I’m lovin it! – życie w kamperze

Rano odbieramy nasz dom na najbliższe 6 tygodni. Panie i Panowie, oto nasz RV Winnebago.

To jeden z, a właściwie chyba najmniejszy model na tutejszym rynku. Na zdjęciach wyglądał spoko, w rzeczywistości jego rozmiar powoduje u mnie chęć odwołania wszystkiego. To jest szersze niż pas drogowy! Pod spodem mieszkalnej zabudowy Ford E350, ponad 7 litrów, 10 cylindrów, 300 koni (piszę jak mi Michał dyktuje, nie żebym wiedziała, co te dane oznaczają). Bak na 160 litrów benzyny, spala 20 litrów na setkę.

Dobra mina do złej gry

Od właściciela otrzymujemy krótkie szkolenie jak radzić sobie przez najbliższe 7 tygodni. Gdzie uzupełniać wodę, jak spuszczać ścieki, do której wtyczki wetknąć prąd, jeśli akurat taki znajdziemy. No i jak uruchomić dwa telewizory, w tym jeden z DVD.

Brzmi cholernie skomplikowanie, ale po pierwszym stresującym razie, wszystko stanie się proste i automatyczne.

W końcu z mieszanką myśli: „ale odlot” oraz „o kurwa, spierdalajmy” pakujemy rzeczy do środka, mocujemy dzieci do dyktowych pseudopasów i ruszamy. Michał prowadzi, ja gapię się w telefon z trasą, jednocześnie śledzę ulicę i sprawdzam, czy nie zahaczamy o stojące przy krawężniku auta i próbuję jakoś przeprowadzić nas przez 5cio poziomowe skrzyżowania, gdzie każda ulica w jedną stronę ma po 6 pasów. Ze względu na korki pomyłka przy wybraniu złego zjazdu/poziomu/pasa może kosztować kilka godzin ekstra.

Dodatkowo okazuje się, że olbrzymie lusterko po stronie pasażera, czyli mojej, jest luźne i przy prędkości zmienia swoje położenie. Więc Michał nic nie widzi z prawej strony auta. Co chwilę wychylam się przez okno i pół wisząc na zewnątrz próbuję mu to lusterko przywrócić do stanu wyjściowego, ale chwila ulgi trwa do 10 sekund, bo pęd wiatru znów je przekrzywia.

Po 40 minutach takiej jazdy dostaję stanu przedzawałowego i jakimś cudem w nic nie trafiając zjeżdżamy do miasteczka na parking centrum handlowego.

Jest tu Walmart, Starbucks, Burger King, pralnia i kino – głosuję za tym, żeby resztę wakacji spędzić w tym przyjemnym i bezpiecznym miejscu, zaopatrzonym we wszystko co niezbędne do życia. Michał protestuje, ale bez przekonania. Dzieci zachwycone.

Po dwóch godzinach, kawie, ciastku, spacerku po sklepach, stres zaczyna odpuszczać. Znajdujemy w aucie zestaw imbusów, mocujemy lusterko na stałe, kupujemy kolejne kawy na drogę i postanawiamy spróbować dojechać gdzieś indziej. Najwyżej przejedziemy się kawałek autostradą i tu wrócimy. A może nawet zwolni się to urocze miejsce pod drzewkiem z rachitycznym trawnikiem? Kto wie.

Okazuje się, że wyjechanie poza przedmieścia Los Angeles plus lusterko pokazujące co dzieje się na drodze znaczącą podnoszą komfort jazdy. Spojrzeniami podejmujemy decyzję: Yes, we can!

Coffee makes a difference!
Światła zmieniające się co parę sekund wymuszają jazdę na zamek. Banalnie proste :)

Gdy już przywykniemy do prowadzenia auta zajmującego w Polsce półtora pasa, odkryjemy, że podróżowanie po Stanach jest banalnie proste. Rewelacyjnie oznaczone zjazdy na autostradzie naprawdę pozwalają wjechać na właściwy pas i zjechać we właściwym kierunku. Sześciopoziomowe skrzyżowania tylko na początku wyglądają groźnie, potem jeździ się po nich właściwie jak po sznurku. Oczywiście dobry GPS pomaga, bo wyświetla właśnie te mityczne numerki zjazdu i pozwala bezproblemowo dotrzeć, gdzie się chce. Prawda jest taka, że nie zgubiliśmy się ani razu, a tylko raz mieliśmy problem z wyborem pasa. Amerykanie są też fajnymi kierowcami. Poza miastem totalnie wyluzowani, właściwie nie słyszeliśmy klaksonów czy nie mieliśmy żadnych niebezpiecznych sytuacji (w przeciwieństwie do Sycylii, gdy w ciągu tygodnia dwa razy mieliśmy śmierć w oczach). Raz byliśmy świadkiem sytuacji, gdy jakiś ogromny kamper na drodze w zatłoczonym miejscu parku narodowego zawracał mając tylko dwa pasy – wstrzymał na kilka minut ruch w obie strony próbując się złamać na sto pięćdziesiąt razy. Wszyscy spokojnie czekali. Jedyną osobą, która klęła na ten idiotyczny manewr byłam ja. W miastach było trochę bardziej nerwowo, ale taka specyfika miast.

Każdy z nas,
naprawdę każdy,
i duży i mały,
chciał poprowadzić kamperka!

Drogi w USA są bezpłatne, a jakość różna. Nie ma może ogromnych dziur, ale widać, że w wielu miejscach dofinansowania Unii Europejskiej brakuje ;) Natomiast zaintrygowały nas stojące na poboczach niektórych dróg znaki: Adopt-a-Highway. Rozumiem symboliczne adopcje orangutanów, słoni, dzieci. Ale adopcja autostrady jakoś nie poruszyła czułej struny mojego serca. Okazuje się, że jest to ogólnokrajowy program dbania o czystość! Wolontariusz zobowiązuje się, że przez dwa lata będzie minimum 4 razy w roku patrolował dwumilowy odcinek drogi i zbierał z niego śmieci. W zamian na trasie zawiśnie tabliczka z jego imieniem i nazwiskiem (lub nazwa grupy, jeśli wolontariuszy jest więcej) oraz będzie miał prawo do (cytuję ze strony txdot.gov): pławienia się w chwale posiadania kawałka teksańskiej (lub innej w zależności od stanu) dumy. Koniec cytatu.

Czasem gdy prowadzą mniej doświadczeni kierowcy,
zdarzają się ofiary w motylkach :(

Jedziemy przez ogromne, kilkunastokilometrowe farmy wiatrowe, przez plantacje marihuany wielkie jak nasze pola rzepaku, przez farmy i nieużytki. Zaczynamy czuć rytm podróży, zaczynamy być szczęśliwi.

Po dwóch godzinach od wyjazdu z centrum handlowego już w miarę na relaksie osiągamy zamierzony punkt docelowy – Joshua National Park.

Jesteśmy niezniszczalni!

***

Życie w drodze jest marzeniem wielu osób. Podróżowanie kamperem ma w sobie niezaprzeczalną magię. Ale ma też prozę. Szczególnie jeśli podróż trwa dłużej niż dwa tygodnie, a kamper nie jest własny.

Ten, którym my jeździliśmy był kupiony z przeznaczeniem na wynajem. Oznacza to, że zabudowa była budżetowa, co jest idiotyzmem, bo taki kamper jest intensywnie używany i o wiele łatwiej o uszkodzenia. U nas pierwsza poleciała barierka przy schodach wejściowych. Zamocowana maleńkimi śrubami do średnio wytrzymałej płyty, po czterech dniach zaczęła się chybotać, by w końcu się urwać. Ups.

Problematyczny był też blat stołu. Na początku myślałam, że będzie urozmaiceniem podróży. Pokonując setki kilometrów rozegramy niejedną partyjkę gier, poczytamy, porysujemy.

Nie da się. Po pierwsze, o czym już była mowa – pasy biodrowe dla pasażerów kanapy trzymały jakby musiały, a nie chciały. Od razu miałam wizję, że w przypadku hamowania chłopcy wyślizgną się i zabiją o rant stołu. Jakoś nie miałam wizji, że bez rantu stołu po wyślizgnięciu się zabiją się o cokolwiek innego w tym wnętrzu – kuchenkę, lodówkę czy łóżko. Nie pytajcie czemu, tak po prostu było.

Więc jazda ze stołem podnosiła mi adrenalinę i poziom paniki.

Po drugie rozłożony stół mocno przeszkadzał Stefce w foteliku, bo nie miała jak rozłożyć nóżek. Dlatego to zdyskwalifikowało go ostatecznie.

No, ale gdzieś trzeba było go włożyć. W kamperze nie było żadnego sensownego miejsca, gdzie mógłby być przechowywany bez ryzyka, że przy każdym hamowaniu zacznie latać po aucie. Więc włożyliśmy go na czas jazdy do bagażnika, razem z torbami, wózkiem, krzesłami turystycznymi i innymi niepotrzebnymi rzeczami. Po kilku dniach wkładania i wyjmowania go co najmniej dwa razy dziennie, blat zyskał nieusuwalne, głębokie, nie-do-przeoczenia rysy. Ups.

Pod dachem, zgodnie z filozofią zagospodarowania każdej wolnej przestrzeni były szafki. W wersji podstawowej zamykane na zwykły magnes i podnośniki siłowe – w sensie trzeba było siły, żeby drzwiczki unieść do góry. W wersji sensownej zamknięcia powinny być takie jak w samolocie, czyli przekręcane. Tak, aby szafka nie mogła się sama otworzyć. Nasze mogły. Odkryliśmy to dość szybko, gdy podczas skrętu z szafki na podłogę tuż nad głowami pasażerów wysypały się grube książki, przewodniki i ekspres do kawy. Ups.

Potem rozwaliliśmy szufladę. Ponieważ odkryliśmy już, że w szafkach nad siedzeniami nie dało się trzymać niczego ciężkiego, zostały dwie szuflady pod szafą ubraniową. Tam wylądowały makarony, puszki sosu pomidorowego, chleb, itp. Po 3 tygodniach takiego użytkowania szuflady, w której najwyraźniej w zamyśle powinny być przewożone chusteczki higieniczne lub super zwiewna, więc lekka, bielizna, z szuflady wypadło dno. Nie dość, że wypadło, ale jeszcze zablokowało nam szufladę tak, że nie mieliśmy jak dostać się do zapasów. Szuflady całkowicie nie dało się wysunąć, bo blokowała się o zabudowę drugiego łóżka. W dodatku ktoś źle zamocował szyny pod spodem i generalnie wyglądało to na przegraną sprawę. Prostota Ikei to na pewno nie była. Ale my byliśmy zdesperowani – tam utknęło nasze jedzenie!

Kamper mini oznacza absolutny brak miejsca, więc próbując odzyskać nasze pomidorowe puszki rozkręcaliśmy mechanizm szuflady leżąc w prysznicu w łazience (jedno z nas) oraz zwisając z łóżka głową w dół (drugie z nas). Gdy się udało, czuliśmy się nie mniej dumni niż jak pionierzy Dzikiego Zachodu, którzy przeprowadzili pierwszy raz karawanę przez dzikie odstępy.

Prowiant znów był nasz. Ale szuflada pełniła już tylko funkcję ozdobną. A wystarczyło dać mocniejsze dno zamiast sklejki i właściwie przymocować dobre szyny.

Rzeczą, która mnie urzekła w kamperze w porównaniu do podróżowania z namiotem jest lecąca z kranu woda. I łazienka na wyciągnięcie ręki (dosłownie). Niby na kempingach są prysznice, a na stacjach toalety. Tak podróżowaliśmy w Australii. Tutaj pokochałam łatwość podróżowania z dziećmi, gdy nie trzeba nigdzie biegać z całym zestawem kąpielowym, a i tak na koniec pod prysznicem okazuje się, że nie ma szamponu. Bywały takie dni, gdy chcąc pokonać dłuższe, nużące dystanse, ruszaliśmy o świcie. Chłopcy spali na swoim łóżku (wiem, wiem. Pasy. Do dziś mam dreszcze, gdy o tym pomyślę) i tylko Stefkę przenosiliśmy z łóżka do fotelika. W ten sposób udawało nam się jechać dwie, czasem trzy godziny bez męczenia najmłodszych podróżników. Potem postój – przy drodze, na stacji benzynowej, na parkingu przed sklepem. Zaciągaliśmy zasłonki i w ciągu 30 minut wszystkie dzieci były wykąpane, ubrane i najedzone. Pięknie :)

Bywało też, że mieliśmy niezłe tempo jazdy i na hasło „siku” wszystko by się posypało – zjazd z autostrady, szukanie toalety, kłótnia ze Stefką o powrót do fotelika. A tak osoba potrzebująca szła na tył auta, zamykała się i … modliła, żebyśmy nie wjechali w jakąś dziurę ;)

Nasz kamper miał w związku z tymi udogodnieniami zbiornik na wodę pitną, oraz na ścieki i wodę szarą (zlew, umywalka). Wykorzystanie ich było widoczne na panelu, gdzie zapalały się odpowiednie diody sugerujące, że jeszcze trzy, góra cztery posiedzenia lub jeden prysznic i czas na zrzut. Tak gdzieś w połowie drogi wskaźniki zepsuły się. Od tej pory notorycznie wskazywały wypełnienie ścieków do 2/3 i żadne przepłukiwanie obiegu wody, resetowanie i potrząsanie wozem na dziurach nic nie dały. Więc jeździliśmy trochę na oko ;), dwa razy dość pilnie szukając miejsca do zrzucenia zawartości. Na szczęście w Ameryce, krainie kamperów, infrastruktura jest pod tym względem ok. Nawet jak w okolicy nie ma kempingów, na które można wjechać i za opłatą opróżnić zbiorniki oraz uzupełnić zapas wody, to przy drogach lub na niektórych stacjach benzynowych (albo przy sklepach z wyposażeniem kamperowym) są same punkty „serwisowe”. Można pytać na stacjach, w informacji turystycznej, albo korzystać z apki, gdzie wiele z nich jest zaznaczone.

Ostatnim minusem jest głośność. Nasza wizja była taka – ruszamy w trasę, a podczas przemierzania setek kilometrów pustyń, gór, lasów i równin zanurzamy się kolejnych playlistach ze Spotify. Ha, ha, ha. Po pierwsze – w Stanach nie ma Internetu. Jest w miastach. Czasem w miasteczkach. Poza tym jest tylko rozpacz, że go nie ma. Więc Spotify odpada. Ale w kamperze nie da się słuchać nawet radia czy płyt. Hałas jest tak duży, że rozmawiając z sobą musimy krzyczeć. Naprawdę, to było moje ogromne rozczarowanie. Zero muzyki przez 7 tygodni.

Do minusów można jeszcze doliczyć zużycie paliwa, ale umówmy się – jak jedziesz siedmiolitrowym potworem z domem na pace, to nie spodziewaj się, że będzie palił jak Fiat Panda. Faktem jest, że lekko zbledliśmy, gdy wspinając się na wysokość 2500 m.n.p.m. w ciągu pół godziny spaliliśmy 80 litrów, ale to był jednostkowy wyczyn. Nie da się jednak ukryć, że tankowanie co dwa dni do pełna było naszą największą pozycją budżetową w całej wyprawie i nieźle wydrenowało nasze karty debetowe. Nawet przy legendarnych cenach paliwa w Ameryce.

Górne łóżko, tzw. trumna – ulubiona kryjówka Łobuzów!

Pozostaje jeszcze sam komfort jazdy. W tym miejscu chciałam bardzo, bardzo przeprosić nasze dzieci za to, co im zgotowaliśmy. Wynajmując kamper w ogóle nie mieliśmy pojęcia, że tak to będzie wyglądać.

Jak już pisałam, kanapa dla pasażerów była mega niewygodna. Niska, bez podparcia karku, trudna do siedzenia powyżej godziny. Ale dodatkową torturą był brak widoku. Stefka siedząc w foteliku tyłem do kierunku jazdy widziała chłopców bawiących się na łóżku. Po jakimś czasie stawało się to nudne, a nijak nie dało się jej pokazać czegokolwiek za oknem, bo okna na tej wysokości nie było. Było jedno z boku auta wysoko nad kanapą – podczas jazdy nie dało się przez nie wyglądać z żadnego miejsca. Osoba siedząca bokiem do kierunku jazdy podziwiała przez kilka godzin zlew i kuchenkę. Osoba siedząca na wprost – tyły foteli z kabiny, a pomiędzy nimi maleńki prześwit na przednie okno. Ta osoba właśnie miała najlepsze miejsce. Serio, jazda w kamperze tak skonstruowanym to hardcore. Osoby bez choroby lokomocyjnej wymiękają po dwóch godzinach. Gdy czasem któreś z nas szło na tył, żeby zabawiać Stefkę, zazwyczaj kończyło zielone na twarzy lub z potężnym bólem głowy. Naprawdę nie mam pojęcia jak nasze dzieci to przetrwały, ale powtarzam raz jeszcze – bardzo, bardzo, przepraszam. I nie wiem jakim cudem tylko raz mieliśmy wypadek z torsjami, po którym musieliśmy zjechać do najbliższego miasteczka z samoobsługową pralnią, gdzie w ciągu półtorej godziny przepraliśmy i wysuszyliśmy całą kołdrę i poduszki. Samoobsługowe pralnie na każdym kroku to największe osiągnięcie cywilizacyjne Ameryki, za które będę ją wielbić do końca życia.

Nie dziwi więc, że pozwalaliśmy dzieciakom na wiele podczas jazdy. Byle tylko jakoś dotrwały do kolejnego punktu. Dość szybko nauczyły się, że zwykłe hamowanie potrafi rzucić nimi przez całą długość auta, co dało pretekst do rozmów o sile przyśpieszenia. Odkryły też, że wystawianie głowy poza auto i wrzeszczenie na całe gardło to całkiem niezły fun w przerwie grania na tablecie. A na koniec polubiły zabawę w siedzenie w stuporze i tępe patrzenie się w (ograniczoną) przestrzeń.

Mam nadzieję, że kiedyś o tym zapomną.

Natomiast na postojach kamper był błogosławieństwem. Gdy podróżowaliśmy po Australii z raczkującym Kajem rozpaczałam z braku bezpiecznych miejsc, w których można puścić dziecko. Teraz z raczkująco-wspinającą się Stefką było niewyobrażalnie wygodnie. Trochę tak, jakbyśmy żyli w maleńkiej kawalerce. Była łazienka z prysznicem, kuchnia, jadalnia, dwie sypialnie, salon, garderoba i dwa telewizory (ha, ha) – a to wszystko na 10m2. Do tego boczna markiza zapewniająca cień na pustyni. Europejski standard. Skromny jak na tutejsze warunki.

Moskitiera nawet w drzwiach nie raz i nie dwa ratowała nam tyłki. Tutaj: kempingujemy na parkingu wśród tirów. Dzieci bezpiecznie uwięzione.
Nasz mini mini kamperek z rozsuniętą markizą

Na kempingach stawaliśmy koło kamperów w stylu amerykańskim. Czyli takich, które bez żenady krzyczały: patrz, na co mnie stać. Kombinacje były różne. Najpopularniejszy był kamper wielkości turystycznego autokaru, który po zaparkowaniu wysuwał z każdej strony dodatkowe pokoje, a z tyłu rozkładał taras z markizą i dwoma krzesełkami. Kiedyś zajrzałam pobieżnie do środka jednego z nich i mnie zatkało – na ścianie gigantyczny telewizor, naprzeciwko skórzana kanapa, a osobna jadalnia w dębowych, frezowanych szafkach ze Swarzędza. Dynastia z lat 80tych na wypasie. Część z nich miała nawet piętro, gdzie były sypialnie. I damy sobie ręce uciąć, że niektóre z tych kamperów miały wysuwane piwnice.

W tle porozsuwane pokoje :) A to i tak był średni model. Bez piwnicy i strychu, oraz bez garażu na motor.

Takie autokary podróżowały przez Stany ciągnąc za sobą na sztywnym holu mały, poręczny samochód do wyjazdów z kempingu do miasta. Zwykle był to pick-up. Po amerykańsku ogromy.

Nasz kamper, jak już wiadomo, był skromny. Czasem ginął na miejscu parkingowym. Ale wyposażony był jak trzeba. Miał zestaw kieliszków do wina, eleganckie serwety na stół i blok z nożami, gdyby ktoś chciał zabawić się w gotowanie czterodaniowej kolacji (wszystko wynieśliśmy od razu do bagażnika). Natomiast z rzeczy uroczych, które umilały nam podróż każdego dnia były dwa niezbędne dla każdego Amerykanina urządzenia: toster i ekspres do kawy. Ach, ta amerykańska kawa przelewowa. Gorąca, duża, zwodniczo pachnąca kofeiną. Tak smakowały co dzień rano nasze wakacje.

Testy zderzeniowe dykty

A z tym fotelikiem to było tak:

Wynajmując kampera próbowaliśmy zrozumieć jak mają w nim podróżować dzieci. W Europie to proste – dzieci zawsze muszą być w fotelikach, na poddupkach lub przypięte specjalnymi obniżaczami pasów. I europejskie kampery zawsze mają siedzenia, przy których są normalne pasy. I siedzenia zawsze są skierowane przodem do kierunku jazdy.

W Ameryce – stolicy, ojczyźnie, matce i ojcu podróżowania kamperem, wszystko jest nie tak. Normalne są zwykle dwa fotele – kierowcy i pasażera obok. Reszta to wolna amerykanka. Szukaliśmy auta w miarę małego, ale tutaj to pojęcie względne – najmniejsze kampery z pięcioma miejscami siedzącymi były tak duże, że na żadnym europejskim parkingu by się nie zmieściły i nie bardzo wiedzieliśmy jak takim czymś jeździć. Dodatkowo nie mogliśmy trafić na żadnego kampera z rzędem siedzeń dla dzieci z tyłu. Jednocześnie odkryliśmy, że w Kalifornii (i kilku innych stanach) wprowadzono przepis, wedle którego dzieci do lat 2 muszą jeździć w fotelikach tyłem do kierunku jazdy. Takich nie ma na naszym europejskim rynku. Dlatego nie wzięliśmy naszego fotelika, bo nijak nie pasowałby do tutejszych pasów/siedzeń/mocowań (isofixów tutaj nie uznają, nie znają, nie mają).

Z powodu tego przepisu właściwie żadna wypożyczalnia kamperów nie wypożycza ich, jeśli pasażerem ma być dziecko do lat 2, bo nie ma szans przymocować fotelika dziecięcego do kamperowej kanapy tak, aby gwarantowało to bezpieczeństwo. A jak wiadomo Amerykanie panicznie boją się procesów o odszkodowanie.

Pozostało nam szukanie kampera od prywatnej osoby i tak trafiliśmy na serwis Outdoorsy. Fajna sprawa, tylko trzeba uważać na oszustów proponujących sfinalizowanie transakcji poza serwisem w celu uniknięcia opłat dodatkowych – dostaliśmy takich ofert kilka, choć trzeba przyznać, że serwis sprawnie to wyłapywał i szybko konta usuwał. No i te opłaty są rzeczywiście dość spore – prowizja od wypożyczenia (1,2 tys PLN), opłata ubezpieczeniowa, opłata za przewalutowanie, a na końcu – dodatkowa opłata za zapłacenie kartą kredytową wydaną poza USA w wysokości bagatela prawie tysiąca złotych. Ale nie mieliśmy wyjścia, na co miał też wpływ fakt, że zabraliśmy się do planowania podróży dość późno.

Nasz kamper miejsca dla pasażerów miał typowe – czyli w formie kanapy w kształcie litery U. Żadne tam samochodowe siedzenia z pasami. Na forach czytaliśmy przerażone wpisy Brytyjczyków, którzy pytali się jak do czegoś takiego poprawnie przymocować fotelik z niemowlęciem, skoro to siedzenie ma tylko pas biodrowy. I czy są jakieś testu i certyfikowane foteliki do czegoś takiego. I odpowiedź jednego z zawsze pomocnych Amerykanów – o co wy się martwicie sztywni Brytole? Testy zderzeniowe? Przecież pas jest przymocowany do dykty, ha, ha, ha.

Pasy. I dykta. Widząc to, człowiek zaczyna rozumieć skąd taka religijność w tym kraju. Strach podróżować czymś takim bez wiary w jakiegokolwiek boga.

Dlatego fotelik zamierzaliśmy nabyć w USA, zupełnie nie mając pojęcia jak powinien wyglądać, ale mając nadzieję, że na miejscu rozgryziemy jakoś ten paragraf 22. W Walmarcie okazało się to banalnie proste – oni mają tutaj zupełnie inne systemy tych fotelików, z innymi mocowaniami, ustawieniami, itp. Bez problemu kupiliśmy taki, który można przekładając podstawkę na dole zamontować tyłem lub przodem na fotelu samym pasem biodrowym. Samym biodrowym! Matko kochana…

Po wmontowaniu go następnego dnia musieliśmy wziąć głęboki oddech. Na pierwszy rzut oka widać, że mocowanie to nie zapewnia żadnego bezpieczeństwa. Pas jest naprawdę przymocowany do kawałka dykty, kanapa jest z pianki, a fotelik kiwa się na wszystkie strony. Cała nasza europejska troska o bezpieczeństwo dzieci w samochodzie musiała tutaj chwilowo wyparować. Zresztą producent kampera też próbując uniknąć procesu o odszkodowanie umieścił nad kanapą stosowną informację: to miejsce nie jest zamierzone jako miejsce do siedzenia, gdy samochód się porusza. Jednocześnie przepisy jak najbardziej pozwalają z niego korzystać, jeśli tylko ma się pasy. A czy pasy cokolwiek trzymają to już nieistotne. Równie dobrze mogłyby być przyklejone klejem Kropelka do ściany.

Fotelik spełnia więc dwie funkcje – przytrzymuje Stefkę w miejscu, żeby nie raczkowała po jadącym aucie, oraz daje nam podkładkę do tego, że spełniamy przepisy prawa. Tylko i aż tyle. Stefce na widok fotelika włosy stanęły dęba.

Mam tak jechać przez następne 6 tygodni??? Czy to ma w ogóle jakikolwiek europejski atest???
Nie chcę nawet na to patrzeć. Powiedźcie jak dojedziemy na miejsce.
Ale najpierw strzelę sobie sweetfocię. Może wygram konkurs na zdjęcie z kategorii „ostatnie ujęcie przed śmiercią”.

Natomiast chłopcy przypięci prowizorycznymi pasami biodrowymi są dokładnie tak samo bezpieczni jak nieprzypięci żadnym pasem. A że kanapa jest cholernie niewygodna do długiego siedzenia (oparcie kończy się na wysokości pleców, więc nie ma jak oprzeć głowy), po 20 minutach jazdy zdecydowaliśmy się na jazdę w stylu hippie – siedzą gdzie chcą, łażą po aucie jak chcą, jak chcą to śpią na łóżku, jak chcą to na kanapie.

Na dłuższych trasach dało się nawet rozegrać mecz rugby. Lub siatkówki. Lub czegokolwiek.

Muszą przestrzegać tylko jednego, jedynego bezwzględnego warunku bezpieczeństwa – nie otwieramy lodówki w czasie jazdy. Bo rodzicom butelki piwa wypadają.

Postój. Można otworzyć lodówkę.

Spojrzenie do krawędzi wszechświata

Drugiego dnia pogoda wciąż pochmurna. Gdy wychodzimy z hotelu zaczyna siąpić deszczyk. Nucąc refren piosenki, która obłąkańczo przyczepiła nam się do głowy idziemy piechotą w stronę Griffith Obserwatory.

„Seems it never rains in southern California” – nuci Michał, nucę ja, w przerwach rzucając polskimi przekleństwami. Jest zimno, 17 stopni Celsjusza, wstępujemy do Starbucksa po ciepłą kawę i do kompletu prawdziwe, PAPIEROWE wydanie New York Timesa (tak, piszczałam, ale po ciuchutku i nikt nie zauważył). Kilka kroków od wyjścia Michał niechcący rozlewa moją latte. Wraca do kawiarni po drugą, sprzedawca kojarząc go sprzed chwili pyta co się stało, a potem całkiem gratis nalewa nową grand latte.

Droga do parku wiedzie przez przyjemniejsze, czytaj bogatsze, okolice L.A. Domy – znów jak z filmu – z okiennicami zamiast żaluzji, zielone ogrody (zielone! A jesteśmy w miejscu, gdzie brakuje wody), schludne ulice.

Docieramy do parku, deszczyk ustał, robi się cieplej i przyjemniej. Przez korony drzew dostrzegamy, że zaczyna się wypogadzać. Chłopcy biegają ze swoimi mieczami ninjów i nowymi modelami nerfów (wybłagali w supermarkecie wysuwając argument, że w Ameryce broń jest legalna i lepiej jest ją mieć niż nie mieć). Jest przyjemnie, wakacyjnie. Robimy piknik w wyznaczonym miejscu, gdzie nawet betonowe barierki imitują gałęzie, żeby było odpowiednio w stylu.

Betonowe barierki imitujące drewniane bale

Wędrujemy dalej, gdy w pewnym momencie, nagle, jak nożem uciął zmienia się krajobraz.  Znikają dające parkowy cień zielone drzewa, kończą się trawniki. Robimy krok i znajdujemy się półpustynnym krajobrazie. Droga pnie się do góry piaszczystą, pylistą drogą. Suche rośliny nie dają żadnego schronienia. Na niebie żadnej chmurki. A my wychodząc z hotelu założyliśmy długie spodnie i nie wzięliśmy nic na słońce, bo przecież wiało i padało. Ups.

o
Ostatnie parkowe drzewa. Za nimi krajobraz pustynny :)

Wspinamy się, a dzieci marudzą coraz bardziej. Im bardziej one marudzą, że za gorąco, że muchy, że zaraz umrą, tym bardziej my chcemy pokazać, że się nie poddamy. Wspinamy się dalej, choć pchanie wózka w takim żarze nie należy do naszych ulubionych czynności. U naszych stóp coraz bardziej widać wielkość L.A., ale nie mamy sił podziwiać. Z ledwością udaje mi się zrobić sobie zdjęcie z Kajem na tle kultowego napisu Hollywood. Chwilę później Kaj, który już w Australii fatalnie znosił upały, słania się na nogach. Mamy oczywiście wodę, którą co chwila popijamy, ale to mu nie pomaga. Cały czerwony i powłóczący nogami stanowi obraz rozpaczy. Biorę go na plecy i tak obładowana robię ostatnie kilkaset metrów podejścia starając się nie patrzeć do góry, żeby nie sprawdzać, ile mi jeszcze zostało.

Gdzieś przy końcu (końcu drogi i końcu mojego życia) słyszę z okolic pleców dramatyczne wyznanie: O Jezu, zaraz umrę.

No ja cię go! Jak ta mucha, co cały dzień siedziała na orającym koniu, a pod wieczór rzekła: ale żeśMY się napracowali!

Z tyłu słynny napis. Bliżej nie byliśmy.
Zmęczony Kaj na plecach mamy. Obok dzielny i wytrwały Tolek.

Docieramy na szczyt i padamy na … zielony trawnik. Nie wiem jak go tu utrzymują, ale w tej chwili mogę w podziękowaniu ponucić amerykański hymn.

Panorama Los Angeles u stóp

Obserwatorium Griffith jest nieziemskie – w interaktywny i ciekawy sposób opowiada o kosmosie. Powstało z woli jednego człowieka – Griffith J. Griffith, który w testamencie zapisał miastu teren parku oraz zostawił fundusze na budowę samego obserwatorium. Pełni funkcję miejsca edukacyjnego dla zwykłych ludzi, a nie ośrodka badawczego i to naprawdę tutaj czuć. Publicznie dostępne teleskopy (w określonych godzinach), trzecie w USA co do wielkości planetarium, wystawy, od których nie da się oderwać. W jednym skrzydle pokazane są zjawiska takie jak pory roku i zmiany na kuli ziemskiej, mechanizm pływów w związku z księżycem, tablica Mendelejewa z okazami wszystkich pierwiastków (u chłopców entuzjazm wzbudził kryptonit, który jak wiadomo jest jedyną rzeczą, której boi się Supermen). W drugim można doświadczalnie zrozumieć, jak działa teleskop oraz modelem takowego poobracać.

Ale dla mnie największy czad był na niższym piętrze, które w całości poświęcone było naszemu Układowi Słonecznemu.

Wielka sala całą jedną ścianę miała zajętą przez tzw. Big Picture. Jeśli się stanie w nocy na dworze i zasłoni kciukiem odsuniętym od naszych oczy na odległość ok 30 cm fragment nieba, to właśnie ten fragment powiększony przez teleskopy jest tym Big Picture. Dzięki niesamowitej aparaturze możemy na nim zobaczyć ogrom kosmosu. Stałam na platformie przed zdjęciem i byłam zafascynowana. Niby zdjęcie jest płaskie, ale gwiazdy mają naturalną zdolność tworzenia trójwymiaru. Najbliżej nas są (były) komety i asteroidy w naszym systemie słonecznym. Gwiazdy są bardziej odległe, ale wciąż znajdują się w naszej galaktyce. A poza Drogą Mleczną są inne galaktyki, leżące 50 milionów lat świetlnych od nas. A to i tak nie jest tak daleko jak w przypadku kwazarów, które mimo, że na zdjęciu, to znajdują się biliony lat świetlnych od nas. Zawsze, gdy próbuję sobie to wyobrazić, zaczynam czuć swędzenie i irytację w głowie – ewidentnie jestem humanistką i liczby powyżej miliona zaczynają mnie drażnić swoim nonsensem ogarnięcia czegoś niewyobrażalnego, choć policzalnego. Wolę stać, patrzeć i czuć się drobiną, a jednocześnie zastanawiać nad kwestią, jak to możliwe, żeby drobina była ważna. I jak daleko jest dalej. I co jest po dalej. Gdzie jest druga ja? No bo przecież jak coś jest tak nieskończone, to musi być powtarzalne. Czy wszechświat ma krawędzie, czy jest pętlą? Ja jeśli jest pętlą, to co jest poza pętlą? Czy my istniejemy tylko mgnienie w historii wszechświata? I czy takich wierzących w swoją wyjątkowość istot na wybranej planecie było więcej? Czy koniec jest nieunikniony? Czy nauka może coś z tym zrobić, czy jest tylko beznadziejną próbą oszukania losu?

Niebo to filozofia, nie astrofizyka.

Na wystawie można było zważyć się na każdej planecie, zbadać powierzchnię księżyca, nauczyć się poprawnie adresować i wysłać pocztówkę do dowolnego miejsca w kosmosie.

Przy makietach planet zastygliśmy porażeni różnicą wielkości Ziemi, która dla nas jest centrum wszechświata, a wielkością Jowisza. Zobaczyć to w skali, a nie jako suchy fakt w książce to jednak co innego.

Mogliśmy potrzymać kawałek prawdziwego meteorytu i dotknąć fragmentu lawy z Księżyca oraz powierzchni Marsa.

Chłopcy na długi czas utknęli przy maszynie, na której projektowali wielkość, prędkość i kąt uderzenia meteorytu o Ziemię i byli zachwyceni za każdym razem, gdy udało im się wysadzić naszą planetę w drobny mak.

Odpowiedni kąt i siła i BUM. Nie ma Ziemi!

Potem piknik na trawniku, rozgrywki bejsballowe, chwila beztroski dla dzieci (czyli bez rodziców mówiących, że musimy iść coś zwiedzić). Wakacje.

Zejście w dół było już czystą przyjemnością. Dzieciaki skądś nabrały sił i zamiast schodzić wyznaczoną ścieżką włażą na każde możliwe wzniesienie, przedzierają się przez doły, krzaki, zarośla. Nasze próby pohamowania ich (to jest pustynia, tu mogą być węże) nie działały. Na pytanie: czy naprawdę musisz tam włazić w odpowiedzi usłyszeliśmy od Tolka:

– Przepraszam mamo, ale co ja poradzę na to, że należę do tych ciekawskich dzieci? A ty Kaju, do jakiego gatunku dzieci należysz?

Drzewo masakrowane przez dzięcioła

Słońce jest już nisko, więc po drodze mijamy ludzi traktujących wspinaczkę na górę jako formę fitnessu. To ostatecznie L.A, tu zawsze musisz być fit, bo sława czeka za rogiem. Są więc super umięśnione laski – idealnie opalone, z mięśniami doskonale wyrzeźbionymi jak z Photoshopa, wbiegają w obcisłych szortach i stanikach, na górze oblewają się wodą z bidona doprowadzając do śmierci z szoku i pożądania turystów japońskich, i wracają w dół. Są starsi panowie, którzy truchtają w pełnym dresie (nie wiedzą, że jest upał?) i kowbojskim kapeluszu – nie jestem pewna, czy biegną bo lubią, czy to raczej jakiś ich prywatny happening pokazujący idiotyzm biegania.

Są Latynoski, które zwykle bardzo seksowne do dwudziestki piątki, potem przegrywają z genetyką i nabierają więcej krągłości niż to w LA akceptowalne. Więc też wbijają się w legginsy i topy i z miną wyrażającą cierpienie i ból, z rezygnacją próbują podbiegać na górę. Są też w końcu Azjatki – te urocze krągłe chińskie panie, a nie te chude staruszki. I one mijają mnie w srebrnych dresach, jak z folii spożywczej. Jedyne co mi przychodzi na myśl, że jest to jakiś specjalny kombinezon, wspomagający odchudzanie w myśl dziwnej zasady, że im więcej się pocisz, tym jesteś lżejsza.

A my schodzimy i co chwilę stajemy, bo panorama Los Angeles nie pozwala się zignorować. Próbujemy, ale oczywiście nie dajemy rady aparatem jej objąć i pokazać tego ogromu. Miasto jest gigantyczne. Z góry widać siatkę prostopadłych ulic, wyraźnie wybijające się ku niebu biznesowe Downtown, i tysiące kilometrów kwadratowych przedmieść.

Miasto z poziomu ulicy brzydkie, tłoczne, samochodowe z kiepską przestrzenią publiczną, z góry i w oddaleniu hipnotyzuje.

Mieliśmy w planach zobaczenie jeszcze wieczornej panoramy z punktu widokowego na Muholland Drive, ale niestety czasowo się nie wyrobiliśmy. Musieliśmy jeszcze zrobić zakupy przed ruszeniem w dalszą drogę i byliśmy naprawdę wykończeni.

Po powrocie do hotelu, ja zostaję z dziećmi na basenie, a Michał jedzie Uberem do Walmarta po fotelik dla Stefki. Gdy wraca późnym wieczorem, kładziemy dzieci spać i pakujemy się na jutro. Och, jutro! Jutro zaczynamy naszą amerykańską przygodę!

Dodatek o Los Angeles

Splendor miasta, zabawa w bogaczy, kolekcjonowanie przeżyć w stylu jazdy Lamborgini po Rodeo Drive – to nie nasze opowieści. Ale dla porządku reporterskiego krótka lista atrakcji miasta reklamowanych w setkach ulotek dostępnych w każdym tutejszym najmarniejszym motelu:

– wynajęcie luksowego/sportowego auta lub limuzyny i przejazd po Beverly Hills lub Bel Air

– loty helikopterem nad miastem

– zakupy na Rodeo Drive – ostoi luksusu, mody i unikalnego stylu życia

– Venice – amerykańskie wyobrażenie o Wenecji – czyli amerykańskie domki, centrum handlowe, sklepiki i punkty rozrywki nad kanałami, po których można pływać gondolą

– zakupy w Universal City Walk

– zwiedzanie wytwórni filmowych

– Legoland i Disneyland (są tak blisko jak na warunki amerykańskie, że reklamuje się je jako atrakcję L.A.)

No jest jeszcze oczywiście legalna marihuana. W ulotce reklamują się punkty sprzedające lub dostarczające towar prosto do domu. Wielkie hasła i bilbordy zachęcają do sztachnięcia się i „have fun”.

W drodze do Joshua National Park mijamy ogłoszenie o sprzedaży kilkuhektrowej!!! zadaszonej plantacji cannabies na sprzedaż. I pomyśleć, że u nas idzie się siedzieć za jedną doniczkę.

Dla wiadomości podam, że palenie jest dozwolone albo w prywatnym miejscu albo w specjalnie do tego celu przeznaczonych pomieszczeniach/kafejkach. Zabronione jest palenie w miejscach publicznych, a także na terenach federalnych (narodowe parki, porty, lotniska, budynki urzędowe).

I jeszcze na zakończenie – Eskimosi mają ponad 100 określeń na śnieg. Amerykanie mają ponad 200 określeń na gandzię.