Spojrzenie do krawędzi wszechświata

Drugiego dnia pogoda wciąż pochmurna. Gdy wychodzimy z hotelu zaczyna siąpić deszczyk. Nucąc refren piosenki, która obłąkańczo przyczepiła nam się do głowy idziemy piechotą w stronę Griffith Obserwatory.

„Seems it never rains in southern California” – nuci Michał, nucę ja, w przerwach rzucając polskimi przekleństwami. Jest zimno, 17 stopni Celsjusza, wstępujemy do Starbucksa po ciepłą kawę i do kompletu prawdziwe, PAPIEROWE wydanie New York Timesa (tak, piszczałam, ale po ciuchutku i nikt nie zauważył). Kilka kroków od wyjścia Michał niechcący rozlewa moją latte. Wraca do kawiarni po drugą, sprzedawca kojarząc go sprzed chwili pyta co się stało, a potem całkiem gratis nalewa nową grand latte.

Droga do parku wiedzie przez przyjemniejsze, czytaj bogatsze, okolice L.A. Domy – znów jak z filmu – z okiennicami zamiast żaluzji, zielone ogrody (zielone! A jesteśmy w miejscu, gdzie brakuje wody), schludne ulice.

Docieramy do parku, deszczyk ustał, robi się cieplej i przyjemniej. Przez korony drzew dostrzegamy, że zaczyna się wypogadzać. Chłopcy biegają ze swoimi mieczami ninjów i nowymi modelami nerfów (wybłagali w supermarkecie wysuwając argument, że w Ameryce broń jest legalna i lepiej jest ją mieć niż nie mieć). Jest przyjemnie, wakacyjnie. Robimy piknik w wyznaczonym miejscu, gdzie nawet betonowe barierki imitują gałęzie, żeby było odpowiednio w stylu.

Betonowe barierki imitujące drewniane bale

Wędrujemy dalej, gdy w pewnym momencie, nagle, jak nożem uciął zmienia się krajobraz.  Znikają dające parkowy cień zielone drzewa, kończą się trawniki. Robimy krok i znajdujemy się półpustynnym krajobrazie. Droga pnie się do góry piaszczystą, pylistą drogą. Suche rośliny nie dają żadnego schronienia. Na niebie żadnej chmurki. A my wychodząc z hotelu założyliśmy długie spodnie i nie wzięliśmy nic na słońce, bo przecież wiało i padało. Ups.

o
Ostatnie parkowe drzewa. Za nimi krajobraz pustynny :)

Wspinamy się, a dzieci marudzą coraz bardziej. Im bardziej one marudzą, że za gorąco, że muchy, że zaraz umrą, tym bardziej my chcemy pokazać, że się nie poddamy. Wspinamy się dalej, choć pchanie wózka w takim żarze nie należy do naszych ulubionych czynności. U naszych stóp coraz bardziej widać wielkość L.A., ale nie mamy sił podziwiać. Z ledwością udaje mi się zrobić sobie zdjęcie z Kajem na tle kultowego napisu Hollywood. Chwilę później Kaj, który już w Australii fatalnie znosił upały, słania się na nogach. Mamy oczywiście wodę, którą co chwila popijamy, ale to mu nie pomaga. Cały czerwony i powłóczący nogami stanowi obraz rozpaczy. Biorę go na plecy i tak obładowana robię ostatnie kilkaset metrów podejścia starając się nie patrzeć do góry, żeby nie sprawdzać, ile mi jeszcze zostało.

Gdzieś przy końcu (końcu drogi i końcu mojego życia) słyszę z okolic pleców dramatyczne wyznanie: O Jezu, zaraz umrę.

No ja cię go! Jak ta mucha, co cały dzień siedziała na orającym koniu, a pod wieczór rzekła: ale żeśMY się napracowali!

Z tyłu słynny napis. Bliżej nie byliśmy.
Zmęczony Kaj na plecach mamy. Obok dzielny i wytrwały Tolek.

Docieramy na szczyt i padamy na … zielony trawnik. Nie wiem jak go tu utrzymują, ale w tej chwili mogę w podziękowaniu ponucić amerykański hymn.

Panorama Los Angeles u stóp

Obserwatorium Griffith jest nieziemskie – w interaktywny i ciekawy sposób opowiada o kosmosie. Powstało z woli jednego człowieka – Griffith J. Griffith, który w testamencie zapisał miastu teren parku oraz zostawił fundusze na budowę samego obserwatorium. Pełni funkcję miejsca edukacyjnego dla zwykłych ludzi, a nie ośrodka badawczego i to naprawdę tutaj czuć. Publicznie dostępne teleskopy (w określonych godzinach), trzecie w USA co do wielkości planetarium, wystawy, od których nie da się oderwać. W jednym skrzydle pokazane są zjawiska takie jak pory roku i zmiany na kuli ziemskiej, mechanizm pływów w związku z księżycem, tablica Mendelejewa z okazami wszystkich pierwiastków (u chłopców entuzjazm wzbudził kryptonit, który jak wiadomo jest jedyną rzeczą, której boi się Supermen). W drugim można doświadczalnie zrozumieć, jak działa teleskop oraz modelem takowego poobracać.

Ale dla mnie największy czad był na niższym piętrze, które w całości poświęcone było naszemu Układowi Słonecznemu.

Wielka sala całą jedną ścianę miała zajętą przez tzw. Big Picture. Jeśli się stanie w nocy na dworze i zasłoni kciukiem odsuniętym od naszych oczy na odległość ok 30 cm fragment nieba, to właśnie ten fragment powiększony przez teleskopy jest tym Big Picture. Dzięki niesamowitej aparaturze możemy na nim zobaczyć ogrom kosmosu. Stałam na platformie przed zdjęciem i byłam zafascynowana. Niby zdjęcie jest płaskie, ale gwiazdy mają naturalną zdolność tworzenia trójwymiaru. Najbliżej nas są (były) komety i asteroidy w naszym systemie słonecznym. Gwiazdy są bardziej odległe, ale wciąż znajdują się w naszej galaktyce. A poza Drogą Mleczną są inne galaktyki, leżące 50 milionów lat świetlnych od nas. A to i tak nie jest tak daleko jak w przypadku kwazarów, które mimo, że na zdjęciu, to znajdują się biliony lat świetlnych od nas. Zawsze, gdy próbuję sobie to wyobrazić, zaczynam czuć swędzenie i irytację w głowie – ewidentnie jestem humanistką i liczby powyżej miliona zaczynają mnie drażnić swoim nonsensem ogarnięcia czegoś niewyobrażalnego, choć policzalnego. Wolę stać, patrzeć i czuć się drobiną, a jednocześnie zastanawiać nad kwestią, jak to możliwe, żeby drobina była ważna. I jak daleko jest dalej. I co jest po dalej. Gdzie jest druga ja? No bo przecież jak coś jest tak nieskończone, to musi być powtarzalne. Czy wszechświat ma krawędzie, czy jest pętlą? Ja jeśli jest pętlą, to co jest poza pętlą? Czy my istniejemy tylko mgnienie w historii wszechświata? I czy takich wierzących w swoją wyjątkowość istot na wybranej planecie było więcej? Czy koniec jest nieunikniony? Czy nauka może coś z tym zrobić, czy jest tylko beznadziejną próbą oszukania losu?

Niebo to filozofia, nie astrofizyka.

Na wystawie można było zważyć się na każdej planecie, zbadać powierzchnię księżyca, nauczyć się poprawnie adresować i wysłać pocztówkę do dowolnego miejsca w kosmosie.

Przy makietach planet zastygliśmy porażeni różnicą wielkości Ziemi, która dla nas jest centrum wszechświata, a wielkością Jowisza. Zobaczyć to w skali, a nie jako suchy fakt w książce to jednak co innego.

Mogliśmy potrzymać kawałek prawdziwego meteorytu i dotknąć fragmentu lawy z Księżyca oraz powierzchni Marsa.

Chłopcy na długi czas utknęli przy maszynie, na której projektowali wielkość, prędkość i kąt uderzenia meteorytu o Ziemię i byli zachwyceni za każdym razem, gdy udało im się wysadzić naszą planetę w drobny mak.

Odpowiedni kąt i siła i BUM. Nie ma Ziemi!

Potem piknik na trawniku, rozgrywki bejsballowe, chwila beztroski dla dzieci (czyli bez rodziców mówiących, że musimy iść coś zwiedzić). Wakacje.

Zejście w dół było już czystą przyjemnością. Dzieciaki skądś nabrały sił i zamiast schodzić wyznaczoną ścieżką włażą na każde możliwe wzniesienie, przedzierają się przez doły, krzaki, zarośla. Nasze próby pohamowania ich (to jest pustynia, tu mogą być węże) nie działały. Na pytanie: czy naprawdę musisz tam włazić w odpowiedzi usłyszeliśmy od Tolka:

– Przepraszam mamo, ale co ja poradzę na to, że należę do tych ciekawskich dzieci? A ty Kaju, do jakiego gatunku dzieci należysz?

Drzewo masakrowane przez dzięcioła

Słońce jest już nisko, więc po drodze mijamy ludzi traktujących wspinaczkę na górę jako formę fitnessu. To ostatecznie L.A, tu zawsze musisz być fit, bo sława czeka za rogiem. Są więc super umięśnione laski – idealnie opalone, z mięśniami doskonale wyrzeźbionymi jak z Photoshopa, wbiegają w obcisłych szortach i stanikach, na górze oblewają się wodą z bidona doprowadzając do śmierci z szoku i pożądania turystów japońskich, i wracają w dół. Są starsi panowie, którzy truchtają w pełnym dresie (nie wiedzą, że jest upał?) i kowbojskim kapeluszu – nie jestem pewna, czy biegną bo lubią, czy to raczej jakiś ich prywatny happening pokazujący idiotyzm biegania.

Są Latynoski, które zwykle bardzo seksowne do dwudziestki piątki, potem przegrywają z genetyką i nabierają więcej krągłości niż to w LA akceptowalne. Więc też wbijają się w legginsy i topy i z miną wyrażającą cierpienie i ból, z rezygnacją próbują podbiegać na górę. Są też w końcu Azjatki – te urocze krągłe chińskie panie, a nie te chude staruszki. I one mijają mnie w srebrnych dresach, jak z folii spożywczej. Jedyne co mi przychodzi na myśl, że jest to jakiś specjalny kombinezon, wspomagający odchudzanie w myśl dziwnej zasady, że im więcej się pocisz, tym jesteś lżejsza.

A my schodzimy i co chwilę stajemy, bo panorama Los Angeles nie pozwala się zignorować. Próbujemy, ale oczywiście nie dajemy rady aparatem jej objąć i pokazać tego ogromu. Miasto jest gigantyczne. Z góry widać siatkę prostopadłych ulic, wyraźnie wybijające się ku niebu biznesowe Downtown, i tysiące kilometrów kwadratowych przedmieść.

Miasto z poziomu ulicy brzydkie, tłoczne, samochodowe z kiepską przestrzenią publiczną, z góry i w oddaleniu hipnotyzuje.

Mieliśmy w planach zobaczenie jeszcze wieczornej panoramy z punktu widokowego na Muholland Drive, ale niestety czasowo się nie wyrobiliśmy. Musieliśmy jeszcze zrobić zakupy przed ruszeniem w dalszą drogę i byliśmy naprawdę wykończeni.

Po powrocie do hotelu, ja zostaję z dziećmi na basenie, a Michał jedzie Uberem do Walmarta po fotelik dla Stefki. Gdy wraca późnym wieczorem, kładziemy dzieci spać i pakujemy się na jutro. Och, jutro! Jutro zaczynamy naszą amerykańską przygodę!

Dodatek o Los Angeles

Splendor miasta, zabawa w bogaczy, kolekcjonowanie przeżyć w stylu jazdy Lamborgini po Rodeo Drive – to nie nasze opowieści. Ale dla porządku reporterskiego krótka lista atrakcji miasta reklamowanych w setkach ulotek dostępnych w każdym tutejszym najmarniejszym motelu:

– wynajęcie luksowego/sportowego auta lub limuzyny i przejazd po Beverly Hills lub Bel Air

– loty helikopterem nad miastem

– zakupy na Rodeo Drive – ostoi luksusu, mody i unikalnego stylu życia

– Venice – amerykańskie wyobrażenie o Wenecji – czyli amerykańskie domki, centrum handlowe, sklepiki i punkty rozrywki nad kanałami, po których można pływać gondolą

– zakupy w Universal City Walk

– zwiedzanie wytwórni filmowych

– Legoland i Disneyland (są tak blisko jak na warunki amerykańskie, że reklamuje się je jako atrakcję L.A.)

No jest jeszcze oczywiście legalna marihuana. W ulotce reklamują się punkty sprzedające lub dostarczające towar prosto do domu. Wielkie hasła i bilbordy zachęcają do sztachnięcia się i „have fun”.

W drodze do Joshua National Park mijamy ogłoszenie o sprzedaży kilkuhektrowej!!! zadaszonej plantacji cannabies na sprzedaż. I pomyśleć, że u nas idzie się siedzieć za jedną doniczkę.

Dla wiadomości podam, że palenie jest dozwolone albo w prywatnym miejscu albo w specjalnie do tego celu przeznaczonych pomieszczeniach/kafejkach. Zabronione jest palenie w miejscach publicznych, a także na terenach federalnych (narodowe parki, porty, lotniska, budynki urzędowe).

I jeszcze na zakończenie – Eskimosi mają ponad 100 określeń na śnieg. Amerykanie mają ponad 200 określeń na gandzię.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *