Darling River Run. Bo ciągle nam outbacku mało.

Darling River Run zaczyna się właściwie w Wentworth, ale my wjechaliśmy do niej od połowy, w Menindee.

Najpierw z Broken Hill udaliśmy się do Kinchega National Park. Skusiła nas w tamte rejony historyczna, największa swego czasu i jedna z najstarszych w zachodniej NSW szopa do strzyżenia owiec.

IMG_3446

Na pierwszy rzut oka – mało imponująca szopa

Obiad w drodze

Obiad w drodze

Sam park narodowy to znów pustynne obszary – czerwona, sucha ziemia i wyschnięte szare kępki traw lub bezlistnych krzewów, wyglądających na absolutnie i totalnie martwe. Dopiero po przyjrzeniu się z bardzo bliska można zobaczyć wąskie, szare liście przyklejone wzdłuż gałęzi lub małe, również szare, kulki z nasionami.

IMG_3415

Dziki mini-arbuz z bliska

Dziki mini-arbuz z bliska

Nagle, zupełnie niespodziewanie krajobraz zmienia się w zaczarowany las. Na głębokości kilkuset metrów wzdłuż płynącej tutaj Darling River rosną olbrzmie i bardzo stare eukaliptusy. Grube pnie z korą układającą się w fantazyjne wzory, powykręcane gałęzie dające cień, wirujące na najmniejszym wietrze cienkie srebrnozielone listki i migoczące, rozbiegane plamy światła słonecznego.

IMG_3519

IMG_3516

IMG_3524

IMG_3540

IMG_3523

A przy samej rzece co jakiś czas, tak żeby zachować poczucie odizolowania, rozmieszczono miejsca do rozbicia obozu. I tu paradoks – na wjeździe do parku postawiono tablicę z ostrzeżeniem, iż rosnące tu eukalitusy są wiekowe i ich grube konary w każdej chwili, bez wiatru i specjalnej przyczyny mogą się odłamać. W związku z powyższym uprasza się turystów o nierozbijanie namiotu pod drzewami. Następnie – jedyne miejsca kempingowe wyznaczono w zacienionych przez eukaliptusy zatoczkach. Hmm… Ryzykujemy i postanawiamy z jednego z nich skorzystać.

IMG_3554

IMG_3515

Obiektywnie – jest rewelacyjnie. Cisza, spokój, woda, legendarnej rzeki, niesamowite otoczenie, relatywnie mało much, na które działa nasz czarodziejski krem. Subiektywnie – na ziemi milion malutkich ostrych nasion eukaliptusa, tak że nie da się Kaja puścić do raczkowania, bo albo wbijają mu się w rączki, albo swoim starym zwyczajem Kaj je połyka. Do tego bardzo stromy, wręcz pionowy, wysoki na dwadzieścia metrów, niczym niezabezpieczony brzeg rzeki. Ech, zwykłe uroki podroży z małymi dziećmi.

Przyłapany Kaj z kolcem w buzi

Przyłapany Kaj z kolcem w buzi

IMG_3548

Próbujemy jednak z chwili wycisnąć ile się da. Michał rozbija namiot, ja ignorując wypadający dysk spaceruję kolejne kilometry z Kajem za rączkę (pistolet jeden gryzie mnie jak próbuję wziąć go na ręce. On teraz będzie chodził ze swoim chodzikiem, czyli mną), a Tolek biega wokoło i zbiera patyki na ognisko “na niby” (z powodu suszy obowiązuje zakaz rozpalania otwartego ognia). Potem ja zajmuję się wkładaniem swojego dysku na miejsce, a Michał przejmuje chłopców i razem przygotowują kolację. Bo to męska rzecz jest upolować i przyrządzić na patelni pyszne tosty maczane w rozbełtanym jajku, podane potem ze zdobycznym w pobliskim sklepie kurczakiem z rożna : )

IMG_3546

IMG_3549

Kaj zasypia, my zajadamy się grzankami, pijemy gorącą herbatę z naszego billy’ego, a słońce powoli zachodzi. Już mam sięgnąć po aparat, żeby uchwycić kolory na rzece i chmurach, gdy budzi się Kaj, bo przypomniał sobie, że zasnął bez porcji wieczornego mleczka. Nie ma przebacz, nie da się zapomnieć, że z zawodu jestem matką karmiącą, a dopiero z hobby w wolnym czasie fotografem. Gdy wychodzę z namiotu, na niebie świecą już gwiazdy i księżyc.

 

Rano ruszamy wzdłuż rzeki. Przy okazji przekraczamy po raz kolejny granicę zmiany czasu. Nie pokrywa się ona zupełnie z niczym, bo jest za Broken Hill, które administracyjnie należy do New South Wales, ale czas w nim jest taki jak w South Australia. W dodatku samo przesunięcie jest bez sensu, bo o pół godziny.

IMG_3408

IMG_3410

Droga jest w zmiennym stanie – raz sypkie kamienie pozbawiające auta przyczepności, raz głębokie, zupełnie niewidoczne z dala doły lub zaschnięte na kamień spore błotne muldy. Miejscowi jeżdżą nią swoimi poobijanymi pick-up’ami ponad 100 km/h, ja na trochę lepiej wyglądających odcinkach odważam się na marne osiemdziesiąt, w porywach dziewięćdziesiąt, a i tak czasem słyszę jak Michał siedzący obok wstrzymuje oddech. Auto co chwila skrzypi i wali zawieszeniem, bo jednak niezależnie od tego, jak chcą je przedstawić marketingowcy, Amarok nie jest terenówką. Za niski prześwit, za małe koła i zdecydowanie za słaby silnik.

IMG_3564

IMG_3585

IMG_3565

Niby sto pięćdziesiąt kilometrów to jest nic. Kilka miesięcy temu wracałam z Warszawy do domu nową autostradą, zastanawiając się nad jakimiś ważnymi zapewne rzeczami, i jechało mi się tak dobrze, że oprzytomniałam dopiero pod Łodzią. Stoparęnaście kilometrów śmignęło pod kołami nie wiadomo kiedy.

Teraz tą samą odległość pokonujemy w dwie i pół godziny, a w dodatku mamy wrażenie, że trwało to cały dzień. Na pewno w znacznym stopniu sprawił to krajobraz drogi – cały czas jechaliśmy przez pustkowia. Ziemia raz była czerwona, raz szara, czasem kamienista, czasem piaszczysta, wokół pojedyńcze drzewa nie dające cienia lub kępki traw, ale mimo tej pozornej różnorodności – przez sto pięćdziesiąt kilometrów za oknem widzieliśmy monotonnię. Nie spotkaliśmy żadnego auta, nie minęliśmy żadnego domostwa. Tylko kolejne płoty z grid’ami na drodze informowały nas o wjechaniu na teren następnej ogromnej farmy. Do tego w Australii jest irytujący zwyczaj nie umieszczania tablic z odległościami. Więc gdy przed startem zapomnieliśmy spojrzeć na licznik, to w trakcie drogi, jak już byliśmy mocno znużeni i rozpaczliwie potrzebowaliśmy podniesienia na duchu, że niedługo droga dotrze do celu, nie mieliśmy pojęcia ile jeszcze nam zostało.

IMG_3575

IMG_3573

IMG_3591

IMG_3630

W końcu dojeżdżamy do Wilcannii. Tam kawa w jedynej kawiarni w mieście, plac zabaw, chwila relaksu. Oprócz właściela kawiarni nie spotykamy nikogo, miasto wygląda jakby było opuszczonym planem filmowym. Jesteśmy dziwnie otępiali, pozbawieni dotychczasowego tempa, i zupełnie dajemy ciała jeśli chodzi o planowanie. Dzwonimy do jednej z oferujących noclegi farm na dalszym odcinku trasy, chcąc upewnić się, że możemy na niej dziś przenocować. Ze zdziwieniem dowiadujemy się, że wszystkie pokoje są zajęte. Ups. Do kolejnej farmy nie mamy szans dotrzeć przed zmrokiem, a w Wilcanni nie wyobrażamy sobie szukania noclegu. Znajdujemy na mapie pub w Tilpie, dzwonimy, rezerwujemy pokój. I tu właśnie popełniamy błąd, bo zapominając gdzie jesteśmy i jak wyglądają miasteczka z pub’ami, chcemy po prostu jak najszybciej dokończyć trasę. Gdy ją wybieraliśmy, kierowaliśmy się kuszącym hasłem “Przemierzenie Darling River Run pozwoli na prawdziwe doświadczenie życia w outbacku”. Teraz jesteśmy już zmęczeni, nie chcemy utknąć pośrodku niczego z dziećmi, a jedyne czego chemy doświadczyć to klimatyzowany pokój w cywilizowanym mieście. Inna sprawa, że outback w naszych (na niczym w sumie nie opartych) wyobrażeniach był romantyczną scenerią, z szumem płynącej rzeki, licznymi stadami krów i owiec leniwie wędrującymi z pastwiska na pastwisko, kowbojami na koniach pozdrawiającymi nas z siodła (koniecznie w pełnym rynsztunku prosto ze sklepu R.M. Williamsa), sielskimi bezkresnymi krajobrazami, i cały dzień nisko wiszącym słońcem, które potem zachodzi malując niebo. A, i jeszcze z ukrytych głośników (???) naszej wędrówce towarzyszą dźwięki australijskiego country (ukrytych, bo z głośników naszego radia samochodowego dochodzą co najwyżej dźwięki składanki hitów przedszkolnych). Naiwne, prawda? Teraz też już to wiem. I mogę też przyznać, że przemierzona przez nas Darling River Run naprawdę daje wyobrażenie o outbacku, tym prawdziwym. Spalonym słońcem, monotonnym, bezkresnym, bezludnym. To osamotnienie, którego doświadcza się podróżując czerwonym traktem to dla mnie definicja krainy Never-Never. Bo tak naprawdę nie przyroda tutaj powala na kolana i sprawia, że outback uwodzi duszę. Przyroda powoduje, że łatwiej jest docenić to, co ważne i szczególne – drugiego człowieka. Po kilku godzinach, dniach, tygodniach bycia z samym sobą w krainie, w której nie tak trudno o śmiertelny pech (nie, outback to nie sielskie tereny, i mimo współczesnej technologii, dzięki której można wezwać pomoc na czas i relatywnie nie jest tu bardziej niebezpiecznie niż w mieście, ciągle ma się poczucie zagrożenia i takiego podskórnego dreszczu, że zawsze coś może pójść nie tak), spotkanie z drugim człowiekiem jest swoistą nagrodą. Dlatego zupełnie obcy ludzie potrafią tutaj stworzyć pomiędzy sobą szczególną więź, choćby miała ona trwać tylko chwilę. Każdy, kogo spotykaliśmy z nami rozmawiał. O pogodzie, o muchach, o kurzu, o trasie, o planach na jutro, o tym, czy droga przejezdna. Pytali o nas, opowiadali o sobie. Wysłuchaliśmy opowieści, prozaicznych takich jak o rodzinie i miejscu z którego rozmówcy pochodzili, i tych głębszych, o marzeniach, ważnych momentach w życiu, planach. W outbacku ważny jest człowiek, a więc ważna jest jego historia, dlatego każdy ma czas jej wysłuchać. Nie ma opowieści zbyt prostych, nieciekawych, zwyczajnych – bo przecież nie ma zwyczajnych ludzi.

Taką właśnie lekcję wyniosłam z kilkutysięcy przejechanych kilometrów – każdy człowiek jest ważny.

 

Ruszamy kolejne sto kilometrów w stronę noclegu w pubie, wyjeżdżając z jedynego miasteczka w promieniu dwustu kilometrów nie zastanawiając się nad tym, czy mamy zapasy jedzenia, wody i pieluszek na kolejne dni. Trochę nam się to odbije czkawką.

Historyczny most w Wilcanni i częściowo wyschnięta Darling River

Historyczny most w Wilcanni i częściowo wyschnięta Darling River

Skrzynka na listy i paczki

Skrzynka na listy i paczki

Pub w Tilpie nie różnił się od innych odwiedzonych przez nas pubów. Z prawie stuletnią historią, stał sobie pośrodku niczego.

Tilpa - miasteczko na zdjęciu. Pub, hotel i stacja benzynowa.

Tilpa – miasteczko na zdjęciu. Pub, hotel i stacja benzynowa.

Na podwórku pomiędzy pub'em a hotelem stary grób 14miesięcznej Jessie Cotton.

Na podwórku pomiędzy pub’em a hotelem stary grób 14miesięcznej Jessie Cotton.

Bo Tilpa, mimo że jest kropką na mapie nie ma zupełnie żadnego innego domu. Ma za to cmentarz, na którym nikt nie leży (jedyny taki w Australii, jak reklamuje ulotka, i w to wierzymy), zapuszczony plac zabaw z milionami mrowisk, stary most z czasów spławiania rzeką barek z wełną, i najkrótszą na całym kontynencie trasę z zabytkami (z czego nomen omen Tilpa jest dumna). Po jednej stronie drogi trasa zaczyna się tablicą przy starym moście na rzece Darling. Tablica po pierwsze informuje, iż swego czasu rzeka była autostradą dla statków parowych. Po drugie wspomina niejakiego Tom’a Johnstona, szkockiego kapitana jednego z tych parowców, który był tak silny, że wyładowując statek dźwigał po worku pszenicy pod każdym ramieniem. Koniec tablicy. Przechodzimy do drugiej, którą poświęcono pub’owi. Historia pubu wspomina o tym, że początkowo w tym samym budynku mieścił się Royal Hotel z pubem oraz biuro poczty. Jeden z bardziej awanturujących się członków miejscowej społeczności napisał w tej sprawie list do Parlamentu, w którym żądał rozwiązania tej sytuacji. Argumentował, iż niestosownym jest załatwianie spraw na poczcie, gdy trzeba przejść koło pijanych mężczyzn, którzy swoim zachowaniem rozpraszają urzędnika pocztowego i uniemożliwiają kulturalne nadanie telegramu. Parlament zareagował błyskawicznie, poczta została zamknięta.

Trzeciej tablicy nie ma, koniec trasy historycznej po Tilpie, czas najwyższy udać się do pubu. Tego samego, w którym za wrzucenie monety do słoja dla RFDS można nabazgrać swoje imię na ścianie czy innej powierzchni.

IMG_3624

IMG_3626

Za kontuarem oczywiście studentka z Europy, tym razem Irlandka. Mrukliwa, zupełnie nie przejawia chęci rozmowy, mimo że pytamy się o różne rzeczy związane z pracą w outbackowym pubie. Dowiadujemy się tylko, że pub zapełnia się w piątki, gdy z okolic przyjeżdżają farmerzy napić się piwa w towarzystwie. Gdy wypiją za dużo, nocują w hotelu (przewidując taki rozwój wydarzeń jest jakiś przepis nakazujący pub’om posiadanie miejsc noclegowych). Gdy w końcu zadajemy pytanie wprost, dlaczego wybrała to miejsce na spędzenie gap year (bo ze szczątkowej rozmowy wynika, że przyjechała zwiedzać Australię, ale nigdzie nie była poza Sydney) odpowiedziała ofensywnie i właściwie nie udzielając odpowiedzi, tylko się tłumacząc, że przecież ona tu nie jest sama, są jeszcze dwie inne koleżanki.

Nic z tego nie rozumiemy, oprócz tego, że albo przyczyna jest tajemnicza (zakazana miłość do jednego z piątkowych farmerów???), albo dziewczyna sama jej nie zna. Z początku (już w pubie w Williams Creek) wydawało nam się, że może jesteśmy mało zachęcający do rozmowy dla pub’owych studentów zza kontuaru (różnica pokoleń i te sprawy), ale rozmawiając w Bourke z kimś na kempingu, usłyszeliśmy, że w outbacku żyją niesapowicie sympatyczni i chętni do rozmowy ludzie, poza … studentami na gap year pracującymi w pubach. Zagadka, której nie udało nam się rozwiązać.

IMG_3612

IMG_3606

IMG_3607

IMG_3609

IMG_3614

Pokój hotelowy przynajmniej nie miał widoczego robactwa, więc mogliśmy puścić dzieciaki na podłogę. Jednocześnie na każdym kroku widać było, że co kilka lat przeprowadzany jest remont polegający na położeniu świeżej wykładziny przykrywającej zbutwiałe deski podłogowe i to co w nich żyje, pomalowaniu ścian, żeby ukryć martwe ciała much i komarów, i zatkaniu kolejnymi kawałkami blachy szpar i szczelin powstałych w starych warstwach blachy. Moskitiery w oknach i drzwiach nie podlegały wymianie, a szkoda.

IMG_3598

Zuzia mieszkała w hotelowej łazience udając do złudzenia sztuczną żabkę z kamienia.

Zuzia mieszkała w hotelowej łazience udając do złudzenia sztuczną żabkę z kamienia.

Rano odkrywamy, że błędem było nie zrobienie zakupów w Wilcanni, bo nie bardzo mamy jak się samodzielnie wyżywić. Zmuszeni okolicznościami bierzemy mało zachęcające śniadanie w pubie (co innego moglibyśmy dostać od zaspanych Irlandek, jeśli nie English beakfast?) plus kawę. Ja wiem, że to pub, ale nad kontuarem było napisane, że serwują kawę. Irlandka znika w prywatnej części budynku, a potem przynosi nam dwa kubki domowej, rozpuszczalnej kawy z mlekiem. Dwa kubki, każdy z innej parafii, podejrzewamy więc, że zabrała je swoim koleżankom, żeby obsłużyć dziwnych gości. Gdy niechcący podczas karmienia dzieciaków z widelca spada mi kawałek bekonu i wpada do kawy, stwierdzamy, że po jego wyłowieniu kawa dalej smakuje tak samo.

Czas się stąd zbierać.

Pytamy o najbliższy sklep, mając nadzieję, że będzie w Louth, sto kilka kilometrów przed nami w stronę, w którą zmierzamy. Prawda jest brutalna – najbliższy spożywczy jest w Bourke, dwieście kilometrów stąd. Ale w pubie mają do sprzedania mrożony chleb tostowy i mleko w kartonie. Bierzemy, zawsze to coś.

Pub w Louth

Pub w Louth

Docieramy do głównej atrakcji na naszej farmie – Trilby Station. To działająca farma owcza, prowadzona przez Garry’ego i Liz, należąca od pokoleń do rodziny irlandzkich przybyszów ze strony Garry’ego. Sama Liz jest niesamowitą postacią, z niespożytą pozytywną energią, kochającą outback i … Afrykę. Na wakacje jeździ do ukochanego Senegalu, gdzie mieszka u zaprzyjaźnionej tam rodziny, lub wypuszcza się na najróżniejsze bliższe i dalsze trasy trekkingowe. Ostatnio udało jej się pokonać trudne przejście w przez dżunglę w Papui. A, i kilka lat temu zdobyła też Kilimandżaro : )

Jednocześnie Liz nie wyobraża sobie życia poza swoją farmą w outbacku, i z niespotykaną gościnnością wszystkim przyjezdnym próbuje pokazać choć odrobinę jego czaru. W kwaterach noclegowych, służących turystom, a tylko przez parę tygodni przeznaczonym dla postrzygaczy owiec, leży gruby skoroszyt, w którym Liz opisała historię swojej rodziny oraz życie na farmie. Jest to dla nas prawdziwa prawdziwa kopalnia wiedzy. Mimo to zadajemy jej przy każdej okazji milion pytań, na które cierpliwie odpowiada. W końcu zaczynamy mieć jakie takie pojęcie o tym, jak się żyje na owczej farmie w outbacku.

Główny dom Trilby Station

Główny dom Trilby Station

Odpadająca farba na skrzynce pocztowej znaczy najwyższy poziom powodzi.

Odpadająca farba na skrzynce pocztowej znaczy najwyższy poziom powodzi.

 

Gdy dzieci były w wieku szkolnym podstawówkowym (mniej więcej do ukończenia dwunastu lat), Liz uczyła je w domu. Niby w Louth, trzydzieści kilometrów od farmy jest szkoła, ale po pierwsze ponoć poziom nauczania nie jest najlepszy (nauczyciele nie są tam z dobrowolnej decyzji, tylko dostali państwowy “przydział” na kilkulatni kontrakt). Po drugie, i to było ponoć kluczowe – czerwona ziemia outbacku jest mało kompatybilna z najmniejszymi opadami deszczu. Gdy tu jechaliśmy widzieliśmy co jakiś czas otwarte bramy z tabliczkami “Droga zamknięta z powodu powodzi”. Nie wiedzieliśmy o co chodzi, bo powódź zdarza się tu dość rzadko, a przecież sporadyczne opady deszczu nie zrobią aż tak dużej szkody, żeby auto 4WD nie dało rady. Okazało się, że nieszkodliwy z pozoru kilkuminutowy deszcz zmienia czerwony pył w lepką glinę, która z każdym obrotem oblepia koła coraz grubszą warstwą, zamiast odpadać. W ten sposób bardzo szybko unieruchamia auto. W konsekwencji Liz nigdy nie mogła być pewna, czy jak zawiezie dzieci do szkoły rano, to czy będzie w stanie je popołudniu odebrać. Lub następnego dnia.

Natomiast powodzie są w tych okolicach okresem, z którym farma doskonale sobie radzi. Nie są one spowodowane deszczami nad tutejszym obszarem, tylko opadami tysiące kilometrów stąd, na skutek których wypełniają się rzeki wpadające do Darling River. W końcu sama Darling nie jest w stanie pomieścić takiej ilości wody i zalewa obszary przez które przepływa. Dlatego farma zwykle kilka tygodni wcześniej wie, że idzie fala powodziowa i ma czas wszystko przygotować. Gospodarze jadą do miasta po większe zakupy i zapełniają dwie spiżarnie plus osobne pomieszczenie będące chłodnią. Samochody są odstawiane w miejsca, gdzie wiadomo, że woda na pewno nie dotrze (przez kilka pokoleń trwania farmy są one doskonale znane). Jest tam też pas startowy. Gdy woda odcina domostwo od drogi, Garry lub Tom samolotem spod domu (tam też jest pas startowy) przewożą Liz w miejsce, gdzie już jest sucho, a dalej już samochodem można jechać do miasta (w zależności od rozmiarów powodzi albo do Bourke, albo do Cobbar). Co prawda w 2012 roku powódź była tak duża, że przydomowy pas startowy był pod wodą, ale i na to jest rada – wtedy łodzią spod domu płynie się po zalanych pastwiskach do suchego lądu, gdzie czeka samochód. Natomiast dom, który stoi na terenach zalewowych jest na stałe otoczony wałem ziemnym z przerwą na drogę wjazdową. Gdy idzie powódź, po prostu spychaczem zasypuje się tą lukę i to wystarcza.

Hangar na suchej części farmy

Hangar na suchej części farmy

Pas startowy

Pas startowy

Jak na razie raz jeden jedyny zdarzyło się tak, że wody było za dużo i stała kilka miesięcy (właściwie jedna powódź nie zdążyła się zakończyć, jak zaczęła się kolejna). Wtedy, pod koniec, Liz i Garry musieli poprosić strażaków, żeby na linie z helikoptera spuścili im baniaki z paliwem do samolotu : ) Poza tym – byli samowystarczalni. Dzięki temu, że Tom ma licencję na helikopter (pisałam o nim w poście o marzeniach) sami też radzą sobie, gdy trzeba przetransportować na suchy ląd jakieś zagubione owce, które utknęły na wysepkach pomiędzy rozlewiskami.

Z tej samowystarczalności są tutaj bardzo dumni. W swoich garażach mają ciężki sprzęt budowlany – koparki, spychacze, walce. To dlatego, że sami muszą dbać o stan dróg na swojej farmie, budować nowe, gdy jest taka potrzeba, sami muszą wykopywać doły na śmieci oraz utylizować ścieki.

Trillby Station jest dość spora, zajmuje sto trzydzieści tysięcy hektarów. Liz i Gary trzymają na niej dwadzieścia tysięcy owiec, i mimo że owce pasą się same, codziennie trzeba coś zrobić – naprawić płot, sprawdzić, czy wszystko działa jak należy, wytyczyć nowe pastwiska. Z drugiej strony po tylu latach doświadczeń farma funkcjonuje jak doskonale wyregulowany mechanizm i niesamowite jest to, że obsługiwana może być tylko przez ich dwójkę. Oczywiście poza okresem, gdy trzeba owce strzyc.

IMG_3904

W Trillby początkowo planowaliśmy zostać jedną noc. Jednak otoczenie było tak relaksujące (z przydomowym basenem), że w efekcie spędziliśmy tam trzy pełne dni. Mieszkaliśmy w kwaterach dla postrzygaczy i był to jeden z najlepszych noclegów jak do tej pory. Długi budynek mieścił ciąg pokoi, a na końcu z jednej strony sporą łazienkę z prysznicami, a z drugiej – wielką kuchnię z jadalnią. Byliśmy jedynymi gośćmi, więc w efekcie za cenę prostego pokoju dwuosobowego mieliśmy cały dom do własnej dyspozycji. To było niesamowicie relaksujące – w końcu mieć gdzie puścić dzieciaki, bez much, robactwa, kłujących nasion lub patyków, bez przejmowania się, że robią hałas i bałaganią, przeszkadzając innym gościom. Prosta rzecz, a cieszy.

Kwatery postrzygaczy

Kwatery postrzygaczy

Wieczorami, gdy już zasnęły, mogliśmy wyjść przed dom oglądać gwiazdy. Oczywiście w butach, bo Liz prosiła, żeby ze względu na węże po zmroku nie chodzić boso i bez latarki, ale i tak było warto ryzykować. Niebo w outbacku, bez świateł z miast i osad ludzkich, z latarni ulicznych, samochodów lub choćby domostw w promieniu kilkuset kilometrów, jest niezapomniane. Z pozoru – granatowa kopuła usiana migoczącymi punktami. Ale gdy przyjrzeć się tym granatowym fragmentom, na pierwszy rzut oka pustym, to po chwili dostrzega się na nich kolejne, coraz słabsze jasne kropeczki. I gdy tak wzrok wędruje w głąb odkrywając coraz dalsze gwiazdy można poczuć nieskończoność. Do tego, dla wzmocnienia efektu – koncert żab i świerszczy.

IMG_3931

Jedynym problemem związanym z utknięciem na Trilby Station na tak długo był brak zapasów jedzenia, głównie śniadaniowo-kolacyjnych, ale okazało się, że Liz z swojej spiżarni była w stanie coś dla nas znaleźć – mleko, chleb tostowy, jajka. Tylko z owocami był problem, bo uchowały się wyłącznie dwa banany, a chłopcy u nas są przyzwyczajeni do owocowego lunchu. Ale jakoś daliśmy radę. A tak na marginesie – to co dla nas jest największym minusem życia w outbacku, to nie węże, nie muchy i nie trudna, codzienna praca. Tutejszej ziemi się nie uprawia. Nikt tutaj nie ma przydomowych ogródków z pomidorami, sałatą czy drzewami owocowymi. Nie jest więc zaskoczeniem, że dieta w outbacku jest mało urozmaicona i na pewno nie ma nic wspólnego z hasłem “Jedz warzywa i owoce pięć razy dziennie”, a często jedyne owoce, które są na stole pochodzą z puszki. Po czterech miesiącach życia w drodze, gdy naprawdę ciężko jest mając tylko małą lodówkę, przechowywać warzywa i owoce, naprawdę tęsknimy za “zieleniną”. Za sałatą na kanapkach, pomidorami z cebulką w śmietanie, a nawet za kartoflami zamiast wszechobecnych frytek. Z koperkiem oczywiście.

Przez trzy dni intensywnego dziennikarskiego śledztwa dowiedzieliśmy się sporo o stylu życia tutaj. Zwiedziliśmy pastwiska, poznaliśmy różnice w budowie poszczególnych ogrodzeń, dowiedzieliśmy się jak można próbować sobie radzić w porze suszy (która potrafi trwać kilka lat), dlaczego drzewo Mulga jest tak istotne (nie, nie ze względu na jadalne robaki w jego korzeniach, ale dlatego, że jego korzenie zawierają wodę, więc jak jest taka potrzeba to buldożerem zwala się takie drzewa i przez jakiś czas owce mają dostęp do pożywienia) i nauczyliśmy się jak rozpoznać miejsca powodziowe od tych, gdzie woda już nie sięga (po kolorze ziemi – czerwona to teren zalewowy, a biała już suchy).

Wyraźna granica pomiędzy ziemią suchą a zalewaną w czasie powodzi

Wyraźna granica pomiędzy ziemią suchą a zalewaną w czasie powodzi

Dziki pomidor

Dziki pomidor

IMG_3649

Drzewo leopardowe, nazwane ze względu na korę.

Drzewo leopardowe, nazwane ze względu na korę.

IMG_3658

Na surowo, czy upiec?

Na surowo, czy upiec?

Outbackowy przysmak

Outbackowy przysmak

To też jest jadalne, choć chrupie i łaskocze w język

To też jest jadalne, choć chrupie i łaskocze w język

Rampa do załadunku owiec

Rampa do załadunku owiec

Zbiornik na wodę

IMG_3671

IMG_3638

IMG_3651

IMG_3667

IMG_3669

 

Przejeżdżając zaprojektowaną przez Liz trasą po farmie widzieliśmy porzucone przez poprzednich zarządców lub ludzi tu pracujących samochody i maszyny. Przecież nikt ich stąd nie będzie wywoził na złom : )

IMG_3741

IMG_3786

IMG_3804

Na koniec trafiliśmy do poprzedniego domostwa na farmie, położonego jakieś 30 kilometrów w linii prostej od obecnego. Tam mieszkali rodzice Gary’ego z jego braćmi i dziadkiem. Dom był mały, z jedną sypialnią w której spali rodzice, natomiast chłopcy z dziadkiem mieli swoje łóżka na osłoniętej od owadów moskitierą werandzie. W upalne lato spali od strony północnej, a na zimę przenosili się na południe.

IMG_3824

IMG_3827

IMG_3807

IMG_3810

Po wybudowaniu nowego domu i przeprowadzce, stary dom przez jakiś czas był wciąż używany. Spano w nim, gdy nie było sensu wracać do głównego domu, żeby rano wrócić do pracy w pobliżu starego, lub gdy na farmie czasowo zamieszkiwał ktoś do pomocy. Potem zostawiono w nim zapasy jedzenia i bazowe sprzęty na wypadek, gdyby powódź uniemożliwiła przebywanie w nowym domu. Tak się jednak nigdy nie stało i od jakiegoś czasu dom stoi nieużywany. Stoi tak, jak został opuszczony, nikt nie widzi sensu w sprzątnięciu go, czy rozebraniu. Rzeczy z niego właściwie nadają się już tylko do wyrzucenia, a z drugiej strony – żal wyrzucać pamiątki rodzinne, choćby nie wiadomo jak zniszczone. Więc stoi, mimochodem zamieniony w niby–muzeum dla tych, którzy rozumieją jego historię.

IMG_3828

IMG_3830

IMG_3831

IMG_3832

IMG_3833

IMG_3836

IMG_3838

IMG_3839

IMG_3846

IMG_3844

IMG_3849

IMG_3851

Ponieważ trawa wokół niego jest dość wysoka, Liz ostrzegała nas, żebyśmy szczególnie uważali na węże. Wychodząc z samochodu proszę Michała, żeby wziął Tolka na ręce, tak na wszelki wypadek. A na to przyzwyczajony już do Australii nasz syn:

–       Elvisie, nie martw się, mam toporek na węże, jakby co.

–       Toporek?

–       Tak, i jak zobaczę węża to mogę go pitolnąć w łeb.

 

Pisałam już, że przez miesiące przebywania z nami Tolek rozwija się językowo? Wstyd nam, oj wstyd.

IMG_3857

Trasa objazdowa po farmie została wyznaczona i opisana przez Liz w wydrukowanym przez nią przewodniku. W ten sposób każdy, kto chce się czegoś dowiedzieć o życiu hodowcy owiec, może go od Liz pożyczyć, a potem samodzielnie zwiedzić pastwiska i zrozumieć co nieco. My oczywiście chcieliśmy i było to półtora dnia świetnej przygody.

Jadą dzieci drogą i nadziwić się nie mogą. Emu tu, emu tam...

Jadą dzieci drogą i nadziwić się nie mogą. Emu tu, emu tam…

IMG_3867

Trilby Station w uproszczeniu została wydzielona z większej farmy przez rodzinę Gary’ego. Pierwotnie na tych terenach próbowano uprawiać ziemię i nad rzeką istniała spora osada, bo do tego potrzeba było o wiele więcej ludzi, niż przy hodowli owiec. Pomijając szczegóły jak nawodniano ziemię wodą z rzeki, jak siano i koszono, a już na pewno – jak działały poszczególne maszyny, wspomnę tylko o jednej rzeczy, która wzbudziła nasze zdziwienie połączone z podziwem. Otóż właściciele w owych czasach sprowadzali na swoją farmę najnowsze maszyny do uprawy ziemi, żeby uzyskać jak największy plon. Niby logiczne, ale zastanówcie się – mieszkali w centrum niczego, nie było internetowych sklepów, nawet telewizji nie było, a oni jakoś dowiadywali się, że w Nowej Zelandii lub w Niemczech ktoś wynalazł jakiś traktor lub inny sprzęt, w niezrozumiały dla nas sposób sprawdzali czy to urządzenie im się nada do czegoś, a następnie je zamawiali. I czekali miesiące, aż statkiem po oceanie, a potem barką po rzece Darling, dotrze prakombajn. A co jeśli na koniec okazywało się, że przybył w niewłaściwym kolorze (jak to się zdarza butom z allegro)???

IMG_3871

IMG_3873

IMG_3875

IMG_3879

IMG_3882

Bez ironii – zupełnie to niepojęte, ale prawdziwe. Na farmie były używane nowinki techniczne z całego świata. Potem, gdy ziemię kupiła rodzina Gary’ego, stwierdziła, że zupełnie bezsensowne jest opłacanie tak wielu ludzi, żeby uzyskać jakiś plon z ziemi. Zdecydowali o przestawieniu farmy na hodowlę owiec, ostatecznie przybyli z Irlandii. A maszyny, kiedyś napawające dumą ich właścicieli zostały porzucone, często dosłownie tam, gdzie ostatni raz były użyte.

IMG_3884

IMG_3888

IMG_3891

IMG_3897

IMG_3881

Gdy tutaj mieszkaliśmy, pierwszego dnia spadł deszcz. Intensywny wprawdzie, ale padał dosłownie przez dziesięć minut. To wystarczyło, żebyśmy na własnych kołach zobaczyli jak oblepiająca jest tutejsza mokra ziemia. I mimo, że nic nie zostało zalane, droga z farmy do Bourke na dwa dni była zamknięta. Nie przeszkadzało nam to, bo my w tym czasie zwiedzaliśmy okolicę, ale poczuliśmy lekką niepewność, czy uda nam się wydostać z farmy w najbliższym czasie. Tak – w outbacku można i należy zabezpieczyć się na najróżniejsze sytuacje, a i tak do końca nie da się przewidzieć jak skończy się dzień.

Trzeciego dnia drogę otworzono i mogliśmy ruszyć dalej, sto kilkadziesiąt kilometrów do Bourke trasą, którą raz na tydzień Liz pokonuje, żeby wpaść do miasteczka po drobne zakupy. Ech.

IMG_3987

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *