Góry z wyższej półki

Dawno nie było nic o geologii, prawda? Zapraszamy więc do Flinders Ranges ; )

IMG_2774

IMG_3015

IMG_3020

W miejscowości Parachilna znajduje się reklamowany w każdej ulotce turystycznej pub. Po pierwsze serwuje burgery z mięsem tutejszej fauny. Po drugie ponoć bywała w nim sama Kate Winslet i parę innych gwiazd z Hollywood.

Nie zatrzymaliśmy się w nim dłużej, bo po pierwsze nie smakuje nam mięso tutejszej fauny (wolimy steaki z krów), a po drugie nie było akurat Leo, więc nie było z kim pogadać.

IMG_2764IMG_2759

Odbiliśmy w bok z głównej trasy, żeby nieutwardzoną drogą wjechać pomiędzy góry Flindersa. To jedno z najpopularniejszych pasm górskich (jeśli można tak powiedzieć o paśmie) – sporo Australijczyków przyjeżdża tu na wędrowki piesze, wędrówki samochodowe i rajdy 4×4. Ponieważ ciągle było lato i temperatury dość wysokie, nie spotkaliśmy wielu turystów, szczyt sezonu dopiero nadchodził.

IMG_2773

IMG_3034

IMG_2936

IMG_2848

Góry naprawdę są zjawiskowe. Nie wdając się w dyskusje czy są to zlepieńce, gnejsy, piaskowce czy skamieliny z okresu prekambryjskiego, zwyczajnie się nimi zachwycaliśmy. Niewiedza nie stanowi przeszkody w widzeniu, przynajmniej czasami. A widzieliśmy wygłaskane wiatrem łagodne pomarańczowe pagórki z szarymi kropkami suchych kęp trawy. Spomiędzy niektórych z nich, tylko gdy światło słoneczne oświetliło je pod odpowiednim kątem, wyłaniał się ostry, poszarpany zarys smoczego grzbietu. Ciągnął się kilometr albo dwa, ginąc w ziemi następnego czerwonego wzgórza. Za zakrętem góry przybierały postać zastygniętych skalnych fal, by następnie zupełnie nieoczekiwanie zmienić się w tablicę geologiczną z wyraźnie zaznaczonymi kolejnymi warstwami osadowymi prehistorycznego morza.

IMG_2918

IMG_2953

IMG_3022

IMG_2770

A pośród tego wszystkiego w cieniach drzew drzemały kangury. Zatrzymywaliśmy się tuż koło nich, i przez okno samochodu robiliśmy zdjęcia. Kangury patrzyły na nas z politowaniem, bo żar z nieba ponad czterdzieści stopni, a nam się chce zdjęcia robić.

IMG_2790

IMG_2834

IMG_2833

IMG_2836

Gdy próbowaliśmy wyjść z samochodu dla lepszego ujęcia, kangury zirytowane odskakiwały na bezpieczną odleglość i prawie słyszeliśmy jak nas wyzywają od bezmózgich dwunożnych ofiar udaru słonecznego. Podczas jednej z takich “ucieczek” Tolo wyglądający przez okno zawołał:

–       Elvisie (to niby do mnie) popatrz, ale czad – latający kangur!

IMG_2793

Mały kangurek wskakuje do torby

Mały kangurek wskakuje do torby

I już nie ma kangurka

I już nie ma kangurka

 

Dla podtrzymania funkcji życiowych zatrzymaliśmy się w dawnym kopalnianym miasteczku Blinman. Kilka domów i stara kopalnia miedzi. Na zwiedzanie kopalni nie mieliśmy ochoty, ale na leniwej pogawędce z właścicielką sklepu i kawiarni w jednym spędziliśmy godzinę. Na werandzie czytaliśmy rozłożone książki, napełnialiśmy żyły kawą i czekoladowymi milkshakami a jako wisienkę na torcie pochłoneliśmy ciastka z quandongiem.

Byliśmy gotowi na dalszą wędrówkę.

IMG_2803

IMG_2805

IMG_2806

Jadąc wzdłuż jednego ze szlaków zobaczyliśmy tabliczkę o pobliskim “short walk”. Niby żar z nieba jak lał się tak się dalej leje, ale przecież jesteśmy w górach na wakacjach i mamy obowiązek zwiedzać. Postanowiliśmy spróbować. Zaparkowaliśmy na parkingu, napełniliśmy butelki wodą, przytroczyliśmy je do nosidełek, wpakowaliśmy tam też dzieci, założyliśmy siatki i prawie umierając z przemęczenia (wszystkie te przygotowania robiliśmy w pełnym słońcu) ruszyliśmy w stronę tablic informacyjnych. A tam jak wół stało, że jesteśmy na początku Haysen Trail – jednego z najpiękniejszych szlaków Australii, ciągnącego się przez zróżnicowany krajobraz przez bagatela tysiąc dwieście kilometrów. Szlaku pieszego!

IMG_2858

IMG_2869

IMG_2876

IMG_2878

IMG_2883

Zacisnęliśmy zęby i skoro byliśmy już spakowani na krótką wędrówkę postanowiliśmy choć kawałek się przejść wgłąb wąwozu. To była jak na razie najgłupsza rzecz jaką zrobiliśmy na naszej australijskiej wyprawie. Uszliśmy tysiąc dwieście metrów. Rozgrzane powietrze dodatkowo nagrzewało się od otaczających nas ze wszystkich stron skał. Nie mam pojęcia ile było stopni, ale odkryte części ciała zaczęły boleć tak, jakby były poparzone. Przed oczami mieliśmy mroczki, każdy oddech to wysiłek i stracona nadzieja, że w tym gotującym się powietrzu została jakakolwiek ilość tlenu. Nie przesadzam – resztką sił wróciliśmy do auta, gdzie przez piętnaście minut przy włączonej klimatyzacji dochodziliśmy do siebie.

 

Przygotował Zuch dwie nogi, do dalekiej rusza drogi

Przygotował Zuch dwie nogi, do dalekiej rusza drogi

Czy widzicie błyszczącą w słońcu odznakę strażacką?

Czy widzicie błyszczącą w słońcu odznakę strażacką?

Resztę zwiedzania gór postanowiliśmy odbyć tradycyjnie, w samochodzie. Późniejszym popołudniem pogoda zaczęła raptownie się zmieniać. Ochłodzilo się do jakiś trzydziestu stopni, zerwał się wiatr, a w oddali widzieliśmy nawet strugi gwałtownego deszczu. Postanowiliśmy skorzystać z okazji i podwieczorek zjedliśmy na wolnym powietrzu.

IMG_2897-1

IMG_2900

IMG_2922

W oddali - deszcz

W oddali – deszcz

IMG_2830

A potem, jako ukoronowanie dnia zaświeciło słońce przez chmury i znów zobaczyliśmy grzbiet ogromnego smoka.

IMG_2937

Dzień się kończył, czas na znalezienie noclegu. Jesteśmy w jednym z najbardziej popularnych Parków Narodowych, jednak okazało się, że to będzie jedno z trudniejszych miejsc do stanięcia na noc. Ze względu na obszar pod ochroną liczba miejsc była bardzo ograniczona, bo nic się tu nie mogło wybudować. Są dwie farmy, ale jedna oferuje noclegi tylko dla dużych grup, a druga po godzinie osiemnastej już nie odbierała telefonu. Jedziemy do szeroko reklamowanego Wilpena Pound Resort – dużego kompleksu, jedynego w tych okolicach, posiadającego miejsca noclegowe w każdej kategorii (tak piszą na stronie i w ulotce). Ponieważ ciągle jest sporo much, plus na ziemi kolumnami wędrują olbrzymie czerwone mrówki, z mojego punktu widzenia namiot odpada. Pytamy o pokój kategorii budget. Jest wolny, kosztuje 180 dolarów za noc, czyli byłby naszym najdroższym noclegiem w Australii jak dotychczas. Zwykle braliśmy dość wygodne kabiny kempingowe lub pokoje motelowe z łazienką w okolicach 100 dol. A tutaj w pokoju nie ma żadnych udogodnień kuchennych do zrobienia śniadania (mikrofali, czy nawet czajnika), jest tylko łóżko dla dwóch osób (Tolek musiałby spać w swoim dmuchanym łóżeczku), a całość mieści się w baraku z dykty wyglądającym i pachnącym jak nasze nieremontowane ośrodki FWP z czasów PRL. Za to pole namiotowe jest bardzo oddalone od głównego kompleksu, do łazienek z namiotu jest całkiem porządny spacer (bynajmniej nie na poranne przyszpilające sikanie), a w obozowej kuchni jest samo BBQ, bez czajnika, kuchenki i mikrofali. Nie wiemy co robić, żeby zyskać na czasie pytam panią, czy możemy obejrzeć pokój. W każdym innym miejscu, gdy o to prosiliśmy dostawaliśmy klucze i sami szliśmy zobaczyć, co jest nam oferowane. Tutaj – okazało się to jakimś niestworzonym problemem. Pani na recepcji nie mogła nam pokazać pokoju, bo była na tej recepcji sama i nie mogła jej opuścić. A przecież nie da klucza turystom kategori budget, bo jeszcze kawałek dykty ze ściany gwizdną. Sorry, ale takie traktowanie przechyliło szalę. Wróciliśmy do auta i już w szarym świetle tuż po zachodzie słońca, klnąc na kangury, które wypoczęte dostały mega energii i samobójczo co chwilę wyskakiwały nam tuż przed maskę, wyjechaliśmy z parku dojeżdżając do Rawnsley Park Station. Biuro resortu wypoczynkowego było już zamknięte, ale na terenie ośrodka była czynna wciąż restauracja, więc postanowiliśmy zaryzykować. Przy biurach zwykle wisi telefon alarmowy dla gości, z którego w niektórych kempingach można zapytać o nocleg po godzinach. Tutaj na szczęście też tak było. Po niecałych pięciu minutach przyjechała do nas pani i w komputerze sprawdziła dostępność zakwaterowania. Okazało się, że na dwie noce jest wolny domek, niestety z dwoma sypialniami, więc droższy, za 140 dol. W takim wypadku decydujemy się wziąć go tylko na jedną noc, skracając swój pobyt w górach. Wtedy pani wypełniając formularz zameldowania coś zaczęła mętnie tłumaczyć, że niby na jedną noc to jest wolny mniejszy domek za 100 dol, ale wtedy musiałaby nam doliczyć za dzieci, więc w sumie i tak wyszło by na to samo. A tak nie policzy nam wyjątkowo za cztery osoby, tylko za dwie. Czujemy się zdezorientowani – w końcu cena obowiązuje za domek, czy za ilość osób? I to chyba żart z tym doliczaniem za dzieci w wieku 11 miesięcy i trzech lat? Nie wiem do dziś o co chodziło, ale wrażenie pozostało kiepskie z tego miejsca. Aż miałam ochotę podejść potem do naszych sąsiadów (domki były połączone ścianami) Chińczyków i spytać się dwóch panów, czy jak wynajmowali swój domek, to policzono im osobno za żony.

Generalnie wydaje nam się, że ten rejon ma jakieś ukryte aspiracje być okolicą “z wyższej półki” bez akceptacji dla backpackersów i budżetowych turystów. Szkoda, bo krajobrazy są naprawdę nieziemskie. Ot, taki niemiły kontrast.

Następnego dnia rano byliśmy nieżywi na własne życzenie. Ponieważ zwykle śpimy albo w namiocie, albo w małych pokojach 3 w 1 (tzn kuchnia jest tuż przy łóżku, a w kąt wciśnięta jest łazienka) i gdy dzieciaki zasypiają, my zapalamy czołówki i w ciszy, żeby ich nie zbudzić najczęściej gdzieś na podłodze, bo poza łóżkiem żaden inny mebel w kabinie się nie mieści, czytamy, piszemy lub takie tam. A tutaj nagle mieliśmy do dyspozycji dwie sypialnie i osobny salon z kanapą! Kaj zasnął bez problemu, ale Tolek który wyjątkowo spał w ciągu dnia, siedział z nami w salonie. Po cichu mieliśmy nadzieję, że Tolo w końcu też zaśnie w swojej sypiali i będziemy mieć salon dla siebie i czas na takie tam, ale minuty płynęły, a syn dalej siedział z nami. A prawdziwa kanapa z kawowym stolikiem dała nam takie złudzenie domowości i komfortu, że zignorowaliśmy zegarek i siedzieliśmy o wiele za długo. W końcu po drugiej w nocy opamiętaliśmy się i całą trójką poszliśmy spać dołączając do Kaja, ale już było za późno. Kolejny dzień upłynął nam w rytm ziewania.

 

Wilpena Pound jest niezwykłą formacją geograficzną. To taki jakby krater otoczony przez wypiętrzone góry, które to góry składają się z warstw pochodzących z kolejnych okresów czasu od 650 milionów lat temu do 500 milionów lat temu. Na skutek ruchu płyt tektonicznych po ich odsunięciu się od siebie powstała szczelina, w której osadzały się nanoszone przez morze piaski, kamienie, skały (teraz jakiś geolog powinien mnie przywołać do porządku, bo morze nie nanosi skał, skały powstają pod wpływem sprasowania i ciśnienia, ale to mój blog a nie wikipedia. Dodam tylko, specjalnie dla geologów, że szczelina jest znana pod nazwą Geosynkliny Adelajdzkiej). Jednocześnie tak się złożyło, że było to bardzo ważne 150 milionów lat, bo wtedy powstało życie. I w tych osadach składowanych w szczelinie dodatkowo zalegały różne organizmy – począwszy od tych najbardziej pierwotnych i pierwszych na Ziemi – które potem zmieniały się w skamielinę. Niezwykłość tego miejsca polega na tym, że płyty tektoniczne nagle zmieniły zdanie i z powrotem się do siebie przysunęły wypiętrzając to co się w szczelinie zdążyło odłożyć i zmienić w skałę. Potem na skutek erozji wierzchnia warstwa starła się osłaniając pod spodem poukładane jadna za drugą poszczególne osady. Wygląda to trochę jak sękacz. W ten sposób na bardzo krótkim odcinku kilkunastu kilometrów można zobaczyć tworzenie się warstw podczas 150 milionów lat plus historię powstania życia.

IMG_2812

IMG_2816

IMG_2822

IMG_3032

IMG_3066

IMG_3067

IMG_3060

Idealnym miejscem na podróż w czasie jest Brachina George. Jadąc przez wąwóz na przestrzeni dwudziestu kilometrów poznaje się dwanaście różnych skał. Różnią się kolorem, strukturą i oczywiście okresem powstania. Naukowcy wnioskują z nich o klimacie, który panował w poszczególnych milionach lat, o rozwijającym się życiu, i o kilku innych rzeczach. To ponoć prawdziwa kopalnia wiedzy, pod warunkiem, że wie się czego szukać. My nie wiedzieliśmy.

Przeczytaliśmy na tablicy, że jadąc przez wąwóz będziemy mogli zobaczyć stromatolity będące jednym z pierwszych dowodów życia na ziemi, faunę ediakarańską (czy wy też zastanawialiście się co pili geolodzy wymyślający nazwy dla różnych odkrytych przez siebie rzeczy? Żadna z nadanych przez nich nazw nie pochodzi z normalnego języka i jest kompletnym łamańcem głoskowym, co jest przyczyną dla której nigdy nie zapamiętam nawet 1% z geologicznego wykładu. Jestem pewna, że przy każdym odkryciu z radości i ku uczczeniu urządzają imprezę, gdzie procenty leją się bez limitu, a potem bełkocząc jeden do drugiego mówi: nawzijmy tą skamielinę zwierzątkiem Edzia i Karolka. Po zapisaniu fonetycznym tego co zostało wybełkotane jak wół wychodzi: fauna ediakarańska. Ech, trzeba mi było studiować geologię). Wracając do tematu – fauna ediakarańska to jedne z najstarszych zwierząt na ziemi, czyli organizmów wielokomórkowych. Zupełnie niespokrewnione z aktualnie żyjącymi organizmami, bo te pochodzą z okresu kambryjskiego i je też ponoć można zobaczyć w wąwozie.

Ponoć, bo w praktyce wygląda to następująco. Wzdłuż drogi na granicy każdej z warst stoją tablice z ich nazwą. Najczęściej niziutko przy ziemi, ukryte w trawie, zwrócone napisem tylko w jedną stronę, czyli jak się zaczęło wycieczkę z drugiej strony wąwozu, to ma się pecha. Jednak jesteśmy uparci i kilka z nich odnajdujemy, bo naprawdę mieliśmy chrapkę na te formy życia. Wysiadamy w jednym z miejsc, gdzie mają być skamieliny jamek wykopanych przez morskie robaki zagrzebujące się w piasku. Jedyna tablica stoi tuż przy drodze i wskazując na drugą stronę drogi obiecuje, że na pobliskim zboczu, dwie minuty drogi stąd znajdziemy, czego szukamy. Zbocze wyglądało tak:

IMG_3057

I nie było na nim zaznaczonego żadnego miejsca, w którym powinniśmy szukać. Skanowaliśmy wzrokiem kamienie i skały nie mając pojęcia co jest śladem erozji, spływającego deszczu, a co – zagrzebującego się robaka sprzed ponad 500 milionów lat. Nic, żadnej strzałki czy kropki. W końcu, w drodze głosowania ustaliliśmy, że jamkami są oto te nacieki skalne:

IMG_3056

W kolejnym punkcie postojowym szukamy śladów prehistorycznych gąbek (Archaeocyaths). Nic. Nie jestem zwykłym turystą, mam ceryfikat screenera, ale absolutnie nic nie mogę znaleźć. Wdrapuję się na skały, zaglądam pod głazy, przeczesuję ściany lornetką i nic. Ani jednej gąbki.

IMG_3045

Nie tracimy nadziei, choć powoli zaczynamy żałować opłaty, którą uczciwie uiściliśmy wjeżdżając do parku (na tablicy informacyjnej na granicy parku są przyczepione koperty. Do koperty należy wrzucić należność za wstęp, napisać swoje dane plus nr rejestracyjny pojazdu, oderwać kawałek koperty z wydrukowanym dowodem na uiszczenie opłaty, wrzucić kopertę do skrzynki przymocowanej do tablicy, a oderwany dowód wpłaty umieścić za przednią szybą auta. Teoretycznie w niektórych parkach są rozmieszczone wzdłuż szlaku kamery z których ktoś potem spisuje nr rejestracyjne przejeżdżających wozów i porównuje z danymi wpisanymi na zebranych kopertach. W przypadku braku opłaty – wystawia się mandat. Teoretycznie).

W kolejnym miejscu tablica reklamuje słynne skamieliny fauny ediakariańskiej. Przed nami gruzowisko kamieni, z których każdy wygląda zupełnie normalnie. Nie poddaję się, szukam, zaglądam i znajduję coś takiego:

IMG_3062

IMG_3064

 

Sami oceńcie czy to wygląda jak zwierzątko Edzia czy bardziej jak zwierzątko Karolka.

Uznajemy, że dalsze poszukiwania nie mają sensu. Na pewno te skamieliny tu są, ale można je zobaczyć tylko po opłaceniu zbójecko drogiej wycieczki z przewodnikiem, który doskonale wie, który kamień z tego gruzowiska należy podnieść, żeby zobaczyć z drugiej strony piękny okaz fauny ediakariańskiej. Znów czujemy, że zwykli turyści, którzy nie opłacą pełnego pakietu pobytu w Wilpena Resort z wycieczkami po okolicy nie są tu mile widziani.

IMG_3024

IMG_3025

Dzikie mini-arbuzy rosnące na poboczach

Dzikie mini-arbuzy rosnące na poboczach

Tym niemniej jeszcze raz – Flinders Rangers ze swoim zmiennym krajobrazem, kolorami, grą świateł na szarych skałach i czerwonej ziemi, mnogością kangurów, emu i innego ptactwa na wyciągnięcie ręki oraz drzemiącymi tuż pod powierzchnią smokami są naszym niekwestionowanym kandydatem do Top Ten Australii. Zupełnie nie planowaliśmy tu przyjeżdżać, gdy wbijaliśmy pinezki w mapę, ale skuszeni jedną z ulotek nie żałujemy zmiany trasy. Było warto.

IMG_2957

IMG_2989

IMG_2987

A tak synku skaczemy na drogę, żeby wk...ręcać turystów.

A tak synku skaczemy na drogę, żeby wk…ręcać turystów.

Na pożegnanie jedziemy w bok od głównej drogi do galerii aborygeńskich rzeźb naskalnych. Krótki spacer środkiem malowniczego wąwozu, na szczęście słońce stoi już nisko nad ziemią, więc temperatura jest znośna.

IMG_3092

IMG_3078

IMG_3082

IMG_3073

IMG_3099

IMG_3100

Na końcu szlaku – wykute w skale symbole. Nikt nie wie kiedy powstały, ale wiadomo, że były robione w dwojaki sposób – albo poprzez uderzanie w skałę ostrym kamieniem i za pomocą wgłębień – kropek rysowaniem wzoru albo poprzez wydrapywanie w skale linii.

Wykuwane były wzory geometryczne, koła i linie, ślady zwierząt, a czasem nawet postacie ludzi. Dla Aborygenów to są święte miejsca opowiadające o Czasie Snu.

IMG_3075

IMG_3087

Michał popatrzył jednak męskim okiem na dwa koła oznaczające billabongi i stwierdził: Tutaj jeden Aborygen posiłkując się rysunkiem opowiadał drugiemu o napotkanej Aborygence. “I stary, ona miała taaakie… oczy”.

IMG_3093

Pod wieczór docieramy na kemping do Hawker. Czujemy, że zakończyliśmy kolejny etap podróży – pętlę pustynnego outbacku.

Hawker to już właściwie całkiem cywilizowane okolice. Miasteczko ma kilka ulic, rosną tu drzewa i zielona trawa, a zamiast pubu jest kawiarnia i osobno restauracja. Są sklepy i jakieś budynki publiczne typu szpital i policja.

Much też jakby mniej, więc w końcu po dwutygodniowej przerwie odważamy się rozbić namiot. Słońce żegnamy pluszcząc się w kempingowym basenie. Potem szybka kolacja i … odkrywamy, że zepsuł się zamek w klapie bagażnika naszego auta. Górna część z szybą się otwiera, natomiast dolna ani drgnie. Nie jest to dobra wiadomość, bo mamy przez nią zablokowane szuflady z zapasami żywności, nie możemy też wyciągnąć lodówki. Całe szczęście, że udało się wyjąć wcześniej rzeczy na kolację. Idziemy jednak spać w nienajlepszych humorach, bo w głowie mamy wizję, że zamiast realizować naszą trasę jutro będziemy musieli jechać do najbliższego autoryzowanego przez Britza mechanika, który jest pewnie dopiero w Port Augusta.

Rano dzwonimy do Britza i pytamy co robić. W ciągu dosłownie pięciu minut oddzwania do nas mechanik z Hawker zapraszając do warsztatu na bezgotówkową naprawę. To jest zaleta wypożyczania auta w dużej sieci.

IMG_3102

Składamy namiot, odstawiamy auto do warsztatu i idziemy na śniadanie do restauracji (ciągle nie mamy dostępu do naszych zapasów jedzenia). Nad barem wisi mnóstwo metalowych tablic z tzw. złotymi myślami, w tym mój typ nr 1 – Jeśli skończy się rolka papieru toaletowego, wymień ją na nową. To nie spowoduje uszkodzenia twojego mózgu.

Po śniadaniu godzinę spędzamy w wielokrotnie już na blogu wspominanej blaszanej księgarni, gdzie zastaje nas telefon od mechanika, że klapa została naprawiona.

IMG_3101

Ruszamy dalej w trasę. Jest 13 marca, więc w Quorn idziemy na przyjęcie urodzinowe Kaja (czy naprawdę ktoś wierzył w to, że przy naszym tempie podróżowania i zwiedzania, dwójce dzieci do zabawiania i oporządzenia, oraz zepsutym namiocie jesteśmy w stanie pisać posty na bieżąco? Jedyny umieszczony o odpowiedniej dacie to ten z urodzin Kajetana).

Po siedemnastej wbrew rozsądkowi postanawiamy zobaczyć jeszcze jedną atrakcję turystyczną – Alligator George. Nie warto robić nic wbrew rozsądkowi, bo można zejść na zawał serca. Zacznijmy od tego, że na parkingu kiepsko oznaczone szlaki zmyliły nas wskazując błędny kierunek. Mieliśmy do wyboru albo punkt widokowy na kanion w odległości 350m lub przejście pętli o długości 2 kilometrów. Absolutnie nie mieliśmy czasu na pętlę, wybraliśmy więc punkt. Ponieważ Kaj spał postanowiliśmy, że najpierw ja tam pójdę, wrócę, a potem pójdzie Michał z Tolkiem. Myląc drogę zaczęłam schodzić schodami w dół wąwozu. Przy czterychsetnym zaczęłam mieć wątpliwości czy powinnam schodzić dalej skoro dna nie widać, ale jak wiadomo z badań nad naturą ludzką, istota ludzka prędzej będzie szła w zaparte, niż zmieni zdanie (zasada konsekwencji czy jakoś tak, szeroko stosowana przez sprzedawców wciskających niechciany towar). Kolejne czterysta stopni i byłam na dnie. A tam dwie kolejne strzałki – w prawo do skalnych balkonów (800 metrów), a w lewo do wejścia do Alligator Gorge (650 metrow). Coś mi nie grało, ale zasada już działała. Nie uśmiechało mi się wdrapywanie z powrotem na górę, żeby uprzedzić Michała o tym, że nie będzie mnie dłużej niż zakładaliśmy, a potem znów schodzenie ośmiuset stopni w dół. Postanowiłam szybciutko skoczyć do tego kanionu, skoro już tu dotarłam. Skoczyłam, ale oczywiście wejście nie było zaznaczone tablicą jak na przykład wejście do muzeum, wokół mnie zamykały się poszarpane czerwone skały i w gruncie rzeczy ciężko się było zorientować czy to już są zęby aligatora, czy jeszcze nie. Biegłam po kamieniach w sandałach zastanawiając się czy węże tu mieszkają i starając się nie myśleć o tym, że nie mam przy sobie nic, czym mogłabym wezwać pomoc w razie wypadku.

IMG_3140

IMG_3144

IMG_3146

IMG_3157

IMG_3153

W ten sposób przeszłam cały kanion, przegapiając w lekkim zdenerwowaniu i panice miejsce, z którego powinnam zrobić właściwe zdjęcie (tak jak na ulotce reklamowej).

IMG_3154

IMG_3149

Ściany wąwozu obniżyły się, a szlak zaczął powoli piąć się w gorę. Znów musiałam podjąć decyzję. Wkurzałam się, że nie ustaliliśmy z Michałem żadnego planu na wypadek takiej sytuacji, i już zaczęłam sobie wyobrażać, jak mój mąż zmartwiony tym, że mnie tak długo nie ma, z dwójką dzieci schodzi tymi cholernymi schodami na dół, a potem wędruje przez kamieniste dno wąwozu. Do tego słońce powoli zachodziło i niewiele światła już zostało. Nie ma szans, żeby Tolek przeszedł tą trasę za dnia. Jak więc najszybciej dotrzeć do chłopaków? Wracać czy iść dalej? W końcu to miała być pętla dwukilometrowa. Zrobiłam już ponad połowę, więc szybciej będzie jak ją dokończę niż zawrócę. Tak rozumując (choć nie wiem, czy to słowo powinno być tu użyte) pobiegłam naprzód, chcąc jak najszybciej dotrzeć na parking i powstrzymać Michała przed schodzeniem. Ile w końcu można iść dwa kilometry? Tyle miałam ze szkoły do domu i pokonywałam je od 17 minut do 30, w zależności od tego w którą stronę bardziej mnie ciągnęło i z kim szłam.

W tym pośpiechu, skacząc po kamieniach, rozglądając się za wężami i starając się nie skręcić nogi w kostce, przegapiłam skręt szlaku na parking i doszłam do miejsca, gdzie zaczynał się asfalt, na którym była tablica, że stąd do mojego parkingu jest 35 min. drogi ostro pod górę.

W życiu, nigdy w życiu nie zrobiłam nic, co by wymagało takiego wysiłku jak teraz biegnąc i próbując nie zejść na zawał przed parkingiem. Zastanawiałam się też z jakich idiotycznych powodów fotografuję lustrzanką zamiast poręczną komórką, bo komórka nie dyndałaby mi na szyi takim ciężarem jak mój stary Canon.

Gdy w końcu z mroczkami przed oczyma, cała mokra i z ułożonym już w głowie testamentem dotarłam na parking, chłopaków tam nie było. Przed oczyma (pomiędzy mroczkami) stanął mi obrazek jak mój malutki Tolek w swoich ulubionych australijskich butach na węże wędruje w całkowitych ciemnościach przez Alligator Gorge ściskając za rękę tatę, który na plecach w nosidełku niesie Kaja, i co jakiś czas dziecięcym zmartwionym głosikiem woła: Elvisie, gdzie jesteś?

Ta wizja jakimś cudem podtrzymała we mnie jeszcze funkcje życiowe i ostatkiem sił dotarłam znów do schodów, którymi zaczęłam schodzić głośno wołając raz jednego, raz drugiego, raz trzeciego. Przysłowiowe nogi się pode mną ugięły, gdy usłyszałam odpowiedź.

Dwie minuty później wszyscy spotkaliśmy się przy aucie. Okazało się, że gdy Kaj się obudził, Michał rzeczywiście zaniepokojony moją długą nieobecnością władował dzieci do nosidełek (Tolek na plecy, Kaj z przodu) i tak objuczony zszedł po schodach na dół. Tam zobaczył dwa drogowskazy i domyślił się, że postanowiłam zrobić pętlę przez wąwóz, więc spokojnie wrócił na górę, żeby na mnie poczekać. Tuż zanim wbiegłam na parking postanowił pójść własciwą drogą na punkt widokowy, który planowaliśmy pierwotnie, a który był ukryty tuż za drzewami za parkingiem.

Żadnej paniki, że zabłądziłam, że mnie węże zjadły lub że leżę gdzieś tam pomiędzy kamieniami ze złamaną nogą. Tylko czyste i logiczne męskie wnioskowanie. Byłam za nie nieprzytomnie wdzięczna, bo ja w odwrotnej sytuacji pewnie ciągnęłabym dzieci na urojoną misję ratunkową.

Już po ciemku wjeżdżamy do Peterborough. O dziwo – kemping nie ma zamykanej bramy, a toalety są publicznie dostępne, a nie na kod czy klucz, jak to na wszystkich dotychczasowych kempingach było. Rozbijamy się na wolnym miejscu wnioskując, że nic się nie stanie, jeśli za pobyt zapłacimy rano.

Następnego dnia mieliśmy “dzień techniczny’. Po pierwsze po ponad miesiącu codziennego używania auta ewidentnie trzeba było wszystko z niego w końcu wypakować i na nowo poukładać. Milion porozrzucanych zabawek, skrupulatnie pochowane papierki po czekoladkach i herbatnikach, na wpół zjedzone banany, porwane fragmenty map i ulotek, zbierane podczas drogi muszle, patyki, kamienie i liście. Po drugie po dwóch tygodniach jazdy nieutwardzonymi drogami outbacku wszystko w aucie pokrywała wartwa czerwonego kurzu i piasku. Trzeba było wytrzepać każdą torbę, wózek dziecięcy, nosidła, zamieść bagażnik, na nowo poukładać jedzenie w skrzyniach. Po trzecie od jazdy po wertepach odkręciły się śruby trzymające lodówkę, a ich ponowne wkręcenie wymagało całkowitego opróżnienia jej wnętrza. Na tych porządkowych czynnościach minęła nam znaczna część dnia. Potem popołudniu chwila relaksu przy książce lub na placu zabaw (każdemu wedle potrzeb), a wieczorem poszliśmy na opisany już spektakl “Światło i dźwięk” w Muzeum Kolejnictwa.

Kolejnego dnia spacerowaliśmy po miasteczku spotykając lokomotywy, które nie chciały mieszkać w muzeum i wolały zostać w mieście. Poznaliśmy też historię Bob’a, psa, który jeździł koleją. Jak słusznie można wnioskować z tego wstępu był to przeuroczy bezpański kundel podróżujący na stałej trasie, w każdym z miasteczek mając kogoś, kto udostępniał mu dom na kilka dni do pomieszkania i miskę pełną jedzenia. Lubili go wszyscy, i każdy miał wrażenie, że jest bardziej od innych “panem” Boba. Niestety, Bob zakończył swoje wagabundzkie życie w mało chwalebny sposób – pod sklepem miejscowego rzeźnika w obronie swojego jak mu się penie wydawało terytorium wdał się w bójkę z większym i groźniejszym od siebie psem.

Po jego śmierci do miejscowej gazety napływały nekrologi z kondolencjami od ludzi na całej trasie kolei.

IMG_3176

IMG_3199

IMG_3180

IMG_3201

IMG_3181

IMG_3183

W Peterborough studiujemy atlas i sprawdzamy kalendarz. Potwierdza się to, co czujemy szóstym zmysłem w naszych podróżniczych duszach – czas zacząć wracać i domknąć dwumiesięczną pętlę. Przed nami jeszcze parę punktów trasy, w tym kilka wyznaczonych dawno temu w Polsce pinezkami, ale główny kierunek powoli będzie zmierzał w kierunku Sydney. Dziwne uczucie.

IMG_2964

2 myśli nt. „Góry z wyższej półki

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *