Mieszkając tutaj nie musisz być wariatem. Ale to uprościłoby sprawę.

Są takie sny, w których groteska z fantazją niczym skazani na siebie przez fatum kumple w poczuciu nieprzemijającego bezsensu piją fioletowe procenty z trójkątnych butelek i snując opowieść tworzą rzeczywistość, która tylko snem być może. Są w nim ludzie, historie, zdarzenia, są ulice i budynki, są zasady i reguły, jest sekwencja wydarzeń logiczna i klarowna, więc jest wszystko by sen był odzwierciedleniem rzeczywistości. Gdy jednak śniący się budzi i próbuje przerażony opowiedzieć, co przed chwilą widział, co przeżył i w czym brał udział, to nie potrafi zdania sensownego sklecić. Jeszcze przed sekundą rzeczy tak oczywiste na jawie tracą zupełnie sens i żeby je przekazać trzeba by pogwałcić zasady gramatyki, a słowa wypowiadać wspak.

I tylko przyśpieszony oddech obudzonego już człowieka i migawki obrazów pod powiekami, gdy oko mruga są dowodem na to, że wszystko to było prawdą, senną prawdą nie gorszą od tej przytomnej. W innym wymiarze, w innej czasoprzestrzeni.

Na przykład w Lightning Ridge.

IMG_4530

IMG_4533

Tu wszystko jest nie tak. Środek australijskiego lata, outback, pora sucha. A deszcz leje tak, że bez szemrania wzięliśmy kabinę na kempingu. Leje przez trzy dni, gdy próbujemy jakoś zwiedzić okolice, a potem złośliwie przestaje. Złośliwie, bo my musimy już ruszać do Sydney.

Choć uczciwie próbowaliśmy zaoszczędzić i wpierw spytaliśmy o możliwość rozbicia namiotu. Wskazano nam spłachetek zielonej trawy pośrodku kamienistej, jasnoczerwonej gleby która jest wszechobecnym podłożem tutejszego krajobrazu. Trawa z daleka zachęcająca, z bliska okazała się cała pokryta kangurzymi kupami. Gdy rezygnując wyjaśniamy panu nasz problem (wszystkożerny raczkujący Kaj), słyszymy:

  • Tak, tak. To te przeklęte kangury srają jakby były u siebie. Staramy się sprzątać, ale one przychodzą, żrą, a potem srają i srają. Choć z drugiej strony co się im dziwić, jak to jedyna zielona trawa w okolicy. Też bym żarł, jakbym był kangurem. A potem… – pan zawiesił głos i się zamyślił, a my bez problemu dopowiedzieliśmy sobie resztę.

IMG_4546

IMG_4547

Na kempingu w ramach odstraszania kangurów mieszkała żaba olbrzymia.

Na kempingu w ramach odstraszania kangurów mieszkała żaba olbrzymia.

A jeszcze potem pan zlitował się nad dwójką dzieci i budżetowymi turystami i mając na uwadze prognozę pogody opuścił cenę całkiem luksusowej kabiny. Niegrzecznie byłoby odmówić. Rozpakowaliśmy auto, zrobiliśmy obiad w luksusowych warunkach, puściliśmy dzieci na podłogę do zabawek i legliśmy na łóżku wśród ulotek. Byliśmy w jedynym miejscu na świecie, gdzie wydobywane są najcenniejsze opale – czarne opale. Czytaliśmy o nim u Sue Williams, najpopularniejszej autorki książek o Outbacku. Narobiła nam smaku opisem miejsca, które miało wyglądać jak stare, dobre miasto pionierów, z jedną główną zakurzoną ulicą, z ludźmi, którzy nie mają przeszłości, za to myślą wciąż o przyszłości, z największą liczbą milionerów na metr kwadratowy, którzy wyglądają jak najbiedniejsi żebracy z szemranych ulic. W końcu tu dotarliśmy, w końcu możemy obserwować, rozmawiać, wyciągać wnioski, ale…

Być może, że po tak długim danym nam czasie słonecznej pogody zaczęliśmy nieświadomie traktować słońce jak tlen i gdy nagle go zabrakło nasze funkcje życiowe zwolniły tempo. Przeglądaliśmy foldery w obłudnozwodniczym tonie zachwalające jedyne na świecie miejscowe atrakcje, sprawdzaliśmy możliwość wycieczki kilkadziesiąt kilometrów do słynnego pubu (słynnego z napisów mających świadczyć o poczuciu humoru), obejrzeliśmy darmowy reklamowy film o mieście i … na nic nie mieliśmy ochoty i siły.

A może Lightning Ridge w deszczu jawiło się jako tak ponure i odstraszające miejsce, że podskórnie nie mieliśmy odwagi opuścić ciepłej i suchej kabiny?

IMG_4534

IMG_4515

IMG_4505

IMG_4504

IMG_4495

Trzy trasy turystyczne oznaczone są trzema kolorami drzwi. Czasem udaje się nie zabłądzić.

 

Pierwszego dnia wybraliśmy się na rekonesans wykupioną wycieczką busem. Dzięki temu mogliśmy w bezpieczny sposób oswoić się z topografią miejsca, którego ulice były aktualnie rozjechanymi błotnymi szlakami, bez nazwy i kierunku, wijącymi się bez sensu pomiędzy blaszanymi ruderami, kopcami wydobytych kamieni z przydomowych kopalni, wrakami aut, bezpańskimi kaktusami i ikonicznymi toaletami. Poza domami ulokowanymi w ścisłym centrum, pozostałe nie mają adresów, więc żeby nie kłopotać listonosza, poczta dostarczana jest im do skrzynek pocztowych zamontowanych na ścianie jednego z miejskich budynków.

IMG_4480

IMG_4485

IMG_4488

 

Ladies

Toilet for Ladies

IMG_4522

Toilet for Gentelman

 

IMG_4418

IMG_4462

IMG_4500

IMG_4499

IMG_4497

IMG_4489

IMG_4461

Przez zaparowane i mokre szyby patrzyliśmy na krajobraz, który wyglądał jak obóz uchodźców na Marsie, gdyby takowy tam istniał. To nie scenografia do jakiegoś delirycznego filmu, to nie skansen dla turystów z Sydney, to nie kiepska obróbka photoshopem, tam naprawdę tak ludzie mieszkają. Okolica Lightning Ridge dzieli się na część miejską, gdzie z jednej strony są normalne domy, szpital, szkoła, kompleks basenów, sklepy, a z drugiej zaniedbane ogródki pełne złomowanego sprzętu, walące się zamieszkane blaszane kontentery, oraz na część pozamiejską przeznaczoną pod działki kopalniane. Z powyższego można by wysnuć wniosek, że kopać można tylko poza miastem i formalnie tak też jest. Ale w takim razie czemu na każdej miejskiej działce stoi garaż – komórka ze szczelnie zamkniętymi drzwiami, gdy auta w tym klimacie trzymane są na zewnątrz? No czemu? I skąd na tych miejskich działkach kopczyki świeżo wykopanej ziemi? Ha. Ja to wiem, wy to wiecie, inspektorzy budowlani to wiedzą, inspektorzy od górnictwa też. I nic. Wiedzą, ale nie wierzą – oto klucz zagadki. W Lightning Ridge wiedza nie stanowi przesłanki do działania, w Lightning Ridge działanie wynika z wiary.

I peer down minershafts searching for the past

Listen for the inland sea that left its mark

On the river created by a crocodile scream

Dreamtime visions of the proud Yarrawoll

Who now stroll down to the Harlequin for a sausage roll (…)

So remember to leave your mark, like a mark in time

I carve words like sandstone when I rhyme

Because deep beneath the surface, hope is surfacing,

Yes, deep beneath the surface, in Lightning Ridge, hope is surfacing.

(Lightning Ridge by Morganics)

Ile filmów ze Strażakiem Samem można kupić za ten kamyczek?

Ile filmów ze Strażakiem Samem można kupić za ten kamyczek?

Mieszkają więc sobie w blaszanych, zardzewiałych ruderach, z obowiązkowymi talerzami satelitarnymi przybitymi do kija, z kijami podpierającymi ściany, które ze znudzenia miałyby już ochotę się położyć, z napisami dającymi ujście frustracji, dobremu humorowi lub zabijającymi nudę. Przyczyna jest dość prozaiczna – zgodnie z przepisami działka kopalniana nie jest własnością tylko dzierżawą. W konsekwencji nie posiada prawa zabudowy trwałym budynkiem i prawo dopuszcza stawianie wyłącznie prowizorycznych, nie związanych trwale z ziemią schronień służących górnikowi. Z drugiej strony kopiący nie mają ochoty na noc wracać do miasta, gdzie mogliby postawić sobie porządniejszy dom, bo kto by im wtedy pilnował szybu? Stawiają więc te slumsowe lepianki, przyczepy kempingowe, łącząc je kolejnymi kawałkami blachy a to jako sufitem, a to jako ścianą.

IMG_4510

IMG_4451

IMG_4420

IMG_4416

IMG_4419

IMG_4478

Mieszkają tam, kopią, szukają i czasem znajdują. Głównie mało wartościowe opale bez ognia w środku lub zbyt drobne, by nadawały się choćby na oczko skromnego pierścionka. Jeśli mają pecha w szczęściu to znajdują kamień, w którym cienka, ciemna, gładka jak szkło linia zwodzi ich sugerując kształtem skąpą warstwę minerału. Tną wtedy ten kamień tak, żeby odzyskać choć i taką ilość, którą można wykorzystać przy produkcji tripletu, opalowego kamyka ze sztucznym podłożem wydobywającym blask iskier z płatka opalu cienkiego jak kartka papieru, a od góry zabezpieczonego szklaną warstwą nadającą półkolisty kształt. Za triplet klient zapłaci jedną setną ceny, którą wydałby kupując czysty opal takiej samej wielkości. I gdy tak w tym zrezygnowaniu tną kolejny bezwartościowy kamień nagle, o jedną setną sekundy za późno, o jeden obrót tarczy tnącej za dużo dowiadują się, że źle ocenili opalizujący ślad w kamieniu. Ze właśnie przecięli czysty opal, który gdyby był ciągle jednością wart byłby ponad sto tysięcy dolarów. Lecz już nie jest i pechowiec, który przekreślił swoje szczęście przez pośpiech, rutynę, nieuwagę lub zmęczenie trzyma w dłoni pokruszone kawałki zastanawiają się tylko czy wyć, zapić czy skoczyć do szybu. Poznaliśmy kogoś, kto stał przed takim wyborem. Na szczęście dla niego bardzo lubił pić.

IMG_4493

IMG_4512

 

IMG_4473

Inny ktoś tonem kaznodziei, tonem któremu w życiu nie odważylibyśmy się przeciwstawić (choć z reguły nie słuchamy się żadnych kaznodziei) podzielił się z nami opowieścią o tym, jak to kiedyś z głupoty napędzanej pośpiechem, żeby jak najszybciej się wzbogacić szukał opali stukając kilofem w skałę. I teraz my też radzimy wam zapamiętać (choć ciężko uzyskać ton kaznodziejski za pomocą czcionki): kilofem się nie stuka tylko delikatnie skrobie. Głaszcze, muska, gładzi, drapie czy co tam wam jeszcze kosmatego przychodzi na myśl. Generalnie wszystko jest dozwolone bez stukania. Pan, który z nami rozmawiał opowiedział o jednym stuknięciu, którym ukryty w skale opal wart pół miliona dolarów roztrzaskał na milion drobinek. Ot tej pory już nigdy (w) nic nie stukał.

IMG_4334

IMG_4336

IMG_4337

W programie wycieczki było też zwiedzanie kopalni Black Hand. Widzieliśmy ulotki, widzieliśmy zdjęcia, ale będąc w stanie snu bez oporu akceptowaliśmy fakt, że rzeczywistość ma prawo być tak szokująca. Święcie wierzyliśmy, że na miejscu największa atrakcja turystyczna Lightning Ridge okaże się jednak czymś innym, niż obrazki w folderze. Czy mieliśmy jakieś racjonalne przesłanki do tej wiary? Nie, przecież to sen.

Wychodek w kopalni to po prostu blaszana konstrukcja nad nieużywanym trzydziestometrowym szybem. Tolkowi się podobało

Wychodek w kopalni to po prostu blaszana konstrukcja nad nieużywanym trzydziestometrowym szybem. Tolkowi się podobało, mi trochę mniej, gdy go trzymałam nad tą dziurą.

Zejście do kopalni Black Hand dla normalnych turystów

Zejście do kopalni Black Hand dla normalnych turystów

A to dla turystów z obciążeniami - winda w szybie. Takie przepisy BHP...

A to dla turystów z obciążeniami – winda w szybie. Takie przepisy BHP…

No więc nie okazała się. Problem w tym, że tak jak nie da się opowiedzieć sennych majaków, tak nie bardzo da się opowiedzieć tego co można zobaczyć w Black Hand pod ziemią. I co z tego, że zobaczycie nasze zdjęcia? Nie zrozumiecie, bo jesteście w pełni świadomi i przytomni. Ale dla porządku ostrzegam i radzę – dalszy post lepiej jednak czytać po wypiciu kolejki. Lub dwóch.

Ron Canlin jest byłym żołnierzem jednostki specjalnej, a przynajmniej takie chodzą słuchy. Nie potwierdza, nie zaprzecza. W 1982 roku kupił porzuconą kopalnię,marząc o zbiciu fortuny na opalach. Jak do tej pory wszystko brzmi normalnie, prawda? Niestety, dla niego i dla nas, wartościowych opali nie znalazł, więc postanowił zorganizować coś dla turystów, którzy jak wiadomo za wszystko chętnie zapłacą. Przystosował jedną z podziemnych komnat kopalni do demonstrowania cięcia opali, a nad wejściem wykuł w miękkim piaskowcu napis powitalny. I wtedy doznał olśnienia. Przypomniał sobie, że od zawsze miał skłonności lekko artystyczne, a teraz właśnie odkrył jak fantastycznym materiałem do rzeźbienia jest piaskowiec. I bum – tłumiona latami pasja wyskoczyła na powierzchnię (pisząc ten tekst korzystam z artykułu w Sydney Morning Herald i z wywiadu jakiego udzielił Ron. Więc nie ironizuję zlośliwie, tylko tłumaczę to, co sam o sobie Ron powiedział, co w tym przypadku wychodzi na jedno…).

Używając narzędzi, które miał pod ręką – kilofa, widelca, rękawicy przekształcił swoją pozornie bezwartościową kopalnię w podziemną galerię sztuki eklektycznej (powtarzam, ja nie ironizuję, ja tu tylko tłumaczę).

Inspirują go (auć!) zdjęcia w gazetach, encyklopediach, książkach. Gdy zobaczy coś co do niego przemawia (uff), znajduje kawałek wolnej ściany i tworzy. W efekcie w komnatach kopalni można teraz niczym w połączeniu sal British Museum z londyńską Tate Gallery i fantazją Madame Tussauds (ok, to mój autorski komentarz) spacerować wśród dinozaurów, gobinów, czarnoksiężników, trzech świnek, Buddy, Atlasa, Supermana, szympanów, lwów, dziobaków, Harry’ego Pottera i Jezusa (a radziłam, żeby wypić?).

Ulotka turystyczna nie kłamie. Byliśmy tam i przekonaliśmy się, że każde zdanie z niej jest prawdą. Bohaterów z Władcy Pierścieni, natywne zwierzęta i postacie biblijne, w tym Adama podtrzymującego sufit przy wejściu, widzieliśmy w taki sposób, jak nigdy wcześniej nie było nam to dane. Wykute w skale trwale zniewoliły nasze umysły (tłumaczę, ciągle tłumaczę). Byliśmy zdumieni (oj, tak) i wizyta tam na zawsze zmieniła nasze postrzeganie sztuki (oj, TAK). Od tej pory już nic nie jest takie jak było. Niestety.

No to zaczynamy!

No to zaczynamy!

Witajcie w naszej bajce

Witajcie w naszej bajce

Słoń zagra na fujarce

Słoń zagra na fujarce

IMG_4327

Krasnolud wam zaśpiewa

 

 

 

 

 

(Surykatki) zatańczą w koło drzewa

(Surykatki) zatańczą w koło drzewa

Tu wszystko jest możliwe

Tu wszystko jest możliwe

Zwierzęta są szczęśliwe

Zwierzęta są szczęśliwe

A dzieci, wiem coś o tym...

A dzieci, wiem coś o tym…

Latają samolotem

Latają samolotem

Nikt tutaj nie zna głodu

Nikt tutaj nie zna głodu

Nikt tu nie czuje chłodu

Nikt tu nie czuje chłodu

I nawet ja nie kłamię

I nawet ja nie kłamię

Nikt się nie skarży mamie

Nikt się nie skarży mamie

Witajcie w naszej bajce

Witajcie w naszej bajce

Lew zagra na fujarce

Lew zagra na fujarce

Pantera nam zaśpiewa

Pantera nam zaśpiewa

IMG_4342

Zatańczą wkoło drzewa

Bo z nami jest weselej

Bo z nami jest weselej

Ruszymy razem w knieje

Ruszymy razem w knieje

A w kniejach i dąbrowach

A w kniejach i dąbrowach

IMG_4325

Pan Dziobak wciąż się chowa

My go znajdziemy sami!

My go znajdziemy sami!

My chłopcy z dziewczętami

My chłopcy z dziewczętami

A wtedy daję słowo

A wtedy daję słowo

Że będzie kolorowo!

Że będzie kolorowo!

Uff

Uff… Puf, puf.

 

Gdyby Ron Canlin znalazł jednak wartościowy opal, to zamiast tworzyć podziemną galerię drenującą poczucie estetyki u zwiedzających, mógłby żyć uczciwie jak jeden z najsłynniejszych poszukiwaczy opali – Fred Bodel. Ten sympatyczny człowiek przybył do Lightning Ridge w 1905 r., rozejrzał się trochę, rzucił posadę postrzygacza i wydzierżawił działkę kopalnianą. Bardzo szybko okazało się, że ziemia, którą wybrał okazała się być najbogatszym złożem czarnych opali jakie do tej pory znaleziono.

Fred bardziej od bycia bogatym lubił być zajęty, więc nie przywiązując szczególnej uwagi do atrybutow statusu materialnego, właściwie do końca swojego życia mieszkał w swojej kopalnianej chatce i przekopywał kolejne działki. Był opalowym Midasem – gdzie drążył, tam znajdował cenne kamienie. Dziś chatka jest swoistym (w stuprocentowo australijskim typie) muzeum, w którym demonstrowane jest jej oryginalne wyposażenie i sprzęty, których używał Fred. Udostępniona do zwiedzania tylko tym, którzy wykupili wycieczkę autokarową, pozostała własnością rodziny Freda, która czasami przyjeżdża do Lightning Ridge na wakacje. Jednak wtedy, co nie powinno w sumie dziwić, wolą zatrzymywać się w swojej przyczepie kampingowej bliżej centrum miasta.

IMG_4289

IMG_4297

IMG_4292

IMG_4291

IMG_4295

Drugiego dnia ciągle padało, a my wciąż czuliśmy się trochę jak zombie obudzone nie o tej porze co trzeba. Lunatykując, kierowani przymusem zwiedzania zapisanym w naszych DNA, pojeździliśmy trochę po okolicy na własną rękę. To była dziwna podróż. Zatrzymywaliśmy się przy co oryginalniejszych blaszanych lub butelkowych lub puszkowych domostwach i robiliśmy zdjęcia nieswojo patrząc na dziwaków, którzy w tych z braku lepszego słowa – budynkach mieszkają. A oni patrzyli się na nas z werandy, na dziwaków, którzy nie mają nic innego do roboty jak tylko jeździć i fotografować zwykłe domy górników. Czasem któryś z nich z nami pogadał, czasem ktoś zażartował, wszyscy natomiast machali w geście pozdrowienia.

IMG_4286

IMG_4302

IMG_4303

IMG_4404

IMG_4409

IMG_4411

IMG_4417

IMG_4458

IMG_4465

IMG_4412

IMG_4469

IMG_4475

Pewien młody japoński inżynier z branży IT, a w wolnym czasie dla rozrywki niezły haker, ma dwie obsesje: węże i samochody marki Citroen . Zaczyna brzmieć dziwnie? To dobrze, tak ma być. Mieszka w Tokio w drogim, lecz całkowicie bezdusznym apartamencie, w mieście zasnutym wiecznym błękitnoszarym smogiem. Znajduje ogłoszenie o wystawieniu na sprzedać obiektu swoich marzeń i żądz – perfekcyjnie odrestaurowanego i utrzymanego Citroena DS z 1967 r. Wierzy, że posiadając go zapełniłby absolutną pustkę swojego życia. Żeby go kupić wyrusza w podróż do Australii. Robi się dziwniej, prawda? Na miejscu okazuje się, że nic nie idzie jak powinno. Właściciele Citroena nie żyją (mąż zabił żonę w awanturze, a potem siebie), a nasz bohater spotyka niewidomą dziewczynę, która obiecuje zabrać go w outback do aktualnego właściciela pojazdu. Jadą, a po drodze dowiadujemy się, że dziewczyna trzy lata wcześniej została seksualnie napastowana przez młodego boksera z wędrownego cyrku, który był niezmiernie sfrustrowany noszeniem pasa cnoty (nigdzie, w żadnym miejscu tego postu nie obiecywałam, że post będzie normalny). Dziewczynie udaje się uciec do buszu, gdzie opiekują się nią dzikie psy dingo. Jakby tego nie było dość, okazuje się, że w dzieciństwie bohaterka też była seksualnie wykorzystywana przez swojego dziadka i ojca zarazem, oraz terroryzowana przez swoją głęboko religijną matkę.

Podczas pięciodniowej podróży przez outback bohaterowie słuchają psychodelirycznego radia, rozmawiają, tańczą, zakochują się w sobie, a dla zachowania klimatu niewidoma dziewczyna jest cały czas zafascynowana dźwiękami jakie wydają owady rozplaskujące się na przedniej szybie samochodu, nazywając je muzyką śmierci. Chcecie wiedzieć, co było dalej? Obejrzyjcie niszowy film “The Goddess of 1967”. Ponieważ dziadek bohaterki, hippis nałogowo pędzący wino, był również poszukiwaczem opali większość scen kręcona była w okolicach Lightning Ridge, a na potrzeby filmu wybudowano kościół, który stylem i użytymi materiałami idealnie wtapiał się w otoczenie. Zresztą oceńcie sami.

IMG_4518

Vittorio Stefanato, znany tutaj jako Amigo, po latach (raczej bez większych sukcesów) poszukiwań opali, postanowił poszukać sensu życia. W ten sposób z kamieni, które początkowo wydobywał ze swoich kopalnii, a potem zbierał od innych wybudował zamek. Ze spuszczaną bramą, pułapkami – zapadniami, sekretnymi przejściami, krętymi schodami i korytarzami, wieżą do której nie da się wejść, dziedzińcami i komnatami. Ciągle dobudowując i udoskonalając, mieszka sobie w zamku z około pięćdziesiątką kotów. Choć może to koty mieszkają z nim.

Tworzenie tego czegoś jest dla niego powrotem do dzieciństwa, do krajobrazów swojego rodzinnego kraju, jest uzewnętrznieniem tego, co mu w duszy gra. Tak, w Lightning Ridge wielu ludziom coś w duszy gra.

IMG_4262

IMG_4261

IMG_4260

IMG_4263

IMG_4268

Widok od strony podwórka. Tak tutaj wyglądają wszystkie podwórka...

Widok od strony podwórka. Tak tutaj wyglądają wszystkie podwórka…

IMG_4273

IMG_4272

IMG_4275

IMG_4276

IMG_4277

IMG_4278

IMG_4281

Amigo zrobiony z opon

Amigo zrobiony z opon

A jak brakuje kamieni do budowy, Amigo maluje.

A jak brakuje kamieni do budowy, Amigo maluje.

Alex Szperlak, urodzony w 1933 r. w Jabłonce, został w Australii skazany za morderstwo, którego nie popełnił. Po wyjściu z więzienia po czterech i pół roku, w duszy grało mu poczucie rozżalenia, osamotnienia, niezrozumienia i niesprawiedliwego traktowania. Na bazie tych uczuć poczuł więź z pierwszymi astronomami, których tezy i odkrycia też początkowo były negowane i wyśmiewane przez im współczesnych. Alex przybył do Lightning Ridge (a jakże!) i przez 15 lat budował pomnik na chwałę im i sobie. Wybral siódemkę najbardziej prześladowanych za swoje poglądy, w tym Galileusza, Giordano Bruna oraz Kopernika. Każdemu z nich poświęcił osobne pomieszczenie, w którym na betonowych ścianach i betonowej posadzce umieścił notki biograficzne, streszczenia odkryć i wniosków. Właściwie każda powierzchnia budowli wzniesionej przez Alexa zawiera jakąś wiadomość lub przesłanie i poprzez ten fakt w przewodniku została porównana do Świątyni Inskrypcji wniesionej przez Majów na terenie dzisiejszego Meksyku. Nie czuję się na siłach odnieść do tego faktu.

IMG_4421

IMG_4425

IMG_4427

IMG_4429

IMG_4432

IMG_4433

IMG_4435

IMG_4436

IMG_4439

IMG_4450

Dość powiedzieć, że po śmierci Alex’a (oficjalnie z powodu nieszczelnej instalacji gazowej, nieoficjalnie w wyniku wycieku gazu podczas pędzenia alkoholu) do jedynej spadkobierczyni, jego siostry, która mieszkała w Polsce przesłano zdjęcia Obserwatorium Wszechświata z pytaniem, co chce zrobić ze spadkiem. Zszokowana siostra, najwidoczniej nie rozumiejąca specyficznej atmosfery miejsca, poprosiła o jak najszybszą sprzedaż. Miejscowi nie mogą do dziś uwierzyć, że najpierw nie chciała tu przyjechać i obejrzeć spadku.

IMG_4446

IMG_4438

IMG_4437

Zasypiając w upalny dzień, pokonana przez temperaturę, obiecuję sobie, że odpłynę tylko na pół godziny. A potem, gdy czas mija i wiem, że trzeba się obudzić, ale nie potrafię wypłynąć na powierzchnię świadomości. Serce pracuje w innym tempie, rozleniwiona i gęsta od gorąca krew transportuje tlen z opóźnieniem, myśli nie chcą się sprecyzować, ciało nie słucha żadnych impulsów wysyłanych przez mózg. W głowie płyną leniwie dziwne obrazy, absurdalna historia toczy się swoim tempem, a ja wiszę pomiędzy jawą a snem, z którego nie mam siły się wydostać. Nie mam siły lub nie chcę – granica zbyt cienka, żeby ją uchwycić. W końcu budzę się, lecz dzień nie jest już tym samym dniem, którym był przed snem.

W końcu i my wydostając się z sennych majaków wyjechaliśmy z Lightning Ridge. Żegnani przez Stanleya, olbrzymią trzydziestometrową figurę emu zespawaną przez Johna Murray’a z części od kilku Volkswagenów Beetle, anteny satelitarnej i czegokolwiek co było pod ręką, wiemy, że Australia dla nas po wizycie tutaj już nie jest tą samą Australią, którą była wcześniej.

IMG_4553

 

 

2 myśli nt. „Mieszkając tutaj nie musisz być wariatem. Ale to uprościłoby sprawę.

  1. Przewspaniały post :) W ogóle wasz blog jest jednym z najciekawszych jakie czytałam :) Interesuje się Australią drugi rok i wiem już o niej sporo ale z Twojego bloga dowiedziałam się sporo nowych rzeczy. Np. ten post jest super a najwspanialsze są zdjęcia. Zazdroszczę Wam że mogliście zwiedzić tak ciekawe miejsce. Kiedy przeczytałam mojej siostrze jeden z Twoich postów ten w którym opisujesz jak byliście w Południowej Australii tak jej się podobał że zaczęła żałować że nie podróżujecie po Wielkiej Brytanii (ona kocha ten kraj) bo tak jej się spodobał ten post, bardzo ciekawie opisujesz Waszą podroż. I dużo fotografii . Mam pytanie , z postów wynika że kilka razy jedliście ciasto z quandongs. Zawsze ciekawiło mnie jak to smakuje , mogłabyś do czegoś porównać? I czy to dobre? gdzieś czytałam o tym owocu i chyba porównywano go do rabarbaru. I jeszcze jedna rzecz mnie interesuje , a mianowicie słyszałam że wołowina i baranina w AU jest dużo lepsza niż w Polsce , pytam bo czytałam w jednym z postów że kosztowaliście stek wołowy. Najbardziej podobał mi się post jak byliście na farmie owczej. Moja siostra się dziwi że Ci farmerzy mając tyle ziemi nie wybudują sobie większego domu coś na wzór angielskich ( w końcu większość Australijczyków to potomkowie Anglików) może nie potrzebują dużego mieszkania skoro i tak większość czasu spędzają na świeżym powietrzu :) Albo te puby bardzo specyficzne mają te puby w outbacku. Może są obskurne ale mają fajny klimat. Większość ludziom Australia kojarzy się z morzem , plażami ale większą część AU zajmuje busz .Wlaśnie dlatego podobają mi się wasze posty .że tak dużo podróżowaliście po australijskim buszu.
    Ewa :)

    • Dziękujemy Ewo : ) Quandondg smakuje jak … quandong. Nie jest na pewno tak kwaśny jak rabarbar, w sumie jest dość nijaki w smaku, to – jagoda. Ale jest jednym z nielicznych naturalnie występujących owoców w pustynnym klimacie, więc jest tam popularny. I jako owoc zawiera trochę witamin, o które ciężko w outbacku. Za to steki wołowe śnią nam się po nocach, bo rzeczywiście są nieziemskie. Przez to, że krowy tam są na ogromnych pastwiskach, ruszają się, więc mają więcej mięśni niż tłuszczu. Plus soczysta, naergetyzowana słońcem trawa zamiast paszy robi swoje. Baraniny za to nie jadam, więc się nie wypowiem. W każdym razie od kilku lat jest tam coś na kształt mody na jagnięcinę i jej ceny skoczyły mocno w górę (nie ma grilla bez jagnięcych żeberek). Puby są absolutnym centrum życia w outbacku, jedynym problemem w wielu z nich, jest obsługa (tak też sądzą Australijczycy) – europejscy studenci na rocznych wakacjach nie mają w sobie tej charakterystycznej australijskiej naturalnej serdeczności i skłonności do pogawędek. Pozdrawiamy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *