Pustynny romans

Pustynia jest jak kochanek. Zachwycam się nią, przesiąkam, zatracam. Jej zapach, kolory, temperatura, dźwięki wnikają w moje pory i łączą się z DNA. Spędzamy razem chwile, które zmieniają bicie mojego serca. Będąc z nią, non stop jestem na haju, jak w pierwszym etapie zakochania.

Ale nie możemy być wciąż razem. W końcu przychodzi zmęczenie, zalety zmieniają się w niewybaczalne wady. Pojawia się potrzeba ucieczki, zmiany. Powrotu do kojącej zieleni, nielimitowanej wody, do łatwości. I tylko raz na jakiś czas jakiś okruch, błysk odbitego słońca, przywiany nie wiadomo skąd zapach rozgrzanej ziemi, melodia poruszonych wiatrem, wyschniętych torebek nasiennych – jakiś milisekundowy impuls przywołuje wspomnienie bycia razem. Wtedy aż mi tchu brakuje, gdy wspomnę, jak kochałam. Jak kocham. Jak tęsknię. Jak potrzebuję. Jak rozpaczliwie chcę znów poczuć na skórze, pod palcami, każdym zmysłem.

Pustynia, moja nieprzemijająca miłość

Jest późne popołudnie lub bardzo wczesny wieczór. Dzieci zasnęły zmęczone drogą i emocjami. Otwieram drzwi kampera, wychodzę na zewnątrz i pierwszy oddech powoduje zawrót głowy. Zapach powietrza, mieszanka rozgrzanej, sypkiej ziemi, suchych roślin, wiecznie zielonych kaktusów i niezauważanie zmieniających swój kształt skał. Jak ja mogłam tak długo bez tego wytrwać? Jak mogłam tak długo do niej nie wracać?

Jesteśmy na kempingu w Parku Narodowym Joshua Tree.

Recepcja zamknięta aż do połowy lipca, więc trzeba się samemu zameldować. Czyli wybrać sobie miejsce, wziąć ze skrzyneczki kopertę, do niej włożyć opłatę (np. 20 dolarów – warto mieć różne banknoty, bo nikt reszty nie wyda), na wierzchu napisać nr miejsca postojowego i datę do kiedy się je opłaca, od koperty oderwać karteczkę, którą po wypełnieniu przyczepia się do słupka oznaczającego miejsce kempingowe, a kopertę wrzuca przez otwór w drzwiach do środka recepcji. Skomplikowane, ale tylko za pierwszym razem.

Nad ranem po takich kempingach jeździ ranger, który/która sprawdza czy każde zajęte miejsce jest właściwie opłacone.

Rezerwacje są przyjmowane, ale tylko na wyznaczone okresy w roku – w przypadku Joshua Tree National Park był to sierpień i wrzesień. A i tak część miejsc zawsze pozostaje wolna na zasadzie – kto pierwszy ten lepszy. Podczas naszej nocy na Black Rock Canyon Campground jesteśmy jednym z trzech kamperów na ponad 100 miejsc.

Trochę jak ten osioł z dwoma żłobami, kręcimy się wybierając absolutnie najlepsze miejsce na postój. Żeby był widok, bez ludzi obok, blisko do toalety, ale bez przesady…Wciąż ten cywilizacyjny przymus dokonywania wyborów…

W końcu stajemy po prostu tam, gdzie jesteśmy. Czas zacząć znów uczyć się odróżniania rzeczy ważnych od ważniejszych.  Takich jak na przykład decyzja, którą butelkę wina otworzyć na wieczór.

Pierwsza noc to niesamowity spektakl – miliony gwiazd na ciemnym niebie aż po widnokrąg. Jak w ogromnym planetarium. Choć na horyzoncie jest widoczne zanieczyszczenie świetlne od miasta to i tak jest pięknie. W aucie śpią dzieci, my siedzimy na zewnątrz, słuchamy cykad i pijemy wybrane, całkiem przyzwoite kalifornijskie wino. A potem drugie, bo dlaczego by nie. Rozgrzany, czerwony piasek pod naszymi gołymi stopami powoli staje się chłodny. Okrywamy się kocem i kontynuujemy bycie szczęśliwymi.

Drzewa Jozuego (tak naprawdę nie drzewa, ale odmiana jukki) zostały tak nazwane przez wędrujących tędy Mormonów – grubo zakończone konary skojarzyły się z rękami proroków wznoszącymi się w modlitwie ku niebu.

Nie wiem co pili Mormoni, że im się tak kojarzyło, my kończąc drugą butelkę odkrywamy, że przed nami jest wielbłąd. Żaden tam prorok czy mesjasz, tylko normalnie jednogarbny wielbłąd, ale za to z nieziemskim, nastroszonym irokezem.

Jestem nim zafascynowana, bo w mordę jeża, toż to wielbłąd jak malowany! Robię zdjęcie na pamiątkę.

Dziwna sprawa, gdy oglądam je na wyświetlaczu następnego dnia – wielbłąda nie ma. Najwyraźniej aparat wypił za mało wina.

Przyrzekam, że w nocy to był odjechany wielbłąd z irokezem.

Rano chłopcy idą do kempingowej łazienki, gdzie na drzwiach wisi kartka: Zamykaj drzwi i uważaj na węże szukające cienia i wody w umywalce. Ich piskom i zachwytom maskowanym lekkim strachem nie ma końca. A gdy jeszcze dowiedzieli się, że na tej pustyni żyją skorpiony i tarantule, to byli wniebowzięci. Ech, dzieci…

Nie tylko tarantule są na kempingu. Mega szybkie wiewiórki kradnące każde jedzenie też.
Klocków do poziomowania samochodu na postoju użyliśmy dwa razy – na naszym pierwszym postoju oraz jeszcze raz, gdy staliśmy na zboczu. Szybko uznaliśmy, że to fanaberia.

Nasza trasa na ten dzień po parku nie jest skomplikowana lub ambitna. Jesteśmy w najgorętszym okresie, więc wykluczamy wędrówki dłuższe niż pół godziny. Większość rzeczy będziemy podziwiać wzdłuż drogi albo z parkingów. Ale czujemy już, że to i tak będzie przeżycie.

Na samym początku oficjalnie przekraczamy granice parku. W budce wita nas ikona amerykańskiego uśmiechu – prześliczna blondynka z długimi warkoczami, w stylowym mundurze rangera, przez całą rozmowę uśmiechająca się tak, że po pierwsze bez problemu widzimy jej wszystkie równiutkie zęby łącznie z trzonowymi, a po drugie w efekcie działania neuronów lustrzanych, próbując odwzajemnić ten uśmiech dostajemy skurczu mięśni policzkowych. A rozmowa wyglądała tak:

– Hi, how are you?

– Hi, we’re fine. How are you?

– Oh, just lovely! What can I do for you? (serio – jesteśmy na bramce, gdzie kupuje się bilet wstępu, dookoła nic innego, a ona z uśmiechem pyta jak może nam pomóc… Fascynujące, czyż nie?)

– We’d like to buy tickets for us. Two adults, three children, one is below two.

– Oh, fantastic! What a great family! You’ll have the wonderful time in the park. Are you on holiday? (łapiecie, prawda? Nie mówi nic o biletach, które chcemy kupić, tylko ciągnie mega słodką pogawędkę. Mam łzy w oczach, gdy po pół roku od wtedy piszę tego posta i wspominam).

– Yes, we are. We’re from Poland and we’re on a 8 weeks tour around your parks and this is our first.

– Oh my God! You are amazing! (ok, przyznaję, że czuliśmy się trochę nieswojo od tej ilości komplementów. Pojawiła się nawet myśl o psychopacie przebranym za miłą Amerykankę, który na pustyni podchodzi gadką – szmatką nieświadomych turystów. Ktoś to już nakręcił?…) Are you going to visit more then three parks then?

– Yes, we are. (odpowiadamy półsłówkami, bo wciąż trzymamy uśmiech, a mięśnie już drżą i lada moment będzie wtopa. Więc ograniczamy wypowiedź jak możemy, co jest lekko niegrzeczne, ale pani nie zraża).

– Splendit! Have you got already our annual park pass? It works for all the national parks and it cost less then three entrance. It’s an extraordinaty good value!

– No, we haven’t.

– So maybye you want to purchase them?

– Yes, we are.

– Awsome!

I tak dalej. Przytoczyłam dialog, żebyście poczuli jak tutaj wygląda zdobywanie informacji. Długa wymiana emfatycznych przymiotników (a pewnie w szkole nie raz zastanawialiście się po cholerę tyle słówek na jedno proste słowo: fajnie). Prezentacja uzębienia bez ukrywania czegokolwiek. Brak pośpiechu. I w końcu bingo – dostajemy wejściówki do wszystkich parków w cenie dwóch i pół wejścia. A to naprawdę mega – w dechę – hiper oszczędność (że tak sobie pozwolę podkreślić rangę okazji).

Wjeżdżamy do parku i przez następne 40 minut rozmasowujemy policzki.

Pustynia, którą kocham to krajobraz pełen zachwycających form roślin układających się w barwny dywan. Niby bez życia, niby pusta, niby wyblakła. To pozory. Jej piękno jest eleganckie, drobne, dyskretne. Wymaga dostrzeżenia, przystanięcia, zachwytu nad najmniejszymi kwiatami i zdumienia sposobami przetrwania w tym klimacie.

Mimo, że światło zupełnie nie nadaje się do fotografowania, nie mogę się powstrzymać. Nasz czas jest ograniczony i nie mamy jak w planie zwiedzania umieścić fanaberii typu „fotografuj na zewnątrz tylko rankiem lub późnym popołudniem, gdy światło jest łagodne i ciepłe”.

Jestem poruszona tym co wokół mnie. Po angielsku powiedziałabym: overwhelming. Przedrostek „over” jest naprawdę idealny.

Mentalnie szczypię się co chwilę, żeby uwierzyć, że naprawdę jedziemy wśród ikonicznych Joshua Tree.

„W trakcie pobytu w Midland mama namalowała dziesiątki obrazów i zrobiła mnóstwo szkiców drzewa Jozue. (…) Któregoś dnia zauważyłam malutki podrost w pobliżu wiekowego drzewa Jozue. Chciałam go wykopać i posadzić przy naszym domu. Powiedziałam mamie, że będę go osłaniać od wiatru i podlewać codziennie, by wyrósł na wysokie i proste drzewo.

– Zniszczysz to, co jest w nim takie wyjątkowe – odparła, marszcząc brwi. – Piękno tych drzew bierze się z ich zmagań”.

Jeannette Walls prostym wspomnieniem w „Szklanym Zamku” opisała całą niezwykłość drzew Jozue.

Można je zobaczyć tylko tu, przy czym określenie „tylko tu” należy rozumieć w dystansach amerykańskich. Ten gatunek juki żyje w bardzo specyficznym, pustynnym środowisku – pomiędzy 600 a 1800 m.n.p.m., a takie warunki zapewnia pustynia Mojave, która rozciąga się na 4 stany: Kalifornię, Nevadę, Utah i Arizonę.

Wydaje się więc, że obszar jest ogromny i drzewa powinny być postrzegane jako pospolite. Dlaczego więc stworzono z nich park narodowy?

Bo zabijamy je. Organizmy mające setki lat mogą zniknąć w mgnieniu oka. Zanieczyszczenie środowiska i zmiany klimatyczne mogą pokonać jedne z największych pustynnych twardzieli. A gdy ich zabraknie, zmieni się cały niezwykle wrażliwy ekosystem pustyni. Joshua Tree są schronieniem i pożywieniem dla szeregu pustynnych gatunków owadów i ssaków. Bez nich nie przetrwają.

Drzewa Jozue są najstarszymi na świecie jukami. Średnia długość ich życia to 500 lat. Ale jest też w miejscu objętym tajemnicą wyjątkowy okaz szacowany na tysiąc lat. Krzewy te rosną bardzo powoli, około 5 cm na rok, czyli osiągnięcie dorosłości (końcowego wzrostu) zajmuje im 50 lat. Ciężko znaleźć drzewo, które byłoby proste – najczęściej rosnąc wyginają się zgodnie ze smagającymi je wiatrami. O tym właśnie mówiła matka Jeannette. Nie walczą z przeciwnościami, tylko się do nich adaptują. Dzięki temu zyskują siłę. Chciałabym tak umieć.

Nazywane Palmami Juka, Drzewami Juka czy z hiszpańska „izote de desierto” (Pustynne Sztylety) są symbolem przetrwania w ekstremalnie niesprzyjających warunkach natury. Znoszą palące pustynne słońce, rozgrzane wiatry, niską wilgotność i czasowy całkowity brak wody, a nawet sporadyczne, ale gwałtowne burze piaskowe.

Mają podwójny system korzenny – kilka pojedynczych, silnych korzeni wnika aż na głębokość 9 metrów, żeby dostać się do zgromadzonych tam pokładów wody. Natomiast sieć płytkich korzeni tuż pod powierzchnią ziemi zbiera każdą kroplę, która spadnie w sezonie wiosennym.

Każde z mijanych przez nas drzew wytrzymuje najbardziej trudne środowisko i mimo go rośnie i zakwita. A jego kwiaty są też niezwykłe – białe z różowym zabarwieniem stożki pachną w mało przyjemny sposób. Dzięki temu zwierzęta trzymają się od nich z daleka i te mają czas w pełni się rozwinąć. Tylko jeden owad jest w stanie znieść ich zapach i poprzez mieszkanie w owocostanach przyczynia się do rozmnażania rośliny.

Natywni mieszkańcy Ameryki używali wydrążonych pni i gałęzi drzew Jozue jako pojemników na żywność, a włókien z gałęzi jako materiału do plecenia koszyków, mat, sandałów. Natomiast w 19 wieku, gdy jeszcze nie było ochrony tych roślin, drewno z drzew Jozue było używane do produkcji papieru i drukowano na nim m.in. London Daily Telegraf.

Drzewa Jozue. Widziałam je tysiąc razy na zdjęciach, a teraz sama mogę pod jednym z nich usiąść. Za to uwielbiam podróże.

Na jednym z kilku punktów widokowych zatrzymujemy auto i po raz pierwszy postanawiamy na 20 minut wejść na szlak. Przed nami widać jakieś skupisko skał, do których chcemy dotrzeć.

Kochankowie…

Przeszkalamy dzieci, ale dzieci jak to dzieci – zafascynowane nowym miejscem i znudzone jazdą bardzo szybko zapominają o zasadach. Biegają poza szlakiem nie zwracając uwagi na ślady węża na piasku i małe jamki w których jeden lub drugi gad może sobie drzemać. Zamiast iść koło nas szaleją wokół udając Ninjago i w ciągu dosłownie minuty znikają nam z oczu w gąszczu roślin. Bo to nie Sahara. To pustynia pełna krzaków, kaktusów i olbrzymich głazów. Wściekli na maksa wołamy je, a gdy w końcu się odnajdujemy i kończymy wydzierać przywołując ich do porządku, mamy chwilę strachu – droga z naszym zaparkowanym autem zniknęła nam z oczu. Wokół nas tylko pustynia bez żadnych punktów, które cokolwiek by nam mówiły. Jeśli pójdziemy w złą stronę w ciągu godziny możemy dojść do końca swojej przygody. Wody mamy na 20minutową przechadzkę.

W głowie od razu przypomina mi się historia o małżeństwie, które na podobnej pustyni, niedaleko od nas, właśnie w tak lekkomyślny sposób poszło na krótki spacerek od auta z jedną półlitrową butelką wody. Gdy w końcu odnaleźli ich rangersi (po dosłownie kilku godzinach), rodzice nie żyli, bo całą wodę oddali swojemu synkowi, który cudem się uratował. Nie spanikowalibyście na moim miejscu?

Na szczęście szybko odnajdujemy coś jakby przesiekę wśród pustynnych traw i trafiamy z powrotem na szlak.

A w kamperze opowiadam historię o martwych rodzicach dzieciom i w końcu przez chwilę są spokojniejsze ze strachu. Uff.

Gdy one mierzą się z perspektywą bolesnej śmierci z pragnienia, ja tuż przy aucie podchodzę do kolejnej rośliny, którą strasznie chciałam zobaczyć. Opowiadał mi o niej Michał, gdy pierwszy raz był w Las Vegas i pojechał na krótką wycieczkę na pustynię.

To Larrea tridentata zwana krzewem kreozotowym. To, co od razu rzuca się w oczy, to obszar zajęty tylko przez te krzewy. Pomiędzy nimi właściwie nie rosną inne rośliny. To kolejne przystosowanie pustynne w walce o wodę – krzewy kreozotowe zatruwają toksynami glebę wokół siebie, tak aby zabić inne rośliny, które mogłyby uszczuplić i tak skąpe porcje wody. W ten sposób krzewy kreozotowe przejmują ekosystem pustynny. Im większa gęstość krzewów koło siebie, tym teren jest bogatszy w wodę – to też ważna wskazówka dla tych, co przemierzali pustynię w dawnych czasach.

Krzak kreozotowy

Kreozotowe krzewy mogą być jednymi z najstarszych żywych organizmów. Niedaleko miasteczka Lucerne Valley znajduje się King Clone – ogrodzony fragment pustyni Mojave, na których w kręgach wokół piaszczystych kopczyków rosną te niepozorne krzewy. Szacuje się, że mają do 12 tysięcy lat.

Na pewno znacie charakterystyczny zapach starych pokładów kolejowych lub drewnianych słupów telegraficznych (albo starych drewnianych mebli ogrodowych). Zabezpieczane były przed szkodnikami właśnie olejem kreozotowym. Do niedawna był on też wykorzystywany jako środek przeczyszczający, przeciwkaszlowy, dezynfekujący a nawet przeciwbólowy w stomatologii. Stosowano go też jako konserwant żywności! Ostatnie badania udowodniły jednak jego rakotwórcze działanie i jest on aktualnie zabroniony na terenie Unii Europejskiej. Amerykanie jednak wciąż rekomendują smarowanie nim twarzy np. na trądzik jako środkiem silnie antybakteryjnym.

Podeszłam do krzewu rosnącego najbliżej mnie. Powietrze pachniało normalnie. Cieniutkie liście pokryte grubą warstwą wosku zabezpieczającego przed utratą wilgoci delikatnie szumiały od lekkiego wiatru. Otuliłam kilka z nich dłońmi zwiniętymi w miseczkę i chuchnęłam w nie. Po chwili wokół mnie zawirował zapach kreozotu. Krzak dał mi znać, że jest trujący i lepiej by było, żebym nie jadła jego liści.

Gdy prawie 20 tysięcy lat temu lodowce z półkuli północnej zaczęły się cofać, klimat ocieplał się i wymuszał zmiany ekosystemów. Terytorium znajdujące się dziś w południowo-zachodniej części Stanów Zjednoczonych, wcześniej charakteryzujące się bujną wegetacją, zaczęło się ocieplać, osuszać i pustynnieć. Obecnie znane jest jako pustynia Mojave. W wyniku tych zmian wyginęły rosnące tu jałowce, które były głównym pożywieniem szczurów drzewnych. W efekcie im też groziło zniknięcie. Natura jednak czasem zaskakuje i szczury w wyniku mutacji genetycznej przystosowały się do jedzenia liści krzew kreozotowych, które zastąpiły jałowce.

Zapach kreozotu dla jednych drażniący i ostry, dla innych jest przyjemny i niesie dobre skojarzenia. Tak jest ze mną :) i tak jest też z mieszkańcami Tuscon, którzy ponoć uwielbiają go, bo kojarzy im się z nadchodzącym deszczem, tak bardzo pożądanym w suchej Arizonie. Miłość jest tak wielka, że w tamtejszych sklepach można kupić woreczki wypełnione drewnem kreozotowym, które zawiesza się we własnym prysznicu – i podczas kąpieli można poczuć się jak na deszczu. Cóż, rozumiem ich doskonale.

Zupełnie nie rozumiem natomiast jak Hiszpanie mogą nazywać to drzewo „małym śmierdziuchem”.

Na zapach krzewu kreozytowego składają się terpeny (komponent żywiczny), limonen (zapach cytryn), kamfora, metanol i 2-Undecanone – silnie pachnący związek używany w perfumiarstwie oraz w … repelentach przeciw komarom. Prawda, że taka mieszanka uderza do nosa?

Nasz następny przystanek to pętla przy Barker Dam. Dzieciaki już bardziej spokojne, rozważnie i bez narzekania pakują swoje butelki z wodą do plecaków. Idąc, starają się nie zbaczać ze szlaku. Stefka w nosidełku pojona jest co kilka minut, ale i tak wygląda na wykończoną. Dystans 1 mili pokonujemy w godzinę! Przy tak niskiej wilgotności nawet nie czuje się temperatury i zmęczenia. Odwodnić się można niezauważanie, więc tak ważne jest, żeby co chwilę pić po łyku wody. Nie czekać na uczucie pragnienia, bo wtedy jest już bardzo późno.

Podczas wędrówki mijamy niesamowite formy skalne i rośliny. Pustynny dąb, kalifornijski jałowiec, drzewo cheddarowe (tak, kolejny charakterystyczny zapach), akacja Poczekaj-chwilę (wait-a-minute bush – krzew z ostrymi i czepiającymi się przechodzących kolcami, które wyjmuje się z ubrania całe wieki) – każdy z tych gatunków ma swoje sposoby na przetrwanie suszy. Pustynia zaskakuje wielością gatunków roślin i zwierząt, które dają radę tu żyć. Tylko trzeba mieć czas, żeby je dostrzec, poznać, docenić.

Pustynny dąb
Kolejna wiewiórka. Te zwierzaki podbiły serce Tolka :)
Pustynny jałowiec
Tama i resztki wody. Tamę zbudowano w czasach wypasania na pustyni bydła przez pierwszych osadników Dzikiego Zachodu.

Na końcu dochodzimy do schronienia w skale, gdzie Natywni Amerykanie pozostawili swoje petroglify. Wokół nas pustynna muzyka wiatru, pozorna samotność, hipnotyzująco falujące powietrze. Jesteśmy tylko my i myśl, że od setek lat do tej skały przechodzili ludzie w poszukiwaniu cienia.

Na sam koniec dnia pędzimy w ostatnie miejsce – Cholla Cactus Garden. To skupisko kolejnych niezwykłych, pustynnych roślin.

Gdy dojeżdżamy na miejsce odkrywamy, że cały parking jest jednym wielkim osowiskiem. Bo nie wiem jak inaczej nazwać miejsce, gdzie setki os latają od człowieka do człowieka w poszukiwaniu choćby kropli wody.

Mamy problem. Ja się os boję, bo po ukąszeniu puchnę. Ale kaktusy muszę zobaczyć! Te osy ponoć nie są jakoś wyjątkowo agresywne jak się nie macha rękoma – takie pocieszenie dostajemy od kogoś przechodzącego obok nas. Ale jak powstrzymać dzieciaki od machania?

W końcu decydujemy się na wyjście po kolei – najpierw idę ja, a Michał zostaje z dziećmi w aucie, potem zmiana. W tym momencie bardzo przydaje nam się moskitiera nawet w drzwiach wejściowych, bo możemy zrobić jakiś przeciąg w środku na czas czekania. Nie zmienia to faktu, że w ciągu czterech sekund, których potrzebowałam na wyjście i zamknięcie jej za sobą kilkanaście zdesperowanych os wleciało do środka. Zostawiam je Michałowi do zabicia i idę na szlak.

Okazuje się, że wśród kaktusów, dosłownie kilkanaście metrów od kempingu jest już spokojnie. Os właściwie nie ma. Oddycham z ulgą i zaczynam zachwycać się krajobrazem. Fotografuję fascynującą korę wyglądającą jak artystyczna plecionka. I popełniam rzecz karygodną, ale każdy ma jakieś wady – zabieram na pamiątkę kawałek takiej leżącej na ziemi kory. Wiem, wiem. Ale teraz w domu czasem biorę ją do ręki, zamykam oczy, przesuwam opuszkami palców po pięknym, koronkowym wzorze i jestem na pustyni. Trudno, kto nic nigdy z żadnej wyprawy, niech pierwszy rzuci kamieniem.

Kaktusy Cholla też mają swoje małe grzeszki :) Nazywane są Skaczącymi Kaktusami, bo przyczepiają się do każdego, kto ich nieostrożnie dotknie. Na youtubie możecie zobaczyć kilkanaście filmików nakręconych prze wariatów, którzy demonstrują, jak to wygląda. Ja nie próbowałam, natomiast widziałam wrzeszczących japońskich turystów, którzy najwyraźniej nie wierzyli, że jednak skaczą. Fascynujące – chodzą po pustyni w kominiarkach, rękawiczkach i z parasolkami, żeby nie dotknął ich ani jeden promień słońca, ale kaktusa to pogłaszczą z dziecięcą ciekawością.

Zmierzch zbliżał się coraz szybciej. Nie mieliśmy szans na inne punkty programu, więc pojechaliśmy na najbliższy kemping, Jumbo Rocks. Bez żadnej rezerwacji, system zameldowania jak poprzednio. Tylko, że tu nie było nawet wody, żeby uzupełnić zapasy w zbiornikach. Na szczęście byliśmy na to przygotowani. Klucząc drogą odkryliśmy, że w parku jest jednak sporo zwiedzających – dużo zatoczek było zajętych. Potem dowiedzieliśmy się, że ze względu na bliskość od L.A. Palm Springs czy San Diego (bliskość oznacza 3 godz. jazdy) jest to bardzo popularny park na weekendowy wypad z dzieciakami czy znajomymi. Zazdroszczę.

W końcu prowadzeni przez pustynnego królika (!) znaleźliśmy swoją zatoczkę i zaparkowaliśmy. Michał zabrał chłopców na wyprawę na skały, gdzie w miarę bezpiecznie mogli potestować swoją odwagę i zwinność, a ja ze Stefką korzystając z ostatniej godziny, gdy wolno używać generatora (dzięki niemu mamy prąd w kamperze bez podłączania się do zewnętrznego źródła. Ale to oznacza nieprzyjemny hałas, więc na każdym kempingu są ścisłe zasady, kiedy wolno je włączać), wrzuciłam do mikrofali kolację. Dziś serujemy amerykańską ikonę: Pasta&Cheese. Normalnie na takie coś bym nawet nie popatrzyła (przesolone, ze sztucznym, mocnym aromatem cheddara, ociekające tłustym sosem), ale teraz, po całym dniu upału i właściwie braku jedzenia, bo na nic nie mieliśmy ochoty, danie na plastikowych tackach jest tym, o czym marzymy, Na zewnątrz latały ostatnie osy, ale z minuty na minutę robiło się chłodniej, więc i one znikały. Zjedliśmy przy świetle kempingowej lampki, a potem zapadła ciemność.

Rozgrywki rugby zawsze i wszędzie. Nawet na szczycie pustynnych skał. Mecz Spiderman kontra Nauka Chodzenia Team.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *