Zmarźnięte Anioły w American Dream

Dwa dni w Los Angeles to jak dla mnie wystarczająco dużo. Co prawda patrzę na mapę i czuję się trochę jak dziecko w sklepie z zabawkami – nazwy tak znajome, niosące tyle wspomnień. Beverly Hills (90210 – zdecydowanie wolałam niegrzecznego Dylana), Bel Air (młody Will Smith, mniam), Melrose Place (seksowny Grant Show. Nie mogę, po prostu nie mogę uwierzyć, że dożyłam czasów, gdy gość zagrał Blake’a Carringtona w remake’u Dynasty !!!), Muholland Drive (Lynch, niezrównany Lynch).

Ale nie jestem już dzieckiem. Wycieczka jednym z setek busów hop on – hop off, żeby obejrzeć sobie płoty od rezydencji sławnych i bogatych jakoś mnie (już) nie kręci.

Jest też oczywiście mnóstwo atrakcji typu muzeum tego, muzeum tamtego, ale w większości to kicz turystyczny opakowany w złotko. Nie kupujemy tego. Może już opanowaliśmy sztukę unikania turystycznego tombaku, a może po prostu jesteśmy zmęczeni lotem. Nie wiem. Przy śniadaniu serwowanym w hotelu (same donutsy z paskudnymi posypkami lub – wersja zdrowotna – kolorowe płatki z mlekiem; pierwszego dnia dzieci były zachwycone – Pączki na śniadanie i można jeść, ile się chce! – to trzeciego dnia pytały, czy możemy na śniadanie iść gdzieś indziej) oglądamy turystyczne ulotki. Kolorowe, pełne krzyczących nagłówków, rabatów i specjalnych ofert. Aż się dziwię, że jeszcze nie wymyślono tutaj gazet z migającymi neonami na każdej stronie.

Szczerze mówiąc nie bardzo wiemy co robić. Przejażdżka po alei z najdroższymi butikami (Rodeo Drive) jakoś nie jest na naszej liście „100 rzeczy przed śmiercią”. Zresztą na tej „200 rzeczy…” też nie. Wytwórnie filmowe pasują nam bardziej – chociaż jedną moglibyśmy zobaczyć, ale wszędzie ciekawsze programy mają ograniczenie wiekowe od 8 lat.

Jednak tuż koło naszego hotelu jest Aleja Gwiazd. Więc pierwszego dnia walcząc wciąż z jet-lagiem kierujemy się w tamtą stronę, po drodze zaczynając nasz romans z amerykańskim stylem życia.

Na początek najważniejsze – wizyta w T-mobile, żeby kupić tutejsze karty telefoniczne z pakietem danych. Jeszcze tego nie wiemy, ale to był kiepski wybór – ta sieć ma w Ameryce beznadziejny zasięg, właściwie tylko w większych miastach, a my takie będziemy omijać. Teraz jednak polegając na marce, która w Europie nigdy nas nie zawiodła, wchodzimy do środka. I już od progu uświadamiamy sobie, kto tak naprawdę liczy się w tym kraju – żołnierze.

W prawie każdym punkcie usługowym są jakieś specjalne oferty dla weteranów, żołnierzy i wojskowych rodzin. Wychodzi na to, że Amerykanie naprawdę wciąż wierzą w to, że ich dzielni chłopcy walczą o wolność i sprawiedliwość na całym świecie. Trochę przypomina nam to ten kawał o dżinie. Znacie?

Para małżeńska gra w tenisa, gdy nagle piłeczka odbita zbyt mocno wybija okno w pobliskiej willi. Stremowani dzwonią do drzwi, wchodzą do środka i w ogromnym salonie znajdują nagiego gościa, który trzyma ich piłeczkę w dłoni. Zaczynają przepraszać, tłumaczyć i obiecywać pokrycie kosztów szyby, gdy gość mówi:

– Nie, nie. Słuchajcie, wasza piłka rozbiła wazę, w której byłem uwięziony od czterech tysięcy lat. Jesteście moimi wyzwolicielami. Od dzisiaj będę spełniał każde wasze życzenie. Tylko jest jeden warunek – tak długo byłem uwięziony, że po prostu muszę z panią uprawiać dziki seks. Cztery tysiące lat, rozumiecie…?

Małżonkowie popatrzyli na siebie i od razu wiedzieli, że to dość niska cena za posiadanie na własność dżina spełniającego życzenia. Nawet nie musieli niczego uzgadniać.

Żona poszła więc z dżinem na górę do sypialni i pół dnia spełniała jego zachcianki. Mąż cierpliwie czekał na dole. W myślach robił listę życzeń i nawet nie denerwował się zbytnio rosnącymi rogami.

W końcu goły gość i żona zeszli na dół.

– No dobrze, to teraz zacznij spełniać nasze życzenia – powiedział mąż.

– Tacy dorośli, a wciąż wierzą w dżiny – odpowiedział właściciel willi.

No więc niektórzy wciąż wierzą w dżiny, a niektórzy w zbrojną walkę o wolność na świecie.

Potem wchodzimy do supermarketu, żeby kupić jakieś przekąski i wodę na spacer. Dostajemy zawrotu głowy od produktów i ich rozmiarów, ale o tym później.  Najważniejsze odkrycie w Ameryce – oni tu nie mają gazowanej wody. Jedyna jaką znajdujemy ma dodatki smakowe, a więc i cukier. Natomiast ta butelkowana nie zawiera żadnych minerałów i zgodnie z przewidywaniami smakuje jak woda destylowana. Przez następne tygodnie będziemy się ratować wyciskając do niej cytryny i pomarańcze.

Natomiast przed supermarketem stoi dyspozytor wody, gdzie można napełnić swój wielorazowy baniak na wodę. Ameryka Ameryką, ale akurat w Los Angeles są świadomi kryzysu klimatycznego i próbują wdrożyć różne działania mające na celu ograniczenie zużycia plastiku i oszczędzanie wody.

Dyspozytor wody prosto z lodowca

Spacer po Hollywood Blvd trochę rozczarowuje. Takie to wszystko brudne, chaotyczne, zaśmiecone, oblepione szyldami i ogłoszeniami. Chociaż przyznaję – na widok typowych obrazków, tak bardzo znanych z filmów czuję chęć skakania do góry i szczypania się, że w końcu tu jestem. Prawdziwy amerykański parkomat, kultowy skrót Ped Xing (Pedastrian Crossing), znajome ulice, znajome nazwy. Prawie jakbym wracała do miejsca, w którym już byłam. Być może przez to właśnie skrzyżowanie przejeżdżał Mick Haller w swoim lincolnie, a za tamtym rogiem Axel Foley próbował rozwikłać zagadkę zabicia jego kumpla? Gdy mijamy sąd, zwykły sąd, muszę się zatrzymać. To mój symbol Ameryki. Lata całe połykałam amerykańskie trillery prawnicze. Do dziś gdy potrzebuję resetu i chwili oddechu przy lekturze, która nie wymaga skupienia i refleksji, sięgam po jeden z nich. Ponieważ w znakomitej większości są pisane przez byłych prawników, to podstawy amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości miałam kiedyś w małym paluszku :) i studiując prawo musiałam łapać się na pilnowaniu, żeby mi się reguły nie poplątały. Natomiast „Prawo amerykańskie” prowadzone przez prof. Tomaszewskiego zdałam śpiewająco. A teraz tu byłam – przed sądem. Miałam straszną ochotę skorzystać z prawa do jawności posiedzeń i pójść na rozprawę jako widownia. Jakąkolwiek rozprawę, może być wstępna, na której wyznacza się kaucję i inne pierdoły, nic wielkiego i głośnego. Chciałam zobaczyć tych mitycznych prawników, sędziów, woźnych, oskarżonych. Niestety ten konkretny są był nieczynny w tym momencie, a nie bardzo mieliśmy czas szukać innego, plus organizować w tym czasie zajęcie dla chłopaków. Następnym razem. Coś musi zostać na następny raz.

Jedna z głównych ulic Los Angeles, a wygląda jak podupadające miasteczko z lat 80-tych
Parking dwupiętrowy :) Całkiem zmyślne rozwiązanie, ciekawe co na to mieszkańcy naszego miasteczka?
Ach, te amerykańskie skróty słów za pomocą pojedynczych liter
Parkomat, Michał, prawdziwy AMERYKAŃSKI parkomat!!!!
Sąd. Zamknięty, ale jeszcze kiedyś będę w środku (chociaż jak to mówią: careful what you wish…)

Spacerujemy dalej, a ja ile razy widzę czerwoną łapkę zmieniającą się w białego ludzika na sygnalizacji świetlnej tyle razy mam ochotę przejść przez skrzyżowanie jak cudowna Jane Fonda w jednym z odcinków „Grace i Frankie”.

W końcu dochodzimy do celu. A raczej początku celu. Gwiazdy w chodniku owszem są, ale na tej wysokości te mniej znane. Robimy kilka zdjęć i rezygnujemy z dalszej drogi. Nie mamy cierpliwości i potrzeby, żeby dojść do tych najjaśniejszych, bo ostatecznie to tylko kawałek metalu wtopiony w beton.

Zawracamy i po drugiej stronie ulicy zderzenie z amerykańską kulturą nr 2 – sklep z przebraniami. Wielkość średniego supermarketu. Jest tu absolutnie wszystko. Maski każdego potwora, fikcyjnej postaci, polityka, zwierzęcia. Peruki w każdym kolorze i z każdą fryzurą. Gotowe stroje dla dorosłych (Statua Wolności skradła nasze serca), dzieci i wszystkich pomiędzy. Całe długie regały z akcesoriami do strojów – sztucznymi palcami, pistoletami, sieciami Spidermana, mieczami, dzbankami, wiankami, kapciami. Osobne stoisko z rzeczami do charakteryzacji – setki naklejanych ran, ugryzień, blizn, wyrwanych kawałków mięsa. Dwa rzędy butów. Kilkanaście ruchomych zombie, nieboszczyków wstających z grobu, ociekających krwią nietoperzy i szatańsko chichocząca śmierć – w każdej chwili możesz przecież poczuć potrzebę kupna czegoś na Halloween. Dział z dekoracjami na Święta Bożego Narodzenia. Naprawdę urocze było patrzeć na rubasznych Mikołajów wołających: hoł – hoł – hoł w stronę kłapającego szczęką głodnego wampira.

Dzieci przez pół godziny biegały w amoku rzucając się od jednej rzeczy do drugiej i wszystkie oczywiście musiały mieć. Pozwoliliśmy im się napatrzeć, nadziwić, wywentylować. A potem zapłaciliśmy za jedną wybraną zabawkę – obaj po długich rozważaniach wybrali uzbrojenie Ninja.

Pora obiadowa, więc unikając miejsc typu: pizza i burger (chcemy zmieścić się w naszych fotelach na locie powrotnym) idziemy do urban masala. Jest pysznie, ja z lekką obawą karmię Stefkę (zaraz aresztują mnie za obnażanie? W końcu to purytańska Ameryka), chłopcy toczą pojedynki na swoje ninja-miecze.

A potem decyzja, że mamy już dość miasta i zmykamy do parku. W planach mieliśmy Griffith Observatory, ale to kawałek stąd. Zamawiamy więc Ubera. Przyjeżdża, kierowca Azjata nic nie mówi, gdy do bagażnika wkładamy wózek i wsiadamy ze Stefką na kolanach (nie wzięliśmy do USA swojego fotelika, co będzie wyjaśnione później). Tak wczoraj jechaliśmy z lotniska i było ok. Ale gdy już wszyscy siedzimy zapięci w pasach, kierowca mówi, że nie pojedzie, bo nie ma fotelika dla dziecka, a w rejonie parku jest dużo policji, więc on nie będzie ryzykował. Chwila rozmowy i w końcu anulujemy kurs. Wysiadamy, dzieci zaczynają się przekrzykiwać, chwila nerwowości, Uber odjeżdża. Nie więcej niż minutę później orientuję się, że na podłodze auta zostawiam aparat fotograficzny.

Okazuje się, że i na takie sytuacje Uber ma plan działania. Po 5 minutach auto wraca z kierowcą, który dość słabo mówi po angielsku, ale zrozumiał, że coś zostawiliśmy w aucie.  Nie załapał jednak co i gdzie, więc wybiega i otwiera bagażnik. W bagażniku torebka. Michał mówi, że on zostawił aparat na podłodze tylnego siedzenia. Kierowca wciska mu torbę. Michał mówi, że to nie jego. Kierowca twierdzi, że jego również nie. Inspekcja zawartości odkrywa w środku paszport jakiejś Brytyjki. Mimo nalegań kierowcy nie chcemy jednak przyjąć torebki, zabieramy swój aparat i idziemy byle dalej. Sytuacja tak irracjonalna, że jeszcze przez kilka minut mam wrażenie, że z tyłu nadleci w naszym kierunku ta biedna torebka, rzucona przez nieprzejednanego kierowcę Ubera.

Dochodzimy do stacji metra i po konsultacji z mapą oraz panem sprzedającym wycieczki objazdowe po L.A. odpuszczamy park na ten dzień. Zbyt skomplikowany dojazd, za dużo przesiadek z wózkiem.

Postanawiamy jechać na pobliską plażę w Santa Monica. Na mapie wyglądała naprawdę na pobliską.

W L.A. NIC nie jest pobliskie. To najważniejsze przesłanie, którym chcielibyśmy się podzielić.

Najpierw 25 minut jazdy metrem. Potem przesiadka do shuttle bus, bo jedna ze stacji przesiadkowych metra była remontowana. Pomocni panowie w kamizelkach na każdym kroku wskazywali nam drogę, pomogli zapakować się do autobusu, zapewnili, że bilet jest ważny.

W autobusie ogarnęły nas wątpliwości, gdzie wysiąść. Michał zaczął iść w stronę kierowcy, gdy zaczepił go pasażer, który spytał czy może jakoś pomóc. Takich właśnie ludzi spotykaliśmy w tym mieście. Jak tylko ktoś zauważył nasze zagubienie, od razu oferował pomoc. Przy wchodzeniu do budynków zawsze znalazł się ktoś, kto przytrzymał drzwi przed wózkiem dziecięcym. Co jakiś czas ktoś mówi komplementy dotyczące dzieci (dwójka ninjów w pełnym uzbrojeniu oraz drepcząca pomiędzy nimi mała panienka zwracają uwagę), a jeszcze częściej po prostu spotykamy się z uśmiechami. Uśmiechał się do mnie transwestyta siedzący naprzeciw na siedzeniu w metrze, gdy na moich dwóch kolanach tuliło się do mnie dwoje dzieci. Uśmiechał się pan na przystanku autobusowym, ochroniarz w supermarkecie, pani z zakupami, której Kaj przebiegł tuż przed wózkiem. Tu ludzie chyba się po prostu uśmiechają. Miła odmiana po polskich stewardessach.

Gdy dotarliśmy do drugiej linii metra, czekało nas jeszcze 40 minut jazdy do oceanu. Teraz już rozumiem, o co chodziło kiedyś jednemu chłopakowi, który w reportażu o gangach L.A. mówił, że mieszka w nim całe życie, ale jeszcze nie był nad oceanem. Bo daleko (tego właśnie nie ogarniałam, ale teraz już wiem), a poza tym jadąc tam musiałby przejść przez ulicę drugiego gangu, więc pewnie nad ocean i tak by nie dotarł żywy.

W końcu jesteśmy. Najpierw próbujemy rozgryźć przejście dla pieszych jak z obrazu M.C. Eschera – najwyraźniej tylko my potrzebujemy chwili, żeby zrozumieć kiedy i jak iść. Gdy to już odkrywamy, uznajemy, że jest to genialne rozwiązanie pozwalające uniknąć idiotycznego dwukrotnego przechodzenia przez ulicę, gdy chce się być w punkcie po przekątnej skrzyżowania.  

Skrzyżowanie Eschera to nic dla prawdziwego Ninja

Potem krótki spacer falującym deptakiem i ponad tłumem głów dostrzegamy stalowy odcień wody.

Pogoda paskudna, 22 stopnie, duży wiatr, pełne zachmurzenie. Dzieciom w softshellach jest tak zimno, że oddajemy im swoje.

Jestem fanką oceanów. Fale, kolor, zapach jest moim narkotykiem. Ale tutaj – porażka. Hałaśliwe, zatłoczone molo, park rozrywki, uliczni sprzedawcy śmierdzącego starym tłuszczem jedzenia.

Na samej plaży nie lepiej. Zimno, ponuro, tłoczno. Są tu rodziny z dziećmi z amerykańskim optymizmem ignorujące temperaturę, grupy nastolatków próbujące wyglądać jak właściciele plaży, lekkomyślni pływacy, turyści, bezdomni.

Ale dzieciaki ulegają magii wody i zaczynają odwieczną zabawę w uciekanie przed falami. Patrząc na ich radość spędzamy tam dwa kwadranse. Fajnie jest siedzieć na plaży i patrzeć na swoich synów, już tak dużych i tworzących niezwykłą parę przyjaciół. Doskonale się uzupełniają, co tym razem objawia się podpuszczaniem Kaja przez starszego brata, żeby sprawdził temperaturę wody. Ręka na plecach i zachęcający okrzyk: Dasz radę, będziesz taki dzielny jak ja – skutkują. Młodszy, którego problemem jest absolutny i totalny brak przewidywania konsekwencji i ogromny entuzjazm do sprawdzania empirycznie każdego pomysłu, wbiega do oceanu.

W końcu – jak zwykle i jak zawsze – fala okazuje się szybsza i Kaj przemacza buty, spodnie i mój softshell. Sekundę po tym, gdy mówiłam, żeby nie wchodził tak daleko do wody, bo zamoczy ubranie. Wracamy.

Znów długa jazda naziemną linią metra przez niekończące się przedmieścia z miłymi w sumie domkami, gdzie jednak kraty w każdym oknie wprowadzają pewien niepokój. Drugą rzeczą, która zwraca naszą uwagę to pasażerowie – sami czarni, Latynosi i trochę Azjatów. Nikt z nich nie był białym kołnierzykiem, nikt nie był w garsonce lub garniturze. W Los Angeles komunikacją publiczną nie jeździ biała średnia klasa.

Mimo to ani razu nie czuliśmy się zagrożeni (pewnie dlatego, że jednak jechaliśmy za dnia i linią nie przechodzącą przez zakazane obszary gangów). Gdy przy kolejnej przesiadce wchodzę do wagonu z Kajem na rękach, bo biedak zasnął w tych przemoczonych ubraniach, duży, ponury, czarny mężczyzna, który spokojnie mógłby być co najmniej zastępcą szefa Gangu Bardzo Groźnych Tatuaży i Skórzanych Ubrań (o ile oczywiście ktoś taki jeździ metrem), ustępuje mi z uśmiechem miejsce.

A gdy z tym samym wiszącym tym razem na Michała ramieniu Kajem stoimy na przejściu dla pieszych czekając na zielone światło, stojący obok uzbrojony policjant podchodzi i pyta czy wszystko w porządku. Wyjaśniamy, że dziecko zasnęło, bo to był długi dzień i jet lag go w końcu pokonał. Policjant kiwa głową i zaczyna się jedna z dziesiątek gadek – szmatek, które tutaj się uprawia codziennie, i które zaczynają nam się podobać.

Ciekawe czy po dwumiesięcznym pobycie wyrośnie nam specjalny mięsień na twarzy służący do uśmiechu, tak jak psy mają specjalny mięsień do robienia maślanych oczu (to fakt, wilki tego nie mają, widzieliście kiedyś wilka z maślanymi oczętami?)?

Wykończeni docieramy do hotelu i zasypiamy prawie natychmiast. Jeszcze tylko Stefka jest rozchwiana i nie bardzo łapie kiedy jest noc, a kiedy dzień, ale powoli udaje nam się ją przestawić. Hydroksyzyna jest niezastąpiona ;)

Powiedzieliśmy, że w tym kraju są takie pieniądze, które na całym świecie są synonimem bogactwa. Jak myśl wpadła do głowy Kajowi, który natychmiast ją przetestował? Obrzucić się dolarami w pokoju budżetowego motelu…