Back o’Bourke

Generał Thomas Mitchell w 1835 r. kontynuował jedną z wielu ekspedycji wzdłuż Darling River. Poniewa jednocześnie był człekiem gwałtownym, wybuchowym i traktującym natywnych mieszkańców w najlepszym wypadku jako prymitywnych dzikusów, dość szybko wszedł z nimi w konflikty. Co rusz jego ekspedycja była atakowana i nękana, aż w końcu biorący w niej udział botanik został trafiony dzidą i zmarł. Dało to pretekst generałowi by z eksplorera zmienić się w błyskotliwego stratego wojennego. Zupełnie pośrodku niczego, czując powagę sytuacji i ogrom zagrożenia, wybudował jedyną w historii białych odkryć Australii obronną budowlę – drewnianą palisadę nazwaną “Fort Bourke”, w hołdzie panującemu wtedy gubernatorowi.

Walk o zdobycie fortu nie było. Z czasem jego znaczenie obronne znikło, a miejscówka została stopniowo przekształcona w miasteczko, centrum okolicznych pustkowi podzielonych na farmy.

IMG_4216

IMG_4220

IMG_4218

IMG_4083

Do Bourke dotarliśmy późną sobotą. Rozbiliśmy namiot na polu przy Darling River (a jakże!) i poszliśmy na obiad w jedynym otwartym punkcie przy drodze wylotowej z miasta. W menu to samo co w menu całego outbacku – hamburgery lub steki, oba z obowiązkowymi frytkami. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy znów zamówić T-bone’a. Tutaj serwowany był bez oszustw, czyli w wielkości przekraczającej wielkość talerza. Moja wątroba już tylko kwiliła cichutko, w męczarniach marząc o obiedzie z sałaty.

Walczyliśmy ze swoimi porcjami, a w międzyczasie do środka wchodzili i wychodzili miejscowi kowboje. Prawdziwi, nie stylizowani z ulic miast. W najprawdziwszych kowbojkach do łydki (węże, tutaj zawsze pamiętają o wężach), w zakurzonych i wypłowiałych od słońca kapeluszach. Wpadali po piwo, spotykali znajomego, zastygali w rozmowie, przysiadając półdupkiem na taborecie. W pewnym momecie doraczkował do nich Kaj, który uwielbia gryźć czubki butów, i nie mógł, oj nie mógł pominąć okazji. Podbiegłam, odczepiłam go od jednego z butów (czarno biała kowbojka z klasycznym czubem), a właściciel buta z uśmiechem coś do mnie powiedział. I tu klops – powiedział po australijsku. Ni w ząb nie byłam w stanie zrozumieć o co chodzi i powiedziałam o tym po angielsku. Przez chwilę poczułam się niezrecznie, bo oto w środku miejscowego baru do którego przychodzą sami lokalsi, wiecie – w stylu twardzych facetów na co dzień zmagających się z siłami natury, tacy Malboro Meni tylko bez papiertosa, z intensywną wyrazistością, która w miastach zupełnie wtapiała się w tłum, zostałam zidentyfikowana jako turystka, która myśli, że jak mówi po angielsku, to świat stoi otworem. Rozmowy na minisekundę umilkły, a potem kowboj, jak również jego znajomi uprzejmie przeszli na angielski, wyraźnie starając się mówić wolno i wyraźnie. I już po chwili rozmawialiśmy o tym, co zwykle – o pogodzie, o cholernych muchach (doradzono mi siatkę, ja na to, że wtedy czuję się jak idiotyczna turystka, a na co usłyszałam zapewnienie, że oni też czasem takie siatki zakładają, choć w powietrzu zawisło niewypowiedziane “jak nikt nie widzi”), o poziomie wody w Darling River, o dzieciach, o zalanej trasie po ostatnich deszczach, o naszych planach dalszej drogi.

Jedziemy do supermarketu uzupełnić zapasy jedzenia i pieluszek. Na parkingu znów dwa światy, dwie rzeki mijające się bez kolizji w sposób wypracowany dziesiątkami lat życia obok siebie – ścieżki Aborygenów i ścieżki białych. Bez agresji, bo przecież jest niepotrzebna, ale z wiedzą na poziomie komórkowym, dzięki której jedni potrafią patrzeć przez drugich jakby ich zupełnie nie było na linii wzroku. Ochroniarz w sklepie, Hindus, próbuje wypracować sobie przynależność, ignorując wchodzących czarnych, i z uśmiechem witając mijających go bez słowa białych. Drabina społeczna jak wszędzie.

Michał stoi w kolejce do kasy, a ja z dzieciakami wychodzę na dwór. Ups, nie znając reguł postawiliśmy samochód w części dla Aborygenów. Nie, nie była niczym oznaczona, nie miała żadnych linii na asfalcie, czy tabliczek. Po prostu była po prawej stronie od wejścia.

Tolek skacze z krawężnika na chodnik ćwicząc strażackie umiejętności, po chwili zauważa, że jest obserwowany przez dwie nastoletnie Aborygenki, więc zaczyna się popisywać. Dziewczyny uśmiechają się, coś do siebie mówią. Potem zauważają Kaja i są pod wrażeniem jego błękitnych, wielkich oczu. Chwilę rozmawiamy, potem każdy wraca do swoich zajęć. Czyli one do bycia nastolatkami, a ja do bycia mamą. Są dokładnie takie same jak wszystkie nastolatki pod słońcem. Ubrane w nieprawdopodobnie ciasne dżinsy i tyci koszulki, podkreślają swoją młodość, która dla nich jest tożsama z dopiero co zyskanym ciałem kobiety. Z miną wyrażającą totalne znudzenie wstają, siadają, kucają, obrócą się, wygną – w ciągłym ruchu, jak przynęta na haczyku, wirują kusząc pryszczatych aborygeńskich nastolatków, którzy obserwują ich z drugiej strony chodnika. Bezruch nie jest dla nich, w bezruchu nie miałyby szans zaprezentować wszystkich swoich wdzięków, fryzury, makijażu, biżuterii, która czasem bardziej zakrywa ciało niż skąpe ubranie. W końcu druga strona tego przedstawienia postanawia przystąpić do akcji. Krokiem od niechcenia, całą grupą, lekko z nerwów popychając się wzajemnie, podchodzą do dziewczyn i coś do nich mówią. W odpowiedzi słyszą, że mają się odwalić (złagodziłam to, co rzeczywiście usłyszeli). Oczywiście nie odwalają się, bo taki tekst to tylko gra wstępna, wszyscy o tym wiedzą. I nastolatki w Polsce, i w Ameryce, i białe australijskie, i również czarne. Nastoletnie sobotnie popołudnie w atmosferze wzajemnego przyciągania i odpychania – identyczne na całym świecie.

W międzyczasie wkładam dzieci do auta, a do Kaja podchodzi kilkuletni czarny chłopczyk. Zaczyna o czymś z moim synem rozmawiać, a potem ogląda porozrzucane po samochodzie zabawki. Jedną z nich podaje Kajowi, a drugą zaczyna się bawić. Gdy woła go ktoś z dorosłych, chłopiec z zabawką w ręku chce odejść. “Taki mały i już kradnie. Czego się spodziewać po Aborygenie?” – pojawia się natychmiast w głowie. Jak łatwo myśli się schematami, prawda? Kilka dni temu Tolek na jednym placu zabaw w piaskownicy kopał dołek czyjąć pożyczoną łopatką. Gdy go zawołałam do wyjścia, podbiegł do mnie dalej trzymając ją w ręku. Zauważyłam to i przypomniałam mu, żeby oddał zabawkę koledze. Ciekawe czy ktoś sobie wtedy pomyślał: “Czego się spodziewać po biednym polskim dziecku?”.

Z uśmiechem wyjmuję Aborygenowi zabawkę z ręki tłumacząc, że mój synek by za nią tęsknił. Malec uśmiecha się, oddaje co nie jego i biegnie do rodziców. Zwykłe dziecko, takie samo jak moje.

W pewnym momecie jakieś zamieszanie, krzyk, coś się wydarzyło w grupie Aborygenów w odległym kącie parkingu. Ktoś kogoś popchnął? Potrącil? Rzucił czymś? Pobił się ktoś z kimś? Zupełnie nie wiem, bo nie widziałam, rozpakowywaliśmy wtedy z Michałem zakupy do bagażnika. To co zanotowałam to drwiące uśmiechy białych Australijczyków, którzy z daleka obserwowali zajśce, jakby mówli : Ach, ci czarni, nic, tylko rozrabiają.

Gdy wyjeżdżaliśmy, wokół jednego czarnego (reszta zniknęła w magiczny sposób) stały cztery radiowozy policyjne i ośmiu policjantów w pełnym umundurowaniu, czyli cała obsada tutajszego, jedynego w okolicy komisariatu.

 

Niedziela nas zaskoczyła. Chcieliśmy zwiedzić polecane Centrum Outbacku, w którym mieściła się też informacja turystyczna. Rano na parkingu spotykamy parę innych samochodów ze zdezorientowanymi turystami, którzy tak jak i my mieli wiarę w to, że dwie rzeczy są w każdym miejscu Australii otwarte siedem dni w tygodniu – supermarket IGA i informacja turystyczna. W Bourke przyszło nam stanąć oko w oko z niemożliwym – informacja, a tym samym i ekspozycja Centrum Outbacku były zamknięte.

Wszystko inne w miasteczku, łącznie z kawiarniami i pubami, też, a IGĘ zwiedziliśmy dzień wcześniej. Nie dyskutując z dogmatami, postanawiamy pojechać na krótką wycieczkę poza miasto, marne 150 km nieutwardzoną drogą w jedną stronę. Phi.

IMG_4072

I znów sceneria suchych pastwisk z ostrymi krzewami i kępkami trawy, która w naszym mniemaniu nie powinna być w stanie wyżywić nawet jednej owcy, a jednak żywi tysiące. Jechaliśmy dość długo, bo droga była wyboista i auto często traciło przyczepność. Upał, suchy kurz, pustkowie jak okiem sięgnąć. Gdybym miała przejść ten szlak pieszo, tak jak to zrobił Sturt i inni, już dawno straciłabym nadzieję, że tu jest coś więcej. Przecież aż po horyzont nie ma żadnego buszu czy skupiska drzew świadczących o wodzie.

Ale samochodem kilometry jednak szybciej mijają, choć w ten sposób jednocześnie przegapiami stopniowe zmiany w roślinności. Gdy w końcu zauważamy różnicę jesteśmy w środku eukaliptusowego lasu, którego zupełnie byśmy się tu nie spodziewali. Zostawiamy auto na parkingu i idziemy powspinać się trochę po kamieniach.

IMG_4039

IMG_4043

IMG_4070

IMG_4073

IMG_4092

IMG_4096

IMG_4040

Szlak po kilometrze doprowadził nas do jaskiń z malowidłami aborygeńskimi. I znów – nie wiadomo kiedy powstały, wiadomo tylko, że są bardzo stare. Albo że ktoś chciałby, żeby były stare, najlepiej tak stare jak świat.

Na skalnych ścianach starsze malunki ukrywają się pod młodszymi, jedne techniki widnieją obok innych. Zwierzęta, na które się polowało w tej okolicy, narzędzia używane na co dzień, ceremonie i wierzenia.

IMG_4050

IMG_4053

IMG_4058

A pośród nich, coś co najbardziej do mnie przemawia – podpis twórcy, czyli wizerunek dłoni Aborygena sprzed kilkuset lub kilku tysięcy lat.

IMG_4062

Aż nie mam śmiałości spytać, czego to jest rysunek...

Aż nie mam śmiałości spytać, czego to jest wizerunek…

W wąwozie pomiędzy skałami płynie leniwie strumyk cały aż drżący od pływających w nim kijanek. Gdy idziemy brzegiem malutkie miniżabki tysiącami uciekają nam spod butów.

W tym miejscu w końcu dotarło do mnie, jak ważne były dla Aborygenów opowieści – mapy o trasach wędrówek i zawsze pełnych billabongach. Bez tej wiedzy człowiek nie miał szans przeżyć. Bezmiar suchego krajobrazu, setki kilometrów drogi – tu nie było miejsca na pomyłkę czy improwizację w szukaniu źródła wody. Idąc tędy trzeba było wiedzieć, gdzie się idzie i jak tam dojść.

 

Po powrocie, ponieważ w Bourke dalej wszystko jest zamknięte, resztę popołudnia spędzamy na kempingu. Czytamy, pijemy herbatę, z grubsza pilnujemy dzieci, gawędzimy z innymi podróżnikami. Pod wieczór idę z Tolkiem basen. Jest zupełnie pusty. Pluszczemy się w przyjemnie chłodnej wodzie, a w tle słońce zachodzi nad Darling River malując niebo fioletami, lawendą, błękitem.

IMG_4089

 

W poniedziałek plan jest jasny jak słońce – godzina w Centrum Outbacku, wizyta na historycznym nadbrzeżu rzeki przez pięć minut, i pędem ruszamy w stronę Lighting Ridge, ponad 300 km stąd.

Bo cóż więcej można robić w Bourke?

W Centrum spędzamy dwie i pół godziny dowiadując się miliona rzeczy o outbacku. Część z nich przeczytaliście w poprzednich postach, część ciągle czeka w archiwum na wykorzystanie. Anegdotki o znanych tu postaciach, wspomnienia ludzi z farm, fragmenty dzienników, pamiętników, listów, wiersze poetów, którzy bez zakochania się w outbacku poetami być może wcale by nie zostali. Mnóstwo, mnóstwo czytania ze zrozumieniem na kilka godzin co najmniej. Pod koniec, gdy dzieci naprawdę już po kilka razy pobawiły się wszystkimi ruchomymi częściami wystawy i głośnym płaczem oznajmiły, że więcej już nie są w stanie znieść, wdrażamy plan B – fotografujemy wszystkie pozostałe, nieprzeczytane jeszcze tablice i wychodzimy. Czytamy potem, na ekranie komputera, gdy mamy jakąś chwilę w drodze.

Następny punkt na liście – nadbrzeże, gdzie rzeczywiście w pięć minut oglądamy drewniane zabudowania starego nadrzecznego portu.

IMG_4213

IMG_4215

IMG_4211

I już, już zbieramy się do drogi, gdy tuż obok parkingu widzimy kawiarnię – sklep z gadżetami do wystroju wnętrz. Wpadamy na krótką kawę. Jest przyjemne ciepłe południe, dzieci bawią się w kąciku zabaw jak na całym świecie urządzonym mebelkami i zabawkami z Ikei (drugi koniec świata, kawiarnia w mieście pośrodku niczego! a do dyspozycji kultowa wieża z drewnianych kręgów na stoliczku z serii Mammut), much nie ma, rzeka w dole leniwie płynie, kawa mocna i aromatyczna, a w sklepie – boska czerwona waga kuchenna, perfekcyjnie wpisująca się w klimat naszej nowej planowanej kuchni. Ale jak to, transportować wagę z Australii? Już i tak ze względu na książki i dwa pudła muszli mamy nadbagaż, a jeszcze musimy kupić prezenty i parę wcześniej zaplanowanych drobiazgów. A waga drobiazgiem nie jest. Opierając się pokusie postanawiam zadzwonić do naszej projektantki wnętrz z nadzieją, że ona się sprzeciwi i nas powstrzyma, ale w Polsce jest trzecia w nocy, reflektuję się, nie chcemy przecież stracić projektantki… Pijemy kawę, wymyślamy argumenty przeciw (za duża, nie będzie pasować do lodówki, uszkodzi się w czasie lotu, nie zmieści się do żadnej z toreb), a na koniec i tak ją kupujemy. W komplecie ze ścienną tablicą z mottem, które trafia do naszego tempa życia i trawiącej nas zachłanności na przeżywanie. Skoro wagę jakoś upchniemy, to czym jest mały, płaski kawałek deski?

Półtoragodzinna nieplanowana przerwa na kawę już definitywnie przekreślila nasze szanse na dotarcie dziś do Lighting Ridge. Machając ręką na przeciwności losu, postanawiamy się nie przejmować i zrealizować jeszcze jeden punkt pobytu w Bourke – znaleźć parowiec, który utknął na równinie. Ponoć gdy wylewały wody Darling River niektórzy posiadacze ziemscy skracając sobie drogę od portu do swojej farmy płynęli nie korytem rzecznym, tylko właśnie rozlewiskami. I jedni zdążyli, a inni nie. Ci drudzy, gdy opadająca woda zablokowała ich pośrodku pastwiska, wracali do domu konno, a parowiec sterczał na polu czekając do następnej powodzi. I znów – jeden doczekał, drugi nie. Tego drugiego można było zobaczeć koło Bourke. W informacji turystycznej dostaliśmy tzw. mud map i ruszyliśmy na poszukiwanie. Określenie “błotna mapa” pochodzi z czasów, gdy wędrowiec pytając o drogę dostawał wskazówki wzbogacone o rysowaną patykiem na ziemi “orientacyjną mapę”. Niektóre były dokładne, inne mniej. Nasza, mimo że wydrukowana, zaliczała się do tych innych. Dobre czterdzieści minut błądziliśmy po trzech drogach na krzyż, po drodze pomyłkowo wjeżdżając na farmę z zaparkowanym road trainem. Tolek mógł w końcu z bliska obejrzeć sobie jaka to ogromna maszyna, a my dostaliśmy od przemiłych pań, które tam zastaliśmy, kolejną mud map.

IMG_4221

W końcu trafiliśmy. Z parowca “H.S. Wave” zostały już tylko żeliwne obręcze kół. Utknął w tym miejscu w 1921 r, a jego właściciel z jakiegoś powodu wierzył, że wystarczy chwilę poczekać, żeby dalej ruszyć w rejs. I czekał tak wiele lat, a wraz z nim pojawiające się w kolejnych latach dzieci i zwierzęta, a parowiec zyskał miano “Arki Noego”.

IMG_4227

Wyjeżdżamy z Bourke. Mieliśmy tu spędzić jeden dzień, a byliśmy trzy. I jakoś nieśpieszno nam opuścić te z pozoru zwyczajne miasteczko. Co w nim jest takiego, no co?

IMG_4079

It’s the bitterest land of sweat and sorrow

But if I were free I’d be off tomorrow

Out at the Back O’ Bourke.

(Will Ogilve)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *