Zew. I odzew.

Miałam 7 lat, gdy w paczce z zagranicy nieznana ciocia przysłała mi najpiękniejszą sukienkę na świecie. Letnią, różową, z falbanką! i z ogromną, prawdziwą Myszką Miki.

To był wciąż PRL, dość szary i nudny. A ta sukienka… Była cudna. Nosiłam ją codziennie czując podświadomie, że mam w swoim posiadaniu „prawdziwe coś z innego świata”.

Po pół roku przyszedł list od cioci. Pytała mamę, czy podobała mi się wysłana piżamka. PIŻAMKA!

„Jeśli w tej przebrzydłej Ameryce noszą TAKIE piżamki, to jak tam musi być pięknie” – ta jedna myśl, to jedno namacalne doświadczenie zniweczyło cały wysiłek edukacyjno-propagandowy kraju, w którym dorastałam. Zdradziłam ustrój pustych półek bez mrugnięcia okiem. Ceną za mój patriotyzm była piżamka z Myszką Miki. To było pierwsze wołanie Ameryki w moją stronę.

Miałam 12 lat, gdy na Gwiazdkę dostałam od Babci i Dziadka album – Parki Narodowe Świata.

Na okładce było zdjęcie, które mnie zahipnotyzowało – Wielki Kanion Kolorado.

Był 1991 rok, czasy przedinternetowe. Wyciągnęłam odpowiedni tom grubaśnej encyklopedii PWN i tam stosowne hasło opatrzone było:

– mnóstwem nic nie mówiących cyfr (tak jakby ilość metrów w kilku wymiarach miała moc rysowania nieznanego miejsca w wyobraźni)

– informacją, że kanion został odkryty w 1540 r. przez konkwistadora hiszpańskiego G.L. de Cárdenasa. Hm, rozumiem, że natywni mieszkańcy kontynentu tam nigdy nie dotarli, bo nie wyryli na skale: Tu byłem, Winnetou. A kanion przez ten cały czas był nakryty kołderką, aż pewien sprytny Hiszpan nie odkrył go mówiąc: A kuku psotny kanionku! Odkryłem cię!

– nieostrym, rozmazanym, czarno-białym zdjęciem

W Sylwestra 1991 r. pisząc listę planów na kolejny rok w zeszycie w kratkę pojawiło się: Odwiedzić Wielki Kanion. To było drugie wołanie Ameryki.

A potem był sączący się mimochodem mit. Pochłaniane powieści o kowbojach płynnie przeszły w powieści o mordercach, historie obyczajowe w historie wybijające z dobrego samopoczucia. Romanse przeplatały się z kryminałami prawniczymi, opowieści drogi z pamiętnikami.

Sielankowe miasteczka Sparksa, ciepłe, sąsiedzkie Południe u Fannie Flagg (z niewielką nutką rasizmu, zawsze okazującą się nietrwałą wobec dobroci ludzkiego serca – historie będące rosołem dla duszy). Sale sądowe Grishama, wilgotne, bagniste farmy Luizjany, niebezpieczne wielkie miasta oferujące szansę dla każdego, i małe, spokojne miasteczka, których sielankę burzył nieznany psychopata.

Były teksty piosenek, były setki filmów.

Nie będąc ani razu w Stanach, znałam je lepiej niż własne podwórko. Pop kultura kreująca znany wszystkim mit. Ale czyż w każdym micie nie ma źdźbła prawdy?

Wybierając kierunek wyjazdu w tym roku, Ameryka ponownie nie była na szczycie naszej listy. Z tyłu głowy wiedzieliśmy, że kiedyś do niej dotrzemy, żeby na własnej skórze poczuć to miejsce pełne sprzeczności, iluzji, niezwykłych, tak różnych od siebie krajobrazów, kultur, sposobu życia i myślenia.

Kiedyś, ale jeszcze nie teraz. Jest przecież tyle innych, bardziej egzotycznych miejsc.

Jednak nigdy nic nie wiadomo – w maju okazało się, że musimy pilnie zmienić plany i Azję zastąpić czymś innym. Gorączkowe myślenie: w Nowej Zelandii zaczyna się zima, Indonezja wymaga dłuższych przygotowań, choćby ze szczepieniami, w Europie tłumy wakacyjne, Australia – o matko, Australia zawsze i na zawsze, ale może jednak pojedziemy gdzieś indziej.

I jakoś naturalnie pojawiły się Stany. Język znamy, szczepień nie trzeba, dla dzieci bezpiecznie. No i bądźmy szczerzy – bez szoku kulturowego. Wakacje na pełnym lajcie, trochę jakbyśmy w końcu dotarli do miejsca, o którym zawsze wszystko wiedzieliśmy. A jednocześnie w końcu mieliśmy to zobaczyć.

Więc Stany.

Podróż z opowieścią drogi w miejscu, gdzie opowieść drogi się narodziła. Zmierzmy się z tym.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *