Połów ryb w Czasie Snu

Podkusiło nas ostatni raz, obiecujemy. Niepomni na poprzednie doświadczenia, ciągle głodni wiedzy i wrażeń nie jesteśmy w stanie przejechać obojętnie przez miasteczko Brewarrina. To znaczy pewnie byśmy przez nie przejechali bez najmniejszej nawet myśli, że można tu stanąć gdyby nie cholerna ulotka, która zaatakowała nas dzień wcześniej. Zaatakowała i oznajmiła, iż w Brewarrinie znajdują się najstarsze na świecie budowle wzniesione ręką ludzką – aborygeńskie pułapki na ryby. Starsze niż piramidy, rzymskie ruiny i wszystko inne co tylko przyszłoby nam do głowy. Mało tego – na miejscu mamy szansę na oprowadzenie przez Aborygena, który jako nasz przewodnik opowie o tradycyjnym sposobie połowu ryb i stylu życia swoich przodków. Na miejscu jest też nowoczesne, prężnie działające centrum z wystawą o kulturze i życiu pierwotnych mieszkańców Australii.

Rozumiecie już, czemu nie mogliśmy tam nie stanąć?

Przez późny wyjazd z Bourke, do celu dojeżdżamy popołudniem. Na rogatkach mijamy entuzjastyczną tablicę z wizerunkiem ogromnej ryby i napisem: Brewarrina – zatrzymaj się, a będziesz zdziwiony jak dużo ma ci do zaoferowania. Część farby odpadła, niektóre litery są niewyraźne, cała tablica lekko chyli się na bok. Nie wygląda to najlepiej, oj nie. Wjeżdżamy główną ulicą, pustą, zabudowaną po obu stronach niskimi budynkami z wyblakłymi szyldami, z oknami zakratowanymi, drzwiami najczęściej zamkniętymi na głucho. Jest słonecznie i pachnąco od kwiatów na drzewach, teoretycznie piękna pogoda powinna nastrajać optymistycznie i upiększać nawet najbardziej nieprzyjazny widok, ale nie tutaj. Nie wiem jeszcze o co chodzi, ale podskórnie czuję, że coś jest nie tak. Te zakratowane i zamknięte sklepy, wymarłe ulice i plac zabaw, wyblakłe ze starości i nieremontowane fasady domów – wszystko razem niesie w sobie pewną informację. To nie jest wibrujące miejsce turystyczne z atrakcją na skalę międzynarodową.

Stajemy na parkingu informacji turystycznej i po raz pierwszy w Australii jesteśmy w takiej zmasowanej formie zaatakowani ostrzeżeniami przed kradzieżą. Na każdym słupie latarnianym, na pachołkach wyznaczających miejsca parkingowe, na drzwiach do informacji – naklejki o złodziejach czychających na rzeczy pozostawione w samochodzie. Ups.

W środku zaskoczony pan (najwyraźniej nie spodziewał się turystów zarówno dziś jak i w następne dni) próbuje sobie przypomnieć co się właściwie robi w informacji turystycznej. Nie bardzo jest nam w stanie wymienić jakieś atrakcje, a na pytanie o słynne (z ulotki) pułapki aborygeńskie duka, że są nad rzeką (ha! na tyle to sami mogliśmy wpaść) i można pójść i samemu je zobaczyć. Pytamy o przewodnika. Pan po gorączkowych poszukiwaniach wręcza nam karteczkę z ręcznie napisanym numerem telefonu do Centrum Aborygeńskiego zlokalizowanego ulicę dalej i tłumaczy, że musimy tam zadzwonić i umówić się dzień wcześniej. Nie, w informacji turystycznej nie mogą nam tego zorganizować… Pytamy o nocleg. Pan konsultuje odpowiedź ze swoim kolegą na zapleczu, potem dzwoni w jedno miejsce i oznajmia, że kabina kempingowa nad rzeką na jedną noc kosztuje 150 dol. Pytamy o coś tańszego i dostajemy wskazówki jak dojechać do drugiego kempingu w mieście, nie nad rzeką, więc z lepszymi cenami. Niestety telefonu do nich pan nie ma.

Trzecie nasze pytanie dotyczy możliwości zjedzenia czegoś na obiadokolację. To naprawdę wywołuje u pana popłoch. Najchętniej wyprosiłby nas tłumacząc, że informacja turystyczna jest już zamknięta, ale niestety do piątej brakuje ponad godziny, więc nie może tak łatwo się wymigać. Po długim wpatrywaniu się w milczeniu w mapę Braweriny (trzy główne równoległe ulice połączone kilkunastoma poprzecznymi) wymienia chińską smażalnię, pizzę w pubie i najlepszą opcję – restaurację w miejscowym RSL (klubie weteranów wojenych, szanującej się instytucji obecnej prawie w każdym miasteczku australijskim).

Postanawiamy najpierw sprawdzić kemping. Prowadzący go potężny Aborygen, szalenie sympatyczny i rozmowny oferuje nam ostatnią z trzech kabin. Nie ma łazienki, ale na jedną noc nie mamy wielkich wymagań, ogólna łazienka jest dość blisko, a kabina wygląda prawie porządnie. Trochę drażni nas, że drzwi z dykty zamykają się na najprostszy zamek, taki z rodzaju toaletowych zapadek, możliwy do otworzenia dowolnym kluczykiem, śrubokrętem, nożem do masła lub czymkolwiek innym o wąskiej końcówce, w tym paznokciem. Właściciel wygląda na zdumionego, gdy Michał demonstruje mu otwieranie kabiny kluczykiem samochodowym, a potem z całą żarliwością zapewnia, że nie mamy się czego obawiać bo tu zupełnie, ale to zupełnie nie ma przestępczości. Nie wspominamy mu o naklejkach przed informacją turystyczną. Za to pytamy o miejski basen, który widzimy tuż za ogrodzeniem kempingu. Generalnie jest zamknięty (nie ze względu na jakieś godziny czy remont, po prostu jest zamknięty ot tak), ale jak chcemy z niego skorzystać, to on zadzwoni do kumpla i kumpel nas wpuści. Nie chcemy, za to pytamy o pułapki na ryby. Aborygenski rozmówca cały się rozpromienia i bierze sprawy w swoje ręce – pyta na którą godzinę chcemy wycieczkę i zapewnia, że zadzwoni do drugiego kumpla, który jutro będzie nas oprowadzał. Kilkanaście razy zapewnia nas, że będzie to wspaniałe przeżycie, że będziemy świadkiem niezwykłej opowieści, i że Brewarrina jest najlepszym miejscem do życia.

Nic nie mówimy, uprzejmie się uśmiechamy i jedziemy coś zjeść. Po drodze mijamy miejscową szkołę z oficjalnym hasłem wypisanym dużymi literami na froncie budynku o braku zgody na wykorzystywanie seksualne dzieci, bibliotekę, komisariat policji, domki, dwóch zataczających się panów na chodniku, jednego żółtego psa. Na początek próbujemy sprawdzić pub. Najokazalszy budynek przy głównej ulicy, tak jak i reszta wszystkie okna ma zabite dyktą lub zakratowane, albo to i to. W ciemnym wejściu stoi kolejny wielki Aborygen, który na nasz widok spluwa na ulicę. To pewnie przypadek w czasie – nasz przyjazd i jego splunięcie, ale zaczynam czuć coraz większą irytację połączoną z paniką. Czuję niechęć do zabrania dzieci do mrocznego środka, Michał idzie więc sprawdzić czy zrobią nam pizzę na wynos (szyld głosi, że takowa jest tu serwowana). Wraca po chwili z informacją, że pizzy to już dawno tu nie robią, że w środku jest klasyczna śmierdząca piwem, wymiotami, moczem i starym potem speluna, ale możemy dostać hamburgery na wynos. Rezygnuję. Jedziemy szukać knajpy chińskiej, ale najwyraźniej w całej Brawerrinie już jej nie ma. Była, ale nie ma. Nie ma jej ani pod adresem z ulotki o mieście, ani na żadnej innej ulicy. Została nam kuchnia w klubie RSL.

Klub jako jedyny budynek w okolicy wygląda schludnie i nie ma krat tudzież dykty w oknach, a to budzi nadzieję. Michał idzie sprawdzić czy do tak szanowanej i dystyngowanej instytucji wpuszczą turystów w krótkich spodenkach bez marynarki i bez legitymacji kombatanta.

W recepcji za kontuarem siedzi starsza nienagannie ubrana i uczesana pani. Druga biała osoba, którą widzimy w Brewarrinie. Informuje, iż generalnie zwykle serwują obiady dla osób spoza klubu, ale akurat nie w poniedziałki.

–       To nienajlepiej – stwierdza Michał – bo byliście państwo naszą ostatnią szansą na posiłek. Chińczyk zamknął interes, a w pubie raczej nie chcemy jeść.

–       Tak, faktycznie Brewarrina to beznadziejne miejsce – wymyka się eleganckiej pani szczerość. Michał unosi brew, pani dodaje:

–       Jeśli chodzi o ofertę jedzenia, oczywiście.

Po chwili milczenia po obu stronach, Michał przerywa ciszę:

–       A gdzie jest jakiś sklep, w którym mógłbym zrobić zakupy spożywcze?

–       Na głównej ulicy jest supermarket. Ale nie jestem pewna, czy coś tam mają.

Co konkretnie miała na myśli mój mąż nie dowiedział, bo pani przypomniała sobie, że dziedzictwo angielskiej powściągliwości i ogłady zobowiązuje, szczególnie gdy rozmawia się w murach RSL.

Jedziemy do supermarketu, który … na naszych oczach zostaje zamknięty grubą kratą. Jest za dwadzieścia szósta, teoretycznie sklep powinien być otwarty do osiemnastej, ale co to znaczy powinien? Nie jest i tyle.

Wracamy na kemping. Jestem rozdrażniona, zaniepokojona, zaczynam za bardzo przytłaczać się poczuciem odpowiedzialności za dzieci w sytuacji gdy właściwie nie mam jak ich nakarmić i pewnie w natłoku tego wszystkiego resztę pobytu w Brewarrinie odbieram już tylko poprzez pryzmat barw negatywnych. Moje myśli i komentarze zaczynają nabierać rasistowskiego zabarwienia i parę dni później nie mogę uwierzyć, jak łatwo parę niekorzystnych sytuacji wpędziło mnie w potoczne tory myślenia my – oni. Nie obchodzi mnie tego dnia, że Aborygeni mają trudno, że bezrobocie, że wykluczenie, że potrzeba cholernie dużo pracy i dobrego pomysłu na to, jak włączyć ich do społeczeństwa i sprawić, że w typowym czarnym miasteczku z okien znikną kraty, a popołudniami będzie otwarty sklep, kawiarnia i czysty plac zabaw. Nie wnikam w to, że te kraty w oknach są też w domach Aborygenów, nie czuję potrzeby zrozumienia, czy wniknięcia głębiej. Jestem zwyczajnie wkurzona, że utknęliśmy w niebezpiecznej (to autorska nadinterpretacja), brudnej dziurze, bez możliwości jazdy dalej (bo zaraz zmrok, a do najbliższego kolejnego miasteczka z kempingiem jest sto kilometrów) i bez jedzenia chociażby dla dzieci. Poczucie braku ruchu, żeby wybrnąć z sytuacji rozsadza mnie i powoduje, że wpadam we wściekłość właściwie nie wiadomo na co. Właściciel kempingu dowiedziawszy się o problemach z jedzeniem z dobrego serca proponuje, że przyniesie z domu trochę kartofli, ale ja jakoś nie jestem w nastroju do docenienia oferty (co właściwie skreśla mnie jako podróżnika, który nie potrafi zaakceptować rzeczywistości, jeśli rzeczywistość odbiega od jego wymagań. Smutne odkrycie, z którym będę musiała się kiedyś zmierzyć). Michał przetrząsa skrzynie w bagażniku, znajduje jakieś resztki chleba, kilka rozsypanych makaronów, zgnieciony na miazgę batonik muesli, zagubiony w akcji wstrętny, przesłodzony dżem i pół plasterka żółtego sera. Plus puszkę obrzydliwego gotowego dania (50% to cebula, 40% sos, a pozostałych 10% nie jesteśmy w stanie zidentyfikować). Robimy z tego jakąś kolację dla Tolka, a ja cieszę się, że Kaj ciągle jest cycowy. Nie kąpiemy maluchów, bo stan czystości łazienki pozostawia sporo do życzenia. Próbuję położyć ich do łóżek w naszej kabinie, ale odkrywamy, że teoretycznie świeża pościel jest zdecydowanie niedoprana i śmierdzi poprzednimi mieszkańcami. To w sumie nas nie dziwi, bo pralki na kempingach notorycznie piorą pobieżnie w zimnej wodzie (praliście kiedyś coś brudnego programem dwudziestominutowym w lodowatej wodzie??? A tylko taki tutaj da się ustawić). Poziom mojej bezsilności wprost proporcjonalnie przekłada się na poziom wściekłości. Wykładamy łóżka ręcznikami i ubraniami i na takich legowiskach usypiamy dzieciaki.

Na zakończenie dnia, w ramach obiadu dla dorosłych opróżniamy wszystkie puszki piwa. Potem odważnie (a nawet z lekkim chichotem) idę do łazienki umyć zęby i skorzystać z toalety. Podnoszę klapę, a tu w sedesie z wody gapi się na mnie żaba, spora żaba. Zamykam klapę (dość gwałtownie), sprawdzam czy u ręki widzę pięć palców, podnoszę klapę, a żaba jest. W dodatku wydaje się, że głębiej w sedesie (tam przy załamaniu) nurkuje kolejna.

Idę do drugiej kabiny. Sedes pusty, lecz już w nic nie wierzę, bo woda w nim lekko faluje. Wiem, że niby żaby zębów nie mają, ale jakoś nie potrafię się przemóc, żeby usiąść (wy byście mogli? Ale tak uczciwie?). Waham się pomiędzy umywalką a prysznicem, i … na tym pozostańmy przy opisie tego wieczoru.

Rano słońce robi swoje i nastrój się poprawia. Poza tym wiem, że zaraz stąd wyjedziemy. Właściciel kempingu, naprawdę obiektywnie przesympatyczny, kilka razy zapewnia nas, że umówił swojego kolegę przewodnika, który o dziesiątej będzie na nas czekał pod Centrum Aborygeńskim. Dopytuje się o dzieci, o noc w przyczepie (czy wszystko było ok?), o wrażenia na temat Brewarriny. I co ja mam odpowiedzieć? Nie czuję się być na siłach tą, która będzie go uczyć, jak należy prać pościel i sprzątać toalety. Gdzieś tam wiem, że facet naprawdę się stara tak jak umie i nie zdaje sobie sprawy, że dla nas warunki były gorsze niż w bieszczadzkim schronisku w połowie lat osiemdziesiątych (byłam raz na wycieczce szkolnej i do dziś omijam te góry z daleka, mimo, że ponoć są tam już ośrodki SPA. Uraz pozostał).

Jedziemy do Centrum. To trochę zaniedbany budynek o formie półkopuły pokrytej ziemią. Z ulotki wiemy, że bryłą i materiałami (na glebie rośnie sucha trawa) miał on nawiązywać do tradycyjnych aborygeńskich szałasów chroniących przed słońcem.

Nie ma przed nim absolutnie nikogo, choć zraszacze trawnika dają pewną nadzieję, że ktoś z obsługi był. Główne wydawałoby się drzwi do budynku zamknięte. Michał idzie na zwiad dookoła kopuły i po kilku minutach wraca z informacją, że pan przewodnik zaraz przyjdzie.

Przychodzi kolejny wielki Aborygen i po bardzo szybkim powitaniu podczas którego patrzył wszędzie tylko nie na nas, zaczął iść w stronę rzeki coś mamrocząc. Nad rzeką ciągle unikając kontaktu wzrokowego (ponoć jest to typowe dla Aborygenów i oznacza szacunek, ale nie sądziłam, że dla nas przyzwyczajonych do innych zasad może być tak irytujące) z prędkością karabinu recytował tekst z ulotki. Że pułapki na ryby, które możemy zobaczyć w dole, leżą na rzece Barwon. Że są najstarszą budowlą wzniesioną przez człowieka. Że…

–       A jak starą? – przerywa Michał

–       Ponad 40 tysięcy lat – odpowiada lekko zmieszany przewodnik i już zaczyna kolejne zdanie z ulotki, gdy niegrzecznie dociekliwy mój mąż dopytuje:

–       A skąd znany jest ich wiek?

Cisza. No bo fakt – jak można oszacować wiek kamiennych murków w rzece? Tłumaczenie jest mętne, coś o tym, że w podaniach aborygeńskich zawsze tak łowiono tutaj ryby, a skoro Aborygeni są w Australii od ponad 40stu tysięcy lat, to logiczne, że i pułapki też. Dla nich logiczne, dla białego człowieka istniejącego w świecie klasyfikacji, numerków i wiedzy ścisłej – już nie.

IMG_4230

Po tym kłopotliwym incydencie przewodnik opowiedział nam, że korytarze i zagrody dla ryb budowane były tak, by zwężać się w kierunku, w którym płynęły ryby. Gdy już odpowiednio dużo ryb znalazło się w pułapce, była ona zamykana głazami przygotowanymi wzdłuż brzegu, a następnie rękoma wybierano ryby.

Czyli usłyszeliśmy coś, co wcześniej przeczytaliśmy w ulotce (niech ją szlag za przyciągnięcie nas tutaj). Z drugiej strony – ile filozofii można włożyć w wyjaśnienie budowy prymitywnych pułapek na ryby?

IMG_4233

Potem w ekspresowym tempie zwiedziliśmy z przewodnikiem wystawę w Centrum na temat dawnego, tradycyjnego życia Aborygenów na tym terenie. Michał uparcie próbując się czegoś dowiedzieć zadał pytanie czy dwa, ale odpowiedź niewiele wniosła do sprawy.

IMG_4235

Na koniec chciał okazać zainteresowanie i wspomniał o pułapkach na ryby i domostwach budowanych przez Aborygenów z okolic Gunditjmara Community (post o Papierowym Walkabout), retorycznie pytając się czy te dwa plemiona mogły mieć z sobą jakiś kontakt.

Cisza i brak komentarza ze strony przewodnika nasunęła mi myśl, że on pewnie nawet nie wie, gdzie mieszka plemię Gunditjmara, bo to nie są ziemie jego plemienia. A przecież nie jest historykiem w naszym pojęciu i w swoich rozważaniach dotyczących tradycyjnego życia Aborygenów nie wychodzi dalej niż opowieści przekazane przez tutejszą starszyznę.

Czy to źle? Czy to powód do drwin? Po pierwsze Aborygeni zostali pozbawieni ciągłości swojego dziedzictwa przez białych. Po drugie nigdy nie czuli potrzeby wnikania głębiej w swoją historię w płaszczyźnie, w której my to robimy. My mamy wieki, okresy, wzajemne powiązania, wpływy. Oni mają Czas Snu i mity wyjaśniające każde zjawisko. Każdy z nas jest zadowolony z tego co ma.

Chociaż tu bym skłamała. My nie jesteśmy zadowoleni, bo aborygeńskie pojmowanie historii robi nam bałagan i nie wpasowuje się w ramki. Więc zadajemy im dociekliwe pytania, drążymy temat, próbujemy odkryć prawdę (naszą prawdę). A na dodatek zmuszamy ich do podzielenia się swoją kulturą, duchowością i opowieściami tworzącymi czas z nami, zupełnymi ignorantami. Mówimy im, że tylko zyskają w naszym, wygranym społeczeństwie, jeśli społeczeństwo ich pozna i zrozumie, a do tego konieczne jest zrobienie Centrów Edukacji, wystaw, pokazów. Przeznaczamy na to fundusze, budujemy placówki według projektów białych architektów, którzy w konkursie udowadniali jak bardzo ich wizja odzwierciedla tradycyjne wartości aborygenskie, umieszczamy tam przedmioty bez głębszego sensu (bumerang, dzida, tarcza, piszczałka, kołyska, pień zmieniony na łódkę, wysuszona kora służąca za miskę), podpisujemy je i voila – mamy kulturę aborygeńską ujętą w zrozumiałe dla nas ramy.

IMG_4241

IMG_4243

 

A to, że jej nie da się opisać naszym językiem to nic. Nic też, że sami Aborygeni mogą nie mieć ochoty na takie obnażające traktowanie swojej duchowości. Nie ważne, czy chcą się nią dzielić z nie-Aborygenami. Biali chcą, więc dostaną.

Tak to mniej więcej wygląda. Dlaczego się więc dziwić, że my z naszą ciekawością wciąż czujemy się rozczarowani, bo Aborygeni odpowiadają na nasze pragnienia pod przymusem, dając tak mało jak tylko można. I nie przykładają wagi, żebyśmy zrozumieli, bo pewnie w ich mniemaniu nie mamy szans zrozumieć.

Wychodzimy z wystawy w Centrum nie rozumiejąc więc wiele więcej niż do tej pory. Nasz przewodnik w recepcji prawie że pędem wbiega za kontuar, siada w obrotowym fotelu, zakłada ręce za głowę, rozstawia szeroko nogi i dopiero w tej pozycji pokazującej odprężenie i władczośc jednocześnie czuje się wystarczająco pewnie, żeby znieść dalszą konfrontację z białymi turystami.

Do rozmowy przyłączaja się pozostałych trzech pracowników, w tym jeden siedzący na ziemi w samych skarpetkach.

Opowiadają o szefowej, która stosowała wobec nich mobbing, więc się na nią poskarżyli i szefowa została odwołana. Jaki mobbing? – pyta Michał

Szef (czyli nasz przewodnik) kręci się na krześle z rękoma wciąż założonymi za głową i w końcu mówi, że szefowa ich w ogóle nie słuchała. Oni mieli dużo pomysłów, co można by w Centrum zrobić, ale ona to ignorowała. Jakich pomysłów? Ano różnych. Ale ignorowała, bo uznała, że oni są tylko od wykonywania jej poleceń, więc się poskarżyli.

Czy jest już nowy szef? Nie, nie ma, dopiero w przyszłym miesiącu mają kogoś przysłać. Do tego czasu oni tutaj sami sobie gospodarzą dbając o całą wystawę. Na usta ciśnie mi się pytanie jak dbają, skoro kilkanaście przedmiotów porozrzucanych w coś na kształt wystawy jest zakurzone, jakby od początku świata tu leżało. Lub co najmniej od 40stu tysięcy lat.

Michał wspomina, że zaskoczyło nas jak w informacji turystycznej nie chciano nam umówić przewodnika i że dla turystów pewnie łatwiej takie rzeczy byłoby załatwiać za ich pośrednictwem, a nie dzwoniąc bezpośrednio do Centrum. Aborygeni zamyślają się, a potem jeden z nich kiwając poważnie głową stwierdza, że to może być dobry pomysł, taka współpraca z miejscową informacją turystyczną, i że może powiedzą o tym nowemu szefowi. Tylko czy on zechce ich posłuchać?

Ok, mamy dość badania różnic pomiędzy mentalnością białych a czarnych. Wiemy już wystarczająco dużo. Michał pyta ile płaci za bilety. Mężczyźni coś mamroczą, widać, że w ich mniemaniu jesteśmy znajomymi kumpla prowadzącego kemping, więc w sumie … Z drugiej strony są zatrudnieni w państwowej instytucji i jakieś normy powinni trzymać. W końcu szef dzielnie rzuca kwotę o kilkanaście dolarów niższą niż oficjalny bilet. Michał wręcza pieniądze bez mrugnięcia okiem, a w zamian dostaje w prezencie plik pocztówek ze zdjęciem rybich pułapek (które to pocztówki teoretycznie można zakupić jako pamiątkę).

Wychodzimy stamtąd zupełnie skołowani.

 

2 myśli nt. „Połów ryb w Czasie Snu

  1. Super blog. naprawdę wiele nowych rzeczy się dowiedziałam o Australii. Chciałam się zapytać jakie jeszcze miejsca zamierzacie zobaczyć w Australii? O Ravenswood w Qld mało jest napisane, w internecie nie ma też wielu zdjęć z tego uroczego miasteczka albo Barrow Creek w Terytorium Północnym też ciekawe miejsce o którym mało w necie. Czytam wasze posty z dużym zainteresowaniem :)
    Zauważyłam, że dużo podróżujecie po świecie. czy zamierzacie odwiedzić Wielka Brytanię?
    Pozdrowienia :)

    • Dziękujemy za miłe słowa : ) Na blogu na pewno pojawi się jeszcze trochę Australii Zachodniej. Podczas podroży przejeżdżaliśmy przez mnóstwo miasteczek, które kusiły nas urokiem i wywoływały żal, że nie mamy jak się w nich zatrzymać na dłużej. Niestety – mieliśmy tylko cztery miesiące i tempo dwójki rodziców z dwójką maluszków. Zresztą każda, nawet najwolniejsza podróż to ciągły wybór i decyzje co zobaczyć. No, chyba że chodzi o Holandię ; d A co do Wielkiej Brytanii to … ech, w erze przedblogowej byliśmy w podróży poślubnej trzy tygodnie dookoła Szkocji, innym razem zwiedziliśmy trochę Walii plus oczywiście Londyn i okolice. I gdybyśmy mieli wracać (rozsądek mówi, że trzeba jechać tam, gdzie jeszcze nas nie było, ale dusza wyrywa się w swoją stronę) to jak pomyślimy o wzgórzach fioletowych od kwitnącego wrzosu, o zimnych, szarych falach na surowych plażach, o kamiennych domkach zagubionych gdzieś tam, i o whiskey z malutkich, nieznanych destylerni to zdecydowanie do Szkocji. I kto wie, może nasze dusze dorwą się do kart kredytowych i wykiwawszy rozsądek kupią bilety, żeby sącząc bursztynowy płyn znów potańczyć ceilidh…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *