Ssssycząca sprawa z tą galaretką

Udaje nam się, albo i nie, ale naprawdę się staramy w kolejnych postach opowiadać o naszej podroży trochę ambitniej niż wpis: “dojechaliśmy do X, postój w motelu Y, jutro ruszamy do Z zwiedzić jakieś muzeum”. A w następnym poście: “muzeum było ok, sporo do oglądania, zjedliśmy obiad i jedziemy dalej. Upał jak cholera, droga nudna, co tu robić?”.

Prawie każdego dnia dowiadujemy się nowych rzeczy, oglądamy zmieniający się krajobraz, słuchamy opowieści spotkanych ludzi, fotografujemy zaskakujące rzeczy. Potem na malutkim ekranie laptopa, przy świetle czołówki, siedząc po turecku w namiocie i katując kręgosłup, za pomocą opornego touchpada przeglądamy tysiące wypstrykanych fotografii i obrabiamy wybrane, żeby można je było publicznie pokazać. Pokonując chorobę lokomocyjną klepiemy w klawiaturę posty podczas drogi po wyboistych traktach. Na końcu – siedząc na dachu auta w poszukiwaniu choć jednej kreski sieci, ignorujemy łażące po nas fruwające robactwo i zmuszamy modem do wysłania wszystkiego na bloga.

Na którym to blogu potem można przeczytać o historii rdzennych mieszkańców Australii, o zwyczajach zwierząt, o formowaniu się różnych krajobrazów, o budowaniu kolei, o tym jak szukać (lub czemu nie szukać) i gdzie opali. Można też obejrzeć zdjęcia z plaż, zachodów słońca, lasów deszczowych, kopalni, jaskiń, gór.

Jakby nie oceniać efektu końcowego – staramy się naprawdę mocno.

A potem dzwonimy do rodziny i słyszymy: czy naprawdę uważacie na te WĘŻE, o których pisaliście? Otwieramy maila od przyjaciół (licząc po cichu na jakieś entuzjastyczne recenzje) i czytamy: kiedy w końcu zabierzecie swoje tyłki z pustyni od tych WĘŻY? A jak w ogóle przed wyjazdem komukolwiek (na przykład rodzinnemu weterynarzowi) mówiliśmy o tym, gdzie jedziemy, to słyszeliśmy: nie boicie się zabrać dzieci do kraju pełnego tych niebezpiecznych WĘŻY?

Moi drodzy. To ja pokonując swoje granice, opory i uprzedzenia zamieszczam tu swoją sweetfocię w nowym kolorze włosów i w krótkich spodenkach (a ostatni raz nosiłam krótkie spodenki jak byłam w podstawówce i musiałam chodzić na WF), a wy zauważacie tylko wzmiankę o tajpanie? Jedną liniję tekstu o gadzie?

Ale ok, skoro publiczność domaga się historii o wężach, proszę bardzo, oto historia.

Tak, w Australii są węże. Co więcej – jest tu dziesięć najbardziej jadowitych na świecie węży. Wspomniany na przykład tajpan lądowy ma najbardziej toksyczną truciznę na świecie. Ilość, którą zebrano podczas jednego ugryzienia spokojnie wystarcza do zabicia setki ludzi.Jego jad składa się z kilku różnych toksyn, z których każda może wywołać śmiertelny efekt końcowy. I tak jedna z toksyn paraliżuje i wstrzymuje część funkcji życiowych blokując połączenie pomiędzy mózgiem a mięśniami. Inna rozpuszcza mięśnie. Zmienione w płynną konsystencję przepływają przez nerki nieodwracalnie je uszkadzając. A kolejna powoduje rozległe wewnętrzne krwotoki. Osoba ugryziona takim koktajlem ma średnio 45 minut na ratunek.

Niektóre węże występują tylko w określonych rejonach Australii, ale wiele z nich można znaleźć w każdym środowisku. Nie tylko na pustyni, ale również w lesie deszczowym, na słonecznym wybrzeżu oraz w sydneyskim ogródku.

Podróżując po rejonach bardziej lubianych przez węże stosujemy się do ogólnych zaleceń. Przede wszystkim wszyscy zakładamy buty za kostkę. Zawsze, bez wyjątku na temperaturę.

IMG_4776

Na słynnym zdjęciu w krótkich spodenkach zrobionym pośrodku pustyni, mimo paraliżującego upału nie stoję w flip-flopach na stopach. Tolek doskonale wie, dlaczego trzeba nosić wysokie skórzane buty i nie ma szans, żebyśmy go w crocs’ach wyjęli z samochodu i postawili na ziemi. Nie pozwoli nam na to.

Węże australijskie to nie kobry z hinduskich wiklinowych koszyków i gryzą tylko kilka centymetrów nad ziemią. Twarda cholewka, u wielu Australijczyków przebywających na dworze w szczególnie zagrożonych rejonach wzmocniona stoptutem, może skutecznie uniemożliwić przebicie skóry nogi lub przynajmniej zmniejszyć ilość wstrzykniętego jadu. Czasem można mieć szczęście i spotkać bardzo jadowitego węża, który ma słabe zęby i siłę uścisku. No, chyba że się po niego sięgnęło ręką w krótkim rękawku.

Po drugie nosimy z sobą apteczkę wężową, czyli kilka bandaży elastycznych. W przypadku ugryzienia jedynym skutecznym (ponoć) sposobem wytargowania większej ilości czasu na udzielenie pomocy jest zabandażowanie ugryzionej kończyny tak, by spowolnić przepływ krwi, a tym samym rozprzestrzenianie się trucizny po organizmie. Rezygnujemy z przecinania ugryzienia, żeby upuścić krwi (bardzo mnie ta wiadomość ucieszyła, bo chyba bym umarła, gdybym musiała przeciąć skórę), nie wysysamy jadu, nie przypalamy rany rozgrzanym nad ogniskiem ostrzem noża – to tylko hollywoodzkie sztuczki. Osoba ugryziona powinna leżeć nieruchomo w tym samym celu – żeby krew płynęła jak najwolniej. Druga osoba jakimś cudem wzywa pomoc. Wydaje się to mało podnoszące na duchu, ale najwyraźniej się sprawdza, bo mimo około 600 przypadków trafiających do szpitala rocznie z powodu ugryzienia przez węża śmiertelne okazują się tylko dwa do czterech. W kraju wielkości Europy – to nie brzmi już tak strasznie, prawda? Do tego Australia posiada odtrutki na jad wszystkich swoich węży (najkorzystniej, jeśli można tak powiedzieć, jest zostać ugryzionym w Tasmanii, bo tam są tylko trzy jadowite węże na które stosuje się jedną i tą samą odtrutkę, więc odchodzi problem z identyfikacją jadu) i z tego powodu jest tak mało przypadków śmiertelnych ugryzień. Dla porównania w zachwalanych przez “prawdziwych” podróżników Indiach rocznie z powodu ugryzienia przez węża ginie około pięćdziesięciu tysięcy ludzi. Jest różnica.

Po trzecie wędrując nie zeskakujemy z powalonych pni drzewa leżących na ścieżce bez sprawdzenia czy po drugiej stronie nie wygrzewa się gad. Nie podnosimy niczego z ziemi nie sprawdziwszy wpierw okolicy, nie siadamy na kamieniach bez wcześniejszej inspekcji, robiąc zdjęcia nie cofamy się do tyłu bez patrzenia. Jeśli musimy zejść z wydeptanej ścieżki (na przykład ze szlaku w Parkach Narodowych) żeby zrobić zdjęcie lub coś zobaczyć, to po prostu bierzemy leżący kijek (upewniwszy się wpierw, że kijek nie żyje) i szuramy nim po okolicznych krzakach i trawie tam, gdzie chcemy wejść.

Bo węże na szczęście mają rozum. Serio, mają głowę a w niej mózg. I taki wąż generalnie słusznie sobie kombinuje, że człowiek nie jest najlepszym obiadem, więc jak tylko go wyczuje (drgania ziemi, przesuwanie liści, itp), to po pierwsze próbuje uciec. Po drugie próbuje uciec. I po trzecie – próbuje uciec. Gryzie tylko wtedy, gdy jest naprawdę zagrożony i nie ma gdzie uciec lub jedyna droga ucieczki prowadzi po ścieżce, na której stoi człowiek.

Nie wślizgują się też do namiotu (chyba, że zostawić w nim jakąś otwartą wodę). Węże są ponoć dość nieśmiałe i unikają konfrontacji z ludźmi. Choć to też zależy od temperamentu, bo na przykład taki wąż brązowy (eastern brown snake) jest dość nerwowy, a przez to bardziej skory do ataku w sytuacji zagrożenia. I to właśnie on jest sprawcą prawie połowy rocznych ugryzień w Australii, w tym prawie wszystkich ugryzień śmiertelnych, bo truciznę ma prawie równie mocną i śmiertelną co tajpan. Do tego występuje o wiele powszechniej niż tajpan – można go spotkać właściwie na całym kontynencie. Jak tutaj mówią – gdzie są ludzie, tam są myszy. Gdzie są myszy, tam jest wąż brązowy.

Tym niemniej – węże tutaj są, dość liczne, ale pochowane. Dlatego jedyne węże, jakie widzieliśmy to te:

IMG_4557

Domowy wąż ogrodowy – bardzo powszechny również w Polsce, 100% szans na spotkanie w markecie budowlanym

IMG_4556

Wąż basenowy – z powodu mniejszej ilości basenów, rzadziej występuje w Polsce, natomiast licznie w Australii

IMG_4783

Wąż strażacki – tak nieśmiały, że wciąż schowany

IMG_4742

Wąż odkurzacza, na zdjęciu odmiana węża samochodowego. Bardzo pożyteczny gatunek, pożera kurz, roztocza, pokruszone ciasteczka, a nawet wtarte w siedzenie banany.

W Australii natomiast bardzo rzadko występuje popularny w Polsce wąż prysznicowy. Tutejsze węże prysznicowe zostały dość skutecznie wytępione przez gatunek wodotrysków naściennych.

IMG_4785

 

W przeciwieństwie do węży rozumu nie mają meduzy (box jellyfish). Są galaretkowatą formą, a jak wiadomo galaretka objawów myślenia nie zdradza. W Australii w oceanach dookoła kontynentu (szczególnie na tych spokojnych zatoczkach, bez dużych fal, z płytką, nagrzaną wodą) przez cały rok pływają sobie dwa rodzaje niebezpiecznych meduz. Nie wdając się w szczegóły powiem tylko, iż oba są niewidzialne w wodzie (w sensie są przeźroczystą galaretką), i ten groźniejszy ma ponad 60 ciągniętych na odległość do 5 metrów za sobą “nitek – ogonków”, z których wystrzeliwuje setki trujących harpunowatych igieł. Toksyny z jednej takiej meduzy są w stanie spokojnie zabić ponad 60 ludzi. A śmierć może nastąpić w ciągu 4 sekund. Na szczęście większość ataków nie jest śmiertelna, ale ból jest tak wielki, że ofiary ponoć same błagają o śmierć, dopóki w szpitalu nie dostaną odtrutki. Trzeba mieć naprawdę pecha, żeby otrzymać odpowiednio dużą ilość wstrzelonych igieł z trucizną i nie doczekać do przyjazdu ambulansu. Inna sprawa, że gdy ugryzienie następuje w wodzie, to z bólu i paraliżu po prostu się tonie. Śmierć z powodu ugryzienia przez tą meduzę jest częstsza od ugryzienia śmierci spowodowanej przez ugryzienie węża, tak tylko dodam.

Jak się bronić przed niewidzialną galaretką (brzmi lepiej niż Matrix, przyznacie)? W Australii rozkręca się kampania promująca noszenie podczas pływania ubrań ochronnych – cieniutkich kombinezonów na całym ciele. Odkryto, że zatrute igły są wystrzeliwywane w odpowiedzi na reakcję chemiczną jaka zachodzi gdy receptory na nitkach meduzy wejdą w kontakt z chemią na naszej skórze (jeśli brzmi to dla was dziwnie, to spokojnie – dla mnie też. Tłumaczenie języka biologiczno – chemiczno – medycznego jest jeszcze większą katorgą niż tłumaczenie tablic geologicznych, więc na pewno coś pomieszałam. Czy ktoś z czytających tego bloga jest tłumaczem i ma trochę wolnego czasu? Oferty poproszę na maila). Więc wystarczy nie dopuścić do tej reakcji poprzez odizolowanie skóry od receptora, a do tego ponoć wystarczy cienka damska pończocha… Hm, taki Austarlijski opalony, wysportowany, umięśniony ratownik przechadzający się po plaży w pończochach… Stop, bo schodzimy na tematy dla dorosłych, a być może jacyś nieletni nas czytają.

A poza ubraniem – po prostu trzeba oszacować ryzyko. Unikać kąpieli w bardziej lubianych przez meduzy miejscach (niestety miejsca te są też bardziej lubiane przez małe dzieci…), w bardziej prawdopodobnych miesiącach ich występowania (maj – październik), itp.

To po prostu szacowanie ryzyka. O wiele bardziej śmiercionośne jest prowadzenie samochodu niż pływanie w wodach otaczających Australię. A jednak prowadzimy zachowując środki bezpieczeństwa (pasy, prawo jazdy) i mamy nadzieję, że na nas akurat statystyka nie spadnie jak grom z jasnego nieba.

 

W wodzie żyje też malutka, bardzo ładna ośmiornica niebieskokrążkowa (ok, to już zupełnie swobodne autorskie tłumaczenie nazwy. W oryginale – blue-ringed octopus). Jej ugryzienie jest bezbolesne, ale skutki – również mogą być śmiertelne. Ilość toksyny znajdującej się w zwierzątku wielkości piłki golfowej może w ciągu kilku minut zabić ponad dwudziestu dorosłych. Na szczęście – przy ukąszeniu jednorazowo wstrzykiwane jest o wiele mniej. Ale i tak – jad jest śmiertelnie niebezpieczny. Jak na razie nie wynaleziono odtrutki, jedynym sposobem ratowania jest spowolnienie krążenia oraz sztuczne podtrzymywanie funkcji życiowych poprzez sztuczne oddychanie lub masaż serca. Większość ugryzionych osób ma szczęście i po 24 godzinach reanimacji trucizna jest wydalana z organizmu, nie pozostawiając żadnych śladów.

A jak można zostać ugryzionym? Na przykład podnosząc na plaży piękną muszlę i wkładając ją do kieszeni. Przerażona ośmiornica (często mniejsza niż piłeczka golfowa), ukryta w muszli wychodzi i bez problemu kąsa przebijając się przez materiał spodni. Ba – przebija się nawet przez piankę nurkową!

Jak już wspomniałam – ugryzienie jest bezbolesne, dopiero kilka minut później zaczynają się problemy…

Prawda, że w porównaniu z niewidzialną meduzą i malutką ośmiorniczką schowaną w muszelkach, tradycyjne rekiny ludojady pływające w wodach australijskich wydają się być mało przerażające?

Ha, nawet krokodyle z północy kontynentu są jakoś tak bardziej akceptowalne – przynajmniej je widać i wiadomo, że nie warto przesadzać z higieną w każdym napotkanym zbiorniku wodnym, gdy jest sezon na słonowodne kreatury.

Na zwiedzanym przez nas kontynencie są też jadowite pająki, w tym najniebezpieczniejszy – ptasznik sydneyski. Ale znów – mimo toksycznego jadu i w przypadku ptasznika – silnych zębów potrafiących przegryźć się nawet przez paznokieć, nie odnotowuje się śmiertelnych przypadków ukąszeń, odkąd na dwa najniebezpieczniejsze z nich wynaleziono odtrutkę (drugim obok ptasznika jest pająk czerwonotylni – znów wolne tlumaczenie nazwy red back spider). Poza tym pająki raczej nie rzucają się na człowieka. No, chyba że akurat weszły do łóżka (zupełnie przez pomyłkę, bo pająki w łóżkach nie sypiają), i zanim zdążyły wyjść położył się na nich człowiek. Wtedy tak, wtedy rzucają się na człowieka.

Na wszelki wypadek, ponieważ nie potrafimy rozróżnić pająków jadowitych od niejadowitych, korzystamy z przewagi siłowej i wszystkie tłuczemy. Niehumanitarne podejście do przyrody mającej takie same prawa do życia jak my, wiem, ale trudno. Życie, nawet życie pająka, nie jest sprawiedliwe. Z drugiej strony, muszę przyznać, że niebezpieczeństwo jednak nie jest wysokie. Pewnego ranka w namiocie obudziłam się, bo coś mnie łaskotało we włosach. Wkurzyłam się, bo wieczorem skrupulatnie wybiliśmy wszystkie mrówki i muchy – dwa gatunki, które do tej pory trafiały nam się w namiocie. Przeczesałam włosy ręką i dalej drzemałam. Po jakimś czasie z jakiegoś powodu, którego teraz nie pamiętam spojrzałam na ścianę namiotu tuż za swoją głową. Szedł po niej całkiem sporej wielkości pająk, tak na oko trzy centymetry od stopy do stopy. Najwyraźniej spał z nami całą noc w tym ciasnym kłębowisku kocy i śpiworów. Najprawdopodobniej nie był jadowity, skoro nic nam się nie stało. Najchętniej poszedlby sobie teraz gdzieś na dwór połapać jakieś muchy czy coś. Niestety – moja ręka uzbrojona w sandał nie przewidywała wyjątków w tym względzie.

My tent is my tent. I tend not to share it.

Jedna myśl nt. „Ssssycząca sprawa z tą galaretką

  1. To wszystko jest bardzo ciekawe, ale nadal nie jestem uspokojona. Odtrutkę pewnie można dostać tylko w szpitalu, może w aptece. A nie zawsze są całodobowe apteki.
    Nic nie poradzę, zasiadam w loży panikarzy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *