Terroryzm zdjęciowy

Czy ma Pani wrogie zamiary wobec Stanów Zjednoczonych Ameryki?

Patrzę na Stefkę, 13 miesięcy. Właśnie znów ząbkuje i z uporem psychopaty odgryza kawałek gumowej piłki psa. Pies patrzy zrozpaczony, ale bezsilny. Hm.

– Nie, skądże – wpisuję w jej imieniu.

Nasza ulubiona czynność – wnioski wizowe. Wyjazd poza UE zawiera łyżkę dziegciu, i jakoś nigdy nie mogę spokojnie wypełnić tych idiotycznych formularzy.

– Czy była Pani skazana za tortury i łamanie praw człowieka?

– Ja nie, ale wasi żołnierze jak najbardziej.

– Czy pracuje pani dla wywiadu obcego kraju?

– Ja nie, ale słyszałam, że wasz prezydent być może.

– Kto w Stanach może potwierdzić, że ty to ty (wolne tłumaczenie: confirm your identity)?

– Hm, miś Yogi? Lub Kevin Costner – powinien kojarzyć mnie z co najmniej setki miłosnych listów wysyłanych w latach 90tych.

– Gdzie zamierzasz spędzić swój pobyt w Stanach?

– Litości, macie ponad 9 milonów km2 terenu, mam się teraz deklarować???

– Podaj adres miejsca, w którymi będziesz spać.

– Chodzi o adres parkingu, na którym staniemy kamperem jednego z 56 dni?

I tak dalej. Idiotyczne pytania, które w zamyśle miały wyłapać złych ludzi. Nie zapomnę jak na służbowym szkoleniu robionym przez ludzi z TSA (Transportation Security Administration) instruktor uczący nas profilowania ludzi, którzy mogą być podejrzani o zamiary terrorystyczne jako pasażerowie samolotu wymienił jedną z cech: za bilet zapłacono kartą kredytową.

Zdębieliśmy. Że co? To wy tam w tej Ameryce latacie z 3 tysiącami w gotówce i kupujecie za to bilet do Europy?

Co kraj to obyczaj.

Wypełniliśmy, wysłaliśmy, zapłaciliśmy. Dzień przed wizytą w konsulacie po godz. 18 przychodzi mail – zdjęcia wgrane podczas składania wniosku, zaakceptowane przez aplikację on-line jednak nie spełniają wymagań i na spotkanie mamy przynieść nowe, pasujące zdjęcie.

No i fajnie. Plan był taki, że do konsulatu pojadę sama, bo dzieci nie muszą, ale teraz muszą. Bo wieczorem nie zrobimy już nigdzie zdjęć, a tak się składa, że w konsulacie jest automat, który za jedyne 30 zeta wykonuje poprawne fotki.

Więc rano pakujemy się do auta i nagle refleksja – w mailu było napisane, że automat przyjmuje tylko gotówkę i nie wydaje reszty. Jesteśmy na styk, ale zatrzymujemy się przy jednym bankomacie. Chwilowa awaria.

Jedziemy do drugiego – zlikwidowany.

Trzeci – też awaria. WTF – w nocy był jakiś atak, o którym nie wiemy?

Już spóźnieni (wierzcie mi, ja nie lubię się spóźniać, ale spóźnienie się do ważnego gościa, który może nam zniszczyć wakacje podnosi ciśnienie) zjeżdżamy z trasy na parking w Jankach. Bankomat jest, nawet czynny, ale właśnie obsługa wymienia w nim kasetkę z pieniędzmi. Czekam aż skończą, popędzam, pytam, czy nie mogą mi jakoś z tej kasetki wyjąć 3 razy po 30 złotych. Spojrzeli się tak, jakbym ich poprosiła o pomoc w morderstwie.

W końcu skończyli. Bankomat działa, tylko wydaje po 50 zł. W desperacji biorę trzy pięćdziesiątki, wpadam do MacDonalda, przebłaguję panią, żeby mi choć dwie rozmieniła i pędzimy do Warszawy.

Na miejscu okazało się, że automat do zdjęć owszem nie wydawał reszty, ale oprócz gotówki akceptował zwykłe karty. I fakt zapłacenia za zdjęcia kartą zamiast gotówką NIE sklasyfikował mnie jako podejrzanej o zamach. Tym razem.

A urzędnik za szybką zadał mi jedno, jedyne pytanie:

– Dlaczego nie przyjęła pani nazwiska męża?

Już miałam zgrabnie odpowiedzieć standardowo: Bo nie jestem autem, żeby zmieniać tablice rejestracyjne w zależności od właściciela.

Ale przypomniałam sobie, że w USA żartowanie sobie w obecności urzędnika = żartowanie z urzędnika = agresja wobec urzędnika = 20 lat więzienia stanowego.

– Ach, bo widzi Pan, mam długie imię, i jak dodam do tego długie nazwisko, to nie zawsze będzie wystarczająco miejsca na różnych dokumentach do podpisania.

Pan pokiwał ze zrozumieniem głową, coś wpisał do komputera i dał mi karteczkę z napisem: Wiza została przyznana.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *