Gdzieś Tam – wędrówka za mitem

The night too quickly passes

And we are growing old,

So let us fill our glasses

And toast the Days of gold…

The rough bush roads re-echoed

The bar-room’s noisy din

When troops of stalwart horsemen

Dismounted at the inn.

An oft the hearty greetings

And hearty clasp of hands

Would tell of sudden meetings

Of friends from other lands.

                   [Henry Lawson, The Roaring Days]

Poezji tłumaczyć nie będę. Tablice geologiczne, notki biologiczne, ulotki historyczne – nie ma sprawy. Lepiej lub gorzej, ale jakoś daję radę. Za to przekładu poezji ode mnie nie oczekujcie. Niestety nie mogę też jej pominąć, bo bez poezji nie da się pisać o outbacku, więc z góry przepraszam nieanglojęzycznych czytelników.

Zresztą mam wątpliwości czy da się w ogóle opisać outback. Jak przekazać jego kolory, temperaturę, zapach – tak różne w zależności od miejsca. Jakimi słowami opisać skrajne uczucia, które dopadają człowieka zmagającego się z niewygodami i trudami życia tutaj. Jednocześnie mimo tych przeciwności – upału, much, węży, burzy piaskowych, suszy i wielomiesięcznych powodzi – człowiek outbacku nie wyobraża sobie życia gdzie indziej. Tutaj życie jest twardsze, ale jednocześnie – o wiele prostsze. Zwykłe rzeczy nabierają znaczenia, oczywistości stają się wyraźniejsze, a poprzez kontrast pomiędzy trudem dnia a wieczornym odpoczynkiem przyjemność jest na wyciągnięcie ręki.

You can talk of your whiskey

And talk of your beer

But there’s something much nicer

That’s waiting us here.

It sits by the fire

Beneath the gum-tree.

There’s nothing quite like it

– a Billy of tea.

So fill up your tumblers

As high as you can,

And don’t you dare tell me

It’s not the best plan.

You can let all your beer

And your spirits go free –

I’ll stick to me darling

Old Billy of tea.

Jak w końcu zdefiniować czym jest w ogóle outback, gdzie leży, gdzie się zaczyna, gdzie kończy? W jaki sposób do jednego pojęcia zmieścić parną i gorącą północ, wyschnięty na pył pustynny środek, rozległe farmy na południu i całkowicie odludne zachodnie wybrzeże z cudami natury zapierającymi dech w piersiach? No jak?

Poetą trzeba być i tyle.

IMG_3563

Outback zajmuje większość powierzchni Australii, a żyje w nim tylko 30% społeczeństwa. Jak popatrzeć na mapę, to ludzie mieszkają wzdłuż południowo – wschodniego brzegu od Adelajdy, przez Melbourne i Sydney a potem Gold Coast, aż do Cairns. Tam po prostu jest woda, choć w niektórych miejscach jej zasoby są ograniczone i powoli się wyczerpują. Ale na razie można w tych rejonach zakładać większe skupiska, ba – nawet parę miast. Na górze mapy kontynentu jest miasto Darwin (nic nie mówię, obiecałam kiedyś, że przestanę się czepiać tego miejsca), a pozostałe nazwy to naprawdę miasteczka mniejsze niż podwarszawskie sypialnie. Zachód to Broome – ciekawe, czy ktoś z Europejszyków nazwałby je miastem, i aglomeracja Perth. To wszystko. Wszystkie inne kropki z nazwami to z reguły osady ludzkie z podstawową infrastrukturą lub z wielofunkcyjnym pubem/roadhousem. I miasta – kopalnie, dziwne miejsca, gdzie właściwie mieszkają sami górnicy na kontraktach.

Nie zmienia to faktu, że dla Australijczyków outback jest zbiorową wyidealizowaną tęsknotą. I bardziej niż miejscem na mapie jest stanem umysłu.

Pracując w miastach całe dorosłe życie, nie mają czasu na tysiące kilometrów podróży podczas dwóch tygodni urlopu, żeby poznać swój kraj. Ale wiedzą, że gdzieś tam, za niewidzialną granicą, leży kraina Never-Never i marzą o tym, że kiedyś w końcu ją zobaczą. Robią to najczęściej na emeryturze jako tak zwani grey nomadzi. Wtedy mają nieograniczoną ilość czasu by ruszyć w drogę i nareszcie przekonać się, że outback w przeciwieństwie do wewnętrznego morza, to nie mit.

IMG_3759

My też daliśmy się skusić opowieściom o tej krainie. Nasza podróż nie byłaby kompletna, gdybyśmy choć pobieżnie nie poznali obszarów wabiących najróżniejsze charaktery. Dlatego pojechaliśmy na pustynię, przemierzyliśmy nieutwardzone czerwone szlaki, a jeszcze wcześniej byliśmy na samej północy kontynentu.

Teraz nadszedł czas na przejazd wzdłuż rzeki, która dla legendy outbacku jest tym, czym Święty Gral dla poszukiwaczy mitycznych skarbów.

IMG_3902

Darling River wraz z Murray River, z którą się łączy, tworzą ze swoimi odnogami sieć dostarczającą wodę do większości miast Australii, w tym do Sydney i do Melbourne. Łącznie są najdłuższą rzeką kontynentu. Zaopatrują w wodę również wiele farm i gospodarstw sadowniczych, można więc górnolotnie powiedzieć, że prawie każdy owoc na stole Sydnejczyka wyrósł dzięki Darling River.

I rise in the drought from the Queensland rain

I fill my branches again and again

I hold my billabongs back in vain

For my life and my peoples the south seas drain

And the land grows old and the people never

Will see the worth of the Darling River

[Henry Lawson, The song of the Darling River]

Ale nie w tym rzecz, jeśli chodzi o legendę tej rzeki. Żeby zrozumieć, trzeba sięgnąć do historii. Gdy Anglicy krok po kroku odkrywali kontynent, który sobie zawłaszczyli, ich wyobraźnię pobudzały obrazy środka kraju. Nie wiedzieli co tam jest, kolejne wyprawy nie dały rady dotrzeć tak daleko i wracały za wcześnie, pokonane przez upał i suszę. Lub nie wracały… A wypraw tych trochę było, bo temu, kto w końcu znalazłby odpowiedź na to pytanie, pisana była sława, chwała, bogactwo i w przyszłości pewnie kilka pomników lub ulic.

The Mountains saw them marching by;

They faced the all-consuming drought;

They would not rest in settled land:

But taking each his life in hand,

Their faces ever westward bent

Beyond the farthest settlement,

Responding to the challenge cry

Of “Better Country further out”.

 [A.B. “Banjo” Peterson, Explorers]

Jednocześnie plotki oparte na mizernych poszlakach szeptały o ogromnym wewnętrznym morzu. Skąd się wzięło takie wyobrażenie? Anglicy widzieli rzeki, które przepływały przez Góry Błękitne, a potem meandrowały po płaskim terenie aż za horyzont do środka kontynentu, ale nie mieli pojęcia gdzie dalej wpadały. Czy były jak Amazonka – olbrzymimi wodnymi wstęgami z zachodu na wschód? Ku temu twierdzeniu skłaniał się były oficer Kompanii Wschodnioindyjskiej Thomas Maslen. W swojej książce The Friend of Australia umieścił stworzoną przez siebie mapę kontynentu, która należy do rodzaju kartografii z wyobraźni. Nie mając pojęcia tak naprawdę jak ukształtowany jest środek Australii narysował przez nią ogromną rzekę wpadającą do Oceanu Indyjskiego, dzielącą kraj na dwie części, gdzie na północy miała być Australindia, a na południu Anglicana.

IMG_4134

Teoria przedstawiona przez Maslena była jednak podważana, w tym przez znanego z pomnika z Sydney Flindersa (tego od kota Trim’a), który specjalnie w 1802 r. popłynął wzdłuż południowego brzegu Australii, żeby odkryć ujścia rzek na tyle dużych, by można było nimi wpłynąć statkiem wgłąb kontynentu, tak jak to czyniono do tej pory odkrywając inne nieznane lądy. Matthew Flinders przepływał obok ujścia Darling River, ale … była akurat susza i rzeka łączyła się z morzem albo małymi, rozrzuconymi strumykami, albo wręcz wsiąkała w piach przy morskim brzegu. Jednak stwierdzenie Flindersa, że w Australii nie ma żadnych dużych rzek uchodzących do morza tylko podsyciło szepty o wewnętrznym morzu.

I teraz na scenę wkracza nasz ulubiony odkrywca. Jeśli będziecie mieli kiedyś jamnika, który mimo tresury, stanowczości, waszych próśb, gróźb, przemocy, przekupstw i codziennych wysiłków niestrudzenie będzie wam udowadniał, że nocą miejsce psa jest w waszym łóżku pod waszą kołdrą (a każdy w zasadzie jamnik to robi), to nazwijcie go Sturt.

W 1828 r. kapitan Charles Sturt przybył do Australii pełen wiary w to, że zapisze swoje imię na kratach historii. Był to okres, gdy kolonia huczała już od plotek o ogromnym, wewnętrznym morzu, “gdzie woda jest słona, i gdzie widywane są wieloryby”. Późnym latem tego samego roku poprowadził wgłąb lądu konwój ciągnąc z sobą łódź ze sterem i żaglami, pchany marzeniem, którego omal nie przypłacił życiem. Łódź natomiast ciągnięta była przez woły, łodzie nie mają popychających marzeń.

W lutym Charles dokonał odkrycia, które znów namieszało w historii. Dotarł bowiem do rzeki, której woda była słona. Co więcej – wokół roiło się od pelikanów wyławiających ryby z rzeki. Czy to był dowód na to, że w pobliżu było morze, którego wody zasalały rzekę? Z drugiej strony na drugim brzegu czasem Sturt widział pułapki na łososie i zbudowane chaty aborygeńskie, co z kolei powinno świadczyć o źródle pitnej, słodkiej wody? Co o tym myśleć? No cóż – to był szczyt australijskiego lata, a wtedy nie myśli się najlepiej, coś o tym już wiemy. Sturt też niewiele wymyślił, a ponieważ stan ludzi, z którymi podróżował pogarszał się wraz z coraz mniejszymi zasobami wody pitnej, wyprawa musiała wrócić. Łódź, najmniej winna całego zamieszania, została.

A skąd słona woda w Darling River? Otóż w kilku miejscach na trasie jej przepływu są pęknięcia w skale, którymi przedostaje się na powierzchnię słona woda z basenu artezyjskiego. Ot, cała tajemnica.

Obsesja Sturta po pierwszej porażce nie osłabła, wręcz przeciwnie. W 1830 r. poprowadził kolejną wyprawę (bez łodzi), tym razem odkrywając co dzieje się z Darling River – łączy się z Murray River i poprzez Encounter Bay wpada do morza na południu Australii.

To jednak nie dawało wciąż odpowiedzi, czy w głębi lądu jest wewnętrzne morze? Jesteście już znudzeni tym pytaniem? Ja prawdę mówiąc też, ale Charles nie. Ale musiał przerwać swoje pustynne wypady, bo najpierw na skutek długotrwałego wpatrywania się w rozgrzany, falujący horyzont stracił wzrok w lewym oku, potem w prawym i musiał popłynąć do Anglii na leczenie. Wrócił (ha!) do Australii w 1844 r, prowadząc trzecią wyprawę w głąb kontynentu. Rozumiecie już o co mi chodziło z tym jamnikiem?

Podczas ostatniej wędrówki zamiast ogromnego morza, wielorybów i zieleni, Charles Sturt znalazł tylko wyschniętą pustynię i upiorny upał. Sparaliżowany, został przyniesiony przez towarzyszy do Adelajdy. Mityczne morze okazało się być tylko mrzonką.

Paradoksem jest, że tak naprawdę Sturt dobrze szukał, tylko albo spóźnił się o kilkaset milionów lat, albo szukał za płytko. Bo przecież dawno temu środek Australii rzeczywiście był morzem. A do dziś, pod ogromną częścią jego powierzchni znajduje się olbrzymi rezerwuar wody artezyjskiej. Dowiercono się do niego w latach ’80-tych dziewiętnastego wieku i wtedy outback ożył. Eksplozja hodowli owiec, nowe farmy, kopalnie, miasta i miasteczka – w mgnieniu oka dostęp do wody umożliwił zajęcie niedostępnego wcześniej dla białych środka kontynentu.

Jednocześnie wiedząc już, że Darling River dopływa do morza uczyniono z niej trakt, którym przewożono miliony ton wełny z farm. Wzdłuż rzeki zakładano porty, do których cumowały barki. W jedną stronę woziły postrzygaczy owiec, w drugą bele ubitej wełny.

Jeśli wierzyć fotografiom z tamtego okresu, a czemu by nie wierzyć, to te miejsca były wtedy synonimem rozwoju, cywilizacji i gwarnego lokalnego centrum, gdzie zawsze coś się działo. Dziś, gdy przez nie przejeżdżaliśmy podczas kilkudniowego rajdu Darling River Run – to senne osady z zachowanymi mostami nad rzeką, świadkami tamtych czasów.

IMG_3578

IMG_4084

Puste ulice wzdłuż których zabita na głucho stoi większość domów pobudowana według ówczesnej mody. Mimo łuszczącej się farby i brakujących czasem kilku desek to tu to tam, piękne, z drewnianymi ozdobami, werandami, dużymi oknami. Tylko puste i już nikomu niepotrzebne. Jest coś niezmiernie smutnego w tych miasteczkach, które właściwie nie mają już racji bytu, choć mieszkańcy, którzy w nich pozostali próbują stworzyć pozory ich ważności. Stawiają tablice historyczne, robią zbiórkę na farbę do pomalowania przęsła, wydają ulotki dla zabłąkanych turystów. A może nie mam racji, może się mylę. Może nie starczyło nam już czasu i cierpliwości w dostrzeżeniu wewnętrznego tętna tych miejsc. Było bardzo gorąco, wokół znów muchy, za nami i przed nami monotonna kilkudniowa trasa pylącą, nierówną drogą biegnącą przez farmy. Byliśmy już zmęczeni podróżą, a dzieci naprawdę miały już dość całych dni w aucie. Mogło się więc tak zdarzyć, że mijając kolejne miejsca, nie mieliśmy już siły na ich zrozumienie, bo pchała nas na przód myśl o dojechaniu do końca.

Mildura, Louth, Willcania, Menindee – może kiedyś tam wrócimy, by pobyć i poczuć.

Bo jak to mówią – outback zostaje w sercu na zawsze, pyłem wchodzi pod paznokcie, wnika przez pory skóry, i człowiek zawsze już będzie jakąś częścią tęsknił do zapachu rozgrzanej czerwonej ziemi i widoku wyschniętych traw.

IMG_3643

IMG_3660

IMG_4075

For time means tucker, and tramp they must, 
where the plains and scrubs are wide, 


With seldom a track that a man can trust, or a mountain peak to guide; 


All day long in the flies and heat the men of the outside track

With stinted stomachs and blistered feet 
must carry their swags Out Back. 

[Henry Lawson, Out Back]

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *