obaj po długich rozważaniach wybrali uzbrojenie Ninja.

Pora obiadowa, więc unikając miejsc typu: pizza i burger (chcemy zmieścić się w naszych fotelach na locie powrotnym) idziemy do urban masala. Jest pysznie, ja z lekką obawą karmię Stefkę (zaraz aresztują mnie za obnażanie? W końcu to purytańska Ameryka), chłopcy toczą pojedynki na swoje ninja-miecze.

A potem decyzja, że mamy już dość miasta i zmykamy do parku. W planach mieliśmy Griffith Observatory, ale to kawałek stąd. Zamawiamy więc Ubera. Przyjeżdża, kierowca Azjata nic nie mówi, gdy do bagażnika wkładamy wózek i wsiadamy ze Stefką na kolanach (nie wzięliśmy do USA swojego fotelika, co będzie wyjaśnione później). Tak wczoraj jechaliśmy z lotniska i było ok. Ale gdy już wszyscy siedzimy zapięci w pasach, kierowca mówi, że nie pojedzie, bo nie ma fotelika dla dziecka, a w rejonie parku jest dużo policji, więc on nie będzie ryzykował. Chwila rozmowy i w końcu anulujemy kurs. Wysiadamy, dzieci zaczynają się przekrzykiwać, chwila nerwowości, Uber odjeżdża. Nie więcej niż minutę później orientuję się, że na podłodze auta zostawiam aparat fotograficzny.

Okazuje się, że i na takie sytuacje Uber ma plan działania. Po 5 minutach auto wraca z kierowcą, który dość słabo mówi po angielsku, ale zrozumiał, że coś zostawiliśmy w aucie.  Nie załapał jednak co i gdzie, więc wybiega i otwiera bagażnik. W bagażniku torebka. Michał mówi, że on zostawił aparat na podłodze tylnego siedzenia. Kierowca wciska mu torbę. Michał mówi, że to nie jego. Kierowca twierdzi, że jego również nie. Inspekcja zawartości odkrywa w środku paszport jakiejś Brytyjki. Mimo nalegań kierowcy nie chcemy jednak przyjąć torebki, zabieramy swój aparat i idziemy byle dalej. Sytuacja tak irracjonalna, że jeszcze przez kilka minut mam wrażenie, że z tyłu nadleci w naszym kierunku ta biedna torebka, rzucona przez nieprzejednanego kierowcę Ubera.

Dochodzimy do stacji metra i po konsultacji z mapą oraz panem sprzedającym wycieczki objazdowe po L.A. odpuszczamy park na ten dzień. Zbyt skomplikowany dojazd, za dużo przesiadek z wózkiem.

Postanawiamy jechać na pobliską plażę w Santa Monica. Na mapie wyglądała naprawdę na pobliską.

W L.A. NIC nie jest pobliskie. To najważniejsze przesłanie, którym chcielibyśmy się podzielić.

Najpierw 25 minut jazdy metrem. Potem przesiadka do shuttle bus, bo jedna ze stacji przesiadkowych metra była remontowana. Pomocni panowie w kamizelkach na każdym kroku wskazywali nam drogę, pomogli zapakować się do autobusu, zapewnili, że bilet jest ważny.

W autobusie ogarnęły nas wątpliwości, gdzie wysiąść. Michał zaczął iść w stronę kierowcy, gdy zaczepił go pasażer, który spytał czy może jakoś pomóc. Takich właśnie ludzi spotykaliśmy w tym mieście. Jak tylko ktoś zauważył nasze zagubienie, od razu oferował pomoc. Przy wchodzeniu do budynków zawsze znalazł się ktoś, kto przytrzymał drzwi przed wózkiem dziecięcym. Co jakiś czas ktoś mówi komplementy dotyczące dzieci (dwójka ninjów w pełnym uzbrojeniu oraz drepcząca pomiędzy nimi mała panienka zwracają uwagę), a jeszcze częściej po prostu spotykamy się z uśmiechami. Uśmiechał się do mnie transwestyta siedzący naprzeciw na siedzeniu w metrze, gdy na moich dwóch kolanach tuliło się do mnie dwoje dzieci. Uśmiechał się pan na przystanku autobusowym, ochroniarz w supermarkecie, pani z zakupami, której Kaj przebiegł tuż przed wózkiem. Tu ludzie chyba się po prostu uśmiechają. Miła odmiana po polskich stewardessach.

Gdy dotarliśmy do drugiej linii metra, czekało nas jeszcze 40 minut jazdy do oceanu. Teraz już rozumiem, o co chodziło kiedyś jednemu chłopakowi, który w reportażu o gangach L.A. mówił, że mieszka w nim całe życie, ale jeszcze nie był nad oceanem. Bo daleko (tego właśnie nie ogarniałam, ale teraz już wiem), a poza tym jadąc tam musiałby przejść przez ulicę drugiego gangu, więc pewnie nad ocean i tak by nie dotarł żywy.

W końcu jesteśmy. Najpierw próbujemy rozgryźć przejście dla pieszych jak z obrazu M.C. Eschera – najwyraźniej tylko my potrzebujemy chwili, żeby zrozumieć kiedy i jak iść. Gdy to już odkrywamy, uznajemy, że jest to genialne rozwiązanie pozwalające uniknąć idiotycznego dwukrotnego przechodzenia przez ulicę, gdy chce się być w punkcie po przekątnej skrzyżowania.  

Skrzyżowanie Eschera to nic dla prawdziwego Ninja

Potem krótki spacer falującym deptakiem i ponad tłumem głów dostrzegamy stalowy odcień wody.

Pogoda paskudna, 22 stopnie, duży wiatr, pełne zachmurzenie. Dzieciom w softshellach jest tak zimno, że oddajemy im swoje.

Jestem fanką oceanów. Fale, kolor, zapach jest moim narkotykiem. Ale tutaj – porażka. Hałaśliwe, zatłoczone molo, park rozrywki, uliczni sprzedawcy śmierdzącego starym tłuszczem jedzenia.

Na samej plaży nie lepiej. Zimno, ponuro, tłoczno. Są tu rodziny z dziećmi z amerykańskim optymizmem ignorujące temperaturę, grupy nastolatków próbujące wyglądać jak właściciele plaży, lekkomyślni pływacy, turyści, bezdomni.

Ale dzieciaki ulegają magii wody i zaczynają odwieczną zabawę w uciekanie przed falami. Patrząc na ich radość spędzamy tam dwa kwadranse. Fajnie jest siedzieć na plaży i patrzeć na swoich synów, już tak dużych i tworzących niezwykłą parę przyjaciół. Doskonale się uzupełniają, co tym razem objawia się podpuszczaniem Kaja przez starszego brata, żeby sprawdził temperaturę wody. Ręka na plecach i zachęcający okrzyk: Dasz radę, będziesz taki dzielny jak ja – skutkują. Młodszy, którego problemem jest absolutny i totalny brak przewidywania konsekwencji i ogromny entuzjazm do sprawdzania empirycznie każdego pomysłu, wbiega do oceanu.

W końcu – jak zwykle i jak zawsze – fala okazuje się szybsza i Kaj przemacza buty, spodnie i mój softshell. Sekundę po tym, gdy mówiłam, żeby nie wchodził tak daleko do wody, bo zamoczy ubranie. Wracamy.

Znów długa jazda naziemną linią metra przez niekończące się przedmieścia z miłymi w sumie domkami, gdzie jednak kraty w każdym oknie wprowadzają pewien niepokój. Drugą rzeczą, która zwraca naszą uwagę to pasażerowie – sami czarni, Latynosi i trochę Azjatów. Nikt z nich nie był białym kołnierzykiem, nikt nie był w garsonce lub garniturze. W Los Angeles komunikacją publiczną nie jeździ biała średnia klasa.

Mimo to ani razu nie czuliśmy się zagrożeni (pewnie dlatego, że jednak jechaliśmy za dnia i linią nie przechodzącą przez zakazane obszary gangów). Gdy przy kolejnej przesiadce wchodzę do wagonu z Kajem na rękach, bo biedak zasnął w tych przemoczonych ubraniach, duży, ponury, czarny mężczyzna, który spokojnie mógłby być co najmniej zastępcą szefa Gangu Bardzo Groźnych Tatuaży i Skórzanych Ubrań (o ile oczywiście ktoś taki jeździ metrem), ustępuje mi z uśmiechem miejsce.

A gdy z tym samym wiszącym tym razem na Michała ramieniu Kajem stoimy na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło, stojący obok uzbrojony policjant podchodzi i pyta czy wszystko w porządku. Wyjaśniamy, że dziecko zasnęło, bo to był długi dzień i jet lag go w końcu pokonał. Policjant kiwa głową i zaczyna się jedna z dziesiątek gadek – szmatek, które tutaj się uprawia codziennie, i które zaczynają nam się podobać.

Ciekawe czy po dwumiesięcznym pobycie wyrośnie nam specjalny mięsień na twarzy służący do uśmiechu, tak jak psy mają specjalny mięsień do robienia maślanych oczu (to fakt, wilki tego nie mają, widzieliście kiedyś wilka z maślanymi oczętami?)?

Wykończeni docieramy do hotelu i zasypiamy prawie natychmiast. Jeszcze tylko Stefka jest rozchwiana i nie bardzo łapie kiedy jest noc, a kiedy dzień, ale powoli udaje nam się ją przestawić. Hydroksyzyna jest niezastąpiona ;)

Powiedzieliśmy, że w tym kraju są takie pieniądze, które na całym świecie są synonimem bogactwa. Jak myśl wpadła do głowy Kajowi, który natychmiast ją przetestował? Obrzucić się dolarami w pokoju budżetowego motelu…

Palę zioło, jest wesoło

Pytają nas, czy nie boimy się tak długich podróży z dziećmi. Nie, nie boimy się. Boimy się nadejścia czasów, gdy na nasze: w tym roku jedziemy do … odpowiedzą: to jedźcie.

Ten moment jest coraz bliżej. W sumie to już teraz słyszymy marudzenia, że nie chcą, że wolą zostać w domu (z komputerem i siecią LTE), że po co i dlaczego i za jakie grzechy i dlaczego bez kolegów z klasy/przedszkola. Ale wciąż mamy nad nimi przewagę fizyczną i szantaż finansowy, więc nie mają wyjścia i jadą.

Po Australii, gdy byliśmy wypakowani w liczbę toreb przekraczającą liczbę rąk, tym razem jesteśmy mądrzejsi. Każda podróż to doświadczenie.

Wiem już, że naprawdę nie muszę brać lekarstw na każdą chorobę świata, tam, gdzie jadę są apteki i wiele rzeczy kupię na miejscu. Więc tylko najpotrzebniejsze rzeczy, w tym antybiotyki na wszelki wypadek, standardowy zestaw przeziębieniowy i po jednym opakowaniu leków na pierwszą pomoc (zatrucie, zapalenie spojówek, alergia). Nasza apteczka, mimo że wciąż ogromna, wygląda tym razem na bardzo mizerną w porównaniu z tą australijską, gdy wzięliśmy kilkanaście bandaży na opatrywanie ukąszonych przez węże kończyn J

Trzecie dziecko też już nie stanowi wyzwania. Pieluch tylko tyle, by dotrwać do pierwszego noclegu. Zabawek sztuk trzy, bo przekonałam się, że podczas podróży wszystko jest zabawką – chusteczki, but, patyk, kamienie, atlas (najlepszy taki na sprężynce, kartki się tak fajnie wyrywają). Najlepszą jest opakowanie po wilgotnych chusteczkach z plastikowym zapięciem – wkładamy tam kawałek sznurka, smoczek, klocek Duplo, brudną skarpetkę, gumkę recepturkę, patyczek i kredkę i Stefka jest wniebowzięta wyjmując to dwudziesty raz w ciągu godziny. Gdy wspominam całą dziecięcą walizkę zabawek targanych dla Kaja na drugą półkulę, to czuję zażenowanie.

Choć i tak najbardziej wstydzę się naszego pierwszego zakupy w podróż po Skandynawii z Tolkiem – turystycznej wanienki dziecięcej, która nawet po złożeniu zajmowała w ciul miejsca. Pierwszym matkom można wetknąć absolutnie wszystko.

Na lotnisko przybywamy więc tym razem z torbami sztuk trzy na 5 osób plus wózek. Lecimy LOTem, bo ma najwygodniejsze połączenie – 13 godzin bezpośrednio do L.A. A podróż długodystansowa samolotem to najtrudniejszy etap wyjazdu z dziećmi.

Choć już tym razem nie jest tak źle – filmy i gry na ekranie przed każdym siedzeniem bardzo pomagają. Chłopcy są już w tym wieku, że wciągają się na kilka godzin w ekran i nie musimy się nimi zajmować.

Ja o oglądaniu filmu mogę zapomnieć – Stefania odkrywa, że słuchawki to jej ulubiony gryzak. Nawet nie to, że się brzydzę wkładania do ucha obślinionego czegoś, ale po prostu po sekundzie próby kabelek jest szarpnięty i słuchawka ląduje w buzi ząbkującego potwora.

W końcu Stefka usypia. No dobrze, przyznamy się – daliśmy jej Hydroksyzynę. Dzięki temu przespała 10 godzin bez wybudzania się za każdym razem, gdy uprzejma polska stewardessa waliła ją w głowę pędząc korytarzem.

Słowo daję, w życiu nie przeżyłam lotu z tak koszmarną obsługą. Stefka śpiąc na moich rękach lekko wystawała poza fotel. Ale żaden z przechodzących pasażerów jej nie potrącał (nawet ci solidnie zbudowani Amerykanie, którzy wykupują po dwa miejsca siedzące ) – umiejętność tą opanowały tylko stewardessy. Ba, potrafiły się wspiąć na wyższy poziom i walić w śpiące dziecko wózkiem cateringowym (na szczęście tym razem nóżkami wystającymi na korytarz). I możliwe, że od wysokości przygłuchłam, ale wydaje mi się, że ani razu nie usłyszałam przepraszam.

Za to gdy poszłam do toalety, to poczułam się jak na podupadającym dworcu kolejowym. Przed toaletą czyjeś wymiociny posypane proszkiem, który miał neutralizować smród, a tylko dodawał efektu wizualnego. Kibel zasikany ze wszystkich stron, nie sprzątany od początku lotu. A na podłodze walający się papier toaletowy. Jeden z kawałków przyczepił mi się do buta, co zauważyłam po wyjściu. Więc odczepiłam go i wrzuciłam na miejsce, czyli do tej toalety. I nie zdążyłam wrócić na miejsce, gdy dopadła mnie jedna z tych przeuroczych stewardess, która oburzonym tonem powiedziała: Miss, you should clean the toilet paper from the floor.

Zatkało mnie. Na sekundę, ale zatkało. W żadnej z dotychczasowych linii lotniczych nie widziałam tak zapuszczonej toalety podczas lotu. I w żadnej nie słyszałam, żeby obsługa kazała pasażerom sprzątać. Pomijam już to, że nie ja rzuciłam papier na podłogę, tylko odkleiłam od buta ten, który już tam leżał niesprzątnięty.

– No chyba sobie żartujesz, kobieto. To ty jesteś w pracy nie ja.

I wróciłam na swoje miejsce. Od tej pory z podwójną uwagą ochraniałam śpiącą Stefkę, bo miałam przeczucie, że stewardessa będzie próbowała się zemścić choćby wylewając na nas gorącą herbatę.

Serio, ten lot to jakaś pomyłka. Panie i jeden pan pracowali z takimi minami, jakby byli na pokładzie za karę. Zero uśmiechu. Zero uprzejmego zagajania. Zero pomocy. Gadżety dla dzieci (kredki i książeczka z zadaniami) wręczane bez jednego słowa. A na końcu podróży byli tak zmęczeni (???), że przy pasażerach narzekali na innych pasażerów, długość lotu i siebie nawzajem. Kwintesencja polskiego buractwa. Czemu? Następnym razem jednak polecimy przez Amsterdam. Lub Monachium. Lub cokolwiek, byle nie LOTem.

 

Na miejsce dotarliśmy, gdy zapadał wieczór. Dla nas to niby był wczesny ranek, ale wyczerpanie robiło swoje. Staliśmy w kolejce do urzędnika, który w zamyśle miał nas sklasyfikować jako niegroźnych turystów lub niebezpieczny element  (ha! znam wasze wszystkie sztuczki z pytaniami, przeszłam wasze szkolenie profajlingowe! Nie zagniecie mnie na żadnej kwestii i nie dowiecie się, że wpuszczacie dwójkę lewaków podpisujących każdą petycję Amnesty International, w tym te o zaprzestaniu łamania praw człowieka przez rząd Stanów Zjednoczonych). Nadeszła nasza kolej, ja spięłam pośladki i już byłam gotowa do bitwy, gdy przemiły pan powiedział do mnie: O twoje odciski palców się źle sczytały. Ale masz dziecko na ręku, więc nie będziemy tego robić jeszcze raz, zaraz tutaj zatwierdzę twoją wizę. 180 dni wam wystarczy? Naprawdę, zamierzacie zwiedzić nasze parki narodowe przez 8 tygodni? Jesteście wspaniali! Koniecznie odwiedźcie Yosemite, to mój ulubiony. Pięknych wakacji wam życzę!

 

I tyle jeśli chodzi o podchwytliwe pytania. Lekko rozczarowana podreptałam za Michałem po odbiór bagażu. Ponieważ lot był opóźniony ponad półtorej godziny moje myśli były w hotelu – rezerwacja obowiązywała tylko do 23:00, i martwiłam się czy nam nie przepadnie. A zadzwonić nie miałam jak, bo koszt raomingu jednak powalał.

Gdy orientowaliśmy się co i jak w nowym miejscu, Kaj odkrył z zachwytem największy wynalazek Ameryki – krany z darmową wodą do picia. Dołączył do niego Tolek i w ten sposób na lotnisku nasze dzieci dały przedstawienie pt. „13 godzin lotu bez kropli wody”. Udało się ich oderwać obietnicą większej ilości takich cudów w mieście.

Zamówiliśmy Ubera i gdy podjechał, pakujemy się do środka. Michał wsadza torby i nagle rzuca: O kurwa! Zapomnieliśmy odebrać wózka dziecięcego z oversize luggage.

Ok, pojadę do hotelu z dziećmi, a Michał zostanie na lotnisku i jakoś spróbuje wózek odzyskać. Ja zaczynam snuć wizje, że podejrzliwi agenci TSA uznają, że wózek jednak jest zakamuflowaną bombą, że męża następnym razem zobaczę za kratkami w Guantanamo, że musimy sprzedać dom, żeby zapłacić za amerykańskiego prawnika – niezły PR mają ci  Amerykanie, nie?

Po 20 minutach jazdy dojeżdżamy do hotelu. Dzieci śpią jak zabite, ja w sumie też z ledwością otwieram oczy, bo w czasie lotu nie spałam pilnując Stefy. To moja 29 godzina na nogach, a nie mam już 20stu lat.

Kierowca pomaga mi wystawić torby na parking, na torbach kładę śpiących chłopców, Stefę biorę na rękę i idę do recepcji. No i się zaczyna.

Pan twierdzi, że ma moją rezerwację, ale nie może mi dać klucza, bo jest nieopłacona. Chcę zapłacić, ale on stwierdza, że karta się nie zgadza – rezerwację robiłam przez booking.com i mimo, że jest na mnie, to podałam tam kartę Michała. Okazuje się, że jest to problem, bo mogę zapłacić tylko tamtą.

Musimy czekać na Michała. Moja wizja, że będę jechać do Guantanamo choćby po kartę staje się coraz wyraźniejsza. Patrzę na śpiących chłopców na torbach, zastanawiam się, czy spędzenie tak nocy w ogóle wchodzi w grę, dochodzę do wniosku, że jednak nie, i postanawiam jeszcze raz spróbować.

– Ale może mógłbyś… – zaczynam mówić odwracając się w stronę recepcjonisty i milknę. Gość stoi na baczność, oczy ma zamknięte, kiwa się w przód i w tył i coś mamrocze. No modli się normalnie. Tylko do czego??? Po chwili siada na krześle z nieprzytomnym wzrokiem, przesuwa przed siebie kalendarz biurkowy i … zaczyna w jego stronę bić pokłony.

No przyznam, że mnie to lekko zaniepokoiło. Jak nic, gość coś przed chwilą sztachnął.

Z ręką na klamce drzwi od recepcji układam plan ucieczki z trójką śpiących dzieci przez nieznane, na pewno opanowane przez gangi, okolice Hollywood.

Nagle recepcjonista potrząsa głową, mruga oczami, patrzy na mnie jakby widział mnie pierwszy raz w życiu i mówi:

– Oh, hello, how can I help you?

– Yyyy, I want to pay for my reservation. – próbuję, ale nogi gotowe do biegu.

– Of course, no problem.

Kalifornia to stan, w którym maryśka jest legalna. Właśnie mam dowód, jak bardzo ułatwia to życie.

Ps. Wózek odzyskany bez problemów i z wielką pomocą przyjaznego personelu. Michał puszczony wolno. Recepcjonista był szczęśliwy do rana.

Terroryzm zdjęciowy

Czy ma Pani wrogie zamiary wobec Stanów Zjednoczonych Ameryki?

Patrzę na Stefkę, 13 miesięcy. Właśnie znów ząbkuje i z uporem psychopaty odgryza kawałek gumowej piłki psa. Pies patrzy zrozpaczony, ale bezsilny. Hm.

– Nie, skądże – wpisuję w jej imieniu.

Nasza ulubiona czynność – wnioski wizowe. Wyjazd poza UE zawiera łyżkę dziegciu, i jakoś nigdy nie mogę spokojnie wypełnić tych idiotycznych formularzy.

– Czy była Pani skazana za tortury i łamanie praw człowieka?

– Ja nie, ale wasi żołnierze jak najbardziej.

– Czy pracuje pani dla wywiadu obcego kraju?

– Ja nie, ale słyszałam, że wasz prezydent być może.

– Kto w Stanach może potwierdzić, że ty to ty (wolne tłumaczenie: confirm your identity)?

– Hm, miś Yogi? Lub Kevin Costner – powinien kojarzyć mnie z co najmniej setki miłosnych listów wysyłanych w latach 90tych.

– Gdzie zamierzasz spędzić swój pobyt w Stanach?

– Litości, macie ponad 9 milonów km2 terenu, mam się teraz deklarować???

– Podaj adres miejsca, w którymi będziesz spać.

– Chodzi o adres parkingu, na którym staniemy kamperem jednego z 56 dni?

I tak dalej. Idiotyczne pytania, które w zamyśle miały wyłapać złych ludzi. Nie zapomnę jak na służbowym szkoleniu robionym przez ludzi z TSA (Transportation Security Administration) instruktor uczący nas profilowania ludzi, którzy mogą być podejrzani o zamiary terrorystyczne jako pasażerowie samolotu wymienił jedną z cech: za bilet zapłacono kartą kredytową.

Zdębieliśmy. Że co? To wy tam w tej Ameryce latacie z 3 tysiącami w gotówce i kupujecie za to bilet do Europy?

Co kraj to obyczaj.

Wypełniliśmy, wysłaliśmy, zapłaciliśmy. Dzień przed wizytą w konsulacie po godz. 18 przychodzi mail – zdjęcia wgrane podczas składania wniosku, zaakceptowane przez aplikację on-line jednak nie spełniają wymagań i na spotkanie mamy przynieść nowe, pasujące zdjęcie.

No i fajnie. Plan był taki, że do konsulatu pojadę sama, bo dzieci nie muszą, ale teraz muszą. Bo wieczorem nie zrobimy już nigdzie zdjęć, a tak się składa, że w konsulacie jest automat, który za jedyne 30 zeta wykonuje poprawne fotki.

Więc rano pakujemy się do auta i nagle refleksja – w mailu było napisane, że automat przyjmuje tylko gotówkę i nie wydaje reszty. Jesteśmy na styk, ale zatrzymujemy się przy jednym bankomacie. Chwilowa awaria.

Jedziemy do drugiego – zlikwidowany.

Trzeci – też awaria. WTF – w nocy był jakiś atak, o którym nie wiemy?

Już spóźnieni (wierzcie mi, ja nie lubię się spóźniać, ale spóźnienie się do ważnego gościa, który może nam zniszczyć wakacje podnosi ciśnienie) zjeżdżamy z trasy na parking w Jankach. Bankomat jest, nawet czynny, ale właśnie obsługa wymienia w nim kasetkę z pieniędzmi. Czekam aż skończą, popędzam, pytam, czy nie mogą mi jakoś z tej kasetki wyjąć 3 razy po 30 złotych. Spojrzeli się tak, jakbym ich poprosiła o pomoc w morderstwie.

W końcu skończyli. Bankomat działa, tylko wydaje po 50 zł. W desperacji biorę trzy pięćdziesiątki, wpadam do MacDonalda, przebłaguję panią, żeby mi choć dwie rozmieniła i pędzimy do Warszawy.

Na miejscu okazało się, że automat do zdjęć owszem nie wydawał reszty, ale oprócz gotówki akceptował zwykłe karty. I fakt zapłacenia za zdjęcia kartą zamiast gotówką NIE sklasyfikował mnie jako podejrzanej o zamach. Tym razem.

A urzędnik za szybką zadał mi jedno, jedyne pytanie:

– Dlaczego nie przyjęła pani nazwiska męża?

Już miałam zgrabnie odpowiedzieć standardowo: Bo nie jestem autem, żeby zmieniać tablice rejestracyjne w zależności od właściciela.

Ale przypomniałam sobie, że w USA żartowanie sobie w obecności urzędnika = żartowanie z urzędnika = agresja wobec urzędnika = 20 lat więzienia stanowego.

– Ach, bo widzi Pan, mam długie imię, i jak dodam do tego długie nazwisko, to nie zawsze będzie wystarczająco miejsca na różnych dokumentach do podpisania.

Pan pokiwał ze zrozumieniem głową, coś wpisał do komputera i dał mi karteczkę z napisem: Wiza została przyznana.

Zew. I odzew.

Miałam 7 lat, gdy w paczce z zagranicy nieznana ciocia przysłała mi najpiękniejszą sukienkę na świecie. Letnią, różową, z falbanką! i z ogromną, prawdziwą Myszką Miki.

To był wciąż PRL, dość szary i nudny. A ta sukienka… Była cudna. Nosiłam ją codziennie czując podświadomie, że mam w swoim posiadaniu „prawdziwe coś z innego świata”.

Po pół roku przyszedł list od cioci. Pytała mamę, czy podobała mi się wysłana piżamka. PIŻAMKA!

„Jeśli w tej przebrzydłej Ameryce noszą TAKIE piżamki, to jak tam musi być pięknie” – ta jedna myśl, to jedno namacalne doświadczenie zniweczyło cały wysiłek edukacyjno-propagandowy kraju, w którym dorastałam. Zdradziłam ustrój pustych półek bez mrugnięcia okiem. Ceną za mój patriotyzm była piżamka z Myszką Miki. To było pierwsze wołanie Ameryki w moją stronę.

Miałam 12 lat, gdy na Gwiazdkę dostałam od Babci i Dziadka album – Parki Narodowe Świata.

Na okładce było zdjęcie, które mnie zahipnotyzowało – Wielki Kanion Kolorado.

Był 1991 rok, czasy przedinternetowe. Wyciągnęłam odpowiedni tom grubaśnej encyklopedii PWN i tam stosowne hasło opatrzone było:

– mnóstwem nic nie mówiących cyfr (tak jakby ilość metrów w kilku wymiarach miała moc rysowania nieznanego miejsca w wyobraźni)

– informacją, że kanion został odkryty w 1540 r. przez konkwistadora hiszpańskiego G.L. de Cárdenasa. Hm, rozumiem, że natywni mieszkańcy kontynentu tam nigdy nie dotarli, bo nie wyryli na skale: Tu byłem, Winnetou. A kanion przez ten cały czas był nakryty kołderką, aż pewien sprytny Hiszpan nie odkrył go mówiąc: A kuku psotny kanionku! Odkryłem cię!

– nieostrym, rozmazanym, czarno-białym zdjęciem

W Sylwestra 1991 r. pisząc listę planów na kolejny rok w zeszycie w kratkę pojawiło się: Odwiedzić Wielki Kanion. To było drugie wołanie Ameryki.

A potem był sączący się mimochodem mit. Pochłaniane powieści o kowbojach płynnie przeszły w powieści o mordercach, historie obyczajowe w historie wybijające z dobrego samopoczucia. Romanse przeplatały się z kryminałami prawniczymi, opowieści drogi z pamiętnikami.

Sielankowe miasteczka Sparksa, ciepłe, sąsiedzkie Południe u Fannie Flagg (z niewielką nutką rasizmu, zawsze okazującą się nietrwałą wobec dobroci ludzkiego serca – historie będące rosołem dla duszy). Sale sądowe Grishama, wilgotne, bagniste farmy Luizjany, niebezpieczne wielkie miasta oferujące szansę dla każdego, i małe, spokojne miasteczka, których sielankę burzył nieznany psychopata.

Były teksty piosenek, były setki filmów.

Nie będąc ani razu w Stanach, znałam je lepiej niż własne podwórko. Pop kultura kreująca znany wszystkim mit. Ale czyż w każdym micie nie ma źdźbła prawdy?

Wybierając kierunek wyjazdu w tym roku, Ameryka ponownie nie była na szczycie naszej listy. Z tyłu głowy wiedzieliśmy, że kiedyś do niej dotrzemy, żeby na własnej skórze poczuć to miejsce pełne sprzeczności, iluzji, niezwykłych, tak różnych od siebie krajobrazów, kultur, sposobu życia i myślenia.

Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Jest przecież tyle innych, bardziej egzotycznych miejsc.

Jednak nigdy nic nie wiadomo – w maju okazało się, że musimy pilnie zmienić plany i Azję zastąpić czymś innym. Gorączkowe myślenie: w Nowej Zelandii zaczyna się zima, Indonezja wymaga dłuższych przygotowań, choćby ze szczepieniami, w Europie tłumy wakacyjne, Australia – o matko, Australia zawsze i na zawsze, ale może jednak pojedziemy gdzieś indziej.

I jakoś naturalnie pojawiły się Stany. Język znamy, szczepień nie trzeba, dla dzieci bezpiecznie. No i bądźmy szczerzy – bez szoku kulturowego. Wakacje na pełnym lajcie, trochę jakbyśmy w końcu dotarli do miejsca, o którym zawsze wszystko wiedzieliśmy. A jednocześnie w końcu mieliśmy to zobaczyć.

Więc Stany.

Podróż z opowieścią drogi w miejscu, gdzie opowieść drogi się narodziła. Zmierzmy się z tym.

Podziękowania

Ta podróż nie doszłaby do skutku, gdyby nie pomoc i zaangażowanie szeregu osób. W każdej porządnej książce czy filmie autor zamieszcza podziękowania, zwykle nie czytane przez nikogo oprócz samych zainteresowanych.

Nasz blog też jest porządny, więc żeby zwyczajowi stało się zadość poniżej zamieszczamy nasze gorące ukłony. Będzie krótko, więc nie ma sensu przewijać wpisu.
Dziękujemy klockom lego duplo, które zajmowały się naszymi dziećmi przez cały weekend, gdy my mordowaliśmy się nad mapą i przewodnikami. O dzieciach przypomnieliśmy sobie dopiero pod wieczów, gdy Tolek (lat 3) spytał się gdzie jest nóż do chleba, bo chce przygotować Kajowi (miesięcy 9) kanapki z dżemem na kolację. Na nasze przerażone pytanie co jedli na obiad, syn odpowiedział spokojnie, że chrupki. Chrupkom też dziękujemy.
IMG_5960
Dziękujemy przyjaciołom ze Świnoujścia, którzy przygarneli naszego psa, deklarując chęć spacerów z Nessie po plaży. Jesteście niesamowici! Z drugiej strony, gdy w trakcie otrzymywaliśmy zdjęcia relacjonujące poziom opieki nad naszym kundlem domowym pospolitym, to przemknęło nam przez myśl, czy następnym razem dzieci tam nie podrzucić razem z psem : )
10175919_719277818122643_1967721627_o 10177036_721205634596528_962397125_o
Dziękujemy Mikołajom, którzy zaopatrzyli nasze dzieci w niezbędne wyposażenie antynudowe na tą długą podróż. Naprawdę uratowaliście nas przed szaleństwem!
IMG_6573
Dziękujemy Królewskiej Poczcie Brytyjskiej, za dostarczenie nam podróżnych cubsów w rozsądnej cenie. Zestaw 3 profesjonalnych pojemników do  bagażu kosztował na Amazonie ok. 100 zł. Taki sposób pakowania sprawdza się przy częstym pakowaniu i wypakowywaniu plecaka, ale przy naszej ilości bagażu koszt byłby jakiś kosmiczny. Na szczęście zupełnym przypadkiem na allegro w składnicy sprzętu wojskowego z mundurami, menażkami i skarpetkami znalazłam brytyjskie opakowania na listy – 2,40 zł za sztukę. Pomysł chroniony patentem!
IMG_6233
Dziękujemy panu Premierowi Tuskowi za wprowadzenie rocznego urlopu rodzicielskiego dla wszystkich dzieci urodzonych w 2013 r., dzięki któremu mogliśmy zwolnić się z pracy na tak długą podróż. Choć osobiście uważamy, że nie jest to najmądrzejszy pomysł na walkę z bezrobociem, ani tym bardziej ze słabszą pozycją kobiet na rynku pracy. Za to jeden z lepszych pomysłów na zbudowanie fundamentów relacji ze swoim dzieckiem.
Dziękujemy Lołdusowi za towarzystwo i dodawanie otuchy w ciężkich chwilach.
Nie wiecie, kim jest Lołdus? Lołdus to stworzenie (nie mylić z potworem), które pije przeźroczystą kawę i przegryza ją siuśkami. Ma cztery łapy, jest fioletowe, i dość długie. Gdy czegoś nie chcesz zrobić, może cię zjeść (…bo jak nie, bo jak nie, to cię Lołdus zje).
Przyplątał się do naszej rodziny jakoś w listopadzie, i siłą rzeczy poleciał do Australii, może dlatego, że nie zabierał dużo przestrzeni bagażowej. Znosił wszystkie trudy i niewygody, w zamian doświadczając wspaniałej przygody. Czasem gdzieś się gubił, ale zawsze w końcu się znajdował, wystarczyło wyjąć z kieszeni specjalne, niewidoczne lołdusowe ciasteczka. Podczas któregoś kolejnego lotu udało nam się nakłonić Tolka, żeby narysował nam naszego Lołdusa, i teraz już wiemy jak wygląda. Na 100% nie pomylimy go z innym, gdyby jeszcze jakieś istniały na świecie.
 FullSizeRender
I dziękujemy Kajowi, że nam ten urlop załatwił, mimo że przychodząc na świat za wcześnie i niezgodnie z umową, sprawił wrażenie, iż nowe przepisy nas nie obejmą :)
 IMG_5217
A ostatnie podziękowania są dla Tolka Strażaka, którego spytaliśmy, czy po trudach Skandynawii zgodzi się z nami jechać na cztery miesiące na drugi koniec świata. A nasz chłopczyk tylko spytał: Czy to TAM są największe pożary buszu na świecie? To muszę zabrać swój sprzęt strażacki.
IMG_6579
Bez Was, Chłopaki, ta podróż byłaby zaledwie przemierzaniem kilometrów.
IMG_8268

Kawa z książęcą parą.

Ostatnie trzy dni w Australii.

Wychodząc z założenia, że lepszy jest tort z wisienką niż bez niej, jako ukoronowanie naczej czteromiesięcznej włóczęgi, marznięcia w namiocie, tłoczenia się w ekonomicznych kabinach i najmniejszym kamperze, hotel w Sydney był balsamem dla naszych już rozpaczających z powodu pożegnania serc. Może nie tyle sam hotel, bo ten był po prostu „w porządku“, ale miejscówka miała odpowiedni klimat i robiła wrażenie.

Po przylocie z Perth o nieludzko wczesnej porze wyspane dzieciaki obudziły się, a my ledwo stojąc na nogach i widząc na oczy złapaliśmy taksówkę. Taksówkarz łamiąc wszelkie możliwe przepisy o czerwonych światłach, liniach ciągłych i ograniczeniach prędkości (był jak się okazało Chorwatem i gadając przez całą drogę przez komórkę z innymi Chorwatami – taksówkarzami ostrzegał o zauważonych patrolach policji, w zamian dostając podobne informacje) zawiózł nas najpierw do hotelu Ibis na lotnisku. Tam, nastawieni na kłopoty poszliśmy odebrać nasz bagaż zajmujący dwa wielkie schowki, a pozostawiony tam trzy tygodnie temu za skandalicznie śmieszną opłatę wynoszącą kilka dolarów. W regulaminie to była opłata dobowa, ale w hotelu zapewniali nas, że to opłata jednorazowa. Weszliśmy, otworzyliśmy schowki, wyjęliśmy bagaż, w tym wózek dziecięcy, wyszliśmy. I nic. Nikt nie zażądał żadnej dopłaty.

W sumie do dziś nie mogę tego zrozumieć, ale złego słowa na sieć Ibis powiedzieć nie dam.

A potem pojechaliśmy na drugą stronę Sydney, by zameldować się w Glenferrie Lodge. Oczywiście tak wcześnie nasz pokój jeszcze nie był dostępny, ale przynajmniej mogliśmy zrzucić tam sześć wielkich bagaży zastawiając cały korytarz. Uzbrojeni w podręczne plecaki poszliśmy na spacer po okolicy.

Na początku trafiliśmy w miejsce, w którym mogłabym zamieszkać od razu. Ogólnie nie nadaję się do mieszkania w bloku, i na co dzień wolę coś spokojniejszego od miasta. Doceniam zalety metropolii, ale nie potrafię nie czuć uwierających wad.

IMG_7279

Jednak gdy zobaczyłam mieszkania w apartamentowcu ustawionym tuż nad brzegiem po drugiej stronie zatoki, gdy wyobraziłam sobie, że mieszkając na parterze właściwie podchodzący pod taras publiczny trawnik mogłabym traktować jak prawie swój, bez obowiązku koszenia, i bez tłumów, bo całość była wprawdzie ogólnie dostępna, ale leżała w ślepym zaułku – tak, tu mogłabym mieszkać i przymknąć oko na drobne, irytujące problemy miejskie. Ten widok z okna…

IMG_7282

Miejsce nas urzekło. Nie wiem jak utrwalić i nazwać tą atmosferę, pewnie Kydryński opisałby je celniej, ale dla mnie był w nim spokój, wytchnienie, a jednocześnie tętno Sydney. Taki relaksujący, wygodny i na poziomie port po dniu pracy.

Wróciliśmy tam kolejnego wieczoru, żeby zobaczyć jak nocą będzie wyglądała panorama City i z oddalenia przyglądaliśmy się mieszkańcom jednego z mieszkań, którzy wraz ze znajomymi urządzili sobie kolację na tarasie. Po otworzeniu drzwi balkonowych znikła granica i mam wrażenie, że ci ludzie spędzali czas jednocześnie w domu i w towarzystwie ikonicznego mostu leżącego w sercu miasta.

Zazdrościłam, oj zazdrościłam.

IMG_7405

 

IMG_7315

IMG_7317

W ogóle dzielnica, w której przez ten moment mieszkaliśmy była niezwykła. Mieszanka eleganckich apartamentowców, pewnie pioruńsko drogich biorąc pod uwagę lokalizację, dużych, prywatnych posesji z trawnikami schodzącymi wprost nad urwisty brzeg oceanu, i malutkich domków, które stały tu zanim ziemia zyskała swoją monetarną wartość. Te domki nie wyglądały na jakieś specjalnie odnowione przez nowych bogatych właścicieli. Wręcz przeciwnie, miały klimat domowego rozgardiaszu stwarzanego przez starszych właścicieli – mnóstwo różnorakich doniczek z ziołami i kwiatami, jakieś zepsute sprzęty zostawione na „przydasię“, ale porządnie poukładane w kącie ganku, w oknach staromodne zasłonki wyblakłe od słońca.

Miks tak wydawałoby się niepasującej do siebie zabudowy, a co za tym idzie – różnych mieszkańców stworzył zaskakująco domowy, ciepły i spokojny klimat.

IMG_7294

IMG_7364

Spacerowaliśmy uliczkami okolicy Kirribilli i nie odczuliśmy presji nowobogactwa, pokazywania się, czy wyścigu na najbardziej zainwestowany (przeinwestowany) dom w okolicy, jak to się niestety zdarza nagminnie w podwarszawskich (i nie tylko) miejscowościach.

Tu było dyskretnie, a przez to miło, stonowanie i jednolicie, mimo różnych budynków. Może to kolorystyka, może brak bilbordów i reklam, może kwestia otwartej przestrzeni z niskimi płotkami i starannie przyciętymi trawnikami.

W każdym razie działało, i ten fragment Sydney, a także spędzony tu czas stał się dla bardzo cennym i nostalgicznym wspomnieniem.

IMG_7306

 

IMG_7415

Była jesień, wspaniała, cudowna, kolorowa jesień i w przeciwieństwie do innych części Australii było ją tutaj widać w europejski sposób. Rosnące wzdłuż uliczek klony czerwieniły się, w ogródkach kwitły jesienne kwiaty, powietrze miało inny zapach, a wiatr powodował, że wieczorami zakładaliśmy długie rękawy. Tak jak i w Polsce, tak i tutaj poczułam jesienne uspokojenie. Po hałaśliwym lecie, gdzie zieleń atakuje oczy, upał domaga się wody ze stukającymi koskami lodu, wokół same kolory, ostre słoneczne światło, mnóstwo bzyczących i latających stworzeń łącznie generujących nieustanny szum i harmider, przychodząca jesień obiecuje odpoczynek. Kolory są takie, że nawet dwustuprocentowa dusza prozaika zaczyna widzieć cień poezji w tym patchworku, ale jednocześnie jesień pozwala stanąć i popatrzeć, zamiast zmuszać do korzystania z uroków, jak to jest przy lecie.

Nie da się ukryć, i już chyba za często to powtarzam, że byliśmy zmęczeni.

Opieka nad cudownymi, ale jednak absorbującymi dziećmi przez całą dobę siedem dni w tygodniu, przez cztery miesiące. Codziennie nowe rzeczy, nowe wyzwania, nowe miejsca, nowe kilometry. Upał, susza, zimno, muchy, piasek, pył.

Ciągły zachwyt przemieszany z ciągłym fizycznym zmęczeniem i byciem w gotowości.

Dotarcie podczas naszej podróży właśnie o tej porze roku do Sydney było doskonałym zakończeniem. Przybyliśmy tu ze środka błotnistej i mokrej polskiej zimy, wprost w gorące i roześmiane lato. Wariowaliśmy tak, jak podczas wakacyjnego lata należy. Ale teraz potrzebowaliśmy jesieni.

Z tego również powodu mamy zaledwie kilka zdjęć z tych trzech dni. Odłożyłam aparat, bo chciałam w inny sposób zapamiętać czas epilogu. Innymi zmysłami, w innym wymiarze. Pisząc tego posta ponad rok od powrótu, z każdym zdaniem przypominają mi się kolejne rzeczy. Kolejne chwile, kolejne wspomnienia. Najpierw pojedyńcze, potem już cała gonitwa. Część zupełnie nieistotna i nie do wplecenia w narrację bloga o podróżowaniu, a jednak nie potrafię nie spróbować ich tutaj zakotwiczyć. Żeby były, nie znikły. Skoro nie ma zdjęć, to niech chociaż opis zostanie.

 

Zwiedziliśmy okolicę, pogrzaliśmy się na trawniku na dr. Mary Booth Lookout (polecamy!), a potem ruszyliśmy na śniadanie. Trochę nie mieliśmy zdania, w którą stronę będzie najbliżej, a było to o tyle ważne, że uliczki idą tu w górę i w dół i pomyłka kosztuje dodatkową wspinaczkę z pustym żołądkiem i dwójką naręcznych dzieci.

Z jakiegoś nieznanego nam jednak powodu po okolicy plątało się sporo policjantów, którzy lusterkami na wysięgnikach sprawdzali zaparkowane samochody, studzienki kanalizacyjne i inne niedostępne miejsca. Nie wyglądali przy tym na bardzo przejętych wizją podłożonego ładunku wybuchowego, więc zaryzykowaliśmy i spytaliśmy przechodzącą dwójkę o rekomendacje śniadaniowe.

Szalenie uprzejmi zaczęli szukać wśród swoich koleżanek i kolegów kogoś, kto stołowałby się w tej okolicy, gdy w międzyczasie minął nas starszy pan. Spytany przez policjantów o radę, wziął nas pod swoją opiekę i prowadząc interesującą rozmowę ze mnóstwem wspólnych wątków (pan był ze Szkocji, więc nie mogliśmy nie powspominać kilku miejsc, które on znał, a my odwiedzieliśmy podczas podróży poślubnej), zaprowadził do kawiarni, w której już zaczynał się ruch. Polecił nam jeszcze parę innych kulinarnych punktów w okolicy na obiad i kolację i poszedł w swoją stronę.

Śniadanie było boskie. Trafiliśmy do Kirribilli Village Cafe i zakochaliśmy się w tutajszych grubych naleśnikach z różnymi dodatkami. Do tego aromatyczna kawa i powoli dochodziliśmy do siebie po locie z Perth.

IMG_7296

 

IMG_7367

A potem, z kolejnymi kawami na wynos wróciliśmy do hotelu i po drodze dowiedzieliśmy się, że na końcu naszej ulicy jest rezydencja Generatora Generalnego, czyli przedstawiciela królowej angielskiej. I tak się składa, że przez kilka dni mieszkała tam najpopularniejsza książęca para, czyli Kate, William i mały George.

Co więcej – właśnie za chwilę będą wyjeżdżać na lotnisko, żeby wrócić do Anglii. Stąd mały tłumek przed bramami rezydencji i stąd nasi ranni policjanci szukający bomb lusterkiem.

Postaliśmy więc przy ulicy, popijaliśmy kawę, aż w końcu brama się otworzyła i przez sześć sekund mogliśmy oglądać biały samochód, we wnętrzu którego podróżowała para książęca z małym następcą. Mam nadzieję, że na moim pierwszym papparraziowym zdjęciu można rozpoznać charakterystyczny nos księcia Williama.

IMG_7297

IMG_7304

Dwa dni szwędaliśmy się bez celu po znajomych miejscach. To tu, to tam, w desperackiej próbie wchłonięcia w siebie jak najwięcej sydnejskiej atmosfery.

IMG_7397

 

IMG_7402

IMG_7494

IMG_7490

 

Miejscem szczególnym okazał się most. Od strony północnej pomiędzy jego monumentalnymi pylonami rośnie zadbany trawnik, zachęcający do piknikowania. Przechodziliśmy tamtędy kilka razy dziennie i za każdym razem panorama City po drugiej stronie w połączeniu z muzyką non stop pracujących żelaznych przęseł zawieszonych wysoko nad naszymi głowami robiła na nas wrażenie.

IMG_7369

Do tego stopnia to miejsce stało się dla nas ikoną – łącznikiem z australijską przygodą, że po powrocie do domu wymieniliśmy jedyny obraz wiszący w pokoju dziennym. Do tej pory było to zdjęcie Uluru o zachodzie słońca, które zrobiliśmy podczas poprzedniej australijskiej wyprawy. Dobrze się komponowało z ceglaną ścianą, a w ramie ze starych dech zrobiliśmy wnękę na czerwoną ziemię przywiezioną ze środka Oz. Teraz przemalowaliśmy ścianę na biało i na miejscu Uluru zawiesimy zdjęcie z perspektywy Milson Point Wharf.

IMG_7334

Ostatniego dnia pojechaliśmy na kolację do znajomych naszych znajomych, którzy kiedyś przetrzymali nasze rzeczy, gdy byliśmy na północy kontynenty. Bardzo sympatyczni ludzie, będący idealną mieszanką polskiej gościnności i australijskiej przyjazności, więc mimo tego, że właśnie się poznaliśmy, tematów do rozmów nie brakowało. Zapamiętałam z tamtego spotkania dwie najważniejsze rzeczy.

Oczywiście podpytywaliśmy o poziom życia i szanse na przeprowadzkę. I usłyszeliśmy taką radę: jeśli mieszkacie w Europie i stać was na podróżowanie, i stać was na myślenie o przeprowadzce nie z przyczyn ekonomicznych, tylko dla przyjemności – nie sprowadzajcie się.

Australia jest jednym z najbogatszych krajów. W ciągu ostatnich kilku lat bardzo dynamicznie podniosły się zarobki, pojawiły możliwości i zmienił poziom życia. Ale jednocześnie, ze względu na tempo tych zmian, a także na ogólną sytuację na świecie, Australijczycy zaczynają dostrzegać, że ich dobrobyt to była krótka szansa dla konkretnego pokolenia. Pokolenia, które zdążyło tanio kupić nieruchomości, zainwestować, przeprowadzić się. Nieraz w czasie naszej podróży słyszeliśmy od ludzi pięćdziecięcio-, sześćdziesięcio-letnich, że im się w życiu udało, ale ich dzieci już nie będzie stać na taki sam poziom życia. Nie będzie stać na własne mieszkanie, kilka lepszych aut, drogie wakacje. Wraz ze wzbogacieniem oczywiście podniosły się koszty życia i Australia po krótkim okresie bycia ekonomicznym rajem, staje się rajem dla wybranych, a dla pozostałych jest przyjemnym, akceptowalnym, ale drogim miejscem do życia. Europejczycy, którzy chcieli tu spędzić emeryturę za swoje europejskie euro, musieli ograniczyć swoje wymagania lub zdecydować się na powrót. Australijczycy częściej wybierają wakacje w Azji (w turystycznej Indonezji lub w Tajlandii), nie dlatego, że wolą egzotykę, ale dlatego że jest tam taniej niż w ich własnym kraju.

Okres, w którym można było dużo wygrać i przyjemnie żyć skończył się.

Kawiarnię Kirribilli prowadzi Niemka, która przeprowadziła się do Australii dziesięć lat temu wraz z mężem. Nie mieli w Niemczech źle, ale brakowało im australijskiego słońca, luzu i plaż. Udało im się założyć nieźle prosperujący biznes – oprócz kawiarni z obłędnymi naleśnikami ulicę dalej prowadzili naprawdę świetną knajpę z kuchnią włoską. Kupili spory dom z działką na przedmieściach Sydney, tuż koło plaży i z doskonałym dojazdem publicznym do City, więc bez problemu korków.

I rozmawiając z nami właścicielka przyznała, że owszem – jej dom jest teraz wart kilka razy tyle, co w dniu zakupu. Fajnie, że zyskał na wartości, ale co z tego? Przecież go nie sprzeda, więc są to wirtualne, eteryczne pieniądze. Z drugiej strony przyznaje, że jej obecnie na dom w tym miejscu nie byłoby stać. I nie przypuszcza, żeby jej dzieci było.

No dobrze, z przyczyn ekonomicznych nie będziemy się tu sprowadzać, to może jednak dla tego słońca, zachwycających krajobrazów, niekończących się plaż i cudów natury?

Podróżując, na każdym kempingu spotykaliśmy Grey Nomadów. O nich jest osobny, zupełnie niechronologiczny post Michała, bo z różnych przyczyn nie daliśmy rady umieścić go gdzieś wcześniej. Generalnie, są to Australijczycy, którzy na emeryturze postanowili zwiedzić swój kraj. Taka podróż może trwać latami. Ale niezależnie od zorganizowania jej, to jest jedyny sposób zobaczenie kontynentu przez jego mieszkańców. Jak można zwiedzić chociażby to co my widzieliśmy w corocznym dwutygodniowym urlopie? A my też sporo rzeczy ominęliśmy.

Rozmawiając na kolacji z naszymi nowymi znajomymi byliśmy wypytywani o swoją podróż, o widoki, o doświadczenia. Było jasne, że podczas naszych wakacji widzieliśmy więcej Austrlii niż oni mieszkając i pracując tutaj przez trzydzieści lat. Bo jak przychodzi czas urlopu, te kilkanaście wolnych od pracy dni, to najczęściej rok w rok znajomi wracają do Europy. Tęsknią za rodziną i znajomymi, i wychodzą z założenia, że dopóki są w stanie znieść męczącą dobową podróż w samolocie, to będą tak robić. A gdy już przelot będzie zbyt kłopotliwy, wtedy pomyślą o zwiedzeniu Australii.

I ta myśl mnie uderzyła. Można tu mieszkać, można otaczać się mitem obywatela tajemniczego i rajskiego kontynentu (niewiele dalej i w niewiele lepszych miejsc dało się emigrować z Polski), ale jednocześnie można zupełnie nie mieć szans na zakosztowanie jego uroków, poznanie jego magii, zakochanie się w czerwonej ziemi.

Nasze więc niezobowiązująco wypowiadane życzenie, czy jednak się tu nie przeprowadzić prowadzi na manowce. Mieszkanie tu nie jest równoznaczne z ukojeniem pragnienia poznawania i życia rytmem tej krainy. Pracując nie zwiedzimy więcej, dokładniej, ciekawiej.

Rozwiązaniem tęsknoty za Australią nie jest przeprowadzka.

Jeśli nie przeprowadzka, to co? Może ta tęsknota musi pozostać tęsknotą?

Cztery miesiące razem. Dzień w dzień. Przekleństwo i błogosławieństwo w jednym. Z jednej strony to była niezwykła podróż geograficzna. Z drugiej, o wiele cenniejsza podróż po więziach i relacjach między nami. Przecież byliśmy tu w ramach urlopu rodzicielskiego. Coś się wydarzyło, czegoś się dowiedzieliśmy, coś się w nas zmieniło. Niezależnie od zobaczonych krajobrazów i przeżytych przygód, na koniec wynosimy jedną, najcenniejszą wiedzę – czas spędzony razem jest ważniejszy niż cokolwiek innego. Razem, nie obok siebie.

A ponieważ tłem całej przygody były australijskie widoki, zapachy i dźwięki, trudno się dziwić, że nasze serca i dusze są nimi przesiąknięte.

Ostatni dzień, dzień wylotu jest naprawdę ciężki. Spakowani kropka w kropkę tak, jak na plakacie na stacji metra, ostatnie godziny spędziliśmy w Muzeum na wystawie dinozaurów. Chłopaki biegali/dreptali/raczkowali zafascynowani czaszkami i szkieletami, a my w lekkim półtransie, żeby jakoś się nie rozsypać, próbowaliśmy co nieco jeszcze obejrzeć. Na przykład zakonserwowane słynne śmiertelne australijskie węże, które w stanie żywym jakoś nie chciały nam się okazać.

IMG_7418

IMG_7422

IMG_7428

IMG_7424

IMG_7433

IMG_7462

IMG_7464

IMG_7444

IMG_7484

I epilog – powrót mostem na drugą stronę, obiad w Kirribilli Village Restaurant, pożegnanie z sympatyczną właścielką, pośpieszny spacer do hotelu, gorączkowe upychanie bagaży w taksówce (pojęcia nie mam jak się zmieściły), jazda na lotnisko z nadzieją, że nie utkniemy w korku.

Pilnowałam chłopców siedzących nam na kolanach i ze wszystkich sił próbowałam nie patrzeć przez okno. Nie chciałam widzieć mostu, City, ulic, parków. Chciałam już mieć to za sobą. Nie czuć, nie myśleć, nie analizować.

Mnóstwo absorbujących czynności na lotnisku, w ostatniej chwili puszczone przez komórkę info na FB, że wracamy do kraju, ale blog będzie uzupełniany, ostatni łyk kawy, policzenie dzieci i wchodzimy na pokład.

Start. Koniec.

IMG_7309

Wielkanoc z sumatrzańskimi orangutanami

Australijczycy nie są jakoś demonstracyjnie religijni, i na hasło Wielkanoc nie reagują masową pielgrzymką z koszyczkami do kościołów. Zresztą w kraju, w którym jednak jest sporo innych kultur i wyznań, kraju zagarniętym od Aborygenów, nikt nie rzuca prowokujących tez o korzeniach religijnych jako jedynych świadczących o moralności i człowieczeństwie. Jednakże wszyscy Australijczycy, wszyscy wyznają jedną wspólną religię – szacunek do jakiejkolwiek okazji do pikniku. Osoby nie oddające czci dniom wolnym są potępione.

Wielki Piątek zastał nas w Perth. Nie mieliśmy żadnych zobowiązań rodzinnych czy towarzyskich, żadnych zmartwień związanych z tym, czy jajka na miękko czy na twardo i czy barszcz biały będzie wystarczająco biały, zmęczeni byliśmy upałem i podróżą, a nie myciem okien i żyrandoli. Jedyne wyzwanie jakie na nas czekało to jak przeżyć ten dzień w mieście, w którym (w przeciwieństwie do Polski) wszystko było zamknięte. Każdy sklep, każda restauracja, nawet mennica i dzwonnica – wszystko nieczynne. Gdzie pójść, co zjeść?

Tam, gdzie wszyscy mieszkańcy Perth nieposiadający żaglówek – do Kings Park. To rzeczywiście całkiem spory kompleks parkowy, bo w połączeniu z przylegającym Ogrodem Botanicznym zajmuje powierzchnię ponad 400 hektarów. Biorąc pod uwagę brak wózka podczas tej części podróży i noszenie dwójki potomków na własnych plecach, przyjemny, acz męczący podczas marszu upał i fakt, że z hotelu musieliśmy przejść jakieś 3 km w większości pod górkę, gdy dotarliśmy do zieleni, skierowaliśmy się wprost na olbrzymi plac zabaw, bez rozglądania się dookoła.

IMG_7027

Gdybyśmy mieli siły i nie mieli na sumieniu złożonej obietnicy całego dnia na huśtawkach, prawdopodobnie skorzystalibyśmy z innych atrakcji parkowych. Spacer po zawieszonej w koronach drzew ścieżce, piknik w jednym z wielu specjalnie wyposażonych w BBQ miejsc, leżakowanie na trawie z widokiem na migoczące w dole wody rzeki Swan, wędrowanie po dzikich obszarach parku dające smak wędrówki w buszu, wizyta w ogrodzie botanicznym, wieczorne kino pod chmurką.

IMG_7130

Ale cóż, słowo się rzekło, piaskownica czeka.

Wbrew obawom – było super.

Trafiliśmy w miejsce, gdzie połączonych było kilka różnych przestrzeni dla dzieci. Każda miała trochę inny klimat – były zjeżdżalnie, olbrzymia piaskownica z torem przeszkód, park huśtawek, strefa do gier, piracki statek, pająki do wspinania się, wiszące mosty, i strefa chill – out’u, czyli miejsce, w którym można było poczytać ogromne książeczki.

IMG_7030

Tata, na pewno dobrze przeczytałeś?

Tata, na pewno dobrze przeczytałeś?

IMG_7117

IMG_7128

W zależności od atrakcji w różnych częściach placu przebywały dzieci w różnym wieku, choć oczywiście były miejsca, gdzie towarzystwo się miksowało. To co nas pozytywnie zaskoczyło, to zachowanie dzieciaków, które od małego są tu uczone uważności na drugiego człowieka.

Gdy chodzę na place zabaw w okolicy naszego domu jestem pełna stresu, bo non stop muszę uważać, żeby starsze dzieciaki biegnąc nie zdeptały raczkującego Kaja, interweniować, gdy przepychają młodsze (czyli moje) dzieci na zjeżdżalni, albo tłumaczyć, że muszą poczekać w kolejce, aż ktoś młodszy, więc mniej sprawny od nich wdrapie się na górę i zwolni miejsce.

Plac zabaw kojarzy mi się ze stresem powyżej przeciętnej, oczami wokół głowy i terroryzującymi okolicę dziećmi po podwójnej dawce red bulla.

Nic takiego nie miało miejsca tutaj. Bez żadnych napomnień czy uwag ze strony pilnujących rodziców nikt nie wpadał na Kaja, który – będę szczera – opanował do perfekcji zdolność włażenia pod nogi. Gdy jedno z naszych dzieciaków próbowało przejść tor przeszkód i robiło to bardzo wolno, to za nimi grzecznie w kolejce stały inne dzieci i nikt się nie przepychał, ani nawet słownie nie popędzał.

IMG_7079

IMG_7081

Gdy już przywykłam do tej nowej zmiany, po raz pierwszy na placu zabaw – zrelaksowałam się i pozwoliłam sobie poczuć świąteczną atmosferę pikniku.

IMG_7034

Bo właśnie tutaj Australijczycy spędzali Wielkanoc, od piątku począwszy. Całymi rodzinami, lub grupami przyjaciół i znajomych rozkładali koce, ba, mieli nawet turystyczne krzesełka w zaskakujących ilościach, z przepastnych koszy wyjmowali mnóstwo pudełek z jedzeniem i piciem, na gałęziach drzew dla ozdoby wieszali balony lub kolorowe wstążki, i piknikowali. Spędzali razem dzień rozmawiając lub milcząc, grając w gry planszowe lub ruchowe (naprawdę, właściwie nie widziałam tam nosów wetkniętych w tablety czy komórki), czytając (czasem na głos) książki, malując z dzieciakami kolorowanki.

Przyznam, że po raz pierwszy odkąd jestem dorosła pomyślałam sobie, że święta jednak mogą być całkiem fajnym dniem.

IMG_7042

Jedzonko?

Jedzonko?

IMG_7047

IMG_7051

My nie mieliśmy kosza piknikowego, ale wbrew temu co się działo w mieście (czyli, że nic się tam nie działo), tutaj czynna była spora restauracja. Z obiadami, przekąskami, deserami, lodami, piciem. Zatłoczona, ale w formie fast-food’u całkiem sprawnie obsługująca osoby, które z różnych powodów nie miały ze sobą na trawie zestawu z dwunastu dań.

IMG_7105

IMG_7058

IMG_7061

W drugiej połowie dnia Tolek postanowił poćwiczyć w piaskownicy skoki w dal. Komentowałam razem z Michałem (trenerem) jego wyczyny wciskając raz za razem migawkę, a wtedy podeszła do mnie jedna z kobiet i po polsku spytała czy przyszłam na spotkanie polonijnych mam. Okazało się, że jest ich tu całkiem sporo, znalazły się oczywiście w sieci i raz na tydzień spotykają się razem, żeby pogadać, poznać się poza rzeczywistością wirtualną, spędzić razem czas. W ten sposób dzieciaki mają z sobą kontakt, mają kontakt z językiem, a dorośli podpowiadają sobie różne rzeczy – gdzie i jak i co załatwić. Temat przewodni to jak dostać się do kolejnej szkoły (tam też ze względu na rejonizację i kilka bardzo dobrych szkół państwowych rodziny przeprowadzają się do właściwej dzielnicy, bo prywatne dobre szkoły są, ale nawet jak na Perth dość drogie). Dowiedzieliśmy się, że Perth jest rzeczywiście świetnym miejscem do życia, z właściwym tempem, bogatą infrastrukturą w każdej z dzielnic, mnóstwem propozycji spędzania czasu w weekend. Jedyny problem – jest coraz droższe. Mieszkanie do wynajęcia w rozsądnej okolicy to naprawdę spory wydatek, często nierealny dla nowoprzybyłych osób, ewentualnie dostępne są trochę tańsze (ale wciąż jednak kosztujące) małe kliki, w których ciężko jest zmieścić się z pełną rodziną. Plus mieszkań na rynku nie jest znów tak dużo w stosunku do przybywających chętnych, a to oczywiście winduje ceny.

Perth jest najszybciej rosnącym w liczbę mieszkańców miastem Australii. Pomijając liczby (aktualne do znalezienia w sieci), rozwiązaniem tego paradoksu (czemu ludzie chcą tu mieszkać i tyle za to płacić???) jest po prostu ekonomia całej Australii Zachodniej. To najbogatszy stan kontynentu wg przychodu na głowę mieszkańca. Ten wynik jest łatwy do osiągnięcia biorąc pod uwagę jednak małą ogólnie liczbę mieszkańców i źródła dochodów – poza miastami są to dochodowe kopalnie złota, rud żelaza, rafinerie płynnego gazu oraz farmy eksportujące olbrzymie ilości pszenicy. A w miastach i miasteczkach zarabia się na usługach dla pracowników tych kopalnii i ich rodzin. W ten sposób w miejscu, gdzie na pierwszy rzut oka nic nie ma oprócz spalonej pustynnej ziemi, much i oceanu z rekinami, koszt życia według danych statystycznych jest jednym z najwyższych, ale też zapewniających jeden z najlepszych poziomów.

W ten sposób wiadomo już, czemu tutaj nie potrzebują zarabiać na turystach, więc raczej ci, którzy się z jakiegoś powodu zaplątali, są pozostawieni sami sobie.

Nie ukrywam – gdybyśmy składali wniosek o wizę z pozwoleniem na pobyt stały, Perth byłoby jednym z najważniejszych miejsc wskazanych jako preferowane. Tu naprawdę nieźle spędza się dnie. Jedyna niedogodność jaką mam w tyłu głowy – dlaczego stąd jest wszędzie tak daleko? Choć ponoć to kwestia zmiany sposobu myślenia. Bo ostatecznie do Sydney i zielonych części Australii jest stąd bezpośredni pociąg (jadący cztery dni i drogi tak, że raczej jest wykorzystywany jako atrakcja turystyczna), latają tam też samoloty (pięć godzin lotu – dla Australijczyka to „phi“, dla nas wciąż jednak myślących po europejsku to lot przez całą długość Europy na trasie Warszawa – Lizbona), a do Europy jest nawet bliżej niż z Sydney (o te pięć godzin właśnie).

Za to tylko dwa dni drogi do Ningaloo Reef. A potem Broome, Darwin i w dół do outbacku.

Tak, właściwa perspektywa umiejętnie ignoruje niewygodne szczegóły.

fotograf

Pod wieczór, przyjemnie zmęczeni załadowaliśmy dzieciaki na plecy i ruszyliśmy w drogę powrotną do hotelu. Czekało nas tam pakowanie, bo następnego dnia bardzo wcześnie musieliśmy być na lotnisku.

I teraz zagadka dla tych kilkorga osób, które naprawdę sumiennie przeczytały każdy nasz post – pamiętacie, gdzie i w jakich warunkach rezerwowaliśmy bilety na wyprawę do Australii Zachodniej?

Na kempingu pod Grampianami, siedząc pół nocy w kucki między kuchenką sedesem i łóżkiem (tak, wzięliśmy najmniejszą i najtańszą kabinę), klnąc na uciekającą sieć i zacinający się tablet. Szukając możliwych połączeń, zgrywając z tym wynajem kampera w rozsądnej cenie, stawiając czoła faktowi, że w okresie Wielkanocy wszystko jest porezerwowane na dwa miesiące wstecz, dobiliśmy do trzeciej w nocy i ledwo widzieliśmy na oczy. Kilkakrotnie przeładowywaliśmy stronę z rezerwacją, wklepując dane czwórki pasażerów, dane karty kredytowej i każde inne dane, o które byliśmy poproszeni, byle tylko móc już pójść spać na kilka godzin.

Gdy w sobotę, bardzo wczesną sobotę stawiliśmy się na lotnisku w Perth, pewnym zaskoczeniem okazała się informacja, że nie ma nas na liście pasażerów.

W pierszym odruchu pomyślałam, że wystarczy tylko wypić kawę i przecież wszystko się wyjaśni. Kawa zmienia perspektywę, a zmiana perspektywy ignoruje niewygodne szczegóły, tak?

W drugim odruchu pomyślałam, że zemdleję i żadna kawa mi nie pomoże, bo … uprzejmy pan z obsługi odkrył przyczynę problemu. Mieliśmy zarezerwowane i ważne bilety, tylko na 19 czerwca zamiast na 19 kwietnia. Rok się zgadzał.

Jesteśmy na lotnisku z dwójką głodnych i zaspanych dzieci. Mamy do ogarnięcia duże bagaże w dużej liczbie, i gonitwę spanikowanych myśli w głowie.

Jak dotrzeć do Sydney??? Samolot pełen, nie mogą nam przepisać biletu. Nie polecimy. Może wynająć auto? Idiotyzm. Pomijając koszty, to jest 8 dni drogi (można szybciej, ale nie z dziećmi!), a my 23 kwietnia, za 4 dni mieliśmy samolot do Polski. To może zmienić wylot i zamiast z Sydney polecieć z Perth? Kolejny idiotyzm, przecież w Sydney mamy część bagaży w hotelowej przechowalni.

W każdej dłuższej podróży jest taki moment, gdy traci się grunt pod nogami i zdolność poradzenia sobie z problemem, i nas właśnie ten moment spotkał na lotnisku w Perth.

Najśmieszniejsze było to, że nie mogliśmy kupić biletu na najbliższy lot do Sydney ze zniżką za niewykorzystany lot 19 czerwca, bo nie można zmieniać daty wylotu w dniu wylotu! W końcu po iluś rozmowach telefonicznych z centralą (bo znów z jakiegoś powodu pracownicy biura sprzedaży biletów lotniczych nie mieli kompetencji, żeby nam pomóc, gdyż oni tylko sprzedają całkowicie NOWE bilety), zaoferowano nam lot 15 minut po północy. Niby nie jest to 24 godziny przed datą zmiany, ale wg kalendarza jest to już nowy dzień, więc system jakoś to łyknął. Oczywiście musieliśmy nieźle dopłacić za cztery osoby i tym sposobem zużyliśmy fundusze zaoszczędzone na niepływaniu z rekinami wielorybimi. Zużyliśmy, przekroczyliśmy, karta kredytowa jęknęła przy wpisywaniu PINu, ale postanowiliśmy martwić się tym później. Najważniejsze, że odzyskaliśmy szansę na powrót do domu.

Wróciła mi zdolność oddychania, jakoś zagadałam czymś dzieci, kupiliśmy kawę, a potem zaczęliśmy zastanawiać się co do licha mamy robić w wielkanocną sobotę od godziny ósmej rano do północy w Perth, mieście nie dla turystów???

Nie mieliśmy wyboru, a przez to wybór był dość prosty.

Najpierw Michał zaniósł bagaże do automatycznych schowków. Tam spędził godzinę, bo schowki najpierw pożarły monety, potem mimo fałszywej zachęty odmówiły obsługi karty, a do obsługi trudno się było dodzwonić. W końcu przyjechał miły pan, oddał Michałowi monety, wstukał na klawiaturze jakiś kod i obiecał, że będzie dobrze. Cóż, na razie mieliśmy zamknięte i w miarę zabezpieczone duże bagaże, kwitek potwierdzający ten fakt i wiarę, że jesteśmy w cywilizowanym kraju.

A potem pojechaliśmy do zoo. Gdy wybieraliśmy miejsce na czteromiesięczną podróż i powoli zaczął nam się klarować kierunek australijski, zapaliłam się do niedorzecznego pomysłu, że po drodze wpadniemy na Borneo i odwiedzimy rezerwat orangutanów. Niestety (na szczęście – z perspektywy czteromiesięcznego pobytu w Australii) okazało się to o wiele bardziej skomplikowane niż by to wynikało z mapy. Mimo przysłowiowego rzutu beretem kilka przesiadek samolotowych, trudności w dotarciu do samego ośrodka i nienajlepsze rekomendacje pogodowe skreśliły pomysł z listy.

Cóż, nie udało się na Borneo, to zbiegiem okoliczności szczątkowo udało się w Perth. Tutejsze zoo bardzo blisko współpracuje właśnie z Malezją w celu ochrony i uratowania orangutanów. Zbiera fundusze i współfinansuje projekt powrotu orangutanów do naturalnego środowiska, a także stworzenia chronionych obszarów, w których mogłyby żyć orangutany nie umiejące już żyć w zupełnie dzikim środowisku. Program obejmuje również część tych orangutany, które teraz mieszkają w zoo, w szczególności narodzone tutaj młode.

IMG_7164

Orangutan znaczy w języku Dajaków „Człowiek lasu“. Polegając na suchych faktach naukowych najbardziej spokrewnieni pod względem DNA jesteśmy z szympansami. Jednak prymatolodzy zidentyfikowali 63 cechy unikatowe dla przynajmniej jednego gatunku naczelnych, do których należą człowiek, orangutan, szympans i goryl. Z szympansami mamy wspólne tylko dwie, a z orangutanami – 28 (dane z książki Martyny Wojciechowskiej „Borneo“).

IMG_7134

Tyle fakty. Ale wystarczy uczciwie spojrzeć sercem i inna wiedza nie jest potrzebna.

Orangutanica rodzi jedno dziecko. Z dwójką uczepioną futra byłoby jej się bardzo trudno poruszać wśród gałęzi drzew, choć zaobserwowano i takie dzielne mamy.

Karmi je piersią do trzeciego roku życia (i żadne WHO nie musi jej do tego przekonywać, a żaden autorytet nie wmawia, że to nieestetyczne), a opiekuje się troskliwie do około szóstego – siódmego roku. Dziecko opuszcza matkę w wieku lat dziesięciu, choć jeśli jest samicą, to często pozostaje w stadzie.

Jeśli najwcześniej pierwsze dziecko orangutanica ma w wieku 15 lat, a żyje około 40stu, to wychodzi, że w ciągu całego swojego życia ma maksymalnie czwórkę dzieci. A wszystko to po to, aby zapewnić właściwą opiekę i mieć czas na nauczenie dziecka wszystkiego co niezbędne do przeżycia w dżungli.

Wszystkiego, oprócz tego jak nie spotkać na swojej drodze człowieka. Człowieka, który zabija orangutany, bo te niszczą plantację palm, z których jest olej palmowy. Który zabija matki orangutanów, żeby małe małpki sprzedać na czarnym rynku jako zabawki – zwierzątka domowe. Matka zawsze broni się aż do końca, a świadkiem tego mordu jest wczepione w jej futro maleństwo. Po zabiciu człowiek musi odrywać takie dziecko od ciała matki, a zdaża się że orangutanek jest tak mocno wczepiony, że ucina mu się łapkę. Na targu dostanie się co prawda za takie kalekie dziecko mniej, ale lepiej mniej niż wcale.

Tak, wystarczy popatrzeć sercem, żeby zobaczyć.

W Perth Zoo dla orangutanów stworzono specjalny wybieg. Ponieważ w naturze spędzają one ponad 95 % swojego życia w konarach drzew, umożliwiono im prowadzenie podobnego trybu w niewoli.

IMG_7212

Może stalowe pręty i gniazda nie wyglądają najbardziej ekologicznie i naturalnie, ale ponoć doskonale się sprawdzają, można modyfikować ich ustawienie, a orangutany uczą się na nich jak na prawdziwych drzewach.

IMG_7147

Cały dzień w zoo, a przed ich wybiegiem spędziliśmy oczywiście najwięcej czasu. Choć były momenty, gdy przez obiektyw łapałam spojrzenie orangutaniej mamy i wtedy czułam się dość nieswojo. Jej po głowie skakało dziecko, mi na plecy wdrapywały się moje dwa małpiątka. Obie jesteśmy mamami, i obie dla dzieci oddałybyśmy wszystko, łącznie z życiem. Ale to ona jest ze swoim dzieckiem za ogrodzeniem, a ja ze swoimi dziećmi ją obserwuję.

IMG_7178

IMG_7230

IMG_7199

Wytknięcie głowy ze swojego świata i rozejrzenie się po większym świecie, niekoniecznie od razu na egzotycznych podróżach, niesie ryzyko poznania faktów. Mamy cholerne szczęście mieć właściwe DNA, kolor skóry i być urodzonym we właściwym miejscu we właściwym czasie. Poza tym zbiegiem szczęśliwych okoliczności świet jest w zasadzie dość paskudnym i złym miejscem. W każdym zakątku globu, na najróżniejszych poziomach i w różnych oddcieniach. Nie da się ukryć. Czasem zazdroszę tym, którzy posiadają umiejętność nierozglądania się.

Na pewno za to rozglądają się pieski preriowe, które okazały się być hitem numer jeden dla naszych chłopaków. Z trudem, z olbrzymim trudem wytłumaczyliśmy im, że nijak nie możemy zabrać do domu ani jednego z nich, nawet tego malusieńkiego.

Oj, lizaki znów musiały okazać swą czarodziejską moc.

IMG_7244

Czy się stoi...

Czy się stoi…

czy się siedzi...

czy się siedzi…

czy się leży,

czy się leży,

cycek z mlekiem się należy.

cycek z mlekiem się należy.

Była godzina siedemnasta i zoo zamykało swoje podwoje. Nie mam pojęcia czemu tak wcześnie, słońce wysoko na niebie, pogoda piękna, a my znów nie mieliśmy co z sobą zrobić. Spacer po mieście już nie wchodził w grę, sporo spacerowaliśmy po zoo i nogi swoje wiedziały. Postanowiliśmy wrócić na lotnisko, gdzie koczowaliśmy od osiemnastej do północy. A lotnisko w Perth jest wystrojem ujednolicone z miastem – żadnych wygód i rozrywek dla turystów. Żadnego pokoju zabaw ani nawet namizerniejszego kąciku dla dzieci, żadnych wygodnych foteli do przespania kilku godzin, nic. Zimna podłoga i metalowe krzesła z poręczami, więc nawet pseudolegowiska dla dzieci nie dało się na nich zrobić.

Cud, że odzyskaliśmy bagaże ze skrytki. Bo gdy Michał poszedł je odbierać, maszyna uznała, że trzymamy je tam od ponad roku (tak wyszło z kodu, który wpisał miły pan) i musimy dopłacić zaległą opłatę – ponad dwa tysiące dolarów. Zaczepianie obsługi lotniska lub ochrony nic nie dało, schowki są obsługiwane przez zewnętrzą firmę. Telefon do firmy też nic nie dał, bo była czynna tylko do … siedemnastej. W końcu ktoś przyniósł jakiś inny numer, a tam odebrał pan, który stwierdził, że na lotnisko o tej porze to z miasta mu się nie chce jechać. W pełni go rozumieliśmy, był przyjemny sobotni wielkanocny wieczór, słońce, plaża, drinki i te rzeczy, ale jednak pan też musi zrozumieć nas… W końcu przyjechał. Okazał się absolutnie wyluzowany, nie bardzo go wzruszał nasz problem, i zupełnie nie czuł się odpowiedzialny za działania firmy, którą reprezentował. Nie będę zamieszczała rasistowskich wpisów, ale być może znaczenie miał fakt, iż młodzieniec nie był białym Australijczykiem, bo ci jednak z naszego doświadczenia potrafią ignorować człowieka w kulturalny, anglosaski sposób. W końcu jakimiś pogrożkami i przyjęciem pozy wkurzonego białego udało się Michałowi skłonić pana do rozwiązania problemu i nie wymagania od nas zapłaty ponad dwóch tysięcy dolarów.

Na lotnisku z ulgą przyjęliśmy informację o rozpoczęciu check-in’u, bo po kilku godzinach wymyślania chłopcom zabaw na pasie bagażowym już kończyły nam się pomysły. Do tego w części ogólnej nie było żadnej restauracji.

Po zjadliwej kolacji w chińskim barze, zrobiliśmy chłopakom tymczasowe legowiska na podłodze pod nosem samolotów. Potem godzina opowiadania bajek i w końcu, grubo po 23ciej zasnęli. Tuż przez wejściem na pokład statku. Wnieśliśmy śpiące tobołki na rękach, jakoś nie budząc ich dopełniliśmy formalności zapinania w pasy, a potem przez pięć godzin lotu właściwie nie zmrużyliśmy oka, zastanawiając się, czy jak w końcu maluchy się obudzą, to nasze ręce będą się jeszcze do czegoś nadawały, czy już tylko do amputacji.

IMG_7274

IMG_7276