Zawód fotograf. W roli głównej (zamiast Redforda) mama.

 

Są takie blogi niesamowite, powalające na kolana, budzące niemy podziw i wywołujące mimowolne okrzyki zachwytu (pokrywane kaszlem, gdy okrzyk wyrwał się w czasie godzin pracy). Blogi, których czytający nie musi być z tych 2% społeczeństwa posiadającego rzadką umiejętność czytania ze zrozumieniem. Są to blogi podróżnicze, gdzie podróżującym jest zawodowy fotograf. On przy swoich wpisach nie musi umieszczać wielu słów, czasem wręcz złośliwie nic nie pisze będąc cynicznym wyznawcą teorii, iż dobre zdjęcie samo mówi o czym jest. Taki fotograf robi tysiące zdjęć rano lub pod wieczór, gdy nastaje „złota godzina” światła, najbardziej pożądana przez fotografów pora dnia. Czekając na nią robi kilkaset próbnych ujęć, głównie po to by wybrać kadr i właściwe miejsce. Wiadomo, że te niedoskonałe, przeczące zasadom fotografii przez duże ef zdjęcia zostaną wykasowane, bo przecież zrobione za wcześnie nic w sobie nie mają. A na pewno nie mają tego światła.

Potem w wybranym miejscu rozstawia solidny, ciężki statyw, a czasem też kilka innych szpanerskich gadżetów, takich jak kolorowe filtry na obiektyw, kłujących w oczy stojących obok amatorów z idiotkamerami lub nie daj Bóg z ipadami nastawionymi na robienie zdjęć. A potem powoli, w skupieniu, jakby na mszy lub podczas równie doniosłej chwili, naciska spust migawki swojego Canona 5d, zmieniając co jakiś czas parametry ustawień. W ten sposób powstaje dzieło.

Niestety, nasi Drodzy Czytelnicy, Wy powinniście znaleźć się jednak w tych 2% społeczeństwa, bo zdjęcia do czytanego przez was bloga robi mama. Może nie komórką, tabletem czy idiotkamerą (choć tą czasem owszem tak), ale jednak – mama, nie profesjonalny fotograf. Mama w podróży swoją „złotą godzinę” ma jak dzieci zasną, a wtedy jedynym źródłem światła jest latarka-czołówka i można przy niej co najwyżej w skupieniu, pośpiesznie wklepywać tekst, który za zadanie ma uchwycić to wszystko, czego zdjęcia nie dały rady. Stąd większość postów to słowotoki na kilka stron A4, tak długie, że nie da się ich czytać ukradkiem w pracy na komórce. Przepraszamy raz jeszcze. Przepraszamy tym bardziej, że jak na razie nie widzimy szans na poprawę, a wręcz przeciwnie.

Na drodze do Monkey Mia leży plaża, która od wielu, wielu lat była moim marzeniem. Tak jak Park Kakadu zobaczony iks lat temu w niedzielny poranek w puszczanym na Jedynce filmie przyrodniczym, tak i Shell Beach utkwiła mi w pamięci i cierpliwie czekała na swoją kolej odhaczenia z listy „marzenia do zrealizowania”. Teraz to nastąpiło. Jak tak dalej pójdzie z tym spełnianiem fantazji z lat nastoletnich podczas tej podróży, to jak nic w Sydney w hotelu powinno na mnie czekać zaproszenie na kolację z Costnerem. Oczywiście kilkanaście lat młodszym, tak z czasów „The Bodyguard”.

Muszelkowa plaża w Wulgadzie jest zwyczajnie niezwykła. W tutajszych hipersłonych wodach oceanu żyje sobie stworzonko zwane Fragum erugatum, taki pospolity małż z rodziny sercówkowatych. Niezwykłe natomiast jest to, że w Shark Bay na metr kwadratowy przypada nawet cztery tysiące sztuk tego małża, oczywiście mówimy o osobnikach żywych.

20140405-IMG_5094

20140405-IMG_5064

Zatoczka L’haridon Bight podobnie jak Hamelin Pool ma ponadnormalne zasolenie wynikające ze specyfiki ukształtowania jej dna oceanicznego i położenia. Suchy, ekstremalnie gorący klimat z minimalną ilością opadów deszczu i tylko jedną sporadycznie (czyli raz na kilkanaście lat) wpadającą do zatoki rzeką dają w efekcie śmiesznie małą ilość słodkiej wody mieszającej się z wodą oceanu. Na dodatek woda morska dostająca się przy przypływach do zatoki nie ma jak się z niej wycofać, bo blokuje ją ciężka do pokonania przy odpływie bariera z traw morskich. Pozostawiona, szybko paruje zostawiając w niecce zatoki sól. I tak w koło do znanego efektu.

W tak słonej wodzie niewiele stworzeń jest w stanie przeżyć i to nie tyle ze względu na jej smak, ale na zjawisko osmozy. Większość żyjątek po prostu wyschłaby na wiór, bo woda z ich komórek przeniknęłaby przez błonę komórkową do wody zatoki, w nieskutecznej próbie przywrócenia równowagi pomiędzy płynami znajdującymi się po obu stronach (kto nie rozumie, niech zerknie do podręcznika biologii). Nasz malutki małż natomiast za pomocą procesów chemicznych jest w stanie to zjawisko powstrzymać. Taki mały, a daje radę, budujące prawda? Gdyby ktoś dociekliwy (lub ten, kto przeczytał podręcznik biologii dla zaawansowanych) chciał się teraz dowiedzieć czym taki małż się żywi w wodzie, w której właściwie nie ma planktonu, to bardzo proszę – służę wyjaśnieniem. Odpowiedzią jest symbioza jaką Fragum erugatum zawarł z zooksantellem, jednokomórkowym fotosyntetyzującym glonem (to najbardziej przemądrzałe zdanie jakie napisałam do tej pory). W uproszczeniu wygląda to tak, że glon żyje sobie na miękkim ciele małża, chroniony przez jego muszlę. Gdy jest dzień, to muszla się otwiera, małż zaczyna się opalać, a glon z dostarczonego mu światła i dwutlenku węgla produkuje odżywcze składniki dla małża. Sedno symbiozy polega na tym, żeby małż był zanurzony na odpowiedniej głębokości, tak żeby ani nie spalić się od mocnych promieni słońca, a jednocześnie otrzymać odpowiednią ich ilość.

Jak to wygląda bez uproszczenia – polecam wspomniany podręcznik dla zaawansowanych.

20140405-IMG_5069

Kończąc temat – milony, miliony, miliony martwych Fragum erugatum’ów, a raczej ich skorupek przez pływy są codziennie wyrzucane na brzeg od kilkuset tysięcy lat. Zbijają się w twarde podłoże (podobne do skały wapiennej), z którego kiedyś wycinano tutaj bloki i stawiano z nich ściany do budowy domostw. Dziś plaża objęta jest ochroną, domów z muszli już się nie buduje, a muszli przybywa. Ponoć można tutaj kopać na głębokość ponad dziewięciu metrów i ciągle nie dokopie się do podłoża innego niż zmiażdżone skorupki Fraguma.

I właśnie tą plażę chciałam zobaczyć.

20140405-IMG_5067

Pierwszy raz przyjechaliśmy na nią w środku dnia. Pusta, praktycznie bez ludzi. Zaskoczyły nas dzieci, a szczególnie Tolek, który zupełnie zignorował fakt chodzenia po ostrych muszelkach i nic sobie z nich nie robił. Jak pomyślę o awanturach, które pół roku temu urządzał nam na piaszczystej plaży w Portugalii, to nie mogę uwierzyć, że to jest to samo dziecko ; )

Elegancko założona stópka na stópkę to podstawa na takiej plaży : )

Elegancko założona stópka na stópkę to podstawa na takiej plaży : )

20140405-IMG_5076

Jeszcze nie chodzi, ale już stoi :)

Jeszcze nie chodzi, ale już stoi :)

 

Chwilę posiedzieliśmy, poprzesypywaliśmy muszelki między palcami, pokopaliśmy dołki (nie dziewięciometrowe, ale i tak spore), pogapiliśmy się w chmury i pojechaliśmy dalej. W takim świetle zdecydowanie nie dało się robić żadnych zdjęć. Tyle to nawet ja, mama-amator-fotograf wiem.

20140407-IMG_5906

Zgodnie z umową wróciliśmy tutaj dwa dni później, tak żeby zdążyć na światło przed zachodem słońca. Bez wnikania w szczegóły, oczywiście przyjechaliśmy spóźnieni, ale nie na tyle, żeby panikować. Jeszcze nie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Michał poszedł na spacer brzegiem morza, żeby przez chwilę złapać oddech (kto jest rodzicem wie, że takie choćby krótkie samotne chwile są więcej warte niż niejedna kilkunocna impreza studencka), a ja zajęłam się potomstwem. Potem miała być zmiana. I nagle kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Po pierwsze słońce przyśpieszyło i zaczęło świecić niskim, złotym światłem wcześniej niż mi się wydawało, że powinno. Widzę, że moja chwila, jedna jedyna szansa na dobre zdjęcia z miejsca marzeń zaczyna uciekać, a Michał jest na końcu plaży poza zasięgiem mojego wrzasku i rozpaczliwego machania rękoma.

Tam gdzieś w oddali spaceruje Michał

Tam gdzieś w oddali spaceruje Michał

Próbuję ratować sytuację prosząc dzieci, żeby pokopały dołki w muszelkach, a mamusia pobiegnie na brzeg zrobić kilka zdjęć. W tym momencie Kaj zaczyna płakać, bo w pieluszce pojawiła mu się ogromna kupa, a tego Kaj nie lubi, i jednocześnie Tolek oznajmia, że on też musi swoje zrobić. Teraz, nie za chwilę. Gdzie??? Do krzaków i toalety plażowej jest dobre trzysta metrów, nie ma szans, żebym je ekspresowo przebyła niosąc po sypkich muszlach i muszlowych wydmach wrzeszczącego Kaja i potrzebującego Tolka (bo przecież w tej sytuacji sam nie pójdzie, bo musi zaciskać nogi). Nie mam przy sobie ani nocnika podróżnego, ani żadnej reklamówki, a przecież nie wykopię mu dołka w muszelkach. Nie wykopię? Cholera. Kopię dołek, przewijam Kaja, łapię koc porywany przez podmuchy wściekłego wiatru, macham bezskutecznie do Michała, który wolno, kontemplując chwilę i otoczenie spaceruje brzegiem morza, i przeklinam słońce schodzące coraz niżej w tempie ekspresowym, zupełnie niezgodnym z nauką o ruchu planet. Wściekła, rozczarowana, gotowa zamordować nic niewinnego własnego męża, zastanawiam się, czy to może jednak jakiś zły sen.

20140407-IMG_5846

20140407-IMG_5900

20140407-IMG_5866

W końcu Michał zaczyna wracać, gdy jest już wystarczająco blisko, porzucam dzieci na jego rzecz, ignoruję wrzask rozpaczy potomstwa na widok oddalających się pleców mamy i z aparatem biegnę w stronę oceanu. Pamiętacie oczywiście co robi profesjonalny fotograf przygotowując się do zdjęcia? Wybiera kadr, pstryka kilkadziesiąt próbnych ujęć, ustawia statyw, itp. Ja za to pokonałam swój rekord w sprincie po sypkim podłożu, dopadłam do brzegu i ignorując kadr, ustawienia i łzy złości, próbowałam zrobić choć jedno zdjęcie, które będzie w sobie miało wspomnienie tamtego miejsca. Bo przecież właściwe zdjęcie nie potrzebuje słów, żeby coś opowiedzieć, prawda? Szlag.

20140407-IMG_5874

20140407-IMG_5870

20140407-IMG_5856

20140407-IMG_5908

 

Bardzo standardowym ujęciem z Australii jest żółty ostrzegawczy znak drogowy z jednym z typowych, występujących tylko tutaj zwierząt: kangurem (bardzo standardowe), koalą (sympatycznie standardowe), emu (szpanersko standardowe, bo te znaki są tylko w outbacku) lub diabłem tasmańskim (ambitnie standardowe, bo wymaga podróży na antypody antypodów, czyli do Tasmanii). Podczas naszej podróży widzieliśmy je wszystkie. I za każdym razem, gdy najrzadsze z nich (diabeł i emu) pojawiały się w miejscu, gdzie można było bezpiecznie się zatrzymać, nasze dzieci smacznie spały w fotelikach. Każdy rodzic wie, że dziecko w foteliku śpi, dopóki samochód jedzie. I jakimś nieznanym wciąż nauce cudem dzieci rozróżniają pracę silnika, gdy auto stoi w korku od tej, gdy auto stanęło na poboczu, bo rodzic wyskoczył zrobić zdjęcie.

Kiedyś próbowaliśmy je przechytrzyć (w tym momencie wszystkie dzieci wybuchają gromkim śmiechem) i wysiadłam, gdy Michał powoli jechał poboczem. Oczywiście się obudziły.

Jedyne więc zdjęcie z typowym dla australijskich dróg znakiem drogowym mamy sprzed sześciu lat, gdy podróżowaliśmy jako beztroskie nieznające życia DINKi.

2007-10-22_07-21-56_2253 of 3049

Na pocieszenie w Australii Zachodniej trafił nam się naprawdę wyjątkowy rarytas.

20140407-IMG_5682

Ta dziwna krzyżówka myszy z królikiem to wielkouch króliczy, gatunek torbacza z rodziny Thylacomyidae (łacińska nazwa oznaczająca mysz z torbą), jeśli to kogoś interesuje. Dla Australijczyków – po prostu Bilby. Zagrożony wyginięciem zwierzak występuje już właściwie tylko w Australii Zachodniej na północy. Żyje w wykopanych przez siebie korytarzach, w których chroni się przed upałem, a na żer wychodzi w nocy i wtedy poluje na larwy, świerszcze, jaszczurki, pająki, nie gardząc też owocami i nasionami. Torbę na swoje młode ma otwieraną do tyłu, co jak się zastanowić jest dość logiczne u kopaczy (inaczej jego dzieci od wczesnego niemowlęctwa musiałyby uczyć się zamiatania podłogi domu). Natomiast uszy Bilby’ego nie służą do machania gdy zobaczy przelatującego Dumbo, tylko do odprowadzania ciepła i lepszego słyszenia w nocy.

 

Ze względu na dramatyczny spadek populacji i zniknięcie z natury pozostałych pięciu podgatunków Bilby’ego prowadzone są najróżniejsze akcje mające na celu zwiększenie liczby tych stworzeń, choć jak na razie sytuacja jest niewesoła. Wesoły jest natomiast jeden z pomysłów, żeby rozpropagować ideę ochrony Bilby’ego i zebrać na nią fundusze. Mianowicie Australijczycy zaczynają zastępować symbolicznego króliczka wielkanocnego sylwetką wielkanocnego Bilby’ego. Jest więc Bilby czekoladowy, w koszyczku, w jajeczku i na wielkanocnych kartkach z życzeniami.

 

Podejmuję kolejną próbę zrobienia zdjęć o zachodzie słońca. Jesteśmy na kempingu w Monkey Mia, do plaży mam pół minuty od zaparkowanego kampera, niebo jest boskie – z porozrzucanymi pierzastymi chmurami, które za sekundę zaczną barwić się na fiolety, róże, błękity, czerwienie i pomarańcze, plaża ikoniczna z palmami i muszlami, nic tylko w końcu rozstawić statyw i pstrykać. Ha, ha, ha. Michał utknął w kempingowym biurze rezerwując wycieczki na dzień następny (obsługiwany oczywiście przez zagraniczne studentki, które jak wszędzie tak i tu nic sobie nie robią z wymogu uprzejmości wpisanego w australijski klimat). Ja znów mam dwójkę potomstwa na głowie, a przynajmniej pod nogami. Dzielnie postanawiam wziąć ich na plażę, dać łopatki i wiaderka i jakoś spławić na pół godziny. Mam już na jednym ramieniu zapakowaną torbę z kocem, ręcznikami, zabawkami, okularkami słonecznymi, kremem z filtrem, bluzami z dłuższym rękawkiem, podróżnym nocnikiem (!), wilgotnymi chusteczkami, zwykłymi chusteczkami, kapeluszami na słońce i butami do brodzenia w wodzie (do wyjaśnienia w innym poście). Na drugim ramieniu mam aparat z obiektywem zmiennoogniskowym z filtrem polaryzacyjnym, w kieszeni stałkę bez filtra, w drugiej kieszeni filtry szare, wężyk spustowy, pod ramieniem (jednym z dwóch) statyw, również pod ramieniem (tym drugim) Kaja, a za rączkę trzymam Tolka. I w tym momencie rozlega się (bo czemu by nie): Am.

Am – pora kolacji.

Tolek załapuje od brata i zaczyna pełnym zdaniem w języku polskim domagać się wieczornego posiłku, więc nie mam szans wywinąć się szybkim napojeniem młodszej latorośli mlekiem z cycka. Nie mam też żadnych ciastek, lizaków, bananów, super słodkiego, gęstego i niezdrowego soczku w typie Kubusia, czekolady, plasterka wędliny czy kromki chleba. Nie mam, bo nie zrobiliśmy zakupów, jedyny sklep na kempingu (i jedyny w promieniu 50 km) zamknięty do dnia następnego do 8 rano, a w naszej szafce jest tylko makaron. Dzieci uwielbiają makaron, niestety nie suchy. Gotuję więc spaghetti w kamperowej kuchni, oglądając przez tylnie drzwi spektakl barw na niebie, a synowie kopią sobie łopatkami plażowymi dołki dookoła samochodu. Staram się nie myśleć, nic nie myśleć, po prostu mieszam makaron.

Am. Cała miska am.

Am. Cała miska am.

Jeszcze am.

Jeszcze am.

I jeszcze jedno am.

I jeszcze jedno am.

Aaaa, mama zakopuje się w moim dołku!

Aaaa, mama zakopuje się w moim dołku!

Zachód słońca – podejście trzecie (bo kto jeśli nie matka ma nieskończone pokłady cierpliwości i uporu?). Jest takie miejsce w Cape Range National Park, gdzie można snorkelować tuż nad niesamowitymi skupiskami rafy koralowej, ale tylko o określonej porze, innej każdego dnia. Chodzi o to, że rafa jest tak blisko powierzchni, że pływając nad nią w innym czasie niż szczyt przypływu można by płetwami uszkodzić koralowce. Gdy tam pojechaliśmy przypływ był późnym popołudniem. Michał miał straszną ochotę na taką przygodę, ja generalnie wolę rafę oglądać na filmie, więc zaoferowałam się, że w tym czasie popilnuję dzieci na brzegu. Oczywiście okazało się, że brzeg dostarczał co centymetr niesamowitych tematów do pocztówkowych zdjęć, właśnie zaczęła się złota godzina, a dzieci nijak nie dało się bezpiecznie spuścić z oka, bo miejsce było bardzo kamieniste, z chwiejącymi się głazami (doskonałymi do wspinania się zwłaszcza przez Kaja, który jeszcze nie opanował chodzenia), a brzeg to nie piaszczysta, łagodnie schodząca do wody plaża, tylko skalne, ostre urwisko.

20140410-IMG_6084

Natomiast pomiędzy głazami leżały porozrzucane fragmenty koralowców, fantazyjne muszle wciśnięte w piaszczyste zlepieńce, kamienie niezwykłe w kształcie i fakturze.

20140410-IMG_6070

20140410-IMG_6058

20140410-IMG_6056

20140410-IMG_6078

20140410-IMG_6052

Świerzbiło mnie, oj jak świerzbiło, żeby jednak nie zmarnować okazji i coś strzelić. Znalazłam dzieciom w miarę bezpieczny głaz, dałam trochę kawałków koralowca do zabawy, obiecując lizaka kazałam Tolkowi kablować na Kaja, gdyby ten za bardzo zbliżył się do urwiska nad oceanem i przepadłam. Jedno oko w wizjerze, drugie na dzieciach (rozłażących się w dwie strony), trzecie wyszukiwało kolejne kadry, czwartym sprawdzałam, czy mi mąż nie utonął.

20140410-IMG_6063

20140410-IMG_6057

O!

O!

Gdzie jesteś krabiku?

Gdzie jesteś krabiku?

20140410-IMG_6089

20140410-IMG_6096

No może nie jestem dumna z tego jak przez te pół godziny opiekowałam się dziećmi, ale ze zdjęć trochę tak ; )

Na szczęście nikomu nic się nie stało, Michał stwierdził, że słońce jest już za nisko i pod wodą nic nie widać, więc przez ostatnie minuty światła zajął się chłopcami, a ja w końcu mogłam poszaleć.

20140410-IMG_6102

20140410-IMG_6094

20140410-IMG_6075

20140410-IMG_6051

20140410-IMG_6108

O ile zachody słońca jakoś nie są mi pisane, o tyle wschody – jak najbardziej. Tyle tylko, że wtedy jestem zbyt wkurzona kolejną za wczesną pobudką przez wyspanego oseska i akurat nie uroki przyrody mi wtedy zaprzątają myśli. Zresztą nawet gdybym chciała, to i tak nic bym nie zrobiła z aparatem, bo nie zostawię w aucie samotnego, obudzonego Kaja (Michał z Tolkiem śpią w najlepsze na górnym łóżku), a z Kajem robienie zdjęć za bardzo przypomina przemoc domową, bo ten niestrudzenie z wrzaskiem i pięściami próbuje zawładnąć moim aparatem, obiektywem, lub choćby possać wężyk spustowy.

Udało mi się raz – gdy wyjeżdżaliśmy z kempingu niedaleko Shell Beach, żeby dojechać gdzieś w okolice Exmouth. To była długa droga, ponad 700 kilometrów, więc planowaliśmy wyruszyć tuż po tym, jak kangury przestaną wyskakiwać z ciemności na drogę. Dzieci jeszcze jakimś cudem spały, a my przygotowaliśmy w szarówce auto do drogi. Od czasu do czasu, kręcąc się po obozowisku naciskałam spust migawki. Fajnie było.

20140408-IMG_5911

20140408-IMG_5920

Do Exmouth jednak tego dnia nie dojechaliśmy. Zatrzymaliśmy się na noc zupełnie pośrodku niczego, na parkingu do nocowania tuż obok jedynej biegnącej w tamtą stronę drogi. Przygotowaliśmy kolację, a potem dzielnie próbowaliśmy nakarmić dzieci odganiając wszechobecne muchy, które po długiej przerwie znów się pojawiły (po prostu w okolicy, czyli jakieś 100 lub 200 km stąd było stado krów). Dzieciaki oczywiście były nimi zirytowane (muchami, nie krowami), więc marudziły na całego i do nakarmienia dwójki potrzebna była dwójka dorosłych. Problem w tym, że altanka ze stołem stała jakieś trzysta metrów od miejsca, gdzie znajdował się świetny kadr – samotne drzewo na tle pustyni.

20140408-IMG_5923

Drzewo z białą korą i srebrnozielonymi listkami (eukaliptus znaczy się), oświetlone zachodzącym słońcem od właściwej strony, a za nim pasy lawendy i fuksji, czyli malowane pastelami niebo. Brzmi nieźle, prawda? Tak też sobie myślałam uskuteczniając sprinty pomiędzy karmieniem Tolka kolejnymi łyżkami kaszki, a robieniem zdjęć, każdego z innym nasyceniem barw. I tak kilkanaście razy.

20140408-IMG_5939

20140408-IMG_5943

W końcu Tolo zjadł i uciekł przed muchami do kampera, a ja pomyślałam, że teraz pójdę i na spokojnie zrobię ostatnie ujęcia. Odchodziłam od altanki piknikowej, gdy zawołał mnie Kaj. Coś nie pozwoliło mi tego okrzyku zignorować, odwróciłam się więc w jego stronę. A mój malutki synek puścił się ławki i zrobił dwa pierwsze w swoim życiu, mocno chybotliwe kroki do mnie. Lustrzanka (niby nie Canon 5d, ale jednak coś warta plus nienajgorszy obiektyw) wypadła mi ręki na kamienie (wspominałam o tym, że profesjonaliści zawsze, absolutnie zawsze mają body zawiązane paskiem dookoła nadgarstka? Ale oni nie karmią co 30 sekund trzylatka kaszką w trakcie robienia zdjęć). Złapałam roześmianego i strasznie dumnego z siebie Kaja ratując jego kolanka przed siniakami i pal licho sześć lustrzankę. Był 8 kwietnia 2014 roku i nasz syn właśnie zaczął chodzić. Żadne ujęcie nie ma szans się wywołać takich emocji.

20140408-IMG_5930

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *