Papierowy walkabout

Znaleźliśmy ich. Wydawało się, że zatarli za sobą wszelkie ślady, splątali nieliczne tropy w niezrozumiały węzeł wskazówek, rozpłynęli się w gęstwinie buszu i falującym z gorąca powietrzu. Już prawie się udało i byli pewni, że mogą odetchnąć z ulgą, bo po tylu staraniach powinni być w końcu bezpieczni. Ale nie docenili determinacji swoich tropicieli. Tych wścibskich ludzi wtykających nos w nie swoje sprawy. Tych nieprzyzwoicie ciekawskich podróżników, zwanych Włóczykijami.

Wszystko zaczęło się jeszcze przed wyjazdem. U Billa Gamage’a wyczytałem, że w południowej Victorii żyła jedyna grupa Aborygenów osiadła przed przybyciem białego człowieka i hodująca węgorze na handel. Pamiętajcie, że w 1770 roku Australia cały czas żyła paleolitem – narzędzia były kamienne albo drewniane, a ludzie podążali za stadami zwierząt. A tu nagle kultura rolnicza zdolna łapać ryby, wędzić je i przechowywać na sprzedaż. Sensacja!

Pytać o Gunditjmara zaczęliśmy już w Warrnambool. Wiedzieliśmy, że żyli nad jeziorem Condah i to był nasz jedyny trop. W kolejnych napotkanych Visitor Centers mówiono nam, że kilka lat temu Aborygeni odzyskali swoją ziemię, dostali duże pieniądze na jej promocję, ale nikt jeszcze nie słyszał o efektach. W Portland dowiedzieliśmy się że rząd Australii przyznał grant na kupno łodzi do wożenia turystów po jeziorze. Łódź miała być wodowana na święta Bożego Narodzenia, ale według najnowszych sygnałów z Gunditjmara Community na pewno nie te w 2013 roku. Dostaliśmy też ulotkę o szlaku turystycznym, na którym odtworzono pułapki na węgorze i chaty. Zawsze to jakiś trop.

Na szczęście oprócz ulotki w kolejnym tourist information dostaliśmy szczegółowe wskazówki: minąć boisko w Tyrendarra, skręcić w lewo w nieoznaczony zjazd, po przejechaniu dwóch kilometrów skręcić w kolejną nieoznaczoną drogę ziemną… Jeździliśmy kiedyś w rajdach krajoznawczych, więc trafiliśmy za pierwszym razem, ale jak należało się spodziewać byliśmy jedynymi turystami na parkingu. Inni, najwytrwalsi ciągle szukają pierwszego skrętu.

Zdążyliśmy zrobić trzy zdjęcia kiedy na horyzoncie zamajaczyła postać dozorcy. Dowiedzieliśmy się, że jest to prywatna farma, nasz rozmówca będzie teraz jeździł traktorem po ścieżce na której stoimy, co jest dla nas niebezpieczne, więc musimy opuścić posesję. Nie, nie ma żadnego innego miejsca gdzie możemy sami zobaczyć kulturę Gunditjmara, ale w pobliskim miasteczku jest community, która organizuje wycieczki z przewodnikiem, który za $30 pokaże nam fundamenty oryginalnych chatek.

Gdy tylko wróciliśmy do samochodu, dozorca zniknął. Traktor został.

Aborygen przy pracy.
Aborygen przy pracy.

Nie poddajemy się i jedziemy dalej. Najpierw do Gunditj Mirring, Aborygeńskiej korporacji użytkującej farmę. Tam też kierują nas do Gunditjmara Community, organizacji zajmującej się organizacją opieki zdrowotnej, edukacji i redystrybucją rządowego finansowania. Również środków przeznaczonych na turystykę i edukację. Od recepcjonistki dowiaduję się, że wycieczki są organizowane. Niestety nie ma nikogo kto mógłby powiedzieć ile trwają, kosztują ani co można zobaczyć. Recepcjonistka oczywiście nic nie wie. Najlepiej gdybym zostawił swój kontakt, zadzwoni do mnie ktoś, kto wie. Nie, nie ma żadnych materiałów je opisujących. Do rozmowy włącza się kolejna dziewczyna. Trwa reorganizacja w ramach której mają się pojawić nowe materiały i strona www, sam pan rozumie że zajmujemy się tu masą ważnych spraw jak choćby opieka zdrowotna, a nie tylko turystyką. Nie wątpię w to i podążam tym tropem. Próbuję się dowiedzieć ilu podopiecznych ma community. To pytanie wywołuje u mojej rozmówczyni pewną nerwowość. Na szczęście w drzwiach pojawia się pracownik, który właśnie przyjechał z farmy. Nic nie wie o traktorze ani o zamknięciu szlaku. Próbuję wrócić na pewniejszy grunt. Kiedy oddana będzie strona? Nie wiadomo, to poważny projekt, pracują nad nim trzy osoby równocześnie.

Wreszcie nie wytrzymuję i mówię że jest mi przykro, bo wydaje mi się że historia jedynych znanych osiadłych Aborygenów wydaje mi się wyjątkowa i zasługująca na uwagę, że spędziłem dwa dni próbując dotrzeć do informacji i wszystkie drogi są ślepe. Na te słowa pani za biurkiem rozpromienia się. To akurat, mówi, nie jest żaden problem. Mamy tu broszurę, kosztuje 25 dolarów, z niej wszystkiego się dowiesz.

Oto czego dowiedziałem się z broszury. 8000 lat temu, a więc w czasie kiedy okolica była od dawna zamieszkana wybuchł wulkan. Rozlewająca się lawa zatamowała koryto rzeki tworząc rozległe i bardzo żyzne bagna. Ilość jedzenia była wystarczająca żeby podtrzymać osiadły tryb życia a co najważniejsze bagna dostarczały go dużo w najtrudniejszym dla ludzi okresie – zimą.

Ważnym składnikiem diety Gunditjmara były węgorze. Ryby te wylęgają się w morzu a następnie wędrują w górę rzek aby spędzić większość życia w płytkich słodkich rozlewiskach i wreszcie wrócić do morza na swą ostateczną randkę. Migracje te są sezonowe i pozwalają na łatwe łapanie ryb w wąskich przesmykach przez które węgorz musi na swej trasie przepłynąć. Aborygeni poszli o krok dalej drążąc w wulkanicznej skale kanały, nawet do 50 metrów długości i przegradzając je pułapkami. Najprostszą z nich był kosz, do którego węgorz wpływał i nie mogąc się obrócić utykał w nim. Jeśli miejsce było szersze budowano tamy wyposażone w więcej takich koszy.

Pułapka na węgorze
Pułapka na węgorze

Stacjonarny tryb życia pozwolił na budowanie schronień. Nie jest jasne jak skonstruowany był dach.

IMG_1410

IMG_1412

Wiadomo że węgorze były wędzone w pustych pniach drzew co oznaczało, że były przechowywane – rzecz niespotykana wśród aborygeńskich myśliwych-zbieraczy.

Pojawienie się białego człowieka oznaczało wypieranie Aborygenów z ich ziem. Mimo czynnego oporu ich dom został im odebrany. Ostateczną klęskę społeczności Gunditjmara zadało drenowanie ziem pod wypas bydła – drenaż spowodował znaczne obniżenie poziomu wód i unieczynnił system kanałów i pułapek. Pozostali przy życiu członkowie plemienia żyli w misji, potem w kurczącym się rezerwacie. Dopiero w 2007 roku po wielu bataliach sądowych ziemia została zwrócona tradycyjnym właścicielom. Co więcej rząd stanowy uznał, że została ona odebrana siłą i w ramach rekompensaty finansuje przywrócenie roślinności i krajobrazu do stanu sprzed przybycia Europejczyków.

Z książki – broszurki można się dowiedzieć, że Gunditjmara chcą przywrócić poziom wód w jeziorze do ich pierwotnego stanu i wznowić tradycyjną hodowlę węgorzy. Pragną rozwijać okolicę jako park dziedzictwa narodowego i dzielić się swoimi wartościami z całą ludzkością umieszczając go na szlakach międzynarodowego ekoturyzmu. Turyści powinni być traktowani jako goście i zapoznawani z tradycyjną kulturą i sztuką. Już dziś w Heywood (siedziba community) funkcjonuje Centrum Interpretacyjne wyjaśniające i wizualizujące historię krajobrazu i zamieszkujących go ludzi oraz informujące o wycieczkach. Te ostatnie są sposobem na dogłębne podzielenie się historią ludu ze szkołami, uniwersytetami i ludźmi zainteresowanymi tematem.

Czytam to i nie wierzę własnym oczom. Rzut oka na okładkę upewnia mnie, że broszura napisana jest przez białego dziennikarza pod kierunkiem starszyzny.

Dziś na odebranych ziemiach rosną eukaliptusy. W równych rządkach, przygotowane do wyrębu i opisane tabliczkami znaczącymi gatunek. Na pozostałych działkach hodowane jest bydło. A z Gunditjmara Community nikt nie oddzwonił do dziś.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *