Chcieć to móc.

Broken Hill to głównie kopalnia srebra i z tego tytułu dość spora kropka na mapie. Srebro jednak nie jest tak rozchwytywane jak miedź czy złoto, i miasteczko nie wygląda na szczególnie dobrze prosperujące. Zaniedbane, nieremontowane drewniane domy, które kiedyś musiały być prawdziwymi pięknościami – z werandami dookoła, ozdobione drewanianymi ażurowymi “koronkami” pod dachem. Nijakie współczesne klockowate domy bez śladu jakiejkolwiek próby uczynienia ich ładnymi. W ogródkach chwasty i uschłe kępki trawy.

Jednak zatrzymaliśmy się tam na jedną noc, bo chcieliśmy odwiedzić dwa miejsca – szkołę na odległość i jedną z siedzib “Latających Doktorów”. Okazało się jednak, że z powodu dnia Św. Patryka, który jest tutaj hucznie obchodzony, szkoła jest nieczynna cały tydzień. Trzy razy prosiliśmy o powtórzenie tej informacji i trzy razy usłyszeliśmy to samo – z powodu dnia Św. Patryka szkoła jest nieczynna cały tydzień.

Kilka dni później od naszej gospodyni w Trilby Station dowiedzieliśmy się, że nie ma jednej organizacji odpowiedzialnej za nauczanie dzieci w outbacku. Jest ich kilka, o różnym zasięgu, ale wszystkie realizują ten sam program co normalne szkoły. I wygląda to mniej więcej tak, że codziennie rano dziecko ma około godziny zajęć przez internet lub drogą radiową (tam gdzie sieć ma jeszcze za słaby zasięg) z nauczycielem, a potem wykonuje zadania z książki pod kierunkiem rodzica. Taki “szkolny dzień” trwa zwykle od 8 do 15, czyli bardzo długo biorąc pod uwagę fakt, że na ten czas rodzic zwykle jest również uziemiony w “klasie”. Liz opowiadała nam o tym, jak początkowo biegała pomiędzy gotowaniem, sprzątaniem, prasowaniem i drobnymi zadaniami na farmie a podręcznikiem swoich dzieci. Tłumaczyła im partię materiału, zadawała ćwiczenie i pędziła zrobić pół obiadu. Po południu, gdy lekcje się skończyły było tyle do nadrobienia w domu i na farmie, że dzieciaki nie miały wolnego, tylko musiały pomagać. W efekcie, gdy potem poszły do szkoły średniej to wiedzą nie ustępowały rówieśnikom, ale zupełnie nie umiały grać w żadną drużynową grę. Za to potrafiły w wieku czterech lat na minimotorynce zaganiać owce na spęd : ), w chwili zdobycia prawa jazdy bez problemu parkowały duże uty tyłem, a strzelać z 308ki potrafiły tak dobrze, że dwoje z nich dwukrotnie reprezentowało Austalię na Światowych Mistrzostwach . A dziś?

Dziś Alexandra jest architektem. Po skończeniu Uniwersytety w Sydney i trzyletniej praktyce otworzyła własne biuro w Dubbo, zaledwie 500 km od rodzinnej farmy. Liz jest z tego powodu szczęśliwa, bo ma córkę “pod bokiem” i może do niej co jakiś czas wpadać w odwiedziny. To nie żarty – dla ludzi stąd ta odległość to bliska okolica. Jak nam opowiadała Liz, gdy dzieci były małe raz w miesiącu jechała z nimi do Dubbo na większe zakupy. Wyjeżdżali o 5 rano i o 10 byli na miejscu, gdy sklepy się właśnie otwierały. O 17 pakowali zakupy do auta i wracali na farmę. A teraz według tego samego wzoru jeździ o miasta odwiedzić córkę, pogadać, zjeść lunch w restauracji, razem spędzić czas. Zupełnie inna perspektywa.

Tom za to ma licencję pilota, lata małymi samolotami i komercyjnie helikopterem. Żyje spełniając swoje kolejne marzenia: spędzał bydło helikopterem lecącym tuż nad czubkami drzew nad Kimberly i Far North Queensland, dowoził powietrzem potrzebne zaopatrzenie na odległe tereny Indonezji i Wyspy Salomona (np. do kopalni, do których nie ma drogi lądem), brał udział w akcjach ratowniczych gdy rzeka Darling spowodowała olbrzymią powódź w 2010r., zaliczył incydent na luksusowym jachcie pływającym wzdłuż wybrzeża Zachodniej Australii, gdzie pracował jako pilot helikoptera dla bogatych turystów, a ostatnio bierze udział w gaszeniu pożarów lasu zrzucając na nie wodne bomby, transportując strażaków w niedostępne miejsca i ratując, gdy ktoś potrzebuje uciec przed rozszalałym ogniem.

A.J. ma 19 lat i właśnie zaczął studia na Uniwersytecie w Newcastle na wydziale budowlanym. Wcześniej szalał w szkole średniej nadrabiając z nawiązką lata izolacji podczas nauki w domu. W 2010 r. podróżował po Nowej Zelandii będąc członkiem drużyny krykieta biorącej udział w TAS First, a w 2011 pojechał na wolontariat do Tajlandii pracować w ośrodku dla sierot z AIDS oraz w ośrodku dla chorych na trąd.

Najmłodsze dziecko Liz i Gary’ego, siedemnastoletni Will właśnie skończył edukację w systemie szkoły na odległość i uczy się w Disel Mechanics School, jednocześnie odbywając praktyki, co powoduje, że w ciągu roku zaliczy dwa lata nauki. Jako trzynastolatek pojechał na wolontariat do oddalonego od wszystkiego ośrodka dla sierot na Fidżi, co rozbudziło jego apetyt na podróżowanie. W zeszłym roku z drużyną rugby podróżował po Nowej Zelandii, a ostatnio ze swoim kolegą wpadł na pomysł, na jaki mogą wpaść tylko szesnastoletni mężczyźni – po kilku rejsach kajakiem po jednej z outbackowych zapór wodnych stwierdzili, że wezmą udział w charytatywnym 111 km nocnym spływie kajakowym z Windsoru do Brooklynu, podczas którego są zbierane fundusze na badania nad szpikiem kostnym. Start był zimnej, bezksiężycowej nocy, a po siedemnastu i pół godzinie zimnej, bezksiężycowej nocy dopłynęli do mety. Pierwsze słowa Willa po wyjściu na ląd brzmiały: Już nigdy więcej nie postawię stopy na pokładzie żadnej pływającej jednostki bez silnika.

Świetne dzieciaki, prawda?

To daje do myślenia nam, miastowym europejczykom, w dobie debaty o wartości porządnego wykształcenia. Już na etapie przedszkola sprawdzamy, czy są tam wykładane co najmniej dwa języki obce, break dance i gitara lub dla tradycjonalistów – balet i pianino, jakaś sztuka walki ucząca samokontroli i opanowania, oraz jazda figurowa na lodzie. Potem szkoła podstawowa najlepiej przy już wybranym najlepszym liceum w mieście, żeby w końcu dziecko dostało się na najbardziej pożądane przez rodziców kierunki – prawo, informatykę (to my!), ekonomię w kilku odmianach (marketing, zarządzanie, finanse, bankowość) lub medycynę. No, w ostateczności może też być socjologia, najmodniejszy kierunek ostatnich lat.

Medycyny nie skończył John Flynn. Nie był też pilotem. Ot – jeden z kilku księży na odległych outbackowych misjach w ramach Australia Inland Mission. Służąc tam był świadkiem wielu tragedii i widział zbyt wiele śmierci z powodów, które już w tamtych czasach nie byłyby śmiertelnymi przyczynami, gdyby w pobliżu był doktor. Ale na początku dwudziestego wieku outback nie miał żadnej sieci pomocy medycznej. Lekarzy było niewielu, najczęściej (jeśli w ogóle) w większych miasteczkach, z których dotarcie na odległe farmy zabierało kilka dni. Lub w ogóle nie było możliwe z powodu deszczu i nieprzejezdnych dróg. A na farmach ludzie umierali od zakażonych ran, z niewyleczonego zapalenia płuc, z upadku z konia, na skutek którego przebili żebrem płuco. Wszystko to było do wyleczenia, ale pod warunkiem otrzymania pomocy medycznej. Umierały też masowo niemowlęta, bo nie było dostępu do lekarstw, nie było nikogo kto zdiagnozowałby czy kaszel jest zwykłym przeziębieniem, czy już poważnym zapaleniem. Przyjaciele Flynna trzy dni walczyli z gorączką kilkumiesięcznego synka, aż w końcu podjęli niełatwą decyzję o podróży do miasta. Najpierw dwa dni jechali z chorym maleństwem konno do najbliższej stacji kolejowej. Spóźnili się na pociąg i musieli całą dobę czekać na następny. Chłopczyk czuł się coraz gorzej, i znikąd nie było pomocy. Gdy w końcu dotarli do lekarza w mieście, niemowlę zmarło. Wyobrażacie sobie, co czuli zrozpaczeni rodzice, którzy próbowali ratować dziecko, ale do najbliższej osoby, która mogłaby im pomóc mieli trzy dni ciężkiej i wyczerpującej drogi? Co przeżywali ścigając się z czasem i bezsilnie patrząc jak maleńki synek coraz bardziej słabnie?

Po tej, jak i wielu innych historiach, Flynn postanowił zapobiec reszcie takich tragedii. Radio i telegraf były już wynalezione, ale stacje nadawczo-odbiorcze znajdowały się tylko w większych osadach. Na większości farm nie było nawet prądu, do którego można by podłączyć urządzenia. A potrzebny był jakiś sposób, żeby po pierwsze można było drogą radiową przeprowadzić podstawową diagnozę lekarską i otrzymać wskazówki co do leczenia, a po drugie, żeby móc wezwać pomoc medyczną. Innym problemem była odległość – jak wezwany doktor miałby dostać się na taką farmę?

W 1917 r. Flynn otrzymał list od Clifforda Peel’a, młodego pilota służącego w armii. Zasugerował on użycie samolotów jako środka transportu. Niestety Peel został zestrzelony nad Francją i nigdy nie dowiedział się, że jego pomysł był strzałem w dziesiątkę.

Przez następne dziesięć lat John Flynn niestrudzenie walczył o swój pomysł. Szukał funduszy, wsparcia, ludzi, którzy pomogliby mu zorganizować wszystko. Jak już pisałam – nie był ani lekarzem, ani pilotem, a w swojej wizji musiał połączyć te dwie dziedziny tak, żeby stworzyły niespotykaną dotychczas usługę. W końcu marzenie zaczęło być realne, gdy w spadku otrzymał znaczną sumę od swojego przyjaciela Hugh Victora MacKey’a. Z pomocą swojego znajomego Hudson’a Fysha, pilota wojennego i założyciela linii lotniczych Quantas, Flynn otrzymał wyczarterowany dla swojego medycznego eksperymentu dwupłatowiec z doświadczonym pilotem. Siedemnastego maja 1928 r. odbył się pierwszy lot z lekarzem na pokładzie. W pierwszym roku swojej działalności samolot odbył pięćdziesiąt lotów do dwudziestu sześciu miejsc, lecząc łącznie dwustu dwudziestu pięciu pacjentów.

To był początek Royal Flying Doctor Service (która to nazwa istnieje od 1955 r).

Początkowe loty były przeżyciami podnoszącymi adrenalinę zarówno pilotom jak i lekarzom na pokładzie. Nie było map kraju do nawigacji. Jedynymi wskazówkami był kompas, płoty farm, linia telegrafu i rzeki, które w porze suchej znikały. Cudem w związku z tym było trafienie na właściwą farmę. Kolejnym – wylądowanie. Brak pasów startowych, brak oznaczeń, brak informacji o kierunku i sile wiatru. I najbardziej poruszające w tej historii dla mnie jest to, że nikt się nie poddał ani nie skupiał na problemach, tylko wszyscy poszukiwali rozwiązań korzystając z tego co mieli pod ręką. Farmerzy znajdowali kawałki terenu, który wyrównywali i karczowali pod pas. Podczas lądowania wszyscy z farmy (oprócz chorego oczywiście) pilnowali, żeby na pas nie weszły krowy, owce, kangury lub emu. W nocy rozpalali ogniska, żeby oznaczyć początek i koniec pasa. Zresztą ogniska były też rozpalane w dzień, żeby po dymie pilot mógł określić kierunek wiatru. Kompletne amatorskie sposoby w porównaniu z komercyjnymi lotniskami, ale działały, bo wszystkim zależało, bo nikt nie mógł się poddać. Pilot nie narzekał, że czegoś nie widzi, lekarz nie odmawiał lotu, bo ryzyko było zbyt duże. Czekali na nich ludzie, dla których byli jedyną nadzieją. Więc latali nawet w nocy, choć było to szalenie niebezpieczne, latali w burze piaskowe i podczas powodzi. Nie mogli powiedzieć, że nie polecą.

A jak rozwiązano problem komunikacji radiowej? Tutaj na sceną wkracza kolejny wizjoner, ponoć niezwykle nieśmiały wynalazca – Alfred Hermann Traeger. Stworzył radio napędzane pedałami. Teraz siedząc i pedałując można było mieć wolne ręce, żeby nadawać wiadomości alfabetem Morse’a.

IMG_3364

IMG_3361

Kolejnym udoskonaleniem było stworzenie automatycznego tłumacza alfabetu na znaki Morse’a co wyeliminowało pomyłki w nadawaniu wiadomości przez farmerów i zwolniło ich z konieczności nauki tego alfabetu (nam w centrum outbacku w Port Augusta nie udało się sensownie wystukać nawet jednego słowa, mimo, że ściągawkę ze znaków mieliśmy przed sobą).

"Idź do domu i załóż swój niedzielny garnitur. Chcę ci zrobić bardzo ważne zdjęcie" - powiedział ponoć Flynn do Traegera 17 listopada 1928 r.

„Idź do domu i załóż swój niedzielny garnitur. Chcę ci zrobić bardzo ważne zdjęcie” – powiedział ponoć Flynn do Traegera 17 listopada 1928 r.

Mieszkańcy farm nagle zostali “podłączeni” do świata. Żyjąc w izolacji dostali urządzenie, którym nie tylko komunikowali się z RFDS w razie wypadku, ale przede wszystkim mogli “porozmawiać” ze swoimi sąsiadami. W ten sposób rozkwitło życie towarzyskie outbacku, a pogawędki kobiet z farm za pomocą alfabetu Morse’a nazwano “Galah Sessions” od nazwy popularnych, latających stadami i ciągle ćwierkających kakadu różowych. I piszę to bez ironii, bo we wspomnieniach ludzi z outbacku tamte wydarzenia są momentem przełomowym. Jestem w stanie to zrozumieć, choć pewnie nie jestem w stanie wyobrazić sobie jak szczególną zmianą musiała być możliwość porozmawiania z innymi po latach życia w bardzo wyizolowanym miejscu.

W każdym razie dla nich Traeger był bohaterem.

Z czasem rozwiązywano kolejne problemy, usprawniano serwis, zwiększano flotę samolotów, otwierano kolejne bazy RFDS.

IMG_3348

IMG_3350

 

Znaczącą inwencją było wprowadzenie skrzyń – apteczek. Każda zawierała wyposażenie warte kilkaset dolarów – lekarstwa, bandaże, plastry, igły, strzykawki, termometr, skalpel i metalową nerkę. Wszystko dokładnie ponumerowane, tak żeby lekarz udzielający porady przez radio mógł zaaplikować konkretne lekarstwo posługując się jego numerem.

IMG_3377

IMG_3376

Do tego kilka lat później dołożono wymyśloną przez jedną z pielęgniarek “tabelę” ciała – rysunek ciała człowieka podzielonego na ponumerowane sekcje, tak aby zgłaszjącej się przez radio osobie łatwiej było opisać miejsce, w którym występuje ból lub doszło do jakiegoś urazu. Te skrzynie wraz z tablicami funkcjonują do dziś. Ich zawartość jest regularnie sprawdzana, braki są uzupełniane, a lekarstwa przeterminowane zastępowane nowymi.

IMG_3378

O akcjach Latających Doktorów krąży mnóstwo anegdot. Jedna z nich opowiada o starszym farmerze, któremu lekarz kazał wziąć tabletkę z butelki nr 9 . Po jakimś czasie lekarz nawiązuje kontakt z chorym i pyta jak się czuje. A farmer na to: butleka nr 9 była pusta, więc wziąłem po jednej tabletce z butelki nr 7 i nr 2 i teraz czuję się o wiele lepiej.

IMG_3370

Obecnie jest 21 baz RFDS w całej Australii, obsługujących łącznie obszar prawie równy powierzchni Europy. Mają ponad 50 samolotów w ciągłym użyciu, a latają przerobionymi Beechcraft Super King Air B200. Średnio rocznie pomagają ponad 260 tysiącom pacjentów, pokonując łącznie dystans ponad 23 milionów kilometrów, czyli dwóch tysięcy podróży z Londynu do Sydney. Samoloty ze stacji w Broken Hill, w której byliśmy, pokonują rocznie około 5,5 miliona kilometrów, czyli robią siedem wycieczek na książyc i z powrotem. Robi wrażenie, prawda?

Od jakiegoś czasu w ramach praktyk z lekarzami latają studenci medycyny z Sydney. Takie zajęcia nie tylko uczą ich wiedzy z każdego obszaru (lekarz z RFDS naprawdę musi być multispecjalistą, bo czasem trzeba udzielić pomocy na miejscu, zanim się chorego przetransportuje do szpitala), ale przede wszystkim – dawania z siebie wszystkiego i służenia ludziom w pierwszej kolejności.

Australijscy Latający Doktorzy są największą taką organizacją na świecie. Zapewniają regularną obsługę medyczną ponad trzydziestu procentom społeczeństwa, a w razie wypadku ratują każdego, nawet nierozważnego turystę, który stanął na brown snake’u. To co nas zdziwiło, to fakt, że nie są całkowicie finansowani przez państwo. Z publicznych pieniędzy pokrywają tylko koszt lotu i wynagrodzenia załogi. Natomiast rozbudowę bazy, unowocześnianie czy w końcu koszt systematycznej wymiany aptecznych skrzynek finansują z darowizn. Na szczęście Australijczycy darzą ich niezmierną sympatią. Nieraz na samochodzie widzieliśmy małą nalepkę – I’m helping Flying Doctors to fly. W wielu miejscach – w sklepach lub na farmach – stoją puszki na datki. W jednym z miasteczek przed domem ktoś wystawił przyczepę z prośbą o wrzucanie do niej szklanych butelek, a całkowity dochód z ich sprzedaży w punkcie recyklingowym miał być przekazany RFDS. Za to w słynnym pubie w Tilpie można było za wrzucenie monety do puszki dopisać swoje imię na ścianie. Jak się domyślacie, cały pub był zamalowany.

Tak, dwie rzeczy Austrlijczykom wyszły niesamowite – Royal Flying Doctor Services i krówki ; )

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *