Tylnia kanapa auta – wykorzystanie kiedyś i dziś ;)

Przygotowując się do podróży mieliśmy zarysowany plan tego co chcemy zobaczyć. Tak już mamy, że wolimy wiedzieć co widzimy, rozumieć o czym do nas mówią, i nie popełniać zawstydzających głupot dotyczących polityki, religii i największych problemów społecznych miejsca, do którego jedziemy. Czytamy, oglądamy, analizujemy. Plan jest nam potrzebny choćby po to by porezerwować największe wydatki – wypożyczenia samochodu, przeloty samolotem, dłuższy pobyt w jednym miejscu. Jednocześnie jesteśmy otwarci na to, co droga zaproponuje. W ten sposób zupełnie niespodziewanie pojechaliśmy na pustynię i zrobiliśmy pętlę Adelajda – Coober Pedy – Lightning Ridge – Sydney. Pierwotnie po Tasmani mieliśmy skierować się na wschodnie, najbardziej cywilizowane wybrzeże kontynentu. Tym razem jednak nic z niego nie zobaczyliśmy i była to świadoma decyzja, gdy w jednej z informacji turystycznych wpadła nam w ręce broszurka o regionie Flinders Rangers, a potem o całej Australii Południowej.

Jeszcze w Polsce zastanawialiśmy się czy damy radę ogarnąć dwa inne duże punkty podróży – przelot do Alice Springs, a stamtąd pod Uluru i Kata Tjutę, oraz podróż wzdłuż mitycznego zachodniego wybrzeża.

W połowie podróży, na kempingu przed Grampianami, siedzieliśmy w wynajętej kabinie i szarpiąc włosy na głowie próbowaliśmy zmusić kalendarz, żeby jednak jakoś się rozciągnął. Nijak nie daliśmy rady, niepełne cztery miesiące pobytu w Oz miały tyle dni, ile miały. Trzeba było wybrać – Czerwony Środek czy dzikość australijskiego Dzikiego Zachodu. Pod Uluru już kiedyś byliśmy, więc z żalem (a jakże by inaczej skoro każdy wybór oznacza jakąś stratę) postanowiliśmy ruszyć w stronę zachodzącego słońca.

Aby jednak od strony obrazu relacja z Australii była pełna, obiecuję, że wrzucimy w jednym z końcowych postów trochę zdjęć z tamtej podróży, tak żeby byla i ikoniczna Czerwona Skała i nowoczesne, turystyczne wschodnie wybrzeże i jeden z cudów świata – piaszczysta Fraser Island.

Siedząc pół nocy w kucki na podłodze pomiędzy kuchenką, sedesem i łóżkiem, na którym spały nasze pociechy (pisałam już kiedyś o imponujących rozmiarach najtańszych kabin kempingowych?), wychwalając pod niebiosa uciekającą sieć i zacinające się strony, próbowaliśmy zorganizować przelot na zachodnie wybrzeże. I tu drobny przypis – warunki w jakich organizowaliśmy ostatni etap naszej podróży okazały się być kluczowe do pewnego wydarzenia, do którego niedługo się przyznamy.

Znalezienie sensownego lotu okazało się jednym z cięższych wyzwań. Na mapie są zaznaczone lotniska zarówno w Exmouth jak i w Denham, czyli tam gdzie docelowo chcieliśmy dotrzeć. Jednak do Exmouth latały tylko jedne linie komercyjne i bilety kosztowały naprawdę majątek (prawie tyle co lot Warszawa – Sydney), a do Denham trzeba było zorganizować prywatny czarter z Perth. My jednak nie z tej kategorii turystów.

Pozostał nam zwykły lot do Perth, o tyle kłopotliwy, że z miasta do pierwszej atrakcji turystycznej czyli Monkey Mia było bagatela 900 km nudną trasą, którą potem trzeba było pokonać z powrotem. Do tego z Monkey Mia do Ningaloo Reef kolejne ponad 850 km, też do pokonania w obie strony. Krótko mówiąc lecąc do Perth do 1700 km trasy musieliśmy dodać kolejne, zupełnie niepotrzebne 1800 km. Był to problem biorąc pod uwagę, że zostało nam mało czasu na pobyt tam i wyglądało na to, że większość spędzimy w drodze. Nie brzmiało zachęcająco, ale byliśmy zdeterminowani.

Kolejną niespodzianką okazał się brak możliwości wypożyczenia auta na tyle dni, ile byśmy chcieli. Skonsternowani zadzwoniliśmy do Britza uprzejmie pytając dlaczego nie ma dostępnych samochodów przy rezerwacji z półtoramiesięcznym wyprzedzeniem. A pan równie uprzejmie poinformował nas, że jest mu niezmiernie przykro, ale nic nie może poradzić, bo w wybranych przez nas datach wypada Wielkanoc, takie popularne święto kiedy Australijczycy ruszają na długi weekendy, i samochody są porezerwowane już od pół roku. Ups.

W końcu udało nam się zlokalizować ostatni wolny kamper w wypożyczalni z sieci Apollo i zgrzytając zębami klepnęliśmy rezerwację. To była wariacka decyzja, bo zmieniła i tak nasz napięty program na jeszcze bardziej napięty, gdzie więcej czasu zajmie nam podróż pomiędzy punktami niż cieszenie się atrakcjami.

Potem kupiliśmy bilety samolotowe kilkakrotnie przeładowując zacinającą się stronę i w końcu około trzeciej w nocy poszliśmy spać.

A teraz na początku kwietnia dotarliśmy tu. W Apollo dostaliśmy nasz nowy dom i jakoś próbowaliśmy się w nim zorganizować. Od razu przekonaliśmy się, że jednak standard wykończenia/wyposażenia auta jest o poziom niższy niż w Britzu. Tam do samochodu dostaliśmy sensowny komplet garnków i kuchennych utensyliów, sztućce, nietłukące plastikowe talerze i kubki plus mnóstwo sprzętu kempingowego, w tym dziecięce krzesełko. Tutaj garnek był jeden w rozmiarze odpowiednim do zagotowania dwóch jajek, kubki i talerze szklane i zdekompletowane, brak sitka, misek, i tym podobnych potrzebnych rzeczy. Ale za to był czajnik elektryczny i … toster (dzięki ci, o kulturo anglosaska!).

Rozpakowując się dziękowaliśmy Ibisowi za przechowanie naszych bagaży, bo kamper z założenia nie ma bagażnika, co jest dość dziwnym uczuciem dla osób przyzwyczajonych do osobówek. A ponieważ wzięliśmy jedną z najtańszych wersji, więc zabudowa ze schowkami też była dość uboga i w efekcie większość rzeczy musieliśmy trzymać w torbach podróżnych, które podczas jazdy leżały luzem na podłodze pomiędzy tylnimi fotelami. Na postoju, żeby móc korzystać z wnętrza, trzeba je było eksmitować na zewnątrz, a na noc upychać pod rozłożonym łóżkiem. Brzmi niby skomplikowanie, ale z perspektywy czasu nie mamy wątpliwości – podróżowanie kamperem jest o niebo łatwiejsze niż z namiotem. Możliwość przygotowania posiłków czy choćby herbaty na miejscu, bez biegania do kempingowej kuchni, zjedzenia obiadu w miarę cywilizowany sposób, szybsze składanie się i rozkładanie dobytku, a przede wszystkim co dla mnie miało znaczenie – kawałek bezpiecznego podłoża po którym mogłam puścić raczkującego Kaja.

IMG_4899

W ramach przyzwyczajania się do auta pojechaliśmy na parking supermarketu po zapasy spożywcze i wino, co w sumie czasem na jedno wychodzi. A potem ruszyliśmy w drogę. Nie ujechaliśmy niestety daleko, bo Kajowi nie spodobała się zbyt duża odległość dzieląca go od rodziców – fotele dzieci były ulokowane w połowie długości auta, potem była kanapa przekształcana w łóżko, a potem dopiero przednie siedzenia. Jednocześnie auto było tak potwornie hałaśliwe, że nasz kochany Mrówek przy nim jest ideałem sali koncertowej. Nijak nie dało się z dziećmi rozmawiać, zabawiać czy puszczać muzykę. Kaj darł się wniebogłosy bite 45 min, po których się poddaliśmy i zrobiliśmy przemeblowanie – ja usiadłam koło niego z tyłu, a Tolek ze swoim fotelikiem powędrował na przód. Tolo był wniebowzięty, Kaj przestał drzeć się wniebogłosy, a ja błagałam niebiosy, żeby przez dwa tygodnie oszczędziły mi choroby lokomocyjnej.

Pierwszego dnia dojechaliśmy jakieś 200 km za Perth. Tam przy trasie znaleźliśmy miejsce postojowe, o czym warto wspomnieć, bo jest to swego rodzaju ewenement występujący prawie wyłącznie w Australii Zachodniej. Ponieważ dróg jest tu jak na lekarstwo, a jedno miasteczko od drugiego dzieli nierzadko 700 km, to wzdłuż głównych tras są wyznaczone (i oznaczone w każdym atlasie) publiczne miejsca na nocleg. Darmowe, czasem z toaletą, czasem bez, ale moża na nich bezpiecznie stanąć i przeczekać noc. Na naszym byliśmy zupełnie sami. Zaparkowaliśmy auto, szybko i sprawnie zrobiliśmy kolację korzystając z wody z wbudowanego w auto zbiornika i rozłożyliśmy łóżka.

Obowiązkowe ogarnięcie miejsca na nocleg

Obowiązkowe ogarnięcie miejsca na nocleg

Ej, Kaju! Nie udawaj, że wycierasz kurze na ławce!

Ej, Kaju! Nie udawaj, że wycierasz kurze na ławce!

No co? Dopiero nauczyłem się stać z trzymanką, to robię co umiem!

No co? Dopiero nauczyłem się stać z trzymanką, to robię co umiem!

Lub nic nie robię : )

Lub nic nie robię : )

Gdy zapadł zmrok przez krzaki oddzielające nas od trasy widzieliśmy wyłącznie co jakiś czas pędzące choinki – olbrzymie, świecące roadtrain’y, którym żaden kangur nie był straszny.

Nasze miejsce noclegowe w świetle dnia

Nasze miejsce noclegowe w świetle dnia

IMG_4904

IMG_4907

IMG_4911

Gdy byłam dzieckiem co roku latem jeździliśmy z bratem na wakacje z dziadkami. Czasami, żeby oszczędzić nam długiej drogi dziadek decydował się podróżować nocą. Uwielbiałam to. Babcia pieczołowicie na tylnim siedzeniu układała nam narzuty i poduszki, żeby stworzyć bezpieczny kokonik do spania, albowiem były to czasy przedfotelikowe. A potem wykąpani i ubrani w piżamki zagrzebywaliśmy się w ciepłych, pachnących domem dziadków kocach i kołysani szumem silnika i ruchem auta, zasypialiśmy patrząc do ostatniej chwili przez okno na ciemność i pędzące po niebie gwiazdy. Gdy teraz jako dorosła myślę o uczuciu bezpieczeństwa zawsze czuję w duszy tamte chwile. Były magiczne – mieszanka pewności bycia kochanym i zaopiekowanym plus nasz mały ciepły świat wewnątrz auta, które wiozło nas na wspaniałą przygodę.

Wspominając tamte wyprawy nad jeziora wśród sosnowych lasów i myśląc o obecnej podróży na innym kontynencie, poczułam że mieszkanie w aucie, które jednocześnie zapewnia schronienie i pozwala codziennie być w drodze do innego miejsca, jest dla mnie najfajniejszą przygodą jaką można sobie wymarzyć. Ciężko opisać to uczucie wolności i jednocześnie wystarczającego poczucia bezpieczeństwa. To tak jakby być w domu i jednocześnie mieć frajdę wychodzenia z niego.

Gdzieś przy autostradzie w Australii Zachodniej tuliliśmy nasze dzieci do snu patrząc przez okno na gwiazdy, a ja pomyślałam, że historia zamknęła koło. Teraz moja kolej stworzyć dzieciom wspomnienia miłości i opieki, których nie zapomną.

IMG_4932

IMG_4940

Z drogi śledzie, książę Witold na żabie jedzie!

Z drogi śledzie, książę Witold na żabie jedzie!

Ups… Zostałem przyłapany?

Ups… Zostałem przyłapany?

Ech, nie znacie się na żartach, Za-Poważni Rodzice.

Ech, nie znacie się na żartach, Za-Poważni Rodzice.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *