Skąd się bierze sweterek?

Once a jolly swagman camped by a billabong,
Under the shade of a coolibah tree,
And he sang as he watched and waited ’til his billy boiled
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
And he sang as he watched and waited ’til his billy boiled,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Down came a jumbuck to drink at the billabong,
Up got the swagman and grabbed him with glee,
And he sang as he stowed that jumbuck in his tucker bag,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
And he sang as he stowed that jumbuck in his tucker bag,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Down came the squatter, mounted on his thoroughbred,
Up came the troopers, one, two, three,
„Who’s that jolly jumbuck you’ve got in your tucker bag?”
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
„Who’s that jolly jumbuck you’ve got in your tucker bag?”,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Up got the swagman and jumped into the billabong,
„You’ll never catch me alive”, said he,
And his ghost may be heard as you pass by that billabong,
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me
And his ghost may be heard as you pass by that billabong,
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Bogaty farmer zarządający setkami hektarów ziemi, czy wiążący koniec z końcem rolnik? Kim jest mityczny australijski hodowca owiec?

Pasjonatą, brzmi poprawna odpowiedź.

Są lata, podczas których na pastwiskach jest w bród trawy, owce nie chorują, jagnięta nie padają, ceny wełny na rynku są zadowalające. Wtedy można poczuć się przez chwilę jak bogacz. Suma uzyskana ze sprzedaży zarówno runa jak i samych owiec zasila konto w banku i kusi. A ten kto pokusie ulegnie i za zarobione “nadwyżki” zafunduje sobie luksusy, przegrywa. Bo za rok, za dwa przychodzi susza. I trwa rok. Dwa. Kilkanaście lat. Owce zaczynają głodować. Wtedy fundusze z konta w ekspresowym tempie znikają bo trzeba kupić żywność dla zwierząt. Co prawda jest to minimalną, głodowa porcja raz na dzień wykładana na padokach, ale w przeliczeniu na setki zwierząt i dni w roku koszt przyprawia o zawrót głowy. Głodujące owce mają gorszą wełnę, więc jej cena spada na łeb na szyję. Plus cena za sztukę owcy też wynosi poniżej kosztu dotychczasowej hodowli, bo wszyscy zmniejszają stada zostawiając tylko najbardziej wartościowe sztuki. Rok w rok bilans farmy jest na minusie. Przetrwają tylko ci, którzy mają mocne nerwy, nieskończoną cierpliwość i wiarę, że każda susza w końcu się kończy, plus spory zapas środków w banku.

W perspektywie czasu, na przestrzeni kilkudziesięciu lat hodowla owiec pozwala na zadowalające życie. Ale na pewno nie jest to sposób na zbicie fortuny. W dodatku ciągła niepewność odnośnie cen wełny, pogody, nagłej epidemii dziesiątkującej stado – zdecydowanie trzeba mieć pasję, żeby żyć takim życiem. Z drugiej strony – ludzie z pasją mają zawsze do opowiedzenia jakąś ciekawą historię, a my zdecydowanie lubimy słuchać historii.

Liz z Trilby Station ma pasję. I opowiedziała nam o tym, jak to jednego roku sprzedawali owce w cenie 118 dolarów australijskich za sztukę, a następnego za 40 dolarów. Opisała walkę o uratowanie stada podczas dziewięcioletniej suszy na początku wieku. Zrozumieliśmy, że możliwości człowieka w kontrolowanie sytuacji są mocno ograniczone, bo jak przewidzieć i zapobiec śmierci nowonarodzonych jagniąt zaatakowanych przez robaki lub wirusa przenoszonego przez komary. A gdy rok w rok nie ma jagniąt, lub te co się rodzą są przez matki porzucane z powodu suszy i niemiłosiernego upału, to los stada nie wygląda optymistycznie.

Jak podjąć decyzję o sprzedaży? Jak wybrać moment? Już chyba wygrana w kasynie jest bardziej przewidywalna niż prowadzenie takiej farmy.

Na szczęście w obecnych czasach ustalono system sprzedaży owiec, który pozwala przynajmniej ograniczenie ryzyka. Kiedyś trzeba było kilkusetne stado zapakować i przewieźć na targ. Tam czekać na ofertę, i najczęściej sprzedawało się je po cenie niezadowalającej, bo po prostu nieopłacalne było wożenie zwierząt z powrotem na farmę. Teraz owce sprzedawać można na owczym allegro. Na farmę przyjeżdża przedstawiciel serwisu aukcyjnego i ocenia 10% stada przeznaczonego na sprzedaż. Bierze pod uwagę wagę osobników, jakość wełny (miękkość, gęstość, długość, kolor) oraz jej zanieczyszczenie (w czasie suszy większe, bo w runo wplatają się wszystkie uschnięte patyki i źdźbła trawy). Potem robi zdjęcia i całość trafia na stronę internetową czekając na kupca, który zapłaci najwięcej i pokryje koszty transportu.

Gdy warunki pozwalają owce można strzyc. Zwykle ma to miejsce od połowy maja i trwa miesiąc. Na Trilby Station od lat korzystają z … nowozelandzkich postrzygaczy, a konkretnie Maorysów. Nie dość, że są tańsi o australijskich, to przede wszystkim nie należą do związków zawodowych :) Historia stara jak świat i w każdym zakątku świata występująca.

Liz opowiedziała nam jak doszło do tego, że zaczęli zatrudniać drużyny z Nowej Zelandii, więc my przekazujemy historię dalej. Jest to dowód na to, że idea związków zawodowych, jak i samej wartości pracy jest jak najbardziej słuszna, ale gdy idea zmienia się w politykę, to traci sens. Otóż podczas któregoś strzyżenia w piątek późnym popołudniem prawie dziesięciotysięczne stado zostało ostrzyżone po miesiącu ciężkiej pracy. Zostało słownie dwadzieścia owiec. I okazało się, że australijscy zrzeszeni w związkach postrzygacze nie mogą ich ostrzyc, bo minął limit godzinowy i zrobili to dopiero w poniedziałek rano. Oczywiście za ich pobyt na farmie przez weekend Liz i Garry musieli zaplacić zwykłą godzinową stawkę.

Od tej pory – Maorysi rządzą.

Z postrzyżyn można w dobrych latach uzyskać około 400 bali wełny, każdy ważący ponad 180 kg (na jeden bal potrzeba ciut ponad 30 owiec). Sprzedać je można średnio za 1200 AUS/sztukę. Za ostrzyżenie 1 owcy płaci się szefowi drużyny postrzygaczy 12 dolarów. Osoby chętne i ci, którzy mają maturę z matematyki w tym roku mogą policzyć ile można zarobić w tym biznesie.

W Kinchega National Park oglądaliśmy szopę do strzyżenia owiec z ubiegłego wieku. Pierwotnie zbudowana z drewna, posiadała imponującą liczbę 65 stanowisk do strzyżenia. Przy szopie zlokalizowane były kwatery dla postrzygaczy, naczelnego eksperta, selekcjonerów wełny, niewykwalifikowanych pomocników, chłopcow “smołowych”, osób spędzających owce, osób do mycia wełny, poganiaczy wołów ciągnących wozy z wełną na przystań i dla kucharza, który im wszystkim gotował jedzenie. Istniejące do dzisiaj, zostały wzniesione z blachy w latach ’20-tych ubiegłego wieku.

IMG_3446

Szopa w Kichenga National Park

 

Kwatery postrzygacz. Dziś - zakwaterowanie dla turystów.

Kwatery postrzygacz. Dziś – zakwaterowanie dla turystów.

Początkowo w 1870r. na farmie hodowano 35 tysięcy owiec. Pięć lat później, po zainstalowaniu takich nowinek jak zbiorniki na wodę i poidła pogłowie wzrosło do 75 tysięcy, a w szczytowym okresie na farmie pasło się 160 tysięcy owiec. Ostatnie strzyżeniew 1987 r. było huczną, relacjonowaną przez prasę imprezą, po której tereny farmy wraz z zabudowaniami zostały przekazane na rzecz parku narodowego.

To co mogliśmy zwiedzić, to pomniejszona dwukrotnie (gdy powoli zmniejszano ilość wypasanych owiec) oryginalna szopa zbudowana z drewna Red Gum Trees.

W upale, odganiając się oczywiście od już prawie nam obojętnych much, zrobiliśmy wycieczkę “po tropach owcy”. I żeby nie było, że wycieczka nudna i nic nie mówiąca dla dzieci, dodaliśmy do niech efekty dźwiękowe udając stado baranów i jednocześnie tłumacząc Tolkowi poszczególne stadia procesu strzyżenia.

IMG_3456

IMG_3457

Becząc i tupiąc (wy też możecie czytając ten post beczeć) przeszliśmy po rampie do pierwszego pomieszczenia szopy. Tam trzymane owce czekając na rozdzielenie do poszczególnych boksów mogły wysuszyć wełnę a to z upału a to z deszczu, w zależności od potrzeb. Potem takie suche dziewczynki wędrowały do mniejszych zagródek, z których przez specjalne wahadłowe drzwi (otwierane tylko w jedną stronę, żeby owca nie mogła zmienić zdania) wyciągane były przez postrzygacza zajmującego swoje stanowisko do strzyżenia. Potem ciach ciach nożycami, pierwotnie ręcznymi, a potem napędzanymi mechanicznie, i owca po pochylni spychana była na zewnątrz szopy do kojca. W ten sposób można było łatwo policzyć ile owiec postrzygacz ostrzygł.

Wnętrze szopy

Wnętrze szopy

Ochotnik demonstrujący drogę owcy od wełenki do topless

Ochotnik demonstrujący drogę owcy od postaci wełenki do wizerunku topless

 

Stanowiska postrzygaczy

Stanowiska postrzygaczy

Koło napędzające nożyce

Koło napędzające nożyce

Zagroda dla ostrzyżonych owieczek. Nie, nie zepchnęliśmy Tolka po widoczne w tle pochylni. Sam zjechał.

Zagroda dla ostrzyżonych owieczek. Nie, nie zepchnęliśmy Tolka po widocznej w tle pochylni. Sam zjechał.

Wełna natomiast przez innych członków drużyny postrzygaczy zanoszona była na stół, gdzie selskcjoner z pomocnikami oznaczali jej klasę. Potem zgodnie z nią umieszczana była w osobnych koszach. Następnie zapełniony kosz trafiał do prasy, która z wełny robiła zgrabne ponad stukilogramowe pakunki. W międzyczasie do procesu wprowadzono maszynę do oczyszczania wełny – system bębnów, który wytrząsał z niej piach i patyki.

Bębny czyszczące wełnę

Bębny czyszczące wełnę

Prasa

Prasa

Bela wełny była ważona, oznaczana nadaną wcześniej klasą i ładowana na wóz ciągnięty przez woły, które transportowały potem kilkuset tonowe ładunki na brzeg rzeki, sławnej Darling River, skąd parowce zabierały wełnę w świat.

Niesamowite było to, że gdy kilka dni później zwiedzaliśmy nowoczesną szopę na farmie Liz i Garry’ego to cała organizacja pracy nie różniła się znacząco od tego co widzieliśmy w “skanenowej” szopie z Kinchega National Park. Blacha zamiast drewna, napęd do nożyc elektryczny zastąpił napęd parą wodną, ale poza tym bez zmian.

Współczesna szopa na Trilby Station

Współczesna szopa na Trilby Station

Stanowiska postrzygaczy

Stanowiska postrzygaczy

Nowoczesny napęd elektryczny do nożyc

Nowoczesny napęd elektryczny do nożyc

Zagrody oczekujących

Zagrody oczekujących

Prasa

Prasa

Tablice i spray do oznaczania jakości wełny, plus chwytak do przenoszenia bel sprasowanego runa

Tablice i spray do oznaczania jakości wełny, plus chwytak do przenoszenia bel sprasowanego runa

A, i postrzygacze w dzisiejszych czasach używają specjalnych pasów podtrzymujących kręgosłup podczas wielogodzinnej pracy. Że też czegoś takiego nie wymyślono jeszcze dla matek tysiąc razy dziennie schylających się po dziecko (ponieść z łóżeczka, włożyć do łóżeczka, wykąpać, przewinąć, wziąć na ręce, posprzątać milion porozrzucanych zabawek, itp).

IMG_3977

No i matce nie płaci się tak dobrze jak postrzygaczom. W ogóle się jej w sumie nie płaci.

Za to postrzygacz był zawsze najlepiej opłacanym zajęciem w buszu. Końcowa stawka zależała od jego umiejętności, czyli ilości owiec ostrzyżonych w danym dniu. Najlepsi, tzw. gun shearers byli w stanie ostrzyc do 80 owiec na dzień, a gdy wprowadzono mechaniczne nożyce – ponad setkę.

Jak w całej tej historii były lata tłuste, gdy zarobek był godziwy, i lata chude, gdy mnóstwo wychudzonych mężczyzn przemierzało rowerami niepojęte odległości od farmy do farmy próbując się gdzieś zaczepić i cokolwiek zarobić. Gdy farmerzy nie mieli jak zapłacić za strzyżenie i kolejne lata nie dawały zatrudnienia, mężczyźni będący ikoną outbacku, bohaterami pieśni, wierszy i opowieści, zaczynali kraść by przeżyć. To oczywiście rodziło konflikty i napięcia, i tak się wszystko kręciło, aż spadł deszcz, wyrosła trawa, owce urodziły młode, a rynek znów zaczął płacić za wełnę.

Postrzygacz oprócz wynagrodzenia miał w miejscu pracy zapewniony dach nad głową i posiłki. Nożyce i specjalne skórzane paski do ich ostrzenia przynosił z sobą. Tak było kiedyś i tak jest do dziś.

A na koniec słowniczek. Słynna Matilda z najbardziej australijskiej piosenki to zrulowany koc, który postrzygacze nosili z sobą podczas wędrówek, służący i do okrycia w chłodne noce, i jako posłanie, i jako osłona przed upałem w dzień. Waltzing Matilda jest więc określeniem kilkuletniej wędrówki włóczęgi zwanego swagmanem, który cały swój dobytek ma przy sobie. Jak to trafnie ujął Willie Ogilve, wyobraźnią Australijczyków zawładnęła postać nomadów, którzy wędrując wzdłuż rzeki od jednego zakrętu do drugiego zwijali swój koc i Bóg jeden wie ile smutku w nim. Mężczyźni z dziwnymi historiami pozostawionymi za sobą, żebracy, którzy kiedyś wypisywali swoje nazwisko na kilkutysięcznych czekach, znane postacie z dalekiej Anglii, która zapomniała o ich istnieniu. Bez nadziei i bez przyszłości włóczyli się wzdłuż rzeki przez zakurzone, spragnione dni lata, przez błota i wodę czasu powodzi, prosząc tylko o kawałek mięsa i trochę mąki na stacjach, które mijali.

I jak tu nie kochać magii Outbacku?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *