Testy zderzeniowe dykty

A z tym fotelikiem to było tak:

Wynajmując kampera próbowaliśmy zrozumieć jak mają w nim podróżować dzieci. W Europie to proste – dzieci zawsze muszą być w fotelikach, na poddupkach lub przypięte specjalnymi obniżaczami pasów. I europejskie kampery zawsze mają siedzenia, przy których są normalne pasy. I siedzenia zawsze są skierowane przodem do kierunku jazdy.

W Ameryce – stolicy, ojczyźnie, matce i ojcu podróżowania kamperem, wszystko jest nie tak. Normalne są zwykle dwa fotele – kierowcy i pasażera obok. Reszta to wolna amerykanka. Szukaliśmy auta w miarę małego, ale tutaj to pojęcie względne – najmniejsze kampery z pięcioma miejscami siedzącymi były tak duże, że na żadnym europejskim parkingu by się nie zmieściły i nie bardzo wiedzieliśmy jak takim czymś jeździć. Dodatkowo nie mogliśmy trafić na żadnego kampera z rzędem siedzeń dla dzieci z tyłu. Jednocześnie odkryliśmy, że w Kalifornii (i kilku innych stanach) wprowadzono przepis, wedle którego dzieci do lat 2 muszą jeździć w fotelikach tyłem do kierunku jazdy. Takich nie ma na naszym europejskim rynku. Dlatego nie wzięliśmy naszego fotelika, bo nijak nie pasowałby do tutejszych pasów/siedzeń/mocowań (isofixów tutaj nie uznają, nie znają, nie mają).

Z powodu tego przepisu właściwie żadna wypożyczalnia kamperów nie wypożycza ich, jeśli pasażerem ma być dziecko do lat 2, bo nie ma szans przymocować fotelika dziecięcego do kamperowej kanapy tak, aby gwarantowało to bezpieczeństwo. A jak wiadomo Amerykanie panicznie boją się procesów o odszkodowanie.

Pozostało nam szukanie kampera od prywatnej osoby i tak trafiliśmy na serwis Outdoorsy. Fajna sprawa, tylko trzeba uważać na oszustów proponujących sfinalizowanie transakcji poza serwisem w celu uniknięcia opłat dodatkowych – dostaliśmy takich ofert kilka, choć trzeba przyznać, że serwis sprawnie to wyłapywał i szybko konta usuwał. No i te opłaty są rzeczywiście dość spore – prowizja od wypożyczenia (1,2 tys PLN), opłata ubezpieczeniowa, opłata za przewalutowanie, a na końcu – dodatkowa opłata za zapłacenie kartą kredytową wydaną poza USA w wysokości bagatela prawie tysiąca złotych. Ale nie mieliśmy wyjścia, na co miał też wpływ fakt, że zabraliśmy się do planowania podróży dość późno.

Nasz kamper miejsca dla pasażerów miał typowe – czyli w formie kanapy w kształcie litery U. Żadne tam samochodowe siedzenia z pasami. Na forach czytaliśmy przerażone wpisy Brytyjczyków, którzy pytali się jak do czegoś takiego poprawnie przymocować fotelik z niemowlęciem, skoro to siedzenie ma tylko pas biodrowy. I czy są jakieś testu i certyfikowane foteliki do czegoś takiego. I odpowiedź jednego z zawsze pomocnych Amerykanów – o co wy się martwicie sztywni Brytole? Testy zderzeniowe? Przecież pas jest przymocowany do dykty, ha, ha, ha.

Pasy. I dykta. Widząc to, człowiek zaczyna rozumieć skąd taka religijność w tym kraju. Strach podróżować czymś takim bez wiary w jakiegokolwiek boga.

Dlatego fotelik zamierzaliśmy nabyć w USA, zupełnie nie mając pojęcia jak powinien wyglądać, ale mając nadzieję, że na miejscu rozgryziemy jakoś ten paragraf 22. W Walmarcie okazało się to banalnie proste – oni mają tutaj zupełnie inne systemy tych fotelików, z innymi mocowaniami, ustawieniami, itp. Bez problemu kupiliśmy taki, który można przekładając podstawkę na dole zamontować tyłem lub przodem na fotelu samym pasem biodrowym. Samym biodrowym! Matko kochana…

Po wmontowaniu go następnego dnia musieliśmy wziąć głęboki oddech. Na pierwszy rzut oka widać, że mocowanie to nie zapewnia żadnego bezpieczeństwa. Pas jest naprawdę przymocowany do kawałka dykty, kanapa jest z pianki, a fotelik kiwa się na wszystkie strony. Cała nasza europejska troska o bezpieczeństwo dzieci w samochodzie musiała tutaj chwilowo wyparować. Zresztą producent kampera też próbując uniknąć procesu o odszkodowanie umieścił nad kanapą stosowną informację: to miejsce nie jest zamierzone jako miejsce do siedzenia, gdy samochód się porusza. Jednocześnie przepisy jak najbardziej pozwalają z niego korzystać, jeśli tylko ma się pasy. A czy pasy cokolwiek trzymają to już nieistotne. Równie dobrze mogłyby być przyklejone klejem Kropelka do ściany.

Fotelik spełnia więc dwie funkcje – przytrzymuje Stefkę w miejscu, żeby nie raczkowała po jadącym aucie, oraz daje nam podkładkę do tego, że spełniamy przepisy prawa. Tylko i aż tyle. Stefce na widok fotelika włosy stanęły dęba.

Mam tak jechać przez następne 6 tygodni??? Czy to ma w ogóle jakikolwiek europejski atest???
Nie chcę nawet na to patrzeć. Powiedźcie jak dojedziemy na miejsce.
Ale najpierw strzelę sobie sweetfocię. Może wygram konkurs na zdjęcie z kategorii „ostatnie ujęcie przed śmiercią”.

Natomiast chłopcy przypięci prowizorycznymi pasami biodrowymi są dokładnie tak samo bezpieczni jak nieprzypięci żadnym pasem. A że kanapa jest cholernie niewygodna do długiego siedzenia (oparcie kończy się na wysokości pleców, więc nie ma jak oprzeć głowy), po 20 minutach jazdy zdecydowaliśmy się na jazdę w stylu hippie – siedzą gdzie chcą, łażą po aucie jak chcą, jak chcą to śpią na łóżku, jak chcą to na kanapie.

Na dłuższych trasach dało się nawet rozegrać mecz rugby. Lub siatkówki. Lub czegokolwiek.

Muszą przestrzegać tylko jednego, jedynego bezwzględnego warunku bezpieczeństwa – nie otwieramy lodówki w czasie jazdy. Bo rodzicom butelki piwa wypadają.

Postój. Można otworzyć lodówkę.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *