Pejzaż w tonacji lapisowej

Spójrz:
Przeminęło.
Czy nie masz żalu?
Tyle łaski, ale tylko raz.
Bo czekają nowi.
„Czy to wszystko?” nagle pytasz mnie.
Nie znam odpowiedzi.

(Anna Maria Jopek, Spójrz, przeminęło)

Najdłuższy etap naszej podróży po Australii dobiegł końca. To uczucie, którego nie znoszę. Nie umiem sobie radzić z żalem, tęsknotą, koniecznością pogodzenie się z faktem, że już po. Kilka miesięcy temu każda nasza wolna chwila poświęcona była myślom o tej wyprawie. Czytaliśmy przewodniki, szperaliśmy w internecie, wbijaliśmy pinezki w mapę. Wtedy te pozaznaczane punkty były czymś abstrakcyjnym, ot – nazwa z opisem atrakcji. Wyobraźnia tworzyła obrazy, umysł nakręcał się oczekiwaniem nieznanego, ale na pewno wspaniałego. Gdy w końcu 2 stycznia dotarliśmy do Sydney i obudziliśmy się rano, a przez otwarte okno wpadało powietrze pachnące latem, słońcem i hibiskusem, nie mogliśmy przestać się uśmiechać. – Zrobiliśmy to! W końcu tu jesteśmy – mówiliśmy do siebie, ciesząc się jak dzieci. Przed nami była wielka przygoda, z milionem rzeczy do odkrycia, zobaczenia, przeżycia. Wszystko mogło się zdarzyć! Ponad dwa miesiące wędrowki przez Australię, osiemdziesiąt dni w drodze bez celu, bez planu, wydawało się wiecznością. A na pewno bardzo długim okresem czasu. A teraz – już po wszystkim. Już koniec. Wieczność trwała tak szybko, jak zwykle za szybko. Trwała dokładnie osiemdziesiąt dni i ani minuty dłużej. Wiemy już, co się zdarzyło.

Czuję potworne zmęczenie emocjonalne. Pod powiekami, co mrugnięcie, pojawiają się jakieś wyrywkowe obrazy z kempingów na których rozbijaliśmy namiot, wycieczek, krajobrazów. Żeby nie tęsknić, całą siłą woli staram się nie myśleć o nich. Nie rozpamiętywać, nie przypominać sobie. Kiedyś, przy zakończeniu relacji z podroży o Skandynawii pisałam o tym stanie otępienia i zablokowania wspomnień, który jest ratunkiem przed usiądnięciem i zalaniem się łzami. Nie, nie jestem dobra w pożegnaniach.

Z Lightning Ridge do Sydney mamy osiemset kilometrów, dystans nie do zrobienia w jeden dzień z tutejszymi ograniczeniami prędkości, upałem i dwójką dzieci. Zaskakująco jednak udaje nam się przejechać ponad 600 km i na nocleg stajemy w jednym z miasteczek po drodze. Następnego dnia, żeby dotrzeć na kemping docelowy, przejeżdżamy przez znane nam już Góry Błękitne. W ekspresowym tempie krajobraz za oknem zmienia się. Czerwona ziemia, suche krzewy, pustynne lub płaskie outbackowe klimaty nagle zmieniają się w pola uprawne, pastwiska, i wzgórza pokryte bujną, kłującą nas wręcz w oczy zielenią traw i lasów. Czujemy się jakbyśmy podróżowali przez tunel czasu, mamy wrażenie nierealności tego, co widzimy za szybą. Kilka godzin jazdy i z rzeczywistości, w której człowiek musi nauczyć się przeżyć w nieprzyjaznym otoczeniu, trafiamy do miejsca, w którym natura została ujarzmiona i podporządkowana ludzkim zamysłom. Abstrakcja, inna planeta.

Góry Błękitne nas wabią, do Sydney mamy naprawdę niedaleko (phi, co to jest 120 km cywilizowaną dwupasmówką bez kangurów?), postanawiamy większość dnia trochę się powłóczyć.

IMG_4602

Wjeżdżamy do Blackheath i czujemy się coraz dziwniej oraz trochę jakby nie na miejscu. Po pierwsze domy tutaj są jak z najlepszych przedmieść Londynu. Okazałe, murowane, a nie z blachy lub dykty, zadbane, z zaplanowanymi i pielęgnowanymi ogrodami, podjazdem wyłożonym kamieniami pasującymi do ogólnego wystroju posesji, bez rdzewiejącego lub zniszczonego sprzętu wystawionego pod ścianą. Bez wyblakłych od słońca foteli do posiedzenia pod wieczór, bez wraków samochodów pozostawionych jako podręczny magazyn części zamiennych, bez ikonicznych wiatraków pompujących wodę spod wysuszonej na skamieniały pył ziemi. W końcu bez wiecznie zakurzonych na czerwono, obtartych z każdego boku i przerabianych domowym sposobem starych, niezniszczalnych terenówek. Zamiast tego na podjazdach parkują czyste, lśniące auta osobowe, ewentualnie miejskie SUVy, potrafiące co najwyżej bez szwanku wjechać na wyższy krawężnik przed modnym butikiem.

Jedziemy powoli dalej, a po obu stronach drogi klony zmieniają kolor liści. Żółte i czerwone, kołyszą się na gałęziach, będąc wizualnym akcentem potęgującym nasz nastrój końca australijskiej przygody. Zaczyna się jesień, czas odpocząć po wakacyjnym szaleństwie, czas wrócić do domu, zdają się mówić. Jadąc główną drogą milczymy, przytłoczeni myślami, wspomnieniami, początkiem kształtujących się w głowie podsumowań. Niby wiemy, że to jeszcze nie dziś, że jeszcze mamy jeden krótki wypad do Australii Zachodniej zanim wsiądziemy w samolot do Polski, ale jednak. Z tyłu głowy zagnieżdża się nieznośna myśl, że jesteśmy bliżej, o wiele bliżej końca niż początku.

Jest weekend i miasteczko pęka w szwach od jednodniowych turystów z Sydney. Wszystkie miejsca parkingowe wzdłuż chodnika zajęte, kilkanaście kawiarni i restauracji pełnych do ostatniego stolika, gwarno, hałaśliwie i … szpanersko. Ludzie w czystych, wyprasowanych (!) ubraniach prosto z najnowszej, jesiennej kolekcji, w markowych dodatkach i obuwiu, Czujemy się nieswojo, trochę jakbyśmy pierwszy raz przyjechali do miasta z głębokiej wsi. Nie wiemy gdzie patrzeć i na co uważać, jesteśmy trochę zdezorientowani, trochę poirytowani, mamy problem z podjęciem decyzji gdzie skręcić, czy iść na kawę czy na obiad, które miejsce wybrać. Ilość opcji powoduje w nas swędzącą chęć ucieczki i powrotu w outback. Gdzie był tylko jeden pub ulokowany przy jedynej głównej ulicy, przy którym zawsze było gdzie stanąć, a w menu były dwa dania do wyboru. Życie w ten sposób było o wiele prostsze. Tak, z jednej strony brak mnóstwa przyjemności (kilkunastu gatunków mrożonej kawy, lodów, świeżych owoców, czy knajp z kuchnią z każdego zakątka świata), z drugiej jednak brak pokus i wmawiania na każdym kroku, że szczęście zależy od ulegnięcia marketingowym sztuczkom powodowały, że codzienność była spokojniejsza, a drobiazgi o wiele szybciej tworzyły poczucie zadowolenia z chwili. Prościej było dostrzec sedno.

Decydujemy się w końcu podjechać do informacji turystycznej, żeby spytać o krótkie szlaki do przejścia z dziećmi, a w ramach obiadu zjemy resztki zapasów. Możecie nazwać to tchórzostwem, my uznaliśmy, że tak będzie szybciej. A przynajmniej tak sobie powtarzaliśmy.

W informacji turystycznej wśród sydnejskich weekendowych, wystylizowanych turystów też czuliśmy się jak z innej bajki. W mocno podniszczonych, niedopranych (ach te kempingowe pralki) i na pewno nieuprasowanych ciuchach bez metki, w okularach słonecznych porysowanych od piasku pustyni i bez loga na oprawce, z fryzurami wskazującymi na pilną potrzebę odwiedzenia fryzjera lub choćby zakupu grzebienia i suszarki, ech… No dziwaki jakiejś drugiej kategorii byliśmy i tyle.

IMG_4607

Na parkingu przy Govetts Leap Lookout zjedliśmy kanapki przyrządzone z tego, co znaleźliśmy w lodówce i co jeszcze nadawało się do jedzenia, a potem przymocowaliśmy dzieciaki do pleców i poszliśmy na spacer do punktu widokowego Bridal Veil Falls. Tak naprawdę chcieliśmy dojść do Evans Lookut, ale szlak był tak wyczerpujący, że przy wodospadach poddaliśmy się i postanowiliśmy wrócić. Nie wiem, czy nasze pociechy przytyły, czy my po tych outbackowych steakach straciliśmy formę, ale zejście ostro w dół przez 20 minut z pakunkami w nosidłach pokonało nas. A przecież musieliśmy tą samą drogę pokonać w drugą stronę, tyle że tym razem ostro pod górę.

Hm, wspominałam już, że nie przepadam za wyprawami górskimi? Na szczęście wokół nas jesień naprawdę malowała kolorami, więc co kilkanaście kroków stawaliśmy, żeby uchwycić aparatem to, co chcieliśmy zapamiętać z tej wędrówki.

 

IMG_4611

IMG_4613

IMG_4595

IMG_4594

IMG_4592

IMG_4590

IMG_4588

IMG_4586

IMG_4585

IMG_4583

IMG_4582

IMG_4578

IMG_4571

IMG_4570

IMG_4568

Męcząco, jak to w górach, lecz było warto. To znaczy wtedy wlokąc się w tempie starego ślimaka idącego tyłem, sapiąc i dysząc, potykając się o korzenie i kamienie, bo mi pot zasłaniał oczy, naprawdę w wyrafinowany sposób przeklinałam w myślach panie z informacji turystycznej, które nam ten szlak poleciły na krótką wędrówkę z dziećmi. Teraz jednak oglądając zdjęcia tęsknię za widokiem zielonych, bezkresnych grzbietów osnutych błękitną mgłą. I cieszę się, że tam byłam.

IMG_4562

IMG_4560

 

Same wodospady też robią wrażenie. Spadają z zawrotnej wysokości po skałach przywodzących na myśl pierwotny amfiteatr lub jakąś świątynię Matki Natury. Ogromne, przytłaczające rozmachem skalne urwisko całe pokryte jest wiszącym ogrodem mchów, paproci, rosiczek i pływaczy (gatunki roślin żywiących się owadami). Zieleń spija wodę sączącą się po skalnej ścianie, kąpie się w wilgotnej mgle z wodospadów, rośnie, wypuszcza pędy, kwitnie, zachłannie zagarnia kolejne przestrzenie, wspina się po samej sobie, aż w końcu pod własnym ciężarem odpada w przepaść. Nie trzeba jednak długiego czasu, żeby zwolnione miejsce znów pokryło się gęstwiną liści i kwiatów. Magiczne miejsce.

Dlatego właśnie mimo niechęci do górskich wędrówek jednak czasem je popełniam, bo lubię patrzeć na cuda.

IMG_4599

IMG_4604

Na szczęście kolejny był położony 5 minut spacerkiem płaską ścieżką od innego parkingu. Wind Cave, niezwykła formacja skalna, przypominająca te z wyspy Maria na Tasmanii. Tylko tym razem zamiast błękitnego morza dookoła był tajemniczy, pachnący las eukaliptusowy.

IMG_4620

IMG_4618

IMG_4625

To nasze pożegnanie z Górami Błękitnymi. Robimy ostatnie zdjęcia mimo, że wiemy iż nie oddadzą one ogromu, barw i zapachu, ale przymus utrwalenia chwili jest silniejszy niż rozsądek. Ostatnie spojrzenie w ciszy, żeby usłyszeć milion dźwięków – ptaki, cykady, krople wody, wiatr.

panorama

Przed nami Sydney i ostatni rozdział tej wyprawy.

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *