Fifotopamy pod krawatem, czyli samo sedno Sydney

Kemping Big4 pod Sydney jest absolutną rewelacją. Położony tuż nad oceanem, w dzielnicy okazałych domów, w miejscu skąd można ruszyć na piesze wędrówki lub na puste plaże, dobrze skomunikowany z miastem – i co najważniejsze – bez much!

Nie bardzo jednak daliśmy radę skorzystać z jego zalet, bo plan pobytu tam był bardzo napięty. Pierwszego dnia mieliśmy najtrudniejsze zadanie do wykonania. Tolek zażyczył sobie być Karolem – fioletową lokomotywą z kreskówki. Bo jak głosi wieść gminna Karol jest najzabawniejszą lokomotywą na lądzie (w opozycji do Tomka, który jest najzabawniejszą lokomotywą na Wyspie Sodor). Trudna sprawa, bo do tego celu nasz pierworodny potrzebował fioletowego t-shirt’a, a takiego oczywiście w placakach nie mieliśmy. Mieliśmy za to pod bokiem Sydney, w którym w weekend na Rocks’ach jest jeden ze słynnych targów rękodzieła, w tym autorskich ubrań.

Zaparkowaliśmy więc w sobotę w pobliżu przystani promowej na Manly i przepłynęliśmy do Darling Harbour. Panorama Sydney jest ikoniczna i nie do pomylenia. Tak samo jak Manhattan – nawet narysowane kontury prostą kreską od razu skierują myśli we właściwe miejsce na mapie. Byliśmy nią urzeczeni od pierwszego razu, jednak teraz dotarła do nas niezwykłość tego miejsca.

IMG_4636

Nie oszukujmy się – miasto jak miasto. W Europie można znaleźć bardziej kuszące, na pewno z większą ilością zabytków starszych niż sto lat (;d), z ciekawszą historią, z mocniej zapadającym w serce nastrojem, a już na pewno bardziej miejskie. W Sydney mamy dzielnicę biznesową z drapaczami chmur (choć nie przesadzajmy tak z tym określeniem “drapacze”), historyczne The Rocks i reszta to już właściwie domki mieszkalne, rozciągające się na ogromnej przestrzeni. Żeby to sobie wyobrazić proponuję porównać kilka liczb – w Sydney mieszka około 4,5 miliona ludzi, a w Warszawie coś ponad 2 miliony. Powierzchnia Sydey wynosi natomiast 12,5 tysiąca km2, a powierzchnia naszej stolicy – około pół tysiąca km2. Widać różnicę w gęstości zaludnienia, prawda?

Co jest więc takiego niesamowitego w dość zwyczajnym mieście jak na ogólnoświatowe definicje miast?

Trzeba było nam wyjechać stąd, przez dłuższy czas błądzić po zakurzonych drogach miasteczek interioru, po malutkich nadmorskich miejscowościach, po kilkudniowych bezludnych krajobrazach, żeby zrozumieć ewenement Sydney na skalę australijską. W żadnym innym miejscu na tym ogromnym kontynencie nie jest tak wielkomiejsko jak tu. Z tłokiem, pędem, korkami, światłami, wystawami, wyborem sklepów, marek, restauracji z kuchniami z każdego zakątka świata, z ludźmi wyznającymi najróżniejsze religie, orientacje seksualne i zapatrywania polityczno-społeczne. Tak, po dwóch miesiącach włóczęgi widok Sydney uderzył w nas ze zdwojoną siłą. Był zaskakujący i radujący serce jak (i tu nie żartuję) czysta toaleta na Dworcu Centralnym w Warszawie.

IMG_4648

Dzień na Rocks’ach był bardzo udany. Od pierwszego podejścia znaleźliśmy fioletową koszulkę, którą Tolo od razu założył i którą przez następne trzy tygodnie musieliśmy prać prawie codziennie. Niezwykłe jest jak mózg dziecka bez oporów wierzy w to czego pragnie i godzi wydawałoby się niekompatybilne informacje. Nasz syn jednocześnie potrafi być strażakiem, lokomotywą Karolem, lokomotywą Tomkiem, traktorem, kangurem i upartym trzylatkiem. Pstryk i już. A dorosłych, którzy tak robią leczy się ze schizofrenii.

IMG_4651

IMG_4663

IMG_4676

IMG_4678

Targ kusił i namawiał do szperania, oglądania i szukania. Pamiątki turystyczne mieszały się z oryginalnymi ubraniami, dekoracjami, biżuterią. Na dłuższą chwilę utknęłam przed straganem z koszulkami, które miały hasła trafiające w moje przekonania polityczne, na przykład:

  • I’ve found Jesus. He was behind the coach the whole time
  • Whenever I get bored I search google for myself
  • Even if the voices aren’t real, they have some good ideas
  • I thought I was wrong once, but I was mistaken
  • When God made me, he was showing off

 

Bardzo chciałam którąś kupić (ha, powinnam zrobić sondaż wśród znajomych, która według nich najbardziej do mnie przemówiła), niestety wszystkie były nadrukowane na męskich bezkształtnych t-shirtach, bez damskiego fasonu i przez to nadawały się dla mnie co najwyżej na górę od piżamy.

IMG_4661

IMG_4654

IMG_4660

Na zakończenie dnia poszliśmy na obiad na … Devonshire Tea. Jest na Rocks’ach taka irlandzka knajpa – kawiarnia, w której właściwie menu składa się z samych pysznych, wypiekanych na bieżąco bułeczek serwowanych tradycyjnie z dżemem i gęstą śmietaną i wybrać można tylko ich ilość, rodzaj dżemu (kilkanaście najbardziej egzotycznych kombinacji plus stadardowa malinowa) i rodzaj herbaty. Wszystkie stoliki były zajęte, ale wyjątkowo stwierdziliśmy, że poczekamy. Opłacało się, bo gdy w końcu, po czterdziestu minutach od złożenia zamówienia na stół podano nam pachnące bułeczki, z irlandzkiego nieba w australijskiej rzeczywistości wysunęły się trąby niebiańskie i zagrały nam w sercach : ) Ech.

IMG_4674

IMG_4670

IMG_4668

Drugi dzień był techniczny. Po pierwsze praliśmy wszystko co było do uprania, suszyliśmy i wyrzuciliśmy to, co po dwóch miesiącach intensywnego używania już nie nadawało się na dalszą podróż.

Zrobiliśmy rundę po okolicznych sklepach z rzeczami dla dzieci, żeby kupić dętki do kół w wózku, bo od jazdy po najróżniejszym podłożu porobiły się w nich dziury. Na szczęście nasz wózek jest z Nowej Zelandii, więc tutaj występuje dość często na ulicach i właściwie w ciągu półtorej godziny mieliśmy nowe koła.

Potem wyładowaliśmy wszystko, absolutnie wszystko z samochodu do namiotu lub na kempingowy śmietnik. Pożegnaliśmy się m. in. z naszą Biblią i Torą w jednym przez ostatnie dwa miesiące – grubym przewodnikiem po Australii z listą tras 4WD i kempingów (wyrwawszy wpierw strony o Australii Zachodniej). To był dla nas ciężki moment, gdy niejako słowo “koniec” faktem się stało.

Potem pojechaliśmy na myjnię. Niewyobrażalne jest jak bardzo nasz Jaszczurkowy Wóz był uświniony. Staliśmy na jednym ze stanowisk, laliśmy wodę z dyszy, laliśmy i laliśmy wrzucając w szczelinę kolejne monety, a po betonie płynęła czerwona ziemia outbacku, kamienie, gałęzie i mnóstwo niezidentyfikowanego szlamu. Obok nas inni myli swoje miejskie, lekko zakurzone przez tydzień jazdy do pracy, samochody i patrzyli się na nas z niedowierzaniem.

Na koniec odkurzyliśmy auto i przez chwilę zastanawialiśmy się czy na pożegnanie, w prezencie za niezawodność nie zafundować mu jakiegoś zapachu (naszym typem nr jeden był zapach nowego auta), ale uznaliśmy, że to jednak lekka przesada. Ostatecznie płacimy w dolarach, nie w złotówkach.

IMG_4742

IMG_4745

Cały ten dzień był dość trudny dla dzieciaków, bo zupełnie nie mieliśmy czasu się nimi zajmować, ale w myśl hasła – podróże usamodzielniają nasze pociechy niedoczekawszy się obiadu ani o swojej porze, ani dwie godziny później, postanowiły same o siebie zadbać i coś upolować. Rosół z kakadu? Czemu nie.

Najpierw lokalizujemy stado

Najpierw lokalizujemy stado

Wykorzystujemy naturalne ukształtowanie terenu w celu jak najlepszego kamuflażu

Wykorzystujemy naturalne ukształtowanie terenu w celu jak najlepszego kamuflażu

Teraz będzie najtrudniejsze...

Teraz będzie najtrudniejsze…

Wchodzicie w to?

Wchodzicie w to?

Tyłek nisko, brzuch przy ziemi i na opuszkach palców naprzód!

Tyłek nisko, brzuch przy ziemi i na opuszkach palców naprzód!

O nie, to znowu te głodne polskie dzieci...

O nie, to znowu te głodne polskie dzieci…

Przynajmniej została przynęta, zawsze coś.

Przynajmniej została przynęta, zawsze coś.

Niestety pierwsze polowanie nie przyniosło efektu i trzeba było sięgnąć po wypróbowane sposoby, czyli zaciągnąć rodziców do restauracji. Knajpa mieściła się po drugiej stronie od kempingu, tuż przy zapadającej w pamięć pustej, przepięknej plaży, którą przecinał szeroki strumień wpadający do oceanu.

W menu była kuchnia chińska w wydaniu naprawdę wartym grzechu. Siedzieliśmy tam po całym dniu nerwówki i ciągłego załatwiania tysiąca spraw, dzieci wyjątkowo zajęły się sobą (tzn. przerzucaniem się ryżem i makaronem) i nie zawracały nam głowy, zimne piwo gładko komponowało się z chłodną bryzą znad oceanu, a zachód słońca ginącego w huczących falach dopełniał całości. Siedzieliśmy, jedliśmy, piliśmy, oglądaliśmy spektakl barw na niebie, i mentalnie godziliśmy się z tym, że dzisiejsze mycie auta i czyszczenie zakamarków z zapasów było pożegnaniem z samochodem, który tak długo był właściwie naszym domem.

Niebo już było pełne gwiazd, gdy oczyściliśmy dzieci z ryżu we włosach i makaronu w uszach, i dopijając ostatni łyk z którejś z kolei butelki, wróciliśmy na kemping.

Ostatniego dnia było najbardziej wariacko. Najpierw jechaliśmy obwodnicą Sydney ponad 90 km w jedną stronę, żeby dojechać do przedmieść miasta po drugiej jego stronie, gdzie u znajomego naszego znajomego zostały złożone rzeczy z wypożyczalni, których nie potrzebowaliśmy na wyprawę, a przynajmniej tak nam się wydawało, gdy ją rozpoczynaliśmy (znów okazaliśmy się leśnymi głupkami) – ciepłe koce i niekompresowalne grube śpiwory.

Potem 90 km z powrotem na kemping i bolesne zderzenie z rzeczywistością. Musieliśmy jakoś przepakować nasz dobytek, bo na lot do Australii Zachodniej mogliśmy zabrać o wiele mniej bagażu niż na lot powrotny do kraju. Patrzyliśmy na sterty rzeczy rozrzucone po namiocie i nie mieliśmy zielonego pojęcia jak to ogarnąć. Gdzieś tam w przerażonych umysłach kołatała nam się myśl, co nas do cholery podkusiło, żeby kupować tyle książek??? Ale jak wiadomo z ludźmi uzależnionymi nie da się rozsądnie porozmawiać, więc moje rozmowy na ten temat z Michałem, lub Michała rozmowy ze mną były z góry skazane na niepowodzenie.

IMG_4683

Jednak problem typowo organizacyjny był pikusiem przy znalezieniu sposobu na przechowanie przez trzy tygodnie kilku wielgaśnych plecacków w Sydney. Z rozpaczą przeszukiwaliśmy strony internetowe z radami dla podróżnych i bledliśmy coraz bardziej. Mieliśmy do wyboru przechowalnie bagażu na lotnisku lub dworcu kolejowym, ale wynajęcie dwóch największych boksów na tak długi okres czasu kosztowałoby nas prawie dwa tysiące złotych .

Trafiliśmy jeszcze na informację o jakiejś firmie, która zajmuje się różnymi usługami, w tym odbieraniem takich bagaży od turystów i przechowywaniem ich w swoim magazynie cargo. Cena była kusząca (nie oszukujmy się, przy cenie schowków lotniskowych kuszące byłoby nawet nadanie tych nadwymiarowych bagaży jako przesyłki cargo do Warszawy), ale na forum znaleźliśmy dwie negatywne opinie o tym serwisie (generalnie sprowadzające się do tego, że bagaże “zaginęły”) i żadnej pozytywnej. Była jeszcze druga podobna oferta, ale ta za to nie miała żadnej opinii, co wydawało się jeszcze bardziej podejrzane.

Załamani zaczęliśmy kombinować co nam się bardziej opłaci – zapłacić za schowek na lotnisku czy za nadbagaż na locie Sydney – Perth. W międzyczasie zarezerwowaliśmy na następny dzień hotel na lotnisku, nasz ulubiony Ibis Budget. Tym razem nauczeni doświadczeniem wzięliśmy wersję pokoju lux, żeby jakoś się w środku pomieścić. I zupełnie niespodziewanie (cuda najczęściej są niespodziewane) wyczytaliśmy, że w hotelu jest przechowalnia bagażu. Generalnie w hotelach takie przechowalnie są normą, ale zwykle można tam coś zostawić najwyżej na dobę. A tu było napisane, że nie ma ograniczeń czasowych.

Nie wierzymy, a bardzo byśmy chcieli. A chcieć to móc. Postanawiamy następnego dnia sprawdzić jak to działa w rzeczywistości, uznając, że najwyżej zbankrutujemy na przechowalnię lotniskową, i poprawimy technikę polowania na kakadu, żeby jakoś budżetowo wyżywić się do końca pobytu.

Resztę czasu mozolnie przekopywaliśmy się przez nasz dobytek, segregując go na torby i plecaki, a dzieciaki w tym czasie korzystały z uroków kempingu. Szczęściarze.

IMG_4757

IMG_4752

Gdzie jest woda?

Gdzie jest woda?

O jest!

O jest!

O yes!

O yes!

I w końcu nadszedł ten czas – nasza ostatnia noc w namiocie. Patrzyłam na śpiących synków zakopanych w swoich śpiworach, tak idealnie akceptujących każde warunki, do których ich zabraliśmy podczas tej podróży i byłam naprawdę cholernie szczęśliwa. Jakby nie było byliśmy tutaj na urlopie rodzicielskim i bez względu na ilość widzianych krajobrazów, przejechanych kilometrów, zjedzonych przepysznych steaków i przeżytych doświadczeń wynieśliśmy z tej wyprawy coś nieuchwytnego, ale bardzo ważnego dla nas jako rodziny. Dzień w dzień spędzaliśmy 24h razem ucząc się siebie nawzajem i w sposób niepostrzeżony budując mocną więź. Od maluchów uczyliśmy się radości i optymizmu bez zawracania sobie głowy przeszkodami, umiejętności skupiania się na konkretnej chwili, zadziwienia światem tak jakbyśmy widzieli go po raz pierwszy, zaciekawienia najdrobniejszą spotkaną rzeczą – piaskiem, liśćmi, odgłosami buszu, nasionami nieznanych nam drzew, wodą błyskającą odbitymi promieniami słonecznymi. Nie wiem do końca czego nauczyli się chłopcy, ale myślę, że gdzieś jakiś ślad zostawią w nich wieczory spędzone z rodzicami na obserwacji zmian kształtu księżyca, ranne krzątanie się po obozowisku, wspólne zwijanie lub rozkładanie namiotu (w pewnym momencie Tolo przypisał sobie rolę akceptowacza właściwego miejsca do rozbijania), gotowanie prostego obiadu nad ogniskiem, czytanie mapy przy planowaniu dalszej trasy. I mimo, iż wiem, że typowej, encyklopedycznej wiedzy im to nie przysporzy, bo są za mali (szczególnie Kaj), to mam nadzieję, że te wszystkie drobne, codzienne chwile po prostu dały im poczucie niezachwianej pewności, że są kochani. Przez najwspanialszych rodziców na świecie, rzecz jasna.

Wyścig lokomotyw z różnym pod względem techniki machania napędem ręcznym

Wyścig lokomotyw z różnym pod względem techniki machania napędem ręcznym

Rano po raz ostatni zwinęliśmy namiot, zjedliśmy śniadanie i opuściliśmy kemping. Po godzinie dojechaliśmy do hotelu, przenieśliśmy bagaże, z niedowierzaniem przyjęliśmy do wiadomości, że możemy w nim zostawić duże plecaki na trzy tygodnie w cenie 3 dolarów za schowek za cały okres i wcale nie musimy po powrocie zatrzymywać się w tym hotelu ponownie.

Potem pojechaliśmy do siedziby Britza, gdzie w zbyt szybki i zbyt sprawny sposób załatwiliśmy formalności i nagle zostaliśmy bez samochodu. Wychodząc patrzyliśmy jak stoi opuszczony na parkingu i znów było nam bardzo, bardzo smutno.

A jak wiadomo nic tak nie pomaga na smutek jak wypad do miasta ; )

Metrem podjechaliśmy do centrum, gdzie w planach mieliśmy leniwy spacer po Ogrodzie Botanicznym. Niestety w okolicy parku nie ma absolutnie żadnej opcji kupienia czegoś obiadowego na wynos plus kawy. Kilka drogich restauracji (obok ogrodu są super drogie apartamentowce plus dzielnica biznesowa) nie rozwiązywało naszego problemu. Spytaliśmy wujka googla i jego kuzynkę – mapsy, gdzie w okolicy można znaleźć chińszczyznę, i kierowani trasą na telefonie weszliśmy w cień rzucany przez szklane biurowce. Szliśmy tam w naszych sfatygowanych podróżnych ubraniach i sandałach, które nie jedno już widziały, a wokół nas pędziły istoty ubrane w kostiumy, garnitury, szpilki, krawaty, i każdy, absolutnie każdy miał na szyi smycz z przepustką do swojego przydziałowego miejsca pracy, jak w zakładzie karnym nie przymierzając. Dodam, że upał był normalny, pod trzydzieści stopni.

Surrealistycznie się czułam, jakbym trafiła na niewłaściwy plan rzeczywistości. Dość zgryźliwie sobie pomyślałam patrząc na tych wszystkich jednakowych mężczyzn (nie oszukujmy się, detale garniturów lub różne odcienie błękitu koszul nie sprawią, że człowiek w jakikolwiek sposób wyróżni się z tłumu) i na trochę mniej jednakowe, lecz ciągle w jednym standardzie ubraniowym kobiety, że oni tak tu pędzą, rozmawiają przez komórkę, grają strasznie zaaferowanych, zapracowanych i ważnych, ale czy z ich zajęcia powstaje coś naprawdę użytecznego? Coś, co jest komuś innemy naprawdę potrzebne? Czy, nie owijając w bawełnę spytam wprost – ktokolwiek z nich przyczynił się do powstania sweterka??? Nie. A postrzygacze owiec tak. Parafrazując dość mądrego człowieka: stałam tak, obserwowałam i miałam sen, piękny sen. Że mój syn (jeden i drugi) na pytanie, kim chce być w życiu, nie odpowie: korpoludkiem. I że będzie mu to dane.

Z drugiej strony (dlaczego ja zawsze widzę dwie strony?) zastanawiamy się poważnie z Michałem, czy nasze dzieci po ukończeniu dzieciństwa, podczas którego są przez rodziców ciągle gdzieś ciągane, bez planu, rutyny i przewidywalności, nie powiedzą w dorosłym życiu: Chcę być urzędnikiem państwowym. Chodzić do pracy na 8, wracać do domu o 16, jeść obiad, rozwiązać krzyżówkę, obejrzeć wiadomości i iść spać. I tak przez 10 lat na początek.

Chińszczyznę w pudełku i kawę w papierowych kubkach kupiliśmy, mogliśmy więc pójść na piknik do Ogrodu. Usiedliśmy na pierwszym lepszym trawniku (tak, w Australii w przeciwieństwie do warszawskich Łazienek, Wilanowa i innych terenów zielonych będących dobrem narodowym można siadać na trawie. Zresztą tak samo jak w większości cywilizowanych miejsc na świecie), pouczyliśmy dzieci, żeby za nic w świecie nie rzucały ryżu żebrającym ibisom (dzieci oczywiście nie posłuchały) i relaksowaliśmy się w miłym cieple popołudniowego słońca. Potem długi spacer wśród zaskakującej czasem zieleni, gdzie rosły paprocie z organami męskimi i damskimi (już widzę co u nas napisaliby w gazetach, gdyby takie coś posadzić w przestrzeni publicznej. Jak nic byłyby wcześniejsze wybory parlamentarne), spotkanie z kolejnymi nosorożcami zwanymi przez Tolka fifotopamami, a pod wieczór powrót metrem do hotelu.

Tata, a ufa fifotopama są żółte i czarne! Widziałeś coś takiego, tata?

Tata, a  fifotopama ufa są żółte i czarne! Widziałeś coś takiego, tata?

IMG_4794

IMG_4787

IMG_4801

IMG_4805

IMG_4809

IMG_4811

Drzewo połykające ogrodnika

Drzewo połykające ogrodnika

Jedna baobab i dwóch chłopa

Jedna baobab i dwóch chłopa

IMG_4828

IMG_4836

IMG_4838

IMG_4852

IMG_4849

Chłopiec czy dziewczynka?

Chłopiec czy dziewczynka?

Paprotek, bez dwóch zdań paprotek.

Paprotek, bez dwóch zdań paprotek.

IMG_4871

IMG_4875

 

IMG_4830

IMG_4858

Następnego dnia wylecieliśmy do Perth.

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *