Mieszkając tutaj nie musisz być wariatem. Ale to uprościłoby sprawę.

Są takie sny, w których groteska z fantazją niczym skazani na siebie przez fatum kumple w poczuciu nieprzemijającego bezsensu piją fioletowe procenty z trójkątnych butelek i snując opowieść tworzą rzeczywistość, która tylko snem być może. Są w nim ludzie, historie, zdarzenia, są ulice i budynki, są zasady i reguły, jest sekwencja wydarzeń logiczna i klarowna, więc jest wszystko by sen był odzwierciedleniem rzeczywistości. Gdy jednak śniący się budzi i próbuje przerażony opowiedzieć, co przed chwilą widział, co przeżył i w czym brał udział, to nie potrafi zdania sensownego sklecić. Jeszcze przed sekundą rzeczy tak oczywiste na jawie tracą zupełnie sens i żeby je przekazać trzeba by pogwałcić zasady gramatyki, a słowa wypowiadać wspak.

I tylko przyśpieszony oddech obudzonego już człowieka i migawki obrazów pod powiekami, gdy oko mruga są dowodem na to, że wszystko to było prawdą, senną prawdą nie gorszą od tej przytomnej. W innym wymiarze, w innej czasoprzestrzeni.

Na przykład w Lightning Ridge.

IMG_4530

IMG_4533

Tu wszystko jest nie tak. Środek australijskiego lata, outback, pora sucha. A deszcz leje tak, że bez szemrania wzięliśmy kabinę na kempingu. Leje przez trzy dni, gdy próbujemy jakoś zwiedzić okolice, a potem złośliwie przestaje. Złośliwie, bo my musimy już ruszać do Sydney.

Choć uczciwie próbowaliśmy zaoszczędzić i wpierw spytaliśmy o możliwość rozbicia namiotu. Wskazano nam spłachetek zielonej trawy pośrodku kamienistej, jasnoczerwonej gleby która jest wszechobecnym podłożem tutejszego krajobrazu. Trawa z daleka zachęcająca, z bliska okazała się cała pokryta kangurzymi kupami. Gdy rezygnując wyjaśniamy panu nasz problem (wszystkożerny raczkujący Kaj), słyszymy:

  • Tak, tak. To te przeklęte kangury srają jakby były u siebie. Staramy się sprzątać, ale one przychodzą, żrą, a potem srają i srają. Choć z drugiej strony co się im dziwić, jak to jedyna zielona trawa w okolicy. Też bym żarł, jakbym był kangurem. A potem… – pan zawiesił głos i się zamyślił, a my bez problemu dopowiedzieliśmy sobie resztę.

IMG_4546

IMG_4547

Na kempingu w ramach odstraszania kangurów mieszkała żaba olbrzymia.

Na kempingu w ramach odstraszania kangurów mieszkała żaba olbrzymia.

A jeszcze potem pan zlitował się nad dwójką dzieci i budżetowymi turystami i mając na uwadze prognozę pogody opuścił cenę całkiem luksusowej kabiny. Niegrzecznie byłoby odmówić. Rozpakowaliśmy auto, zrobiliśmy obiad w luksusowych warunkach, puściliśmy dzieci na podłogę do zabawek i legliśmy na łóżku wśród ulotek. Byliśmy w jedynym miejscu na świecie, gdzie wydobywane są najcenniejsze opale – czarne opale. Czytaliśmy o nim u Sue Williams, najpopularniejszej autorki książek o Outbacku. Narobiła nam smaku opisem miejsca, które miało wyglądać jak stare, dobre miasto pionierów, z jedną główną zakurzoną ulicą, z ludźmi, którzy nie mają przeszłości, za to myślą wciąż o przyszłości, z największą liczbą milionerów na metr kwadratowy, którzy wyglądają jak najbiedniejsi żebracy z szemranych ulic. W końcu tu dotarliśmy, w końcu możemy obserwować, rozmawiać, wyciągać wnioski, ale…

Być może, że po tak długim danym nam czasie słonecznej pogody zaczęliśmy nieświadomie traktować słońce jak tlen i gdy nagle go zabrakło nasze funkcje życiowe zwolniły tempo. Przeglądaliśmy foldery w obłudnozwodniczym tonie zachwalające jedyne na świecie miejscowe atrakcje, sprawdzaliśmy możliwość wycieczki kilkadziesiąt kilometrów do słynnego pubu (słynnego z napisów mających świadczyć o poczuciu humoru), obejrzeliśmy darmowy reklamowy film o mieście i … na nic nie mieliśmy ochoty i siły.

A może Lightning Ridge w deszczu jawiło się jako tak ponure i odstraszające miejsce, że podskórnie nie mieliśmy odwagi opuścić ciepłej i suchej kabiny?

IMG_4534

IMG_4515

IMG_4505

IMG_4504

IMG_4495

Trzy trasy turystyczne oznaczone są trzema kolorami drzwi. Czasem udaje się nie zabłądzić.

 

Pierwszego dnia wybraliśmy się na rekonesans wykupioną wycieczką busem. Dzięki temu mogliśmy w bezpieczny sposób oswoić się z topografią miejsca, którego ulice były aktualnie rozjechanymi błotnymi szlakami, bez nazwy i kierunku, wijącymi się bez sensu pomiędzy blaszanymi ruderami, kopcami wydobytych kamieni z przydomowych kopalni, wrakami aut, bezpańskimi kaktusami i ikonicznymi toaletami. Poza domami ulokowanymi w ścisłym centrum, pozostałe nie mają adresów, więc żeby nie kłopotać listonosza, poczta dostarczana jest im do skrzynek pocztowych zamontowanych na ścianie jednego z miejskich budynków.

IMG_4480

IMG_4485

IMG_4488

 

Ladies

Toilet for Ladies

IMG_4522

Toilet for Gentelman

 

IMG_4418

IMG_4462

IMG_4500

IMG_4499

IMG_4497

IMG_4489

IMG_4461

Przez zaparowane i mokre szyby patrzyliśmy na krajobraz, który wyglądał jak obóz uchodźców na Marsie, gdyby takowy tam istniał. To nie scenografia do jakiegoś delirycznego filmu, to nie skansen dla turystów z Sydney, to nie kiepska obróbka photoshopem, tam naprawdę tak ludzie mieszkają. Okolica Lightning Ridge dzieli się na część miejską, gdzie z jednej strony są normalne domy, szpital, szkoła, kompleks basenów, sklepy, a z drugiej zaniedbane ogródki pełne złomowanego sprzętu, walące się zamieszkane blaszane kontentery, oraz na część pozamiejską przeznaczoną pod działki kopalniane. Z powyższego można by wysnuć wniosek, że kopać można tylko poza miastem i formalnie tak też jest. Ale w takim razie czemu na każdej miejskiej działce stoi garaż – komórka ze szczelnie zamkniętymi drzwiami, gdy auta w tym klimacie trzymane są na zewnątrz? No czemu? I skąd na tych miejskich działkach kopczyki świeżo wykopanej ziemi? Ha. Ja to wiem, wy to wiecie, inspektorzy budowlani to wiedzą, inspektorzy od górnictwa też. I nic. Wiedzą, ale nie wierzą – oto klucz zagadki. W Lightning Ridge wiedza nie stanowi przesłanki do działania, w Lightning Ridge działanie wynika z wiary.

I peer down minershafts searching for the past

Listen for the inland sea that left its mark

On the river created by a crocodile scream

Dreamtime visions of the proud Yarrawoll

Who now stroll down to the Harlequin for a sausage roll (…)

So remember to leave your mark, like a mark in time

I carve words like sandstone when I rhyme

Because deep beneath the surface, hope is surfacing,

Yes, deep beneath the surface, in Lightning Ridge, hope is surfacing.

(Lightning Ridge by Morganics)

Ile filmów ze Strażakiem Samem można kupić za ten kamyczek?

Ile filmów ze Strażakiem Samem można kupić za ten kamyczek?

Mieszkają więc sobie w blaszanych, zardzewiałych ruderach, z obowiązkowymi talerzami satelitarnymi przybitymi do kija, z kijami podpierającymi ściany, które ze znudzenia miałyby już ochotę się położyć, z napisami dającymi ujście frustracji, dobremu humorowi lub zabijającymi nudę. Przyczyna jest dość prozaiczna – zgodnie z przepisami działka kopalniana nie jest własnością tylko dzierżawą. W konsekwencji nie posiada prawa zabudowy trwałym budynkiem i prawo dopuszcza stawianie wyłącznie prowizorycznych, nie związanych trwale z ziemią schronień służących górnikowi. Z drugiej strony kopiący nie mają ochoty na noc wracać do miasta, gdzie mogliby postawić sobie porządniejszy dom, bo kto by im wtedy pilnował szybu? Stawiają więc te slumsowe lepianki, przyczepy kempingowe, łącząc je kolejnymi kawałkami blachy a to jako sufitem, a to jako ścianą.

IMG_4510

IMG_4451

IMG_4420

IMG_4416

IMG_4419

IMG_4478

Mieszkają tam, kopią, szukają i czasem znajdują. Głównie mało wartościowe opale bez ognia w środku lub zbyt drobne, by nadawały się choćby na oczko skromnego pierścionka. Jeśli mają pecha w szczęściu to znajdują kamień, w którym cienka, ciemna, gładka jak szkło linia zwodzi ich sugerując kształtem skąpą warstwę minerału. Tną wtedy ten kamień tak, żeby odzyskać choć i taką ilość, którą można wykorzystać przy produkcji tripletu, opalowego kamyka ze sztucznym podłożem wydobywającym blask iskier z płatka opalu cienkiego jak kartka papieru, a od góry zabezpieczonego szklaną warstwą nadającą półkolisty kształt. Za triplet klient zapłaci jedną setną ceny, którą wydałby kupując czysty opal takiej samej wielkości. I gdy tak w tym zrezygnowaniu tną kolejny bezwartościowy kamień nagle, o jedną setną sekundy za późno, o jeden obrót tarczy tnącej za dużo dowiadują się, że źle ocenili opalizujący ślad w kamieniu. Ze właśnie przecięli czysty opal, który gdyby był ciągle jednością wart byłby ponad sto tysięcy dolarów. Lecz już nie jest i pechowiec, który przekreślił swoje szczęście przez pośpiech, rutynę, nieuwagę lub zmęczenie trzyma w dłoni pokruszone kawałki zastanawiają się tylko czy wyć, zapić czy skoczyć do szybu. Poznaliśmy kogoś, kto stał przed takim wyborem. Na szczęście dla niego bardzo lubił pić.

IMG_4493

IMG_4512

 

IMG_4473

Inny ktoś tonem kaznodziei, tonem któremu w życiu nie odważylibyśmy się przeciwstawić (choć z reguły nie słuchamy się żadnych kaznodziei) podzielił się z nami opowieścią o tym, jak to kiedyś z głupoty napędzanej pośpiechem, żeby jak najszybciej się wzbogacić szukał opali stukając kilofem w skałę. I teraz my też radzimy wam zapamiętać (choć ciężko uzyskać ton kaznodziejski za pomocą czcionki): kilofem się nie stuka tylko delikatnie skrobie. Głaszcze, muska, gładzi, drapie czy co tam wam jeszcze kosmatego przychodzi na myśl. Generalnie wszystko jest dozwolone bez stukania. Pan, który z nami rozmawiał opowiedział o jednym stuknięciu, którym ukryty w skale opal wart pół miliona dolarów roztrzaskał na milion drobinek. Ot tej pory już nigdy (w) nic nie stukał.

IMG_4334

IMG_4336

IMG_4337

W programie wycieczki było też zwiedzanie kopalni Black Hand. Widzieliśmy ulotki, widzieliśmy zdjęcia, ale będąc w stanie snu bez oporu akceptowaliśmy fakt, że rzeczywistość ma prawo być tak szokująca. Święcie wierzyliśmy, że na miejscu największa atrakcja turystyczna Lightning Ridge okaże się jednak czymś innym, niż obrazki w folderze. Czy mieliśmy jakieś racjonalne przesłanki do tej wiary? Nie, przecież to sen.

Wychodek w kopalni to po prostu blaszana konstrukcja nad nieużywanym trzydziestometrowym szybem. Tolkowi się podobało

Wychodek w kopalni to po prostu blaszana konstrukcja nad nieużywanym trzydziestometrowym szybem. Tolkowi się podobało, mi trochę mniej, gdy go trzymałam nad tą dziurą.

Zejście do kopalni Black Hand dla normalnych turystów

Zejście do kopalni Black Hand dla normalnych turystów

A to dla turystów z obciążeniami - winda w szybie. Takie przepisy BHP...

A to dla turystów z obciążeniami – winda w szybie. Takie przepisy BHP…

No więc nie okazała się. Problem w tym, że tak jak nie da się opowiedzieć sennych majaków, tak nie bardzo da się opowiedzieć tego co można zobaczyć w Black Hand pod ziemią. I co z tego, że zobaczycie nasze zdjęcia? Nie zrozumiecie, bo jesteście w pełni świadomi i przytomni. Ale dla porządku ostrzegam i radzę – dalszy post lepiej jednak czytać po wypiciu kolejki. Lub dwóch.

Ron Canlin jest byłym żołnierzem jednostki specjalnej, a przynajmniej takie chodzą słuchy. Nie potwierdza, nie zaprzecza. W 1982 roku kupił porzuconą kopalnię,marząc o zbiciu fortuny na opalach. Jak do tej pory wszystko brzmi normalnie, prawda? Niestety, dla niego i dla nas, wartościowych opali nie znalazł, więc postanowił zorganizować coś dla turystów, którzy jak wiadomo za wszystko chętnie zapłacą. Przystosował jedną z podziemnych komnat kopalni do demonstrowania cięcia opali, a nad wejściem wykuł w miękkim piaskowcu napis powitalny. I wtedy doznał olśnienia. Przypomniał sobie, że od zawsze miał skłonności lekko artystyczne, a teraz właśnie odkrył jak fantastycznym materiałem do rzeźbienia jest piaskowiec. I bum – tłumiona latami pasja wyskoczyła na powierzchnię (pisząc ten tekst korzystam z artykułu w Sydney Morning Herald i z wywiadu jakiego udzielił Ron. Więc nie ironizuję zlośliwie, tylko tłumaczę to, co sam o sobie Ron powiedział, co w tym przypadku wychodzi na jedno…).

Używając narzędzi, które miał pod ręką – kilofa, widelca, rękawicy przekształcił swoją pozornie bezwartościową kopalnię w podziemną galerię sztuki eklektycznej (powtarzam, ja nie ironizuję, ja tu tylko tłumaczę).

Inspirują go (auć!) zdjęcia w gazetach, encyklopediach, książkach. Gdy zobaczy coś co do niego przemawia (uff), znajduje kawałek wolnej ściany i tworzy. W efekcie w komnatach kopalni można teraz niczym w połączeniu sal British Museum z londyńską Tate Gallery i fantazją Madame Tussauds (ok, to mój autorski komentarz) spacerować wśród dinozaurów, gobinów, czarnoksiężników, trzech świnek, Buddy, Atlasa, Supermana, szympanów, lwów, dziobaków, Harry’ego Pottera i Jezusa (a radziłam, żeby wypić?).

Ulotka turystyczna nie kłamie. Byliśmy tam i przekonaliśmy się, że każde zdanie z niej jest prawdą. Bohaterów z Władcy Pierścieni, natywne zwierzęta i postacie biblijne, w tym Adama podtrzymującego sufit przy wejściu, widzieliśmy w taki sposób, jak nigdy wcześniej nie było nam to dane. Wykute w skale trwale zniewoliły nasze umysły (tłumaczę, ciągle tłumaczę). Byliśmy zdumieni (oj, tak) i wizyta tam na zawsze zmieniła nasze postrzeganie sztuki (oj, TAK). Od tej pory już nic nie jest takie jak było. Niestety.

No to zaczynamy!

No to zaczynamy!

Witajcie w naszej bajce

Witajcie w naszej bajce

Słoń zagra na fujarce

Słoń zagra na fujarce

IMG_4327

Krasnolud wam zaśpiewa

 

 

 

 

 

(Surykatki) zatańczą w koło drzewa

(Surykatki) zatańczą w koło drzewa

Tu wszystko jest możliwe

Tu wszystko jest możliwe

Zwierzęta są szczęśliwe

Zwierzęta są szczęśliwe

A dzieci, wiem coś o tym...

A dzieci, wiem coś o tym…

Latają samolotem

Latają samolotem

Nikt tutaj nie zna głodu

Nikt tutaj nie zna głodu

Nikt tu nie czuje chłodu

Nikt tu nie czuje chłodu

I nawet ja nie kłamię

I nawet ja nie kłamię

Nikt się nie skarży mamie

Nikt się nie skarży mamie

Witajcie w naszej bajce

Witajcie w naszej bajce

Lew zagra na fujarce

Lew zagra na fujarce

Pantera nam zaśpiewa

Pantera nam zaśpiewa

IMG_4342

Zatańczą wkoło drzewa

Bo z nami jest weselej

Bo z nami jest weselej

Ruszymy razem w knieje

Ruszymy razem w knieje

A w kniejach i dąbrowach

A w kniejach i dąbrowach

IMG_4325

Pan Dziobak wciąż się chowa

My go znajdziemy sami!

My go znajdziemy sami!

My chłopcy z dziewczętami

My chłopcy z dziewczętami

A wtedy daję słowo

A wtedy daję słowo

Że będzie kolorowo!

Że będzie kolorowo!

Uff

Uff… Puf, puf.

 

Gdyby Ron Canlin znalazł jednak wartościowy opal, to zamiast tworzyć podziemną galerię drenującą poczucie estetyki u zwiedzających, mógłby żyć uczciwie jak jeden z najsłynniejszych poszukiwaczy opali – Fred Bodel. Ten sympatyczny człowiek przybył do Lightning Ridge w 1905 r., rozejrzał się trochę, rzucił posadę postrzygacza i wydzierżawił działkę kopalnianą. Bardzo szybko okazało się, że ziemia, którą wybrał okazała się być najbogatszym złożem czarnych opali jakie do tej pory znaleziono.

Fred bardziej od bycia bogatym lubił być zajęty, więc nie przywiązując szczególnej uwagi do atrybutow statusu materialnego, właściwie do końca swojego życia mieszkał w swojej kopalnianej chatce i przekopywał kolejne działki. Był opalowym Midasem – gdzie drążył, tam znajdował cenne kamienie. Dziś chatka jest swoistym (w stuprocentowo australijskim typie) muzeum, w którym demonstrowane jest jej oryginalne wyposażenie i sprzęty, których używał Fred. Udostępniona do zwiedzania tylko tym, którzy wykupili wycieczkę autokarową, pozostała własnością rodziny Freda, która czasami przyjeżdża do Lightning Ridge na wakacje. Jednak wtedy, co nie powinno w sumie dziwić, wolą zatrzymywać się w swojej przyczepie kampingowej bliżej centrum miasta.

IMG_4289

IMG_4297

IMG_4292

IMG_4291

IMG_4295

Drugiego dnia ciągle padało, a my wciąż czuliśmy się trochę jak zombie obudzone nie o tej porze co trzeba. Lunatykując, kierowani przymusem zwiedzania zapisanym w naszych DNA, pojeździliśmy trochę po okolicy na własną rękę. To była dziwna podróż. Zatrzymywaliśmy się przy co oryginalniejszych blaszanych lub butelkowych lub puszkowych domostwach i robiliśmy zdjęcia nieswojo patrząc na dziwaków, którzy w tych z braku lepszego słowa – budynkach mieszkają. A oni patrzyli się na nas z werandy, na dziwaków, którzy nie mają nic innego do roboty jak tylko jeździć i fotografować zwykłe domy górników. Czasem któryś z nich z nami pogadał, czasem ktoś zażartował, wszyscy natomiast machali w geście pozdrowienia.

IMG_4286

IMG_4302

IMG_4303

IMG_4404

IMG_4409

IMG_4411

IMG_4417

IMG_4458

IMG_4465

IMG_4412

IMG_4469

IMG_4475

Pewien młody japoński inżynier z branży IT, a w wolnym czasie dla rozrywki niezły haker, ma dwie obsesje: węże i samochody marki Citroen . Zaczyna brzmieć dziwnie? To dobrze, tak ma być. Mieszka w Tokio w drogim, lecz całkowicie bezdusznym apartamencie, w mieście zasnutym wiecznym błękitnoszarym smogiem. Znajduje ogłoszenie o wystawieniu na sprzedać obiektu swoich marzeń i żądz – perfekcyjnie odrestaurowanego i utrzymanego Citroena DS z 1967 r. Wierzy, że posiadając go zapełniłby absolutną pustkę swojego życia. Żeby go kupić wyrusza w podróż do Australii. Robi się dziwniej, prawda? Na miejscu okazuje się, że nic nie idzie jak powinno. Właściciele Citroena nie żyją (mąż zabił żonę w awanturze, a potem siebie), a nasz bohater spotyka niewidomą dziewczynę, która obiecuje zabrać go w outback do aktualnego właściciela pojazdu. Jadą, a po drodze dowiadujemy się, że dziewczyna trzy lata wcześniej została seksualnie napastowana przez młodego boksera z wędrownego cyrku, który był niezmiernie sfrustrowany noszeniem pasa cnoty (nigdzie, w żadnym miejscu tego postu nie obiecywałam, że post będzie normalny). Dziewczynie udaje się uciec do buszu, gdzie opiekują się nią dzikie psy dingo. Jakby tego nie było dość, okazuje się, że w dzieciństwie bohaterka też była seksualnie wykorzystywana przez swojego dziadka i ojca zarazem, oraz terroryzowana przez swoją głęboko religijną matkę.

Podczas pięciodniowej podróży przez outback bohaterowie słuchają psychodelirycznego radia, rozmawiają, tańczą, zakochują się w sobie, a dla zachowania klimatu niewidoma dziewczyna jest cały czas zafascynowana dźwiękami jakie wydają owady rozplaskujące się na przedniej szybie samochodu, nazywając je muzyką śmierci. Chcecie wiedzieć, co było dalej? Obejrzyjcie niszowy film “The Goddess of 1967”. Ponieważ dziadek bohaterki, hippis nałogowo pędzący wino, był również poszukiwaczem opali większość scen kręcona była w okolicach Lightning Ridge, a na potrzeby filmu wybudowano kościół, który stylem i użytymi materiałami idealnie wtapiał się w otoczenie. Zresztą oceńcie sami.

IMG_4518

Vittorio Stefanato, znany tutaj jako Amigo, po latach (raczej bez większych sukcesów) poszukiwań opali, postanowił poszukać sensu życia. W ten sposób z kamieni, które początkowo wydobywał ze swoich kopalnii, a potem zbierał od innych wybudował zamek. Ze spuszczaną bramą, pułapkami – zapadniami, sekretnymi przejściami, krętymi schodami i korytarzami, wieżą do której nie da się wejść, dziedzińcami i komnatami. Ciągle dobudowując i udoskonalając, mieszka sobie w zamku z około pięćdziesiątką kotów. Choć może to koty mieszkają z nim.

Tworzenie tego czegoś jest dla niego powrotem do dzieciństwa, do krajobrazów swojego rodzinnego kraju, jest uzewnętrznieniem tego, co mu w duszy gra. Tak, w Lightning Ridge wielu ludziom coś w duszy gra.

IMG_4262

IMG_4261

IMG_4260

IMG_4263

IMG_4268

Widok od strony podwórka. Tak tutaj wyglądają wszystkie podwórka...

Widok od strony podwórka. Tak tutaj wyglądają wszystkie podwórka…

IMG_4273

IMG_4272

IMG_4275

IMG_4276

IMG_4277

IMG_4278

IMG_4281

Amigo zrobiony z opon

Amigo zrobiony z opon

A jak brakuje kamieni do budowy, Amigo maluje.

A jak brakuje kamieni do budowy, Amigo maluje.

Alex Szperlak, urodzony w 1933 r. w Jabłonce, został w Australii skazany za morderstwo, którego nie popełnił. Po wyjściu z więzienia po czterech i pół roku, w duszy grało mu poczucie rozżalenia, osamotnienia, niezrozumienia i niesprawiedliwego traktowania. Na bazie tych uczuć poczuł więź z pierwszymi astronomami, których tezy i odkrycia też początkowo były negowane i wyśmiewane przez im współczesnych. Alex przybył do Lightning Ridge (a jakże!) i przez 15 lat budował pomnik na chwałę im i sobie. Wybral siódemkę najbardziej prześladowanych za swoje poglądy, w tym Galileusza, Giordano Bruna oraz Kopernika. Każdemu z nich poświęcił osobne pomieszczenie, w którym na betonowych ścianach i betonowej posadzce umieścił notki biograficzne, streszczenia odkryć i wniosków. Właściwie każda powierzchnia budowli wzniesionej przez Alexa zawiera jakąś wiadomość lub przesłanie i poprzez ten fakt w przewodniku została porównana do Świątyni Inskrypcji wniesionej przez Majów na terenie dzisiejszego Meksyku. Nie czuję się na siłach odnieść do tego faktu.

IMG_4421

IMG_4425

IMG_4427

IMG_4429

IMG_4432

IMG_4433

IMG_4435

IMG_4436

IMG_4439

IMG_4450

Dość powiedzieć, że po śmierci Alex’a (oficjalnie z powodu nieszczelnej instalacji gazowej, nieoficjalnie w wyniku wycieku gazu podczas pędzenia alkoholu) do jedynej spadkobierczyni, jego siostry, która mieszkała w Polsce przesłano zdjęcia Obserwatorium Wszechświata z pytaniem, co chce zrobić ze spadkiem. Zszokowana siostra, najwidoczniej nie rozumiejąca specyficznej atmosfery miejsca, poprosiła o jak najszybszą sprzedaż. Miejscowi nie mogą do dziś uwierzyć, że najpierw nie chciała tu przyjechać i obejrzeć spadku.

IMG_4446

IMG_4438

IMG_4437

Zasypiając w upalny dzień, pokonana przez temperaturę, obiecuję sobie, że odpłynę tylko na pół godziny. A potem, gdy czas mija i wiem, że trzeba się obudzić, ale nie potrafię wypłynąć na powierzchnię świadomości. Serce pracuje w innym tempie, rozleniwiona i gęsta od gorąca krew transportuje tlen z opóźnieniem, myśli nie chcą się sprecyzować, ciało nie słucha żadnych impulsów wysyłanych przez mózg. W głowie płyną leniwie dziwne obrazy, absurdalna historia toczy się swoim tempem, a ja wiszę pomiędzy jawą a snem, z którego nie mam siły się wydostać. Nie mam siły lub nie chcę – granica zbyt cienka, żeby ją uchwycić. W końcu budzę się, lecz dzień nie jest już tym samym dniem, którym był przed snem.

W końcu i my wydostając się z sennych majaków wyjechaliśmy z Lightning Ridge. Żegnani przez Stanleya, olbrzymią trzydziestometrową figurę emu zespawaną przez Johna Murray’a z części od kilku Volkswagenów Beetle, anteny satelitarnej i czegokolwiek co było pod ręką, wiemy, że Australia dla nas po wizycie tutaj już nie jest tą samą Australią, którą była wcześniej.

IMG_4553

 

 

Połów ryb w Czasie Snu

Podkusiło nas ostatni raz, obiecujemy. Niepomni na poprzednie doświadczenia, ciągle głodni wiedzy i wrażeń nie jesteśmy w stanie przejechać obojętnie przez miasteczko Brewarrina. To znaczy pewnie byśmy przez nie przejechali bez najmniejszej nawet myśli, że można tu stanąć gdyby nie cholerna ulotka, która zaatakowała nas dzień wcześniej. Zaatakowała i oznajmiła, iż w Brewarrinie znajdują się najstarsze na świecie budowle wzniesione ręką ludzką – aborygeńskie pułapki na ryby. Starsze niż piramidy, rzymskie ruiny i wszystko inne co tylko przyszłoby nam do głowy. Mało tego – na miejscu mamy szansę na oprowadzenie przez Aborygena, który jako nasz przewodnik opowie o tradycyjnym sposobie połowu ryb i stylu życia swoich przodków. Na miejscu jest też nowoczesne, prężnie działające centrum z wystawą o kulturze i życiu pierwotnych mieszkańców Australii.

Rozumiecie już, czemu nie mogliśmy tam nie stanąć?

Przez późny wyjazd z Bourke, do celu dojeżdżamy popołudniem. Na rogatkach mijamy entuzjastyczną tablicę z wizerunkiem ogromnej ryby i napisem: Brewarrina – zatrzymaj się, a będziesz zdziwiony jak dużo ma ci do zaoferowania. Część farby odpadła, niektóre litery są niewyraźne, cała tablica lekko chyli się na bok. Nie wygląda to najlepiej, oj nie. Wjeżdżamy główną ulicą, pustą, zabudowaną po obu stronach niskimi budynkami z wyblakłymi szyldami, z oknami zakratowanymi, drzwiami najczęściej zamkniętymi na głucho. Jest słonecznie i pachnąco od kwiatów na drzewach, teoretycznie piękna pogoda powinna nastrajać optymistycznie i upiększać nawet najbardziej nieprzyjazny widok, ale nie tutaj. Nie wiem jeszcze o co chodzi, ale podskórnie czuję, że coś jest nie tak. Te zakratowane i zamknięte sklepy, wymarłe ulice i plac zabaw, wyblakłe ze starości i nieremontowane fasady domów – wszystko razem niesie w sobie pewną informację. To nie jest wibrujące miejsce turystyczne z atrakcją na skalę międzynarodową.

Stajemy na parkingu informacji turystycznej i po raz pierwszy w Australii jesteśmy w takiej zmasowanej formie zaatakowani ostrzeżeniami przed kradzieżą. Na każdym słupie latarnianym, na pachołkach wyznaczających miejsca parkingowe, na drzwiach do informacji – naklejki o złodziejach czychających na rzeczy pozostawione w samochodzie. Ups.

W środku zaskoczony pan (najwyraźniej nie spodziewał się turystów zarówno dziś jak i w następne dni) próbuje sobie przypomnieć co się właściwie robi w informacji turystycznej. Nie bardzo jest nam w stanie wymienić jakieś atrakcje, a na pytanie o słynne (z ulotki) pułapki aborygeńskie duka, że są nad rzeką (ha! na tyle to sami mogliśmy wpaść) i można pójść i samemu je zobaczyć. Pytamy o przewodnika. Pan po gorączkowych poszukiwaniach wręcza nam karteczkę z ręcznie napisanym numerem telefonu do Centrum Aborygeńskiego zlokalizowanego ulicę dalej i tłumaczy, że musimy tam zadzwonić i umówić się dzień wcześniej. Nie, w informacji turystycznej nie mogą nam tego zorganizować… Pytamy o nocleg. Pan konsultuje odpowiedź ze swoim kolegą na zapleczu, potem dzwoni w jedno miejsce i oznajmia, że kabina kempingowa nad rzeką na jedną noc kosztuje 150 dol. Pytamy o coś tańszego i dostajemy wskazówki jak dojechać do drugiego kempingu w mieście, nie nad rzeką, więc z lepszymi cenami. Niestety telefonu do nich pan nie ma.

Trzecie nasze pytanie dotyczy możliwości zjedzenia czegoś na obiadokolację. To naprawdę wywołuje u pana popłoch. Najchętniej wyprosiłby nas tłumacząc, że informacja turystyczna jest już zamknięta, ale niestety do piątej brakuje ponad godziny, więc nie może tak łatwo się wymigać. Po długim wpatrywaniu się w milczeniu w mapę Braweriny (trzy główne równoległe ulice połączone kilkunastoma poprzecznymi) wymienia chińską smażalnię, pizzę w pubie i najlepszą opcję – restaurację w miejscowym RSL (klubie weteranów wojenych, szanującej się instytucji obecnej prawie w każdym miasteczku australijskim).

Postanawiamy najpierw sprawdzić kemping. Prowadzący go potężny Aborygen, szalenie sympatyczny i rozmowny oferuje nam ostatnią z trzech kabin. Nie ma łazienki, ale na jedną noc nie mamy wielkich wymagań, ogólna łazienka jest dość blisko, a kabina wygląda prawie porządnie. Trochę drażni nas, że drzwi z dykty zamykają się na najprostszy zamek, taki z rodzaju toaletowych zapadek, możliwy do otworzenia dowolnym kluczykiem, śrubokrętem, nożem do masła lub czymkolwiek innym o wąskiej końcówce, w tym paznokciem. Właściciel wygląda na zdumionego, gdy Michał demonstruje mu otwieranie kabiny kluczykiem samochodowym, a potem z całą żarliwością zapewnia, że nie mamy się czego obawiać bo tu zupełnie, ale to zupełnie nie ma przestępczości. Nie wspominamy mu o naklejkach przed informacją turystyczną. Za to pytamy o miejski basen, który widzimy tuż za ogrodzeniem kempingu. Generalnie jest zamknięty (nie ze względu na jakieś godziny czy remont, po prostu jest zamknięty ot tak), ale jak chcemy z niego skorzystać, to on zadzwoni do kumpla i kumpel nas wpuści. Nie chcemy, za to pytamy o pułapki na ryby. Aborygenski rozmówca cały się rozpromienia i bierze sprawy w swoje ręce – pyta na którą godzinę chcemy wycieczkę i zapewnia, że zadzwoni do drugiego kumpla, który jutro będzie nas oprowadzał. Kilkanaście razy zapewnia nas, że będzie to wspaniałe przeżycie, że będziemy świadkiem niezwykłej opowieści, i że Brewarrina jest najlepszym miejscem do życia.

Nic nie mówimy, uprzejmie się uśmiechamy i jedziemy coś zjeść. Po drodze mijamy miejscową szkołę z oficjalnym hasłem wypisanym dużymi literami na froncie budynku o braku zgody na wykorzystywanie seksualne dzieci, bibliotekę, komisariat policji, domki, dwóch zataczających się panów na chodniku, jednego żółtego psa. Na początek próbujemy sprawdzić pub. Najokazalszy budynek przy głównej ulicy, tak jak i reszta wszystkie okna ma zabite dyktą lub zakratowane, albo to i to. W ciemnym wejściu stoi kolejny wielki Aborygen, który na nasz widok spluwa na ulicę. To pewnie przypadek w czasie – nasz przyjazd i jego splunięcie, ale zaczynam czuć coraz większą irytację połączoną z paniką. Czuję niechęć do zabrania dzieci do mrocznego środka, Michał idzie więc sprawdzić czy zrobią nam pizzę na wynos (szyld głosi, że takowa jest tu serwowana). Wraca po chwili z informacją, że pizzy to już dawno tu nie robią, że w środku jest klasyczna śmierdząca piwem, wymiotami, moczem i starym potem speluna, ale możemy dostać hamburgery na wynos. Rezygnuję. Jedziemy szukać knajpy chińskiej, ale najwyraźniej w całej Brawerrinie już jej nie ma. Była, ale nie ma. Nie ma jej ani pod adresem z ulotki o mieście, ani na żadnej innej ulicy. Została nam kuchnia w klubie RSL.

Klub jako jedyny budynek w okolicy wygląda schludnie i nie ma krat tudzież dykty w oknach, a to budzi nadzieję. Michał idzie sprawdzić czy do tak szanowanej i dystyngowanej instytucji wpuszczą turystów w krótkich spodenkach bez marynarki i bez legitymacji kombatanta.

W recepcji za kontuarem siedzi starsza nienagannie ubrana i uczesana pani. Druga biała osoba, którą widzimy w Brewarrinie. Informuje, iż generalnie zwykle serwują obiady dla osób spoza klubu, ale akurat nie w poniedziałki.

–       To nienajlepiej – stwierdza Michał – bo byliście państwo naszą ostatnią szansą na posiłek. Chińczyk zamknął interes, a w pubie raczej nie chcemy jeść.

–       Tak, faktycznie Brewarrina to beznadziejne miejsce – wymyka się eleganckiej pani szczerość. Michał unosi brew, pani dodaje:

–       Jeśli chodzi o ofertę jedzenia, oczywiście.

Po chwili milczenia po obu stronach, Michał przerywa ciszę:

–       A gdzie jest jakiś sklep, w którym mógłbym zrobić zakupy spożywcze?

–       Na głównej ulicy jest supermarket. Ale nie jestem pewna, czy coś tam mają.

Co konkretnie miała na myśli mój mąż nie dowiedział, bo pani przypomniała sobie, że dziedzictwo angielskiej powściągliwości i ogłady zobowiązuje, szczególnie gdy rozmawia się w murach RSL.

Jedziemy do supermarketu, który … na naszych oczach zostaje zamknięty grubą kratą. Jest za dwadzieścia szósta, teoretycznie sklep powinien być otwarty do osiemnastej, ale co to znaczy powinien? Nie jest i tyle.

Wracamy na kemping. Jestem rozdrażniona, zaniepokojona, zaczynam za bardzo przytłaczać się poczuciem odpowiedzialności za dzieci w sytuacji gdy właściwie nie mam jak ich nakarmić i pewnie w natłoku tego wszystkiego resztę pobytu w Brewarrinie odbieram już tylko poprzez pryzmat barw negatywnych. Moje myśli i komentarze zaczynają nabierać rasistowskiego zabarwienia i parę dni później nie mogę uwierzyć, jak łatwo parę niekorzystnych sytuacji wpędziło mnie w potoczne tory myślenia my – oni. Nie obchodzi mnie tego dnia, że Aborygeni mają trudno, że bezrobocie, że wykluczenie, że potrzeba cholernie dużo pracy i dobrego pomysłu na to, jak włączyć ich do społeczeństwa i sprawić, że w typowym czarnym miasteczku z okien znikną kraty, a popołudniami będzie otwarty sklep, kawiarnia i czysty plac zabaw. Nie wnikam w to, że te kraty w oknach są też w domach Aborygenów, nie czuję potrzeby zrozumienia, czy wniknięcia głębiej. Jestem zwyczajnie wkurzona, że utknęliśmy w niebezpiecznej (to autorska nadinterpretacja), brudnej dziurze, bez możliwości jazdy dalej (bo zaraz zmrok, a do najbliższego kolejnego miasteczka z kempingiem jest sto kilometrów) i bez jedzenia chociażby dla dzieci. Poczucie braku ruchu, żeby wybrnąć z sytuacji rozsadza mnie i powoduje, że wpadam we wściekłość właściwie nie wiadomo na co. Właściciel kempingu dowiedziawszy się o problemach z jedzeniem z dobrego serca proponuje, że przyniesie z domu trochę kartofli, ale ja jakoś nie jestem w nastroju do docenienia oferty (co właściwie skreśla mnie jako podróżnika, który nie potrafi zaakceptować rzeczywistości, jeśli rzeczywistość odbiega od jego wymagań. Smutne odkrycie, z którym będę musiała się kiedyś zmierzyć). Michał przetrząsa skrzynie w bagażniku, znajduje jakieś resztki chleba, kilka rozsypanych makaronów, zgnieciony na miazgę batonik muesli, zagubiony w akcji wstrętny, przesłodzony dżem i pół plasterka żółtego sera. Plus puszkę obrzydliwego gotowego dania (50% to cebula, 40% sos, a pozostałych 10% nie jesteśmy w stanie zidentyfikować). Robimy z tego jakąś kolację dla Tolka, a ja cieszę się, że Kaj ciągle jest cycowy. Nie kąpiemy maluchów, bo stan czystości łazienki pozostawia sporo do życzenia. Próbuję położyć ich do łóżek w naszej kabinie, ale odkrywamy, że teoretycznie świeża pościel jest zdecydowanie niedoprana i śmierdzi poprzednimi mieszkańcami. To w sumie nas nie dziwi, bo pralki na kempingach notorycznie piorą pobieżnie w zimnej wodzie (praliście kiedyś coś brudnego programem dwudziestominutowym w lodowatej wodzie??? A tylko taki tutaj da się ustawić). Poziom mojej bezsilności wprost proporcjonalnie przekłada się na poziom wściekłości. Wykładamy łóżka ręcznikami i ubraniami i na takich legowiskach usypiamy dzieciaki.

Na zakończenie dnia, w ramach obiadu dla dorosłych opróżniamy wszystkie puszki piwa. Potem odważnie (a nawet z lekkim chichotem) idę do łazienki umyć zęby i skorzystać z toalety. Podnoszę klapę, a tu w sedesie z wody gapi się na mnie żaba, spora żaba. Zamykam klapę (dość gwałtownie), sprawdzam czy u ręki widzę pięć palców, podnoszę klapę, a żaba jest. W dodatku wydaje się, że głębiej w sedesie (tam przy załamaniu) nurkuje kolejna.

Idę do drugiej kabiny. Sedes pusty, lecz już w nic nie wierzę, bo woda w nim lekko faluje. Wiem, że niby żaby zębów nie mają, ale jakoś nie potrafię się przemóc, żeby usiąść (wy byście mogli? Ale tak uczciwie?). Waham się pomiędzy umywalką a prysznicem, i … na tym pozostańmy przy opisie tego wieczoru.

Rano słońce robi swoje i nastrój się poprawia. Poza tym wiem, że zaraz stąd wyjedziemy. Właściciel kempingu, naprawdę obiektywnie przesympatyczny, kilka razy zapewnia nas, że umówił swojego kolegę przewodnika, który o dziesiątej będzie na nas czekał pod Centrum Aborygeńskim. Dopytuje się o dzieci, o noc w przyczepie (czy wszystko było ok?), o wrażenia na temat Brewarriny. I co ja mam odpowiedzieć? Nie czuję się być na siłach tą, która będzie go uczyć, jak należy prać pościel i sprzątać toalety. Gdzieś tam wiem, że facet naprawdę się stara tak jak umie i nie zdaje sobie sprawy, że dla nas warunki były gorsze niż w bieszczadzkim schronisku w połowie lat osiemdziesiątych (byłam raz na wycieczce szkolnej i do dziś omijam te góry z daleka, mimo, że ponoć są tam już ośrodki SPA. Uraz pozostał).

Jedziemy do Centrum. To trochę zaniedbany budynek o formie półkopuły pokrytej ziemią. Z ulotki wiemy, że bryłą i materiałami (na glebie rośnie sucha trawa) miał on nawiązywać do tradycyjnych aborygeńskich szałasów chroniących przed słońcem.

Nie ma przed nim absolutnie nikogo, choć zraszacze trawnika dają pewną nadzieję, że ktoś z obsługi był. Główne wydawałoby się drzwi do budynku zamknięte. Michał idzie na zwiad dookoła kopuły i po kilku minutach wraca z informacją, że pan przewodnik zaraz przyjdzie.

Przychodzi kolejny wielki Aborygen i po bardzo szybkim powitaniu podczas którego patrzył wszędzie tylko nie na nas, zaczął iść w stronę rzeki coś mamrocząc. Nad rzeką ciągle unikając kontaktu wzrokowego (ponoć jest to typowe dla Aborygenów i oznacza szacunek, ale nie sądziłam, że dla nas przyzwyczajonych do innych zasad może być tak irytujące) z prędkością karabinu recytował tekst z ulotki. Że pułapki na ryby, które możemy zobaczyć w dole, leżą na rzece Barwon. Że są najstarszą budowlą wzniesioną przez człowieka. Że…

–       A jak starą? – przerywa Michał

–       Ponad 40 tysięcy lat – odpowiada lekko zmieszany przewodnik i już zaczyna kolejne zdanie z ulotki, gdy niegrzecznie dociekliwy mój mąż dopytuje:

–       A skąd znany jest ich wiek?

Cisza. No bo fakt – jak można oszacować wiek kamiennych murków w rzece? Tłumaczenie jest mętne, coś o tym, że w podaniach aborygeńskich zawsze tak łowiono tutaj ryby, a skoro Aborygeni są w Australii od ponad 40stu tysięcy lat, to logiczne, że i pułapki też. Dla nich logiczne, dla białego człowieka istniejącego w świecie klasyfikacji, numerków i wiedzy ścisłej – już nie.

IMG_4230

Po tym kłopotliwym incydencie przewodnik opowiedział nam, że korytarze i zagrody dla ryb budowane były tak, by zwężać się w kierunku, w którym płynęły ryby. Gdy już odpowiednio dużo ryb znalazło się w pułapce, była ona zamykana głazami przygotowanymi wzdłuż brzegu, a następnie rękoma wybierano ryby.

Czyli usłyszeliśmy coś, co wcześniej przeczytaliśmy w ulotce (niech ją szlag za przyciągnięcie nas tutaj). Z drugiej strony – ile filozofii można włożyć w wyjaśnienie budowy prymitywnych pułapek na ryby?

IMG_4233

Potem w ekspresowym tempie zwiedziliśmy z przewodnikiem wystawę w Centrum na temat dawnego, tradycyjnego życia Aborygenów na tym terenie. Michał uparcie próbując się czegoś dowiedzieć zadał pytanie czy dwa, ale odpowiedź niewiele wniosła do sprawy.

IMG_4235

Na koniec chciał okazać zainteresowanie i wspomniał o pułapkach na ryby i domostwach budowanych przez Aborygenów z okolic Gunditjmara Community (post o Papierowym Walkabout), retorycznie pytając się czy te dwa plemiona mogły mieć z sobą jakiś kontakt.

Cisza i brak komentarza ze strony przewodnika nasunęła mi myśl, że on pewnie nawet nie wie, gdzie mieszka plemię Gunditjmara, bo to nie są ziemie jego plemienia. A przecież nie jest historykiem w naszym pojęciu i w swoich rozważaniach dotyczących tradycyjnego życia Aborygenów nie wychodzi dalej niż opowieści przekazane przez tutejszą starszyznę.

Czy to źle? Czy to powód do drwin? Po pierwsze Aborygeni zostali pozbawieni ciągłości swojego dziedzictwa przez białych. Po drugie nigdy nie czuli potrzeby wnikania głębiej w swoją historię w płaszczyźnie, w której my to robimy. My mamy wieki, okresy, wzajemne powiązania, wpływy. Oni mają Czas Snu i mity wyjaśniające każde zjawisko. Każdy z nas jest zadowolony z tego co ma.

Chociaż tu bym skłamała. My nie jesteśmy zadowoleni, bo aborygeńskie pojmowanie historii robi nam bałagan i nie wpasowuje się w ramki. Więc zadajemy im dociekliwe pytania, drążymy temat, próbujemy odkryć prawdę (naszą prawdę). A na dodatek zmuszamy ich do podzielenia się swoją kulturą, duchowością i opowieściami tworzącymi czas z nami, zupełnymi ignorantami. Mówimy im, że tylko zyskają w naszym, wygranym społeczeństwie, jeśli społeczeństwo ich pozna i zrozumie, a do tego konieczne jest zrobienie Centrów Edukacji, wystaw, pokazów. Przeznaczamy na to fundusze, budujemy placówki według projektów białych architektów, którzy w konkursie udowadniali jak bardzo ich wizja odzwierciedla tradycyjne wartości aborygenskie, umieszczamy tam przedmioty bez głębszego sensu (bumerang, dzida, tarcza, piszczałka, kołyska, pień zmieniony na łódkę, wysuszona kora służąca za miskę), podpisujemy je i voila – mamy kulturę aborygeńską ujętą w zrozumiałe dla nas ramy.

IMG_4241

IMG_4243

 

A to, że jej nie da się opisać naszym językiem to nic. Nic też, że sami Aborygeni mogą nie mieć ochoty na takie obnażające traktowanie swojej duchowości. Nie ważne, czy chcą się nią dzielić z nie-Aborygenami. Biali chcą, więc dostaną.

Tak to mniej więcej wygląda. Dlaczego się więc dziwić, że my z naszą ciekawością wciąż czujemy się rozczarowani, bo Aborygeni odpowiadają na nasze pragnienia pod przymusem, dając tak mało jak tylko można. I nie przykładają wagi, żebyśmy zrozumieli, bo pewnie w ich mniemaniu nie mamy szans zrozumieć.

Wychodzimy z wystawy w Centrum nie rozumiejąc więc wiele więcej niż do tej pory. Nasz przewodnik w recepcji prawie że pędem wbiega za kontuar, siada w obrotowym fotelu, zakłada ręce za głowę, rozstawia szeroko nogi i dopiero w tej pozycji pokazującej odprężenie i władczośc jednocześnie czuje się wystarczająco pewnie, żeby znieść dalszą konfrontację z białymi turystami.

Do rozmowy przyłączaja się pozostałych trzech pracowników, w tym jeden siedzący na ziemi w samych skarpetkach.

Opowiadają o szefowej, która stosowała wobec nich mobbing, więc się na nią poskarżyli i szefowa została odwołana. Jaki mobbing? – pyta Michał

Szef (czyli nasz przewodnik) kręci się na krześle z rękoma wciąż założonymi za głową i w końcu mówi, że szefowa ich w ogóle nie słuchała. Oni mieli dużo pomysłów, co można by w Centrum zrobić, ale ona to ignorowała. Jakich pomysłów? Ano różnych. Ale ignorowała, bo uznała, że oni są tylko od wykonywania jej poleceń, więc się poskarżyli.

Czy jest już nowy szef? Nie, nie ma, dopiero w przyszłym miesiącu mają kogoś przysłać. Do tego czasu oni tutaj sami sobie gospodarzą dbając o całą wystawę. Na usta ciśnie mi się pytanie jak dbają, skoro kilkanaście przedmiotów porozrzucanych w coś na kształt wystawy jest zakurzone, jakby od początku świata tu leżało. Lub co najmniej od 40stu tysięcy lat.

Michał wspomina, że zaskoczyło nas jak w informacji turystycznej nie chciano nam umówić przewodnika i że dla turystów pewnie łatwiej takie rzeczy byłoby załatwiać za ich pośrednictwem, a nie dzwoniąc bezpośrednio do Centrum. Aborygeni zamyślają się, a potem jeden z nich kiwając poważnie głową stwierdza, że to może być dobry pomysł, taka współpraca z miejscową informacją turystyczną, i że może powiedzą o tym nowemu szefowi. Tylko czy on zechce ich posłuchać?

Ok, mamy dość badania różnic pomiędzy mentalnością białych a czarnych. Wiemy już wystarczająco dużo. Michał pyta ile płaci za bilety. Mężczyźni coś mamroczą, widać, że w ich mniemaniu jesteśmy znajomymi kumpla prowadzącego kemping, więc w sumie … Z drugiej strony są zatrudnieni w państwowej instytucji i jakieś normy powinni trzymać. W końcu szef dzielnie rzuca kwotę o kilkanaście dolarów niższą niż oficjalny bilet. Michał wręcza pieniądze bez mrugnięcia okiem, a w zamian dostaje w prezencie plik pocztówek ze zdjęciem rybich pułapek (które to pocztówki teoretycznie można zakupić jako pamiątkę).

Wychodzimy stamtąd zupełnie skołowani.

 

3 sceny z życia (rodziny w podróży)

Ulubione pytanie we wszystkich wywiadach z rodzicami podróżującymi po świecie z dziećmi, brzmi: Dlaczego podróżujecie z dziećmi?

Udzielający wywiadu światli rodzice recytują wtedy przygotowaną zawczasu odpowiedź. Odpowiedź mającą zawiadczyć o ich dojrzałym i odpowiedzialnym rodzicielstwie, wykluczającym pogląd, iż są niedojrzałymi egoistami ciągnącymi niewinne oseski w dzikie i niebezpieczne rejony świata (bo jak wiadomo świat ma rejony bezpieczne oraz te, o których się marzy). Padają więc formułki w stylu: bo chcą pokazać świat pociechom, nauczyć różnorodności, szacunku do innych kultur i religii, otworzyć oczy na wspaniałą przyrodę, zaszczepić poprawną postawę życiową, czyli posiadanie hobby ambitniejszego niż kolejna komputerowa strzelanka, lecz przede wszystkim – spędzić czas razem tworząc wieź nie do rozerwania, gdy rozkoszna pociecha zmieni się w totalnie odpychającego, mrukliwego nastolatka.

Taaaak.

Gdy kiedyś jakiś dziennikarz przy okazji sukcesu naszej książki o Australii spyta nas, czemu jeździmy z dziećmi, też już wiemy co odpowiemy. Bo proponowaliśmy im zostanie w domu z pełną lodówką i pilotem od telewizora, ale nie chciały.

W sumie nic dziwnego, co im po pilocie, gdy telewizora w domu nie ma.

Podróżujemy z dziećmi, bo mamy dzieci. I już, cała filozofia.

A co z tego wynika dla dzieci w praktyce?

Podczas długich podróży samochodowych próbując utrzymać koncentrację wlewamy w siebie litry kawy i Red Bulla. Potem puste z pozoru papierowe kubki lub puszki trafiają do rączek Kaja zajmując go na kilkanaście minut. Mogł je zgniatać, stukać o okno, oglądać kolory, rzucać w brata na sąsiednim foteliku. Byliśmy zadowoleni z takiego obrotu sprawy, bo w prostu sposób mieliśmy dostęp do taniej zabawki. Zadowoleni do czasu, gdy ostatnio w sklepie Kaj zaczął się wyrywać z nosidełka na widok lodówki z Red Bullami. Jego wyciągnięte rączki, drżąca warga już wykonująca mimowolne ruchy wysysania, wzrok skoncentrowany w jednym punkcie – klasyczne objawy. Okazało się, że nasze roczne dziecko pod naszym troskliwym okiem uzależniło się od kofeiny, wysączając wieczka od kawowych kubków lub resztki napoju energetycznego spływającego po ściankach puszki kropelkami. Na widok charakterystycznej błękitnej puszki lub papierowego kubka dostaje teraz amoku i nie ma szans go uspokoić inaczej niż w końcu dając mu to, za czym wrzeszczy, bo na przeprowadzanie odwyku nie mamy na razie siły. Cóż, jedne dzieci chodzą ze smoczkiem, a nasze ze wzmacniaczem. Podróże na pewno wyrabiają wrażliwość na smaki inne niż słoiczki gerbera.

IMG_7011

Leniwego, niedzielnego popołudnia po rozbiciu namiotu na kempingu czujemy błogość. Pod stopami mamy dość miękką trawę zamiast kamieni i piasku. Namiot stoi pod drzewem, więc jest też cień. Muchy siedzą na obiedzie dwa stanowiska kempingowe dalej, więc my mamy spokój, a i również rozrywkę obserwując jak jakaś starsza para ze znajomymi próbują zjeść sześciodaniowy obiad z winem (naprawdę czasami trochę nie czujemy sympatii do podróżujących tutejszych emerytów, którzy mają czas na książkę, gotowanie pełnego setu obiadowego nie z proszku, rozmowę ze sobą, obserwację liści na eukaliptusie, granie na gitarze pod wieczór, o dzikim seksie w przyczepie kempingowej nawet już wolę nie myśleć. A to wszystko dlatego, że podróżują bez dzieci). Próbują jeść dlatego, że głównie machają czym się da, żeby odpędzić wszystkie muchy z okolicy (ciekawe co jest na obiad???). Ha, tym razem oni mają muchy, a my mamy czas na obserwację.

W pewnym momencie zauważam, że na ubitą drogę przed naszym namiotem spływa woda ze spryskiwacza do trawnika. Robi się błoto. W błocie już siedzą nasze dzieci. Chwila nerwowości (półsekundy, nie więcej), a potem machamy ręką. Nie chce nam się reagować. Ostatecznie pokolenie naszych rodziców przeżyło Woodstock, to naszym dzieciom trochę błota też nie powinno zaszkodzić. My w ten sposób ugrywamy kwadrans nicnierobienia. Po kwadransie obok nas zalaną drogą przechodzi w uprasowanych i białych ubraniach pani od sześciodaniowego obiadu. Widzi dzieci (domyśla się w każdym razie, że są to dzieci, a nie wietnamskie świnki miniaturki) i głosem bezcennym do zapamiętania, w którym była mieszanka naganny i dobrego, brytyjskiego wychowania, uprzejmie się nas pyta:

–       Czy wiedzą Państwo, że na tym kempingu jest basen?

–       Tak, wiemy – odpowiadamy

–       Darmowy – uściśla pani

–       O!– staramy się również być uprzejmi.

–       Może dzieciom byłoby przyjemniej w nim popływać?

Szczerze mówiąc wątpimy w to, ale zachowując zasady grzeczności zapewniamy panią, że spytamy się dzieci, co o tym sądzą. Nie wykazały zainteresowania.

Wieczorem wracam z łazienki z Kajem w nosidle na piersi i Tolkiem uwieszonym na plecach i przez trawniki robimy galop na biednym, umęczonym, nienormalnym koniu, który tuż przed padnięciem na zawał serca uwielbia dziko wierzgać (to ja). Spotykam męża pani od obiadu. Uprzejma wymiana pozdrowień, chwila rozmowy o tym skąd jesteśmy, gdzie jedziemy. Na koniec pan mówi:

–       Wasze dzieci nie mają pojęcia jak wspaniałymi jesteście rodzicami. Obserwowałem was całe popołudnie, i ty i twój mąż zajmujecie się nimi fantastycznie. Jesteście niesamowici. A ta zabawa błotem – niewiarygodne. Zawsze o tym marzyłem.

Zatyka mnie. Mam ochotę zaproponować mu, żeby przyszedł pod nasz namiot i się popluskał, bo trochę błota zostało, ale zapominam języka (angielskiego) w gębie. Uśmiecham się tylko i dziękuję. A dzieciom, gdy zmienią się w rozwrzeszczane nastolatki oskarżające nas o to, że ich nie rozumiemy, opowiem o spełnianiu marzeń każdego dnia. Ihaha.

Co też moje oczy tutaj widzą?

Co też moje oczy tutaj widzą?

Chciałaś mnie o coś spytać?

Chciałaś mnie o coś spytać?

Sam nie wiem… Basen?

Sam nie wiem… Basen?

A mało to ja basenów w życiu widziałem?

A mało to ja basenów w życiu widziałem?

Na pohybel z czystą wodą!

Na pohybel z czystą wodą!

 

W zupełnie innym miejscu, do którego jeszcze relacja na blogu nie dotarła, zbieramy rano kampera do wyjazdu. W międzyczasie ucinamy sobie pogawędkę z młodą parą podróżującą z dziewięciomiesięczną córeczką. Są z Niemiec i rozmowa meandruje pomiędzy opowieściami o trasie w Australii, reakcji naszych i ich znajomych na wieść o wyjeździe do krainy śmiercionośnych węży i pająków z małymi dziećmi, o trudach podróży z pociechą, o ograniczeniach ilości przejechanych kilometrów ze względu na częste postoje i zapewnienie najmłodszym rozrywki od fotelików samochodowych. Jednocześnie Tolek, który pokochał kampera całym swym strażackim sercem i przemianował go na najprawdziwszego Jupitera (niezorientowanym przypominam – Jupiter to wóz Strażaka Sama) krząta się po wnętrzu auta zamiatając podłogę, kanapę, stolik i meble. W końcu odkłada szufelkę do schowka i tonem nieznoszącym sprzeciwu oznajmia:

–       Jupiter gotowy do akcji. Załoga, jedziemy!

Mówimy niemieckim znajomym, że musimy już jechać, bo syn skończył sprzątać samochód. A oni na to:

–       Zawsze twierdziliśmy, że polskie dzieci są lepiej wychowane od niemieckich. Wy mogliście porozmawiać, a on w tym czasie grzecznie pozamiatał wam auto. Też chcielibyśmy tak wychować córkę.

Nie komentujemy, tylko zajmujemy swoje miejsca w Jupiterze i ruszamy do akcji. Czyli na cały dzień leżenia na plaży i pływania nad rafą koralową. Ostatecznie płetwy Tolek też pozamiatał po wczorajszym pływaniu.

IMG_6244

Back o’Bourke

Generał Thomas Mitchell w 1835 r. kontynuował jedną z wielu ekspedycji wzdłuż Darling River. Poniewa jednocześnie był człekiem gwałtownym, wybuchowym i traktującym natywnych mieszkańców w najlepszym wypadku jako prymitywnych dzikusów, dość szybko wszedł z nimi w konflikty. Co rusz jego ekspedycja była atakowana i nękana, aż w końcu biorący w niej udział botanik został trafiony dzidą i zmarł. Dało to pretekst generałowi by z eksplorera zmienić się w błyskotliwego stratego wojennego. Zupełnie pośrodku niczego, czując powagę sytuacji i ogrom zagrożenia, wybudował jedyną w historii białych odkryć Australii obronną budowlę – drewnianą palisadę nazwaną “Fort Bourke”, w hołdzie panującemu wtedy gubernatorowi.

Walk o zdobycie fortu nie było. Z czasem jego znaczenie obronne znikło, a miejscówka została stopniowo przekształcona w miasteczko, centrum okolicznych pustkowi podzielonych na farmy.

IMG_4216

IMG_4220

IMG_4218

IMG_4083

Do Bourke dotarliśmy późną sobotą. Rozbiliśmy namiot na polu przy Darling River (a jakże!) i poszliśmy na obiad w jedynym otwartym punkcie przy drodze wylotowej z miasta. W menu to samo co w menu całego outbacku – hamburgery lub steki, oba z obowiązkowymi frytkami. Nie mieliśmy wyjścia, musieliśmy znów zamówić T-bone’a. Tutaj serwowany był bez oszustw, czyli w wielkości przekraczającej wielkość talerza. Moja wątroba już tylko kwiliła cichutko, w męczarniach marząc o obiedzie z sałaty.

Walczyliśmy ze swoimi porcjami, a w międzyczasie do środka wchodzili i wychodzili miejscowi kowboje. Prawdziwi, nie stylizowani z ulic miast. W najprawdziwszych kowbojkach do łydki (węże, tutaj zawsze pamiętają o wężach), w zakurzonych i wypłowiałych od słońca kapeluszach. Wpadali po piwo, spotykali znajomego, zastygali w rozmowie, przysiadając półdupkiem na taborecie. W pewnym momecie doraczkował do nich Kaj, który uwielbia gryźć czubki butów, i nie mógł, oj nie mógł pominąć okazji. Podbiegłam, odczepiłam go od jednego z butów (czarno biała kowbojka z klasycznym czubem), a właściciel buta z uśmiechem coś do mnie powiedział. I tu klops – powiedział po australijsku. Ni w ząb nie byłam w stanie zrozumieć o co chodzi i powiedziałam o tym po angielsku. Przez chwilę poczułam się niezrecznie, bo oto w środku miejscowego baru do którego przychodzą sami lokalsi, wiecie – w stylu twardzych facetów na co dzień zmagających się z siłami natury, tacy Malboro Meni tylko bez papiertosa, z intensywną wyrazistością, która w miastach zupełnie wtapiała się w tłum, zostałam zidentyfikowana jako turystka, która myśli, że jak mówi po angielsku, to świat stoi otworem. Rozmowy na minisekundę umilkły, a potem kowboj, jak również jego znajomi uprzejmie przeszli na angielski, wyraźnie starając się mówić wolno i wyraźnie. I już po chwili rozmawialiśmy o tym, co zwykle – o pogodzie, o cholernych muchach (doradzono mi siatkę, ja na to, że wtedy czuję się jak idiotyczna turystka, a na co usłyszałam zapewnienie, że oni też czasem takie siatki zakładają, choć w powietrzu zawisło niewypowiedziane “jak nikt nie widzi”), o poziomie wody w Darling River, o dzieciach, o zalanej trasie po ostatnich deszczach, o naszych planach dalszej drogi.

Jedziemy do supermarketu uzupełnić zapasy jedzenia i pieluszek. Na parkingu znów dwa światy, dwie rzeki mijające się bez kolizji w sposób wypracowany dziesiątkami lat życia obok siebie – ścieżki Aborygenów i ścieżki białych. Bez agresji, bo przecież jest niepotrzebna, ale z wiedzą na poziomie komórkowym, dzięki której jedni potrafią patrzeć przez drugich jakby ich zupełnie nie było na linii wzroku. Ochroniarz w sklepie, Hindus, próbuje wypracować sobie przynależność, ignorując wchodzących czarnych, i z uśmiechem witając mijających go bez słowa białych. Drabina społeczna jak wszędzie.

Michał stoi w kolejce do kasy, a ja z dzieciakami wychodzę na dwór. Ups, nie znając reguł postawiliśmy samochód w części dla Aborygenów. Nie, nie była niczym oznaczona, nie miała żadnych linii na asfalcie, czy tabliczek. Po prostu była po prawej stronie od wejścia.

Tolek skacze z krawężnika na chodnik ćwicząc strażackie umiejętności, po chwili zauważa, że jest obserwowany przez dwie nastoletnie Aborygenki, więc zaczyna się popisywać. Dziewczyny uśmiechają się, coś do siebie mówią. Potem zauważają Kaja i są pod wrażeniem jego błękitnych, wielkich oczu. Chwilę rozmawiamy, potem każdy wraca do swoich zajęć. Czyli one do bycia nastolatkami, a ja do bycia mamą. Są dokładnie takie same jak wszystkie nastolatki pod słońcem. Ubrane w nieprawdopodobnie ciasne dżinsy i tyci koszulki, podkreślają swoją młodość, która dla nich jest tożsama z dopiero co zyskanym ciałem kobiety. Z miną wyrażającą totalne znudzenie wstają, siadają, kucają, obrócą się, wygną – w ciągłym ruchu, jak przynęta na haczyku, wirują kusząc pryszczatych aborygeńskich nastolatków, którzy obserwują ich z drugiej strony chodnika. Bezruch nie jest dla nich, w bezruchu nie miałyby szans zaprezentować wszystkich swoich wdzięków, fryzury, makijażu, biżuterii, która czasem bardziej zakrywa ciało niż skąpe ubranie. W końcu druga strona tego przedstawienia postanawia przystąpić do akcji. Krokiem od niechcenia, całą grupą, lekko z nerwów popychając się wzajemnie, podchodzą do dziewczyn i coś do nich mówią. W odpowiedzi słyszą, że mają się odwalić (złagodziłam to, co rzeczywiście usłyszeli). Oczywiście nie odwalają się, bo taki tekst to tylko gra wstępna, wszyscy o tym wiedzą. I nastolatki w Polsce, i w Ameryce, i białe australijskie, i również czarne. Nastoletnie sobotnie popołudnie w atmosferze wzajemnego przyciągania i odpychania – identyczne na całym świecie.

W międzyczasie wkładam dzieci do auta, a do Kaja podchodzi kilkuletni czarny chłopczyk. Zaczyna o czymś z moim synem rozmawiać, a potem ogląda porozrzucane po samochodzie zabawki. Jedną z nich podaje Kajowi, a drugą zaczyna się bawić. Gdy woła go ktoś z dorosłych, chłopiec z zabawką w ręku chce odejść. “Taki mały i już kradnie. Czego się spodziewać po Aborygenie?” – pojawia się natychmiast w głowie. Jak łatwo myśli się schematami, prawda? Kilka dni temu Tolek na jednym placu zabaw w piaskownicy kopał dołek czyjąć pożyczoną łopatką. Gdy go zawołałam do wyjścia, podbiegł do mnie dalej trzymając ją w ręku. Zauważyłam to i przypomniałam mu, żeby oddał zabawkę koledze. Ciekawe czy ktoś sobie wtedy pomyślał: “Czego się spodziewać po biednym polskim dziecku?”.

Z uśmiechem wyjmuję Aborygenowi zabawkę z ręki tłumacząc, że mój synek by za nią tęsknił. Malec uśmiecha się, oddaje co nie jego i biegnie do rodziców. Zwykłe dziecko, takie samo jak moje.

W pewnym momecie jakieś zamieszanie, krzyk, coś się wydarzyło w grupie Aborygenów w odległym kącie parkingu. Ktoś kogoś popchnął? Potrącil? Rzucił czymś? Pobił się ktoś z kimś? Zupełnie nie wiem, bo nie widziałam, rozpakowywaliśmy wtedy z Michałem zakupy do bagażnika. To co zanotowałam to drwiące uśmiechy białych Australijczyków, którzy z daleka obserwowali zajśce, jakby mówli : Ach, ci czarni, nic, tylko rozrabiają.

Gdy wyjeżdżaliśmy, wokół jednego czarnego (reszta zniknęła w magiczny sposób) stały cztery radiowozy policyjne i ośmiu policjantów w pełnym umundurowaniu, czyli cała obsada tutajszego, jedynego w okolicy komisariatu.

 

Niedziela nas zaskoczyła. Chcieliśmy zwiedzić polecane Centrum Outbacku, w którym mieściła się też informacja turystyczna. Rano na parkingu spotykamy parę innych samochodów ze zdezorientowanymi turystami, którzy tak jak i my mieli wiarę w to, że dwie rzeczy są w każdym miejscu Australii otwarte siedem dni w tygodniu – supermarket IGA i informacja turystyczna. W Bourke przyszło nam stanąć oko w oko z niemożliwym – informacja, a tym samym i ekspozycja Centrum Outbacku były zamknięte.

Wszystko inne w miasteczku, łącznie z kawiarniami i pubami, też, a IGĘ zwiedziliśmy dzień wcześniej. Nie dyskutując z dogmatami, postanawiamy pojechać na krótką wycieczkę poza miasto, marne 150 km nieutwardzoną drogą w jedną stronę. Phi.

IMG_4072

I znów sceneria suchych pastwisk z ostrymi krzewami i kępkami trawy, która w naszym mniemaniu nie powinna być w stanie wyżywić nawet jednej owcy, a jednak żywi tysiące. Jechaliśmy dość długo, bo droga była wyboista i auto często traciło przyczepność. Upał, suchy kurz, pustkowie jak okiem sięgnąć. Gdybym miała przejść ten szlak pieszo, tak jak to zrobił Sturt i inni, już dawno straciłabym nadzieję, że tu jest coś więcej. Przecież aż po horyzont nie ma żadnego buszu czy skupiska drzew świadczących o wodzie.

Ale samochodem kilometry jednak szybciej mijają, choć w ten sposób jednocześnie przegapiami stopniowe zmiany w roślinności. Gdy w końcu zauważamy różnicę jesteśmy w środku eukaliptusowego lasu, którego zupełnie byśmy się tu nie spodziewali. Zostawiamy auto na parkingu i idziemy powspinać się trochę po kamieniach.

IMG_4039

IMG_4043

IMG_4070

IMG_4073

IMG_4092

IMG_4096

IMG_4040

Szlak po kilometrze doprowadził nas do jaskiń z malowidłami aborygeńskimi. I znów – nie wiadomo kiedy powstały, wiadomo tylko, że są bardzo stare. Albo że ktoś chciałby, żeby były stare, najlepiej tak stare jak świat.

Na skalnych ścianach starsze malunki ukrywają się pod młodszymi, jedne techniki widnieją obok innych. Zwierzęta, na które się polowało w tej okolicy, narzędzia używane na co dzień, ceremonie i wierzenia.

IMG_4050

IMG_4053

IMG_4058

A pośród nich, coś co najbardziej do mnie przemawia – podpis twórcy, czyli wizerunek dłoni Aborygena sprzed kilkuset lub kilku tysięcy lat.

IMG_4062

Aż nie mam śmiałości spytać, czego to jest rysunek...

Aż nie mam śmiałości spytać, czego to jest wizerunek…

W wąwozie pomiędzy skałami płynie leniwie strumyk cały aż drżący od pływających w nim kijanek. Gdy idziemy brzegiem malutkie miniżabki tysiącami uciekają nam spod butów.

W tym miejscu w końcu dotarło do mnie, jak ważne były dla Aborygenów opowieści – mapy o trasach wędrówek i zawsze pełnych billabongach. Bez tej wiedzy człowiek nie miał szans przeżyć. Bezmiar suchego krajobrazu, setki kilometrów drogi – tu nie było miejsca na pomyłkę czy improwizację w szukaniu źródła wody. Idąc tędy trzeba było wiedzieć, gdzie się idzie i jak tam dojść.

 

Po powrocie, ponieważ w Bourke dalej wszystko jest zamknięte, resztę popołudnia spędzamy na kempingu. Czytamy, pijemy herbatę, z grubsza pilnujemy dzieci, gawędzimy z innymi podróżnikami. Pod wieczór idę z Tolkiem basen. Jest zupełnie pusty. Pluszczemy się w przyjemnie chłodnej wodzie, a w tle słońce zachodzi nad Darling River malując niebo fioletami, lawendą, błękitem.

IMG_4089

 

W poniedziałek plan jest jasny jak słońce – godzina w Centrum Outbacku, wizyta na historycznym nadbrzeżu rzeki przez pięć minut, i pędem ruszamy w stronę Lighting Ridge, ponad 300 km stąd.

Bo cóż więcej można robić w Bourke?

W Centrum spędzamy dwie i pół godziny dowiadując się miliona rzeczy o outbacku. Część z nich przeczytaliście w poprzednich postach, część ciągle czeka w archiwum na wykorzystanie. Anegdotki o znanych tu postaciach, wspomnienia ludzi z farm, fragmenty dzienników, pamiętników, listów, wiersze poetów, którzy bez zakochania się w outbacku poetami być może wcale by nie zostali. Mnóstwo, mnóstwo czytania ze zrozumieniem na kilka godzin co najmniej. Pod koniec, gdy dzieci naprawdę już po kilka razy pobawiły się wszystkimi ruchomymi częściami wystawy i głośnym płaczem oznajmiły, że więcej już nie są w stanie znieść, wdrażamy plan B – fotografujemy wszystkie pozostałe, nieprzeczytane jeszcze tablice i wychodzimy. Czytamy potem, na ekranie komputera, gdy mamy jakąś chwilę w drodze.

Następny punkt na liście – nadbrzeże, gdzie rzeczywiście w pięć minut oglądamy drewniane zabudowania starego nadrzecznego portu.

IMG_4213

IMG_4215

IMG_4211

I już, już zbieramy się do drogi, gdy tuż obok parkingu widzimy kawiarnię – sklep z gadżetami do wystroju wnętrz. Wpadamy na krótką kawę. Jest przyjemne ciepłe południe, dzieci bawią się w kąciku zabaw jak na całym świecie urządzonym mebelkami i zabawkami z Ikei (drugi koniec świata, kawiarnia w mieście pośrodku niczego! a do dyspozycji kultowa wieża z drewnianych kręgów na stoliczku z serii Mammut), much nie ma, rzeka w dole leniwie płynie, kawa mocna i aromatyczna, a w sklepie – boska czerwona waga kuchenna, perfekcyjnie wpisująca się w klimat naszej nowej planowanej kuchni. Ale jak to, transportować wagę z Australii? Już i tak ze względu na książki i dwa pudła muszli mamy nadbagaż, a jeszcze musimy kupić prezenty i parę wcześniej zaplanowanych drobiazgów. A waga drobiazgiem nie jest. Opierając się pokusie postanawiam zadzwonić do naszej projektantki wnętrz z nadzieją, że ona się sprzeciwi i nas powstrzyma, ale w Polsce jest trzecia w nocy, reflektuję się, nie chcemy przecież stracić projektantki… Pijemy kawę, wymyślamy argumenty przeciw (za duża, nie będzie pasować do lodówki, uszkodzi się w czasie lotu, nie zmieści się do żadnej z toreb), a na koniec i tak ją kupujemy. W komplecie ze ścienną tablicą z mottem, które trafia do naszego tempa życia i trawiącej nas zachłanności na przeżywanie. Skoro wagę jakoś upchniemy, to czym jest mały, płaski kawałek deski?

Półtoragodzinna nieplanowana przerwa na kawę już definitywnie przekreślila nasze szanse na dotarcie dziś do Lighting Ridge. Machając ręką na przeciwności losu, postanawiamy się nie przejmować i zrealizować jeszcze jeden punkt pobytu w Bourke – znaleźć parowiec, który utknął na równinie. Ponoć gdy wylewały wody Darling River niektórzy posiadacze ziemscy skracając sobie drogę od portu do swojej farmy płynęli nie korytem rzecznym, tylko właśnie rozlewiskami. I jedni zdążyli, a inni nie. Ci drudzy, gdy opadająca woda zablokowała ich pośrodku pastwiska, wracali do domu konno, a parowiec sterczał na polu czekając do następnej powodzi. I znów – jeden doczekał, drugi nie. Tego drugiego można było zobaczeć koło Bourke. W informacji turystycznej dostaliśmy tzw. mud map i ruszyliśmy na poszukiwanie. Określenie “błotna mapa” pochodzi z czasów, gdy wędrowiec pytając o drogę dostawał wskazówki wzbogacone o rysowaną patykiem na ziemi “orientacyjną mapę”. Niektóre były dokładne, inne mniej. Nasza, mimo że wydrukowana, zaliczała się do tych innych. Dobre czterdzieści minut błądziliśmy po trzech drogach na krzyż, po drodze pomyłkowo wjeżdżając na farmę z zaparkowanym road trainem. Tolek mógł w końcu z bliska obejrzeć sobie jaka to ogromna maszyna, a my dostaliśmy od przemiłych pań, które tam zastaliśmy, kolejną mud map.

IMG_4221

W końcu trafiliśmy. Z parowca “H.S. Wave” zostały już tylko żeliwne obręcze kół. Utknął w tym miejscu w 1921 r, a jego właściciel z jakiegoś powodu wierzył, że wystarczy chwilę poczekać, żeby dalej ruszyć w rejs. I czekał tak wiele lat, a wraz z nim pojawiające się w kolejnych latach dzieci i zwierzęta, a parowiec zyskał miano “Arki Noego”.

IMG_4227

Wyjeżdżamy z Bourke. Mieliśmy tu spędzić jeden dzień, a byliśmy trzy. I jakoś nieśpieszno nam opuścić te z pozoru zwyczajne miasteczko. Co w nim jest takiego, no co?

IMG_4079

It’s the bitterest land of sweat and sorrow

But if I were free I’d be off tomorrow

Out at the Back O’ Bourke.

(Will Ogilve)

Skąd się bierze sweterek?

Once a jolly swagman camped by a billabong,
Under the shade of a coolibah tree,
And he sang as he watched and waited ‚til his billy boiled
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
And he sang as he watched and waited ‚til his billy boiled,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Down came a jumbuck to drink at the billabong,
Up got the swagman and grabbed him with glee,
And he sang as he stowed that jumbuck in his tucker bag,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
And he sang as he stowed that jumbuck in his tucker bag,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Down came the squatter, mounted on his thoroughbred,
Up came the troopers, one, two, three,
„Who’s that jolly jumbuck you’ve got in your tucker bag?”
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”
„Who’s that jolly jumbuck you’ve got in your tucker bag?”,
„You’ll come a-Waltzing Matilda, with me”.

Up got the swagman and jumped into the billabong,
„You’ll never catch me alive”, said he,
And his ghost may be heard as you pass by that billabong,
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Waltzing Matilda, Waltzing Matilda
Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me
And his ghost may be heard as you pass by that billabong,
„Who’ll come a-Waltzing Matilda, with me?”

Bogaty farmer zarządający setkami hektarów ziemi, czy wiążący koniec z końcem rolnik? Kim jest mityczny australijski hodowca owiec?

Pasjonatą, brzmi poprawna odpowiedź.

Są lata, podczas których na pastwiskach jest w bród trawy, owce nie chorują, jagnięta nie padają, ceny wełny na rynku są zadowalające. Wtedy można poczuć się przez chwilę jak bogacz. Suma uzyskana ze sprzedaży zarówno runa jak i samych owiec zasila konto w banku i kusi. A ten kto pokusie ulegnie i za zarobione “nadwyżki” zafunduje sobie luksusy, przegrywa. Bo za rok, za dwa przychodzi susza. I trwa rok. Dwa. Kilkanaście lat. Owce zaczynają głodować. Wtedy fundusze z konta w ekspresowym tempie znikają bo trzeba kupić żywność dla zwierząt. Co prawda jest to minimalną, głodowa porcja raz na dzień wykładana na padokach, ale w przeliczeniu na setki zwierząt i dni w roku koszt przyprawia o zawrót głowy. Głodujące owce mają gorszą wełnę, więc jej cena spada na łeb na szyję. Plus cena za sztukę owcy też wynosi poniżej kosztu dotychczasowej hodowli, bo wszyscy zmniejszają stada zostawiając tylko najbardziej wartościowe sztuki. Rok w rok bilans farmy jest na minusie. Przetrwają tylko ci, którzy mają mocne nerwy, nieskończoną cierpliwość i wiarę, że każda susza w końcu się kończy, plus spory zapas środków w banku.

W perspektywie czasu, na przestrzeni kilkudziesięciu lat hodowla owiec pozwala na zadowalające życie. Ale na pewno nie jest to sposób na zbicie fortuny. W dodatku ciągła niepewność odnośnie cen wełny, pogody, nagłej epidemii dziesiątkującej stado – zdecydowanie trzeba mieć pasję, żeby żyć takim życiem. Z drugiej strony – ludzie z pasją mają zawsze do opowiedzenia jakąś ciekawą historię, a my zdecydowanie lubimy słuchać historii.

Liz z Trilby Station ma pasję. I opowiedziała nam o tym, jak to jednego roku sprzedawali owce w cenie 118 dolarów australijskich za sztukę, a następnego za 40 dolarów. Opisała walkę o uratowanie stada podczas dziewięcioletniej suszy na początku wieku. Zrozumieliśmy, że możliwości człowieka w kontrolowanie sytuacji są mocno ograniczone, bo jak przewidzieć i zapobiec śmierci nowonarodzonych jagniąt zaatakowanych przez robaki lub wirusa przenoszonego przez komary. A gdy rok w rok nie ma jagniąt, lub te co się rodzą są przez matki porzucane z powodu suszy i niemiłosiernego upału, to los stada nie wygląda optymistycznie.

Jak podjąć decyzję o sprzedaży? Jak wybrać moment? Już chyba wygrana w kasynie jest bardziej przewidywalna niż prowadzenie takiej farmy.

Na szczęście w obecnych czasach ustalono system sprzedaży owiec, który pozwala przynajmniej ograniczenie ryzyka. Kiedyś trzeba było kilkusetne stado zapakować i przewieźć na targ. Tam czekać na ofertę, i najczęściej sprzedawało się je po cenie niezadowalającej, bo po prostu nieopłacalne było wożenie zwierząt z powrotem na farmę. Teraz owce sprzedawać można na owczym allegro. Na farmę przyjeżdża przedstawiciel serwisu aukcyjnego i ocenia 10% stada przeznaczonego na sprzedaż. Bierze pod uwagę wagę osobników, jakość wełny (miękkość, gęstość, długość, kolor) oraz jej zanieczyszczenie (w czasie suszy większe, bo w runo wplatają się wszystkie uschnięte patyki i źdźbła trawy). Potem robi zdjęcia i całość trafia na stronę internetową czekając na kupca, który zapłaci najwięcej i pokryje koszty transportu.

Gdy warunki pozwalają owce można strzyc. Zwykle ma to miejsce od połowy maja i trwa miesiąc. Na Trilby Station od lat korzystają z … nowozelandzkich postrzygaczy, a konkretnie Maorysów. Nie dość, że są tańsi o australijskich, to przede wszystkim nie należą do związków zawodowych :) Historia stara jak świat i w każdym zakątku świata występująca.

Liz opowiedziała nam jak doszło do tego, że zaczęli zatrudniać drużyny z Nowej Zelandii, więc my przekazujemy historię dalej. Jest to dowód na to, że idea związków zawodowych, jak i samej wartości pracy jest jak najbardziej słuszna, ale gdy idea zmienia się w politykę, to traci sens. Otóż podczas któregoś strzyżenia w piątek późnym popołudniem prawie dziesięciotysięczne stado zostało ostrzyżone po miesiącu ciężkiej pracy. Zostało słownie dwadzieścia owiec. I okazało się, że australijscy zrzeszeni w związkach postrzygacze nie mogą ich ostrzyc, bo minął limit godzinowy i zrobili to dopiero w poniedziałek rano. Oczywiście za ich pobyt na farmie przez weekend Liz i Garry musieli zaplacić zwykłą godzinową stawkę.

Od tej pory – Maorysi rządzą.

Z postrzyżyn można w dobrych latach uzyskać około 400 bali wełny, każdy ważący ponad 180 kg (na jeden bal potrzeba ciut ponad 30 owiec). Sprzedać je można średnio za 1200 AUS/sztukę. Za ostrzyżenie 1 owcy płaci się szefowi drużyny postrzygaczy 12 dolarów. Osoby chętne i ci, którzy mają maturę z matematyki w tym roku mogą policzyć ile można zarobić w tym biznesie.

W Kinchega National Park oglądaliśmy szopę do strzyżenia owiec z ubiegłego wieku. Pierwotnie zbudowana z drewna, posiadała imponującą liczbę 65 stanowisk do strzyżenia. Przy szopie zlokalizowane były kwatery dla postrzygaczy, naczelnego eksperta, selekcjonerów wełny, niewykwalifikowanych pomocników, chłopcow “smołowych”, osób spędzających owce, osób do mycia wełny, poganiaczy wołów ciągnących wozy z wełną na przystań i dla kucharza, który im wszystkim gotował jedzenie. Istniejące do dzisiaj, zostały wzniesione z blachy w latach ’20-tych ubiegłego wieku.

IMG_3446

Szopa w Kichenga National Park

 

Kwatery postrzygacz. Dziś - zakwaterowanie dla turystów.

Kwatery postrzygacz. Dziś – zakwaterowanie dla turystów.

Początkowo w 1870r. na farmie hodowano 35 tysięcy owiec. Pięć lat później, po zainstalowaniu takich nowinek jak zbiorniki na wodę i poidła pogłowie wzrosło do 75 tysięcy, a w szczytowym okresie na farmie pasło się 160 tysięcy owiec. Ostatnie strzyżeniew 1987 r. było huczną, relacjonowaną przez prasę imprezą, po której tereny farmy wraz z zabudowaniami zostały przekazane na rzecz parku narodowego.

To co mogliśmy zwiedzić, to pomniejszona dwukrotnie (gdy powoli zmniejszano ilość wypasanych owiec) oryginalna szopa zbudowana z drewna Red Gum Trees.

W upale, odganiając się oczywiście od już prawie nam obojętnych much, zrobiliśmy wycieczkę “po tropach owcy”. I żeby nie było, że wycieczka nudna i nic nie mówiąca dla dzieci, dodaliśmy do niech efekty dźwiękowe udając stado baranów i jednocześnie tłumacząc Tolkowi poszczególne stadia procesu strzyżenia.

IMG_3456

IMG_3457

Becząc i tupiąc (wy też możecie czytając ten post beczeć) przeszliśmy po rampie do pierwszego pomieszczenia szopy. Tam trzymane owce czekając na rozdzielenie do poszczególnych boksów mogły wysuszyć wełnę a to z upału a to z deszczu, w zależności od potrzeb. Potem takie suche dziewczynki wędrowały do mniejszych zagródek, z których przez specjalne wahadłowe drzwi (otwierane tylko w jedną stronę, żeby owca nie mogła zmienić zdania) wyciągane były przez postrzygacza zajmującego swoje stanowisko do strzyżenia. Potem ciach ciach nożycami, pierwotnie ręcznymi, a potem napędzanymi mechanicznie, i owca po pochylni spychana była na zewnątrz szopy do kojca. W ten sposób można było łatwo policzyć ile owiec postrzygacz ostrzygł.

Wnętrze szopy

Wnętrze szopy

Ochotnik demonstrujący drogę owcy od wełenki do topless

Ochotnik demonstrujący drogę owcy od postaci wełenki do wizerunku topless

 

Stanowiska postrzygaczy

Stanowiska postrzygaczy

Koło napędzające nożyce

Koło napędzające nożyce

Zagroda dla ostrzyżonych owieczek. Nie, nie zepchnęliśmy Tolka po widoczne w tle pochylni. Sam zjechał.

Zagroda dla ostrzyżonych owieczek. Nie, nie zepchnęliśmy Tolka po widocznej w tle pochylni. Sam zjechał.

Wełna natomiast przez innych członków drużyny postrzygaczy zanoszona była na stół, gdzie selskcjoner z pomocnikami oznaczali jej klasę. Potem zgodnie z nią umieszczana była w osobnych koszach. Następnie zapełniony kosz trafiał do prasy, która z wełny robiła zgrabne ponad stukilogramowe pakunki. W międzyczasie do procesu wprowadzono maszynę do oczyszczania wełny – system bębnów, który wytrząsał z niej piach i patyki.

Bębny czyszczące wełnę

Bębny czyszczące wełnę

Prasa

Prasa

Bela wełny była ważona, oznaczana nadaną wcześniej klasą i ładowana na wóz ciągnięty przez woły, które transportowały potem kilkuset tonowe ładunki na brzeg rzeki, sławnej Darling River, skąd parowce zabierały wełnę w świat.

Niesamowite było to, że gdy kilka dni później zwiedzaliśmy nowoczesną szopę na farmie Liz i Garry’ego to cała organizacja pracy nie różniła się znacząco od tego co widzieliśmy w “skanenowej” szopie z Kinchega National Park. Blacha zamiast drewna, napęd do nożyc elektryczny zastąpił napęd parą wodną, ale poza tym bez zmian.

Współczesna szopa na Trilby Station

Współczesna szopa na Trilby Station

Stanowiska postrzygaczy

Stanowiska postrzygaczy

Nowoczesny napęd elektryczny do nożyc

Nowoczesny napęd elektryczny do nożyc

Zagrody oczekujących

Zagrody oczekujących

Prasa

Prasa

Tablice i spray do oznaczania jakości wełny, plus chwytak do przenoszenia bel sprasowanego runa

Tablice i spray do oznaczania jakości wełny, plus chwytak do przenoszenia bel sprasowanego runa

A, i postrzygacze w dzisiejszych czasach używają specjalnych pasów podtrzymujących kręgosłup podczas wielogodzinnej pracy. Że też czegoś takiego nie wymyślono jeszcze dla matek tysiąc razy dziennie schylających się po dziecko (ponieść z łóżeczka, włożyć do łóżeczka, wykąpać, przewinąć, wziąć na ręce, posprzątać milion porozrzucanych zabawek, itp).

IMG_3977

No i matce nie płaci się tak dobrze jak postrzygaczom. W ogóle się jej w sumie nie płaci.

Za to postrzygacz był zawsze najlepiej opłacanym zajęciem w buszu. Końcowa stawka zależała od jego umiejętności, czyli ilości owiec ostrzyżonych w danym dniu. Najlepsi, tzw. gun shearers byli w stanie ostrzyc do 80 owiec na dzień, a gdy wprowadzono mechaniczne nożyce – ponad setkę.

Jak w całej tej historii były lata tłuste, gdy zarobek był godziwy, i lata chude, gdy mnóstwo wychudzonych mężczyzn przemierzało rowerami niepojęte odległości od farmy do farmy próbując się gdzieś zaczepić i cokolwiek zarobić. Gdy farmerzy nie mieli jak zapłacić za strzyżenie i kolejne lata nie dawały zatrudnienia, mężczyźni będący ikoną outbacku, bohaterami pieśni, wierszy i opowieści, zaczynali kraść by przeżyć. To oczywiście rodziło konflikty i napięcia, i tak się wszystko kręciło, aż spadł deszcz, wyrosła trawa, owce urodziły młode, a rynek znów zaczął płacić za wełnę.

Postrzygacz oprócz wynagrodzenia miał w miejscu pracy zapewniony dach nad głową i posiłki. Nożyce i specjalne skórzane paski do ich ostrzenia przynosił z sobą. Tak było kiedyś i tak jest do dziś.

A na koniec słowniczek. Słynna Matilda z najbardziej australijskiej piosenki to zrulowany koc, który postrzygacze nosili z sobą podczas wędrówek, służący i do okrycia w chłodne noce, i jako posłanie, i jako osłona przed upałem w dzień. Waltzing Matilda jest więc określeniem kilkuletniej wędrówki włóczęgi zwanego swagmanem, który cały swój dobytek ma przy sobie. Jak to trafnie ujął Willie Ogilve, wyobraźnią Australijczyków zawładnęła postać nomadów, którzy wędrując wzdłuż rzeki od jednego zakrętu do drugiego zwijali swój koc i Bóg jeden wie ile smutku w nim. Mężczyźni z dziwnymi historiami pozostawionymi za sobą, żebracy, którzy kiedyś wypisywali swoje nazwisko na kilkutysięcznych czekach, znane postacie z dalekiej Anglii, która zapomniała o ich istnieniu. Bez nadziei i bez przyszłości włóczyli się wzdłuż rzeki przez zakurzone, spragnione dni lata, przez błota i wodę czasu powodzi, prosząc tylko o kawałek mięsa i trochę mąki na stacjach, które mijali.

I jak tu nie kochać magii Outbacku?