Palę zioło, jest wesoło

Pytają nas, czy nie boimy się tak długich podróży z dziećmi. Nie, nie boimy się. Boimy się nadejścia czasów, gdy na nasze: w tym roku jedziemy do … odpowiedzą: to jedźcie.

Ten moment jest coraz bliżej. W sumie to już teraz słyszymy marudzenia, że nie chcą, że wolą zostać w domu (z komputerem i siecią LTE), że po co i dlaczego i za jakie grzechy i dlaczego bez kolegów z klasy/przedszkola. Ale wciąż mamy nad nimi przewagę fizyczną i szantaż finansowy, więc nie mają wyjścia i jadą.

Po Australii, gdy byliśmy wypakowani w liczbę toreb przekraczającą liczbę rąk, tym razem jesteśmy mądrzejsi. Każda podróż to doświadczenie.

Wiem już, że naprawdę nie muszę brać lekarstw na każdą chorobę świata, tam, gdzie jadę są apteki i wiele rzeczy kupię na miejscu. Więc tylko najpotrzebniejsze rzeczy, w tym antybiotyki na wszelki wypadek, standardowy zestaw przeziębieniowy i po jednym opakowaniu leków na pierwszą pomoc (zatrucie, zapalenie spojówek, alergia). Nasza apteczka, mimo że wciąż ogromna, wygląda tym razem na bardzo mizerną w porównaniu z tą australijską, gdy wzięliśmy kilkanaście bandaży na opatrywanie ukąszonych przez węże kończyn J

Trzecie dziecko też już nie stanowi wyzwania. Pieluch tylko tyle, by dotrwać do pierwszego noclegu. Zabawek sztuk trzy, bo przekonałam się, że podczas podróży wszystko jest zabawką – chusteczki, but, patyk, kamienie, atlas (najlepszy taki na sprężynce, kartki się tak fajnie wyrywają). Najlepszą jest opakowanie po wilgotnych chusteczkach z plastikowym zapięciem – wkładamy tam kawałek sznurka, smoczek, klocek Duplo, brudną skarpetkę, gumkę recepturkę, patyczek i kredkę i Stefka jest wniebowzięta wyjmując to dwudziesty raz w ciągu godziny. Gdy wspominam całą dziecięcą walizkę zabawek targanych dla Kaja na drugą półkulę, to czuję zażenowanie.

Choć i tak najbardziej wstydzę się naszego pierwszego zakupy w podróż po Skandynawii z Tolkiem – turystycznej wanienki dziecięcej, która nawet po złożeniu zajmowała w ciul miejsca. Pierwszym matkom można wetknąć absolutnie wszystko.

Na lotnisko przybywamy więc tym razem z torbami sztuk trzy na 5 osób plus wózek. Lecimy LOTem, bo ma najwygodniejsze połączenie – 13 godzin bezpośrednio do L.A. A podróż długodystansowa samolotem to najtrudniejszy etap wyjazdu z dziećmi.

Choć już tym razem nie jest tak źle – filmy i gry na ekranie przed każdym siedzeniem bardzo pomagają. Chłopcy są już w tym wieku, że wciągają się na kilka godzin w ekran i nie musimy się nimi zajmować.

Ja o oglądaniu filmu mogę zapomnieć – Stefania odkrywa, że słuchawki to jej ulubiony gryzak. Nawet nie to, że się brzydzę wkładania do ucha obślinionego czegoś, ale po prostu po sekundzie próby kabelek jest szarpnięty i słuchawka ląduje w buzi ząbkującego potwora.

W końcu Stefka usypia. No dobrze, przyznamy się – daliśmy jej Hydroksyzynę. Dzięki temu przespała 10 godzin bez wybudzania się za każdym razem, gdy uprzejma polska stewardessa waliła ją w głowę pędząc korytarzem.

Słowo daję, w życiu nie przeżyłam lotu z tak koszmarną obsługą. Stefka śpiąc na moich rękach lekko wystawała poza fotel. Ale żaden z przechodzących pasażerów jej nie potrącał (nawet ci solidnie zbudowani Amerykanie, którzy wykupują po dwa miejsca siedzące ) – umiejętność tą opanowały tylko stewardessy. Ba, potrafiły się wspiąć na wyższy poziom i walić w śpiące dziecko wózkiem cateringowym (na szczęście tym razem nóżkami wystającymi na korytarz). I możliwe, że od wysokości przygłuchłam, ale wydaje mi się, że ani razu nie usłyszałam przepraszam.

Za to gdy poszłam do toalety, to poczułam się jak na podupadającym dworcu kolejowym. Przed toaletą czyjeś wymiociny posypane proszkiem, który miał neutralizować smród, a tylko dodawał efektu wizualnego. Kibel zasikany ze wszystkich stron, nie sprzątany od początku lotu. A na podłodze walający się papier toaletowy. Jeden z kawałków przyczepił mi się do buta, co zauważyłam po wyjściu. Więc odczepiłam go i wrzuciłam na miejsce, czyli do tej toalety. I nie zdążyłam wrócić na miejsce, gdy dopadła mnie jedna z tych przeuroczych stewardess, która oburzonym tonem powiedziała: Miss, you should clean the toilet paper from the floor.

Zatkało mnie. Na sekundę, ale zatkało. W żadnej z dotychczasowych linii lotniczych nie widziałam tak zapuszczonej toalety podczas lotu. I w żadnej nie słyszałam, żeby obsługa kazała pasażerom sprzątać. Pomijam już to, że nie ja rzuciłam papier na podłogę, tylko odkleiłam od buta ten, który już tam leżał niesprzątnięty.

– No chyba sobie żartujesz, kobieto. To ty jesteś w pracy nie ja.

I wróciłam na swoje miejsce. Od tej pory z podwójną uwagą ochraniałam śpiącą Stefkę, bo miałam przeczucie, że stewardessa będzie próbowała się zemścić choćby wylewając na nas gorącą herbatę.

Serio, ten lot to jakaś pomyłka. Panie i jeden pan pracowali z takimi minami, jakby byli na pokładzie za karę. Zero uśmiechu. Zero uprzejmego zagajania. Zero pomocy. Gadżety dla dzieci (kredki i książeczka z zadaniami) wręczane bez jednego słowa. A na końcu podróży byli tak zmęczeni (???), że przy pasażerach narzekali na innych pasażerów, długość lotu i siebie nawzajem. Kwintesencja polskiego buractwa. Czemu? Następnym razem jednak polecimy przez Amsterdam. Lub Monachium. Lub cokolwiek, byle nie LOTem.

 

Na miejsce dotarliśmy, gdy zapadał wieczór. Dla nas to niby był wczesny ranek, ale wyczerpanie robiło swoje. Staliśmy w kolejce do urzędnika, który w zamyśle miał nas sklasyfikować jako niegroźnych turystów lub niebezpieczny element  (ha! znam wasze wszystkie sztuczki z pytaniami, przeszłam wasze szkolenie profajlingowe! Nie zagniecie mnie na żadnej kwestii i nie dowiecie się, że wpuszczacie dwójkę lewaków podpisujących każdą petycję Amnesty International, w tym te o zaprzestaniu łamania praw człowieka przez rząd Stanów Zjednoczonych). Nadeszła nasza kolej, ja spięłam pośladki i już byłam gotowa do bitwy, gdy przemiły pan powiedział do mnie: O twoje odciski palców się źle sczytały. Ale masz dziecko na ręku, więc nie będziemy tego robić jeszcze raz, zaraz tutaj zatwierdzę twoją wizę. 180 dni wam wystarczy? Naprawdę, zamierzacie zwiedzić nasze parki narodowe przez 8 tygodni? Jesteście wspaniali! Koniecznie odwiedźcie Yosemite, to mój ulubiony. Pięknych wakacji wam życzę!

 

I tyle jeśli chodzi o podchwytliwe pytania. Lekko rozczarowana podreptałam za Michałem po odbiór bagażu. Ponieważ lot był opóźniony ponad półtorej godziny moje myśli były w hotelu – rezerwacja obowiązywała tylko do 23:00, i martwiłam się czy nam nie przepadnie. A zadzwonić nie miałam jak, bo koszt raomingu jednak powalał.

Gdy orientowaliśmy się co i jak w nowym miejscu, Kaj odkrył z zachwytem największy wynalazek Ameryki – krany z darmową wodą do picia. Dołączył do niego Tolek i w ten sposób na lotnisku nasze dzieci dały przedstawienie pt. „13 godzin lotu bez kropli wody”. Udało się ich oderwać obietnicą większej ilości takich cudów w mieście.

Zamówiliśmy Ubera i gdy podjechał, pakujemy się do środka. Michał wsadza torby i nagle rzuca: O kurwa! Zapomnieliśmy odebrać wózka dziecięcego z oversize luggage.

Ok, pojadę do hotelu z dziećmi, a Michał zostanie na lotnisku i jakoś spróbuje wózek odzyskać. Ja zaczynam snuć wizje, że podejrzliwi agenci TSA uznają, że wózek jednak jest zakamuflowaną bombą, że męża następnym razem zobaczę za kratkami w Guantanamo, że musimy sprzedać dom, żeby zapłacić za amerykańskiego prawnika – niezły PR mają ci  Amerykanie, nie?

Po 20 minutach jazdy dojeżdżamy do hotelu. Dzieci śpią jak zabite, ja w sumie też z ledwością otwieram oczy, bo w czasie lotu nie spałam pilnując Stefy. To moja 29 godzina na nogach, a nie mam już 20stu lat.

Kierowca pomaga mi wystawić torby na parking, na torbach kładę śpiących chłopców, Stefę biorę na rękę i idę do recepcji. No i się zaczyna.

Pan twierdzi, że ma moją rezerwację, ale nie może mi dać klucza, bo jest nieopłacona. Chcę zapłacić, ale on stwierdza, że karta się nie zgadza – rezerwację robiłam przez booking.com i mimo, że jest na mnie, to podałam tam kartę Michała. Okazuje się, że jest to problem, bo mogę zapłacić tylko tamtą.

Musimy czekać na Michała. Moja wizja, że będę jechać do Guantanamo choćby po kartę staje się coraz wyraźniejsza. Patrzę na śpiących chłopców na torbach, zastanawiam się, czy spędzenie tak nocy w ogóle wchodzi w grę, dochodzę do wniosku, że jednak nie, i postanawiam jeszcze raz spróbować.

– Ale może mógłbyś… – zaczynam mówić odwracając się w stronę recepcjonisty i milknę. Gość stoi na baczność, oczy ma zamknięte, kiwa się w przód i w tył i coś mamrocze. No modli się normalnie. Tylko do czego??? Po chwili siada na krześle z nieprzytomnym wzrokiem, przesuwa przed siebie kalendarz biurkowy i … zaczyna w jego stronę bić pokłony.

No przyznam, że mnie to lekko zaniepokoiło. Jak nic, gość coś przed chwilą sztachnął.

Z ręką na klamce drzwi od recepcji układam plan ucieczki z trójką śpiących dzieci przez nieznane, na pewno opanowane przez gangi, okolice Hollywood.

Nagle recepcjonista potrząsa głową, mruga oczami, patrzy na mnie jakby widział mnie pierwszy raz w życiu i mówi:

– Oh, hello, how can I help you?

– Yyyy, I want to pay for my reservation. – próbuję, ale nogi gotowe do biegu.

– Of course, no problem.

Kalifornia to stan, w którym maryśka jest legalna. Właśnie mam dowód, jak bardzo ułatwia to życie.

Ps. Wózek odzyskany bez problemów i z wielką pomocą przyjaznego personelu. Michał puszczony wolno. Recepcjonista był szczęśliwy do rana.

Terroryzm zdjęciowy

Czy ma Pani wrogie zamiary wobec Stanów Zjednoczonych Ameryki?

Patrzę na Stefkę, 13 miesięcy. Właśnie znów ząbkuje i z uporem psychopaty odgryza kawałek gumowej piłki psa. Pies patrzy zrozpaczony, ale bezsilny. Hm.

– Nie, skądże – wpisuję w jej imieniu.

Nasza ulubiona czynność – wnioski wizowe. Wyjazd poza UE zawiera łyżkę dziegciu, i jakoś nigdy nie mogę spokojnie wypełnić tych idiotycznych formularzy.

– Czy była Pani skazana za tortury i łamanie praw człowieka?

– Ja nie, ale wasi żołnierze jak najbardziej.

– Czy pracuje pani dla wywiadu obcego kraju?

– Ja nie, ale słyszałam, że wasz prezydent być może.

– Kto w Stanach może potwierdzić, że ty to ty (wolne tłumaczenie: confirm your identity)?

– Hm, miś Yogi? Lub Kevin Costner – powinien kojarzyć mnie z co najmniej setki miłosnych listów wysyłanych w latach 90tych.

– Gdzie zamierzasz spędzić swój pobyt w Stanach?

– Litości, macie ponad 9 milonów km2 terenu, mam się teraz deklarować???

– Podaj adres miejsca, w którymi będziesz spać.

– Chodzi o adres parkingu, na którym staniemy kamperem jednego z 56 dni?

I tak dalej. Idiotyczne pytania, które w zamyśle miały wyłapać złych ludzi. Nie zapomnę jak na służbowym szkoleniu robionym przez ludzi z TSA (Transportation Security Administration) instruktor uczący nas profilowania ludzi, którzy mogą być podejrzani o zamiary terrorystyczne jako pasażerowie samolotu wymienił jedną z cech: za bilet zapłacono kartą kredytową.

Zdębieliśmy. Że co? To wy tam w tej Ameryce latacie z 3 tysiącami w gotówce i kupujecie za to bilet do Europy?

Co kraj to obyczaj.

Wypełniliśmy, wysłaliśmy, zapłaciliśmy. Dzień przed wizytą w konsulacie po godz. 18 przychodzi mail – zdjęcia wgrane podczas składania wniosku, zaakceptowane przez aplikację on-line jednak nie spełniają wymagań i na spotkanie mamy przynieść nowe, pasujące zdjęcie.

No i fajnie. Plan był taki, że do konsulatu pojadę sama, bo dzieci nie muszą, ale teraz muszą. Bo wieczorem nie zrobimy już nigdzie zdjęć, a tak się składa, że w konsulacie jest automat, który za jedyne 30 zeta wykonuje poprawne fotki.

Więc rano pakujemy się do auta i nagle refleksja – w mailu było napisane, że automat przyjmuje tylko gotówkę i nie wydaje reszty. Jesteśmy na styk, ale zatrzymujemy się przy jednym bankomacie. Chwilowa awaria.

Jedziemy do drugiego – zlikwidowany.

Trzeci – też awaria. WTF – w nocy był jakiś atak, o którym nie wiemy?

Już spóźnieni (wierzcie mi, ja nie lubię się spóźniać, ale spóźnienie się do ważnego gościa, który może nam zniszczyć wakacje podnosi ciśnienie) zjeżdżamy z trasy na parking w Jankach. Bankomat jest, nawet czynny, ale właśnie obsługa wymienia w nim kasetkę z pieniędzmi. Czekam aż skończą, popędzam, pytam, czy nie mogą mi jakoś z tej kasetki wyjąć 3 razy po 30 złotych. Spojrzeli się tak, jakbym ich poprosiła o pomoc w morderstwie.

W końcu skończyli. Bankomat działa, tylko wydaje po 50 zł. W desperacji biorę trzy pięćdziesiątki, wpadam do MacDonalda, przebłaguję panią, żeby mi choć dwie rozmieniła i pędzimy do Warszawy.

Na miejscu okazało się, że automat do zdjęć owszem nie wydawał reszty, ale oprócz gotówki akceptował zwykłe karty. I fakt zapłacenia za zdjęcia kartą zamiast gotówką NIE sklasyfikował mnie jako podejrzanej o zamach. Tym razem.

A urzędnik za szybką zadał mi jedno, jedyne pytanie:

– Dlaczego nie przyjęła pani nazwiska męża?

Już miałam zgrabnie odpowiedzieć standardowo: Bo nie jestem autem, żeby zmieniać tablice rejestracyjne w zależności od właściciela.

Ale przypomniałam sobie, że w USA żartowanie sobie w obecności urzędnika = żartowanie z urzędnika = agresja wobec urzędnika = 20 lat więzienia stanowego.

– Ach, bo widzi Pan, mam długie imię, i jak dodam do tego długie nazwisko, to nie zawsze będzie wystarczająco miejsca na różnych dokumentach do podpisania.

Pan pokiwał ze zrozumieniem głową, coś wpisał do komputera i dał mi karteczkę z napisem: Wiza została przyznana.