In dreams they trust

Afera, afera, afera,

Przygoda nas sama wybiera

Już pora bez strachu

Oswoić ten Zachód

Ruszamy – ty z nami jedź!

(Piotr Fronczewski, Bolek i Lolek na Dzikim Zachodzie)

To jedno z tych miejsc, których nie mieliśmy w planach odwiedzić, ba nawet nie wiedzieliśmy, że istnieje. A jednak tu trafiliśmy. Bo wieczór wcześniej Michał na kempingu został zagadnięty przez pana, który podróżując z przyczepą kempingową przez całe Stany właśnie zatrzymał się w Joshua Tree Park, gdzie miała do niego dojechać córka na weekend. I ten pan po amerykańsko uprzejmym wstępie dotyczącym naszych dzieci wspomniał, że w pobliżu jest prawdziwe westernowe miasteczko. Jak więc moglibyśmy go nie zobaczyć?

Pioneertown powstało w 1946 r. Pewnien gość, Dick Curtis, miał marzenie, a jak wiadomo od tego wiele dziwnych rzeczy się zaczyna. Dick do swojego marzenia przekonał 17 inwestorów, którzy inwestując po 500 dolarów każdy nabyli jako spółka 32 tysiące acrów ziemi znanej odtąd jako Pioneertown.

Ich cel był prosty i wyjątkowy: stworzyć miejsce, gdzie można pracować i spędzać czas ze swoją rodziną, przyjaciółmi i znajomymi. A miejsce to miało być zapierającym dech w piersiach miasteczkiem na wzór tych, które tworzyli pierwsi biali osadnicy Ameryki.

Przy okazji miało być żyjącą scenografią dla święcącego wtedy sukcesu westernowego przemysłu filmowego i muzycznego.

Marzenie wyszło częściowo – miasteczko powstało, w latach czterdziestych i pięćdziesiątych nakręcono w nim ponad 50 filmów i seriali, a łącznie powstało tutaj ponad 200 różnych produkcji (teledyski, dokumenty, itp.). Ponoć budynek poczty jest najczęściej filmowaną pocztą w całych Stanach!

Uwaga. Młode grzechotniki.
:)
Baby rattler to też grzechotka. Nie było osoby, która nie zajrzałaby do środka :)

Ale bujnego i kwitnącego życia codziennego nie udało się stworzyć. Brak stałego dostępu do świeżej i bezpiecznej wody przekreślił plany osiedli, pola golfowego i lotniska. Zmierzch ery westernów oznaczał właściwie śmierć miasteczka.

Ale to Ameryka, a tutaj marzenia nie giną tak łatwo. Tutaj mają one jakąś specyficzną superpower, która zaraża serca kolejnych ludzi. I gdy wydawało się, że czas rozebrać filmowe dekoracje, powoli pojawili się ludzie, którzy nie mieli nic przeciwko mieszkaniu na pustyni, zachowując elementy życia z czasów Dzikiego Zachodu (nie, nie chodzi o zabijanie dzikich, tylko o noszenie kalesonów i gumiaków jako całego stroju).

Dziś to miejsce jest specyficzną mieszanką – z jednej strony pseudoskansen dla turystów (pseudo, bo przecież żaden budynek nie jest oryginalny, to wszystko dekoracje filmowe). Miejsce, gdzie wciąż można nakręcić jakiś westernowy kawałek. Z drugiej jest to miasteczko, gdzie mieszkają i pracują normalni ludzie. Kilka budynków jest prywatną własnością i można je oglądać tylko z ulicy. W kilku innych działają sklepy sprzedające wyroby mniej lub bardziej luźno nawiązujące do dawnych czasów, ale głównie kuszące turystów obowiązkową pamiątką. Można kupić skórzane siodło, strzelby, zestawy do rozpalania ogniska, biżuterię, porcelanę, obrazy, stare tablice rejestracyjne, przetwory i książki. A w General Store (znajdziecie na FB – Pioneertown General Store) oprócz nowych rzeczy można było szperać w setkach ubrań vintage. Przyznaję, że sama piszczałam na widok oryginalnych!!!, przetartych i mocno pobrudzonych kalesonów stanowiących jednoczęściowy komplet z koszulką (tzw unionjack – na pewno znacie z filmów). Były też stare dżinsy, koszule w kratę, kowbojki, kapelusze, szelki i suknie jak z Dr Quinn (oddałam kartę Michałowi i kazałam się wyprowadzić siłą).

Okazuje się, że unionjack jest wciąż kochany przez Amerykanów i można kupić go w setkach wzorów i kolorów. Nówki sztuki, nie macane.

W miasteczku byliśmy w weekend i mieliśmy okazję obejrzeć westernowe przedstawienie. Mieszkańcy przebrani zgodnie z duchem epoki odegrali kilka scenek z dawnych lat. Była strzelanina, napad na bank i panienki lekkich obyczajów – słowem wszystko co kojarzy się z Dzikim Zachodem.

Po południu zmęczeni upałem, wrażeniami i upałem (nie powtarzam się, tylko podkreślam sytuację) poszliśmy do Pappy&Harriet’s Palace na steka i burgery. Oraz wciąż dolewaną zimną lemoniadę.  W tle leciały oba rodzaje muzyki (kto oglądał starych Blues Brothers ten kuma, kto nie – niech zerknie https://www.youtube.com/watch?v=vS-zEH8YmiM). Było jak w filmie.

Where sage and bloom and pine trees meet the waterfall.

Where the mountains meet the sky.

Through the pines and desert flowers we’ll wile away the hours.

And we’ll settle down out in Pioneertown

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *