3 sceny z życia (rodziny w podróży)

Ulubione pytanie we wszystkich wywiadach z rodzicami podróżującymi po świecie z dziećmi, brzmi: Dlaczego podróżujecie z dziećmi?

Udzielający wywiadu światli rodzice recytują wtedy przygotowaną zawczasu odpowiedź. Odpowiedź mającą zawiadczyć o ich dojrzałym i odpowiedzialnym rodzicielstwie, wykluczającym pogląd, iż są niedojrzałymi egoistami ciągnącymi niewinne oseski w dzikie i niebezpieczne rejony świata (bo jak wiadomo świat ma rejony bezpieczne oraz te, o których się marzy). Padają więc formułki w stylu: bo chcą pokazać świat pociechom, nauczyć różnorodności, szacunku do innych kultur i religii, otworzyć oczy na wspaniałą przyrodę, zaszczepić poprawną postawę życiową, czyli posiadanie hobby ambitniejszego niż kolejna komputerowa strzelanka, lecz przede wszystkim – spędzić czas razem tworząc wieź nie do rozerwania, gdy rozkoszna pociecha zmieni się w totalnie odpychającego, mrukliwego nastolatka.

Taaaak.

Gdy kiedyś jakiś dziennikarz przy okazji sukcesu naszej książki o Australii spyta nas, czemu jeździmy z dziećmi, też już wiemy co odpowiemy. Bo proponowaliśmy im zostanie w domu z pełną lodówką i pilotem od telewizora, ale nie chciały.

W sumie nic dziwnego, co im po pilocie, gdy telewizora w domu nie ma.

Podróżujemy z dziećmi, bo mamy dzieci. I już, cała filozofia.

A co z tego wynika dla dzieci w praktyce?

Podczas długich podróży samochodowych próbując utrzymać koncentrację wlewamy w siebie litry kawy i Red Bulla. Potem puste z pozoru papierowe kubki lub puszki trafiają do rączek Kaja zajmując go na kilkanaście minut. Mogł je zgniatać, stukać o okno, oglądać kolory, rzucać w brata na sąsiednim foteliku. Byliśmy zadowoleni z takiego obrotu sprawy, bo w prostu sposób mieliśmy dostęp do taniej zabawki. Zadowoleni do czasu, gdy ostatnio w sklepie Kaj zaczął się wyrywać z nosidełka na widok lodówki z Red Bullami. Jego wyciągnięte rączki, drżąca warga już wykonująca mimowolne ruchy wysysania, wzrok skoncentrowany w jednym punkcie – klasyczne objawy. Okazało się, że nasze roczne dziecko pod naszym troskliwym okiem uzależniło się od kofeiny, wysączając wieczka od kawowych kubków lub resztki napoju energetycznego spływającego po ściankach puszki kropelkami. Na widok charakterystycznej błękitnej puszki lub papierowego kubka dostaje teraz amoku i nie ma szans go uspokoić inaczej niż w końcu dając mu to, za czym wrzeszczy, bo na przeprowadzanie odwyku nie mamy na razie siły. Cóż, jedne dzieci chodzą ze smoczkiem, a nasze ze wzmacniaczem. Podróże na pewno wyrabiają wrażliwość na smaki inne niż słoiczki gerbera.

IMG_7011

Leniwego, niedzielnego popołudnia po rozbiciu namiotu na kempingu czujemy błogość. Pod stopami mamy dość miękką trawę zamiast kamieni i piasku. Namiot stoi pod drzewem, więc jest też cień. Muchy siedzą na obiedzie dwa stanowiska kempingowe dalej, więc my mamy spokój, a i również rozrywkę obserwując jak jakaś starsza para ze znajomymi próbują zjeść sześciodaniowy obiad z winem (naprawdę czasami trochę nie czujemy sympatii do podróżujących tutejszych emerytów, którzy mają czas na książkę, gotowanie pełnego setu obiadowego nie z proszku, rozmowę ze sobą, obserwację liści na eukaliptusie, granie na gitarze pod wieczór, o dzikim seksie w przyczepie kempingowej nawet już wolę nie myśleć. A to wszystko dlatego, że podróżują bez dzieci). Próbują jeść dlatego, że głównie machają czym się da, żeby odpędzić wszystkie muchy z okolicy (ciekawe co jest na obiad???). Ha, tym razem oni mają muchy, a my mamy czas na obserwację.

W pewnym momencie zauważam, że na ubitą drogę przed naszym namiotem spływa woda ze spryskiwacza do trawnika. Robi się błoto. W błocie już siedzą nasze dzieci. Chwila nerwowości (półsekundy, nie więcej), a potem machamy ręką. Nie chce nam się reagować. Ostatecznie pokolenie naszych rodziców przeżyło Woodstock, to naszym dzieciom trochę błota też nie powinno zaszkodzić. My w ten sposób ugrywamy kwadrans nicnierobienia. Po kwadransie obok nas zalaną drogą przechodzi w uprasowanych i białych ubraniach pani od sześciodaniowego obiadu. Widzi dzieci (domyśla się w każdym razie, że są to dzieci, a nie wietnamskie świnki miniaturki) i głosem bezcennym do zapamiętania, w którym była mieszanka naganny i dobrego, brytyjskiego wychowania, uprzejmie się nas pyta:

–       Czy wiedzą Państwo, że na tym kempingu jest basen?

–       Tak, wiemy – odpowiadamy

–       Darmowy – uściśla pani

–       O!– staramy się również być uprzejmi.

–       Może dzieciom byłoby przyjemniej w nim popływać?

Szczerze mówiąc wątpimy w to, ale zachowując zasady grzeczności zapewniamy panią, że spytamy się dzieci, co o tym sądzą. Nie wykazały zainteresowania.

Wieczorem wracam z łazienki z Kajem w nosidle na piersi i Tolkiem uwieszonym na plecach i przez trawniki robimy galop na biednym, umęczonym, nienormalnym koniu, który tuż przed padnięciem na zawał serca uwielbia dziko wierzgać (to ja). Spotykam męża pani od obiadu. Uprzejma wymiana pozdrowień, chwila rozmowy o tym skąd jesteśmy, gdzie jedziemy. Na koniec pan mówi:

–       Wasze dzieci nie mają pojęcia jak wspaniałymi jesteście rodzicami. Obserwowałem was całe popołudnie, i ty i twój mąż zajmujecie się nimi fantastycznie. Jesteście niesamowici. A ta zabawa błotem – niewiarygodne. Zawsze o tym marzyłem.

Zatyka mnie. Mam ochotę zaproponować mu, żeby przyszedł pod nasz namiot i się popluskał, bo trochę błota zostało, ale zapominam języka (angielskiego) w gębie. Uśmiecham się tylko i dziękuję. A dzieciom, gdy zmienią się w rozwrzeszczane nastolatki oskarżające nas o to, że ich nie rozumiemy, opowiem o spełnianiu marzeń każdego dnia. Ihaha.

Co też moje oczy tutaj widzą?

Co też moje oczy tutaj widzą?

Chciałaś mnie o coś spytać?

Chciałaś mnie o coś spytać?

Sam nie wiem… Basen?

Sam nie wiem… Basen?

A mało to ja basenów w życiu widziałem?

A mało to ja basenów w życiu widziałem?

Na pohybel z czystą wodą!

Na pohybel z czystą wodą!

 

W zupełnie innym miejscu, do którego jeszcze relacja na blogu nie dotarła, zbieramy rano kampera do wyjazdu. W międzyczasie ucinamy sobie pogawędkę z młodą parą podróżującą z dziewięciomiesięczną córeczką. Są z Niemiec i rozmowa meandruje pomiędzy opowieściami o trasie w Australii, reakcji naszych i ich znajomych na wieść o wyjeździe do krainy śmiercionośnych węży i pająków z małymi dziećmi, o trudach podróży z pociechą, o ograniczeniach ilości przejechanych kilometrów ze względu na częste postoje i zapewnienie najmłodszym rozrywki od fotelików samochodowych. Jednocześnie Tolek, który pokochał kampera całym swym strażackim sercem i przemianował go na najprawdziwszego Jupitera (niezorientowanym przypominam – Jupiter to wóz Strażaka Sama) krząta się po wnętrzu auta zamiatając podłogę, kanapę, stolik i meble. W końcu odkłada szufelkę do schowka i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmia:

–       Jupiter gotowy do akcji. Załoga, jedziemy!

Mówimy niemieckim znajomym, że musimy już jechać, bo syn skończył sprzątać samochód. A oni na to:

–       Zawsze twierdziliśmy, że polskie dzieci są lepiej wychowane od niemieckich. Wy mogliście porozmawiać, a on w tym czasie grzecznie pozamiatał wam auto. Też chcielibyśmy tak wychować córkę.

Nie komentujemy, tylko zajmujemy swoje miejsca w Jupiterze i ruszamy do akcji. Czyli na cały dzień leżenia na plaży i pływania nad rafą koralową. Ostatecznie płetwy Tolek też pozamiatał po wczorajszym pływaniu.

IMG_6244

Jedna myśl nt. „3 sceny z życia (rodziny w podróży)

  1. zawsze wierzyłam w cuda ale teraz wszyscy mogą się przekonać że cuda są prawdziwe to KAJEK i WITOLEK – weterani rodzicielskich przygód i jeśli mogą coś powiedzieć -to proszą o odpowiedź na pytanie -a gdzie tym razem czeka na nas przygoda -może u babci na trawniku w ogródku gdzie mrówka znika w gąszczu trawy ,pies szczeka bo z kotem dogadać się nie może a poziomki w doniczkach skąpią swoich darów i rodzice znów zajęci sprzątaniem zabawek / bo lubią porządek / choć sami bałaganią ….trzeba ruszyć w …. !
    .co by historia życia włóczykijów mogła uczyć , bawić i pozwoliła im żyć i pięknie i ciekawie i radośnie /tego życzy babcia co fotelik ma na trawniku i mrówka ugryzła ją w nogę /

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *