Warto mieć marzenia

Głównym powodem, dla którego wybraliśmy się na północ jest właśnie on – Park Kakadu. Dawno, dawno temu, gdy byłam nastolatką, w któryś niedzielny poranek obejrzałam film przyrodniczy właśnie o tym miejscu, i pomyślałam wtedy, że muszę tu kiedyś przyjechać i zobaczyć to na własne oczy. Miło dowiedzieć się, że nastoletnie marzenia potrafią się spełniac (przynajmniej niektóre, bo to o romantycznej kolacji z Kevinem Costnerem jakoś nie doszło do skutku…). I teraz tu jesteśmy.
IMG_7293_1
Po drodze z Darwin  zatrzymaliśmy się w Bark Hut Inn.
IMG_7262_1
IMG_7264_1
IMG_7263_1
Ach, co za klimat! Zakurzone dystrybutory paliwa, zakurzona weranda, ciemne, zakurzone wnętrze. Na ścianach zdjęcia ze spędu bydła, w kącie sali zardzewiała Toyota model Bull Catcher, z unikalnym metalowym koszem dla kowboja wywijającego lassem.
IMG_7278_1
IMG_7281_1
Mieliśmy nadzieję na steki z wodnego bawołu, niestety już się skończyły, więc pozostała nam tylko kiełbasa z tegoż lub gulasz zapieczony w cieście. Bierzemy, jedno i drugie przepyszne.
W zakurzonym wnętrzu Tolo zjada zupełnie nie zakurzoną kiełbasę z bawołu wodnego.

W zakurzonym wnętrzu Tolo zjada zupełnie nie zakurzoną kiełbasę z bawołu wodnego.

Smaka na steka narobiła nam Aleksandra Pawlicka, autorka „Światoholików”, gdy  opisała jak z mężem po dniu spędzonym na wyprawie przez busz z aborygeńską przewodniczką zasiedli przy ognisku na  kolacji ze stekiem z prawdziwego dzikiego bawołu wodnego. Były to zwierzęta przywiezione tutaj przez białych i jak prawie wszystko co biali przywieźli, a co nie było zaplanowane przez ewolucję, dokonały ogromnych szkód i zniszczeń w przyrodzie Australii. Dodatkowo, zamiast być trzymane w zagrodzie, część z nich została na północy porzucona przez wracających do Anglii farmerów, i tak bydło stało się dzikie i dostosowało się do warunków. Jakoś te sztuki uniknęły pożarcia przez krokodyle, i po rozmnożeniu się zaczęły dewastować nadbrzeże, bagna i mokradła. Rozkopywały, niszczyły roślinność, która zupelnie nie była przystosowana do deptania przez zwierzęta kopytne (nie ma natywnych kopytnych w Australii) i w efekcie słona woda z oceanu wdzierała się coraz głębiej w ląd, zanieczyszczając zbiorniki ze słodką wodą (billabongi), które pozwalały zwierzętom i ludziom przetrwać porę suchą. Bawoły za to w celu ochłody i uniknięcia insektów całe dnie spędzały zanurzone w mulistych sadzawkach. W ciągu ostatnich dziesięciu lat żeby ochronić obszar wybrzeża przed zalaniem przez morze, przeprowadzono akcję wyłapywania dzikich bawołów, i ponoć aktualnie nie ma ich już na wolności. Wszystkie są hodowlane, dlatego nie mieliśmy już szansy powtórzyć przeżycia pani Aleksandry, ale zapewniam, że mięso choćby i hodowlanego bawołu wodnego jest warte grzechu i swojej ceny. I nie ma nic wspólnego ze znaną nam wołowiną. Słodkie, soczyste, aromatyczne, bardziej jak dziczyzna.
Ściana  popołudniowego deszczu

Ściana popołudniowego deszczu

Przyjechaliśmy tutaj w porze deszczowej. To nie znaczy, że pada cały czas. Pada na pewno w nocy i po południu. Resztę czasu jest zwykle słonecznie, parno, gorąco. Z jednej strony – jest to najgorszy czas na przyjazd. Sporo szlaków jest zamkniętych z powodu powodzi, właściwie większość rzeczy jest nieczynnych (spływy rzeką, wycieczki w busz z Aborygenami itp). Martwy sezon. Wilgotność też jest jedna z wyższych w roku, kąpać nigdzie się nie wolno, bo wszystko jest zasiedlone przez kroksy. Do tego muchy, komary.
Z drugiej strony tylko teraz można ta krainę zobaczyć tak zieloną. Normalnie jest sucha, brazowa, pusta, czekajaca na monsunowe deszcze. Muchy są jeszcze bardziej natrętne, bo szukając choćby obietnicy wody włażą do oczy, nosa, uszu. Ciągle jest gorąco, ale nawet cień nie daje odetchnąć, bo cały wypełniony jest dusznym powietrzem, bez szans na podmuch wiatru. Tubylcy, zarówno biali jak i czarni, pod koniec listopada i w grudniu całą swoją uwagę kierują na prognozę pogody. Kiedy w końcu zacznie padać? Słychać grzmoty, na niebie widać błyskawice, chmury potrafią skłębić się w kominy o wysokości 20 kilometrów, ale nie ma ani kropli deszczu.
Przyroda dosłownie zamiera. Eukaliptusy zrzucają swoje i tak wąziutkie, o małej powierzchni parowania liście, wodne zwierzęta zagrzebują się głeboko w ostatnich błotnych jamach. Przy prawie wyschniętych billabongach obok siebie siedzą drapieżcy i ich  i ofiary, z chwilowym zawieszeniem broni  w obliczu bezlitosnej suszy. Ryby umierają, bo woda, albo raczej mulista breja, zawiera za mało tlenu. Przeżyją tylko te, które potrafią oddychać powietrzem wprost, wystawiając pyszczki ponad powierzchnię wody.
Krokodyle, zagrzebane jeden koło drugiego (teraz przestają walczyć o terytorium, walczą o przeżycie) zwalniają bicie swojego serca do 3 uderzeń na minutę, a oddech biorą raz na pięć minut. To jedyna okazja, żeby do nich naprawdę blisko podejść, jeśli ktoś chce oczywiście.
To nieznośne oczekiwanie na deszcz, na znak, że udało się przeżyć suszę, w różnych częściach świata nosi różną nazwę. Zawsze oznacza ona pewien rodzaj szaleństwa, kiedy ludzie robią i czują rzeczy na pograniczu pomieszania zmysłów, a czasem nawet poza swoją kontrolą. Tutaj mówią na to: mango madness.
Kiedy w końcu deszcz spada, wszystko wybucha. Ludzie znów czują, że żyją, przyroda eksploduje. Rośliny zazieleniają cały park, zwierzęta rozmnażaja się na potęgę. Byle zdążyć przed kolejną suszą.
Więc z dwojga złego (tutaj nie ma miłego czasu na przyjazd) wolę być tu teraz.
Zatrzymaliśmy się w jednym z dwóch należących do Aborygenów ośrodków, wyznając zasadę, że wydawane przez nas pieniądze powinny trafić do lokalnych ludzi.
Domek (?) jest czysty, funkcjonalny, ma ściany z dziurkowanej blachy falistej (więc rano i w nocy czujemy się właściwie tak, jakbyśmy spali bezpośrednio wśród egzotycznej roślinności) i dach z jakiejś deszczoodpornej tkaniny. Pod sufitem wiatrak, który chodzi non stop.
Nasz "dom" na najbliższych kilka dni

Nasz „dom” na najbliższych kilka dni

IMG_7288_1

IMG_7290_1

Wzniesiony na palach, pod spodem zapewnia wentylację i mieszkanie dla kilku jaszczurek.
IMG_7521
Pomiędzy domkiem na naszą prywatną łazienką rośnie palma, na której mieszka nietoperz Gonzales.
IMG_7422
Cały dzień wisi głową w dół, wieczorem lata po niebie wrzeszcząc niemiłosiernie ze swoimi kumplami, a nocą obgryza owoce z palmy i zrzuca je na dół. Gdyby ktoś był ciekawy (tak jak mój mąż) jak jest możliwe robienie kupy, gdy wisi się głową w dół, to informuję, że w tym celu Gonzales obraca się tyłkiem w dół, robi co trzeba i wraca do swojej ulubionej pozycji. Wiem to, bo pewnej nocy gdy obserwowałam go świecąc mu snopem światła z latarki prosto w pysk zdenerwował się i postanowił mnie zniechęcić. Na szczęście nie ma jeszcze chłop tej celności co krakowskie gołębie.
IMG_7416
I ostatnia dygresja – we wspomnianym już Centrum Edukacyjnym Okno na Bagna w drodze z Darwin do Kakadu, była informacja o zagrożeniu śmiertelnym dla człowieka wirusem przenoszonym przez ślinę i kał tutejszych nietoperzy. Doradzano, żeby nie wchodzić na tereny opanowane przez te latające ssaki, nie brać do ręki przeżuwanych przez nie owoców, itp., a w przypadku kontaktu i zranienia – zgłosić się do szpitala. Pomyślałam sobie wtedy (ech, te europejskie przyzwyczajenia), że dla zachowania bezpieczeństwa nie będziemy wchodzić do jaskiń. Jakoś nie przyszło mi do głowy, że te obślinione owoce (i inne wydalane rzeczy) będą leżeć na mojej drodze z sypialni do łazienki.
To co nas zdziwiło na kempingu, to biała obsługa. Kiedy poruszyliśmy ten temat w recepcji (to w końcu jest to aborygeński kemping, czy nie?) dowiedzieliśmy się, że dużo jeszcze czasu musi minąć zanim Aborygeni przywykną do białego sposobu życia. A co za tym idzie będą w stanie bez nieśmiałości i dystansu rozmawiać z nami i wchodzić w interakcje z obcymi osobami. Żeby prowadzić kemping trzeba zarządzać ludźmi lub rozwiązywać problemy i konflikty (a nikt nie jest tak roszczeniowy i kłótliwy jak niedzielni turyści) – to są umiejętności zupełnie obce Aborygenom. Żadne wcześniej pokolenie się tego nie uczyło, więc skąd mieliby wiedzieć jak to się robi? Do tej pory zupełnie nie potrzebowali tych cech, ich sposob życia ( zarówno tradycyjny, a jak i potem na obrzeżach kultury Australijczyków) nigdy nie zakładał takiej roli.
Poza tym – Aborygeni ciągle czujący się w buszu jak w domu mają inne niż my wymagania dotyczące miejsca do spania i poczucia komfortu ;) więc muszą się nauczyć, co jest dla nas ważne, jeśli chcą świadczyć usługi. Pytanie – czy chcą? Pytanie – dlaczego mieliby chcieć?
Na razie więc ponieważ kempingi są położone na ziemi aborygeńskiej, Aborygeni otrzymują z nich dochód i podejmują decyzje w kwestiach kluczowych, ale to biali uczą ich wszystkich aspektów, tego jak dbać o infrastrukturę, co oferować, itp. Co z tego wyniknie – zobaczymy.
Dziewczyna w recepcji, jak i potem przemiła pani w centrum aborygeńskim, obie zakręcone na punkcie aborygenskim, mające wśród nich przyjaciół, niezbyt optymistycznie oceniają przyszłość. Mówią, że teraz jest właściwie pierwsze pokolenie Aborygenów, które może teoretycznie zdobyć wyższe wykształcenie. Ale ilu z nich z tego skorzysta? Studiowanie wiąże się z kosztami, to raz. Po drugie, oznacza rozłąkę z rodziną, która dla Aborygena jest naturalnym środowiskiem. Po trzecie – oznacza wytrwanie w miejscu, w którym nie jest się najmilej  widzianym. Bez wsparcia rodziny i środowiska, z piętnem biedoty, pijaka i leniucha – ilu z nich młodych zdoła wytrwać i zdobyć to wykształcenie, żeby kolejnym pokoleniom przekazać, że można i warto?
Jednocześnie, ponieważ Park Kakadu jest współzarządzany przez Australijczyków i Aborygenów, to w jedynym miasteczku – Jabiru, panuje inna atmosfera niż ta, którą do tej pory obserwowaliśmy. Tak jakby Aborygeni czuli się bardziej u siebie, jakby nie musieli już koncentrować się na ignorowaniu białych i poczuli się bardziej swobodnie. Chodzą grupami, rozmawiają, śmieją się, siedzą, krzyczą na dzieci biegające w koło, zaznaczają swoja obecność, zagarniają przestrzeń, zamiast istnieć w obszarach ograniczonych przez niewidzialną granicę w miastach białych.
Jednym słowem – czują się u siebie.
To właśnie w tym miejscu jest szansa na stworzenie im przestrzeni i warunków, w których zostanie odbudowana rola tradycyjnej rodziny, gdzie starsi przekazują wzorce młodszym. W ten sposób może uda się ograniczyć gnębiącą ich patologię, marazm, degenerację.
Nam w każdym razie podobało się, że tutaj klimat związany z obecnością Aborygenów jest inny niż w miastach. Mieli w sobie więcej życia, więcej uśmiechu, więcej godności.
Robimy spożywcze zakupy w jedynym supermarkecie (pamiętacie takie coś jak sklepy GS? – do takiego właśnie trafiliśmy), a potem w centrum turystycznym dowiadujemy się, które szlaki są przejezdne. Niewiele tego, oj niewiele. Pan doradza jak najszybciej wybrać się do Ubirr, bo droga tam jest zalana, ale na razie na 20 cm, więc osobówką przejedziemy. Ale jutro pewnie będzie to niemożliwe, bo zapowiadają kolejne opady deszczu.
Ruszamy. Dojeżdzamy do pierwszej wody i … okazuje się, że wody jest stanowczo za dużo jak na nasze auto. Żeby jeszcze się upewnić wysiadam i ostrożnie, z sercem na ramieniu, podchodzę do rzeki. Oczy mam dookoła głowy, bo tablica o krokodylach nie pozwala się zrelaksować. Pamiętacie prędkość z jaką atakują z zaskoczenia, prawda? Naprawdę czuję się jak pionier na jakiejś nieznanej, nieprzyjaznej i śmiertelnej planecie. Powinnam wejść do wody, żeby sprawdzić największą głębokość, ale jakoś nie mam ochoty…
Ta żółta tablica traktuje o zagrożeniu krokodylowym

Ta żółta tablica traktuje o zagrożeniu krokodylowym

W tym momencie podjeżdża terenowka wypakowana aborygeńskimi kobietami i ich dziećmi, maluchy wyskakują, mijając nas krzyczą: Hello, a potem wskakują do rzeki i zaczynają się pluskać. Jedna z mam śmiejac się mówi do mnie: free public swimmingpool. Raz się żyje, prawda? Skoro oni się kąpią, to znaczy, że chyba wiedzą co robią, tak?
Tolek woli poobserwować wszystko z daleka, Kaj na widok wody przebiera nogami tak, że mało pieluszki nie zgubi. Sadzam go na zalanym wodą asfalcie, a Aborygeni  śmieją się widząc tak białego malucha chlapiącego z pasją wodą dookoła.
IMG_7311_1
IMG_7308_1
Po kąpieli wracamy do auta i sprawdzamy na mapie, czy mamy jakieś inne opcje wycieczek, bo do Ubbirr na pewno nie dojedziemy.
Zatrzymuje się koło nas terenowa Toyota z dwójką mężczyzn i kierowca pyta Michała, czy potrzebujemy podrzucenia. Wizja dzieci ich nie zraża, ustalamy, że pojedziemy z nimi do skał z malowidłami aborygeńskimi, a potem wracając podrzucą nas do naszego auta. Wsiadamy, ja mówię coś do Tolka, a pan za kierownicą: O dzień dobry, skąd jesteście?
Świat jest mały prawda? ;)
Okazało się, że Damian jest spod Karczewa ( rzut kamieniem od naszego domu, a spotkaliśmy się na prawie bezludnym końcu Australii) i razem ze swoim kolegą Olivierem wybrali się na trzytygodniowe wakacje. Byli na rafie, w miastach i na wyspach, a teraz kończą podróż wizytą w Kakadu.
Złapany autostop do Ubirr

Złapany autostop do Ubirr

Gdy dojeżdżamy na parking, zaczyna padać. Nie jest to może monsunowa ulewa, ale i tak cholernie utrudnia nam wspinaczkę po skałach z nosidłami z dwójką dzieci i aparatem ukrytym pod peleryną przeciwdeszczową. Robię zdjęcia znalezionym malowidłom, a Kaj radośnie podskakuje w nosidle próbując złapać na język jak najwięcej deszczu. Niewdzięczna robota, naprawdę :)
 IMG_7329_1
Malowidła aborygeńskie są jednymi z najstarszych na świecie – datowane na ponad trzydzieści tysięcy lat. Nie można dokładnie okreslić ich wieku, bo farba nie zawiera żadnych organicznych fragmentów.
IMG_7434
Naukowcy ciągle szukają wiarygodnej metody, a na razie najczęściej są to przybliżone szacunki. Jedną ze wskazówek jest przyjrzenie się namalowanym roślinom i zwierzętom, jeśli z innych źródeł archeologicznych wiadomo kiedy te organizmy istniały. I tak na przykład widziany przez nas rysunek tygrysa tasmańskiego powstał nie później niż 2-3 tysiące lat temu, kiedy to tygrys wyginął na lądzie.
IMG_7339
Oglądane przez nas malowidła były dość młode – od kilkutysiącletnich do kilusetletnich.
IMG_7317_1

Żółw długoszyji (ten co je młode krokodyle), który do dziś zamieszkuje tereny Parku

Żółw długoszyji (ten co je młode krokodyle), który do dziś zamieszkuje tereny Parku

IMG_7322_1
IMG_7323_1
IMG_7327_1
Najstarsze są na Ziemi Arnhema, terytorium całkowicie aborygeńskim, gdzie biały człowiek potrzebuje pozwolenia od Aborygenów na wejście. Dodatkowo w porze deszczowej ten kawałek lądu był całkowicie odcięty przez powodzie od reszty Australii, obie i jedyne drogi były nieprzejezdne, a jedynym sposobem żeby sie tam dostać był helikopter. Na Ziemi Arnhema Aborygenii moga żyć według swoich zasad, w większości kontynuując swój tradycyjny styl. Żyją w buszu, busz ich żywi, chroni, leczy. Niektórzy z nich są przewodnikami wycieczek w porze suchej, inni nie życzą sobie żadnego kontaktu z białym człowiekiem.
Ziemia Arnhema w tle

Ziemia Arnhema w tle

Wędrując od jednej galerii naskalnej do drugiej doczekaliśmy końca deszczu i wdrapaliśmy się na płaskowyż, z którego roztaczał się bezkresny widok na zielone przestrzenie parku.
 IMG_7344
IMG_7355
IMG_7361
IMG_7363
IMG_7364
IMG_7366
IMG_7370
IMG_7372
Warto było złapać autostopa w to miejsce.
Ps. Kilka dni później dowiedzieliśmy się, że krokodyle są szczególnie łatwo spotykane właśnie na świeżo zalanych drogach, gdzie powodowane znaną dla krokodyli ciekawością (to nie żart) sprawdzają nowe miejsca i szanse na jedzenie. Rzecznika Praw Dziecka chcieliśmy zapewnić, że był to ostatni raz, gdy tak beztrosko kąpaliśmy dzieci na krokodylim terytorium.
IMG_7375
Ostrzeżenie dla innych - ten człowiek kopał święte kamienie w rzece, i za karę zachorował na stawy.

Ostrzeżenie dla innych – ten człowiek kopał święte kamienie w rzece, i za karę zachorował na stawy.

IMG_7382IMG_7383

Drzewo papierowe, z którego Aborygeni robią latarnie, torby na wodę, papier do pakowania paczek, a po złamaniu gałęzi - mają świeżą wodę do ugaszenia pragnienia.

Drzewo papierowe, z którego Aborygeni robią latarnie, torby na wodę, papier do pakowania paczek, a po złamaniu gałęzi – mają świeżą wodę do ugaszenia pragnienia.

 

 

Żaba

Żaba

 

IMG_7392

IMG_7387
   

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *