Terra nullius

Ta opowieść jest jak droga dzikiej rzeki, która fragmentami zmienia się w rozlewisko i trudno zobaczyć jej główny nurt. Czasem pojawiają się odnogi, z których niektóre po chwili łączą się i znów są jednym, a drugie pozostają bocznymi strumieniami.

Naukowcy, którzy chcą zrozumieć i opisać kulturę natywnych mieszkańcow nie mają łatwego zadania. Aborygeni nie stosowali pisma, jedyny przekaz wiedzy, wiary, prawa był ustny. Pozostawili rysunki naskalne i trochę prymitywnych narzędzi odnalezionych w kolejnych warstwach gleby. Pieśni przestały być śpiewane, języki zniknęły, bo nie było komu w nich rozmawiać, tradycja i pamięć pokoleń w krótkim czasie, na skutek zamierzonych działań białych, odeszła w zapomnienie. Dodatkowym problemem jest to, że Aborygeni inaczej niż my pojmują czas. Nie w latach czy pokoleniach, nawet nie w minioności, tylko jako coś ciągłego, zapętlonego, gdzie początek jest końcem tego samego, a koniec prowadzi do początku. Ich kultura jako najważniejszy dogmat ma stałość. Są wrogami zmian, wierzą, że przychodzą na świat który zawsze był taki sam i ich zadaniem jest pozostawić go w niezmienionej formie. Nie lepszej, nie gorszej, ale niezmienionej. Jak w takim razie mogą się porozumieć z białym człowiekiem, którego wszystkie działania napędzane są myślą o postępie? My pytamy się “kiedy”, a oni mówią “zawsze”.

Trudno nam w tak krótkim czasie, po przeczytaniu kilku naukowych publikacji, po kilku nocach spędzonych w necie w poszukiwaniu informacji ze stron rządowych i społecznych, po czterech wizytach w różnych centrach kultury aborygeńskiej, paru rozmowach z tutejszymi ludźmi, i chwilowej obserwacji miejsc, w których spotykają się dwa światy, zrobić dogłębną i wyczerpującą analizę sytuacji wspólczesnych Aborygenów. Nie bylibyśmy również w stanie napisać pracy doktorskiej na temat wiary, sztuki i sposobu życia pierwszych mieszkańców Australii. Ale opowiemy Wam o tym co widzieliśmy, czego się dowiedzieliśmy i co nam zostało opowiedziane, oraz o tym czego się domyślamy, a całość powinna się złożyć na historię, która w niektórych miejscach już była, a tutaj właśnie się toczy. Historię o ignoracji, o prawie silniejszego, o grabieżczej postawie białych “odkrywców”, o tym co się dzieje, gdy ludzie nie są sobie równi, o mądrości przekazywanej z pokolenia na pokolenie, o walce o przetrwanie, o stracie tożsamości, o próbie uratowania wiary i kultury, która trwała od sześćdziesiąciu tysięcy lat.

I co najbardziej nas zaskakuje to fakt, że jeśli przeczytacie nasze posty, to będziecie mieć większą wiedzę na ten temat niż przeciętny Australijczyk.

Australia przed przybyciem białych była największym jaki świat kiedykolwiek widział … no właśnie, nie mamy poprawnego słowa na określenie tego, bo czegoś takiego nie było nigdzie indziej. Najbardziej chyba pasuje: zarządzana posiadłość.

Cały kontynent był podzielony pomiędzy klany (grupę rodzin), a każda rodzina miała przypisany jej kawałek ziemi. Klany miały kraje, i od ich nazw pochodziły nazwy klanów (słowo Aboriginal jest narzuconym przez Brytyjczyków określeniem). Byli Eore, Gunai, Giramaygan, Lunitja, Kunwinjku i inni. Jednocześnie stosowali określenia na grupy klanów z różnych części Australii – na przykład Koori, Goori, Yolngu, Murri, Nunga.

Ludziom wolno było przemieszczać się tylko po terytorium swojego klanu, a gdy chcieli przemieścić się po nie swoim terenie, potrzebowali pozwolenia. Rygoryzm przestrzegania tej zasady był większy dla ludów zamieszkujących wybrzeże, a mniejszy dla klanów ze środka kontynentu, gdzie warunki życia były cięższe (pustynia) i co za tym idzie niższa była możliwość ziemi do wykarmienia zamieszkujących ją ludzi. Dlatego przyjęte było “pożyczanie” kawałka ziemi, jeśli było na niej więcej pożywienia, polowanie nie na swoim terytorium, itp. Opisywana zasada miała głęboki sens, bo klany żywiły się tym, co było dostępne na podległym im terenie. I poprzez system pozwoleń miały kontrolę nad tym, żeby nie zabrakło im roślin i zwierzyny do przeżycia, bo wiedziały dokładnie jaką liczbę ludzi trzeba wyżywić. Każda zmiana poprzez na przykład przybycie większej ilości ludzi mogła spowodować zmniejszenie liczebności wallabi, lili wodnych i innego jedzenia, co oczywiście zagroziłoby przetrwaniu klanu.

Jednocześnie sąsiadujące z sobą plemiona cały czas negocjowały ze sobą i dogadywały się co do globalnego zarządzania ziemią, bo wiadomo, że ani kangury, ani busz granic nie uznają. Właściwie nie wiemy wiele o wojnach pomiędzy plemionami aborygeńskimi, wiemy natomiast, że żeby przeżyć musiały ze sobą współpracować.

Co prawda istnieją rzeczy będące bronią lub służące do walki, jak choćby słynny, służący głównie do polowania bumerang. Przypuszcza się, że pochodzą one z terenów północnych Australii, gdzie były o wiele większe i niewracające, a właśnie służące do walki wręcz. Na północy Aborygeni mieli kontakt z ludami obecnej Indonezji, i prawdopodobnie musieli odpierać ataki w obronie swojej ziemi. Zresztą Holendrzy, którzy przybijali do brzegów spotykali się z regularnym oporem, więc Aborygenii nie byli ludem pokojowym w 100%.

Ale jak już wspomniałam, żeby przeżyć na dość nieprzyjaznym kontynencie głównie musieli się ze sobą porozumieć, na co znajdowane są kolejne dowody.  Wspólnie były podejmowane decyzje co do wypalania buszu (bo miało to wpływ na liczebność i lokalizację zwierzyny), czasowe ograniczenia w polowaniu na konkretne gatunki, itp. Wiedza o tym, gdzie, kiedy i co wypalać była przekazywana w pieśniach, jako mądrość klanowa i gwarantowała przeżycie. Wypalanie jest traktowane jak czyszczenie (taki ekonomiczny odkurzacz) i jest stosowane do dziś, po przerwie która nastąpiła gdy biali próbowali podporządkować sobie Australię nie znając się zupełnie na tutejszej przyrodzie. Dzięki niemu po pierwsze niszczone są chwasty szkodliwe dla środowiska, po drugie zmniejszane jest ryzyko niekontrolowanych samoistnych olbrzymich pożarów buszu, a po trzecie – w ten sposób busz się odradza w młodszej postaci.

Aborygeni kształtowali w ten sposób środowisko, w którym żyli tak, żeby dostarczało im wystarczającej ilości pożywienia. Jednocześnie nie byli ani kulturą rolniczą – nic nie uprawiali (jeśli włożyli do ziemi jakiś korzeń, z którego wyrosła potem roślina, to najprawdopodobniej zrobili to w roztargnieniu), ani farmerską – wpływali na populację kangurów i potrafili ją zwiększać, ale nigdy kangurów nie hodowali : )

Korzystali z tego co dostali od natury, potrafili ją kształtować, żeby zaspokoić swoje potrzeby, ale nie podejmowali wysiłku w udoskonalaniu świata. Śmiało można powiedzieć, że byli wrogami postępu, ale czy to znaczy, że żyli w zacofaniu? Na jakiej podstawie mamy prawo oceniać co jest większą wartością – zmiana czy trwanie.

Pieśni mówiły też o tym co na danym terenie jest jadalne, gdzie zdobyć wodę w porze suchej, jak radzić sobie z różnymi warunkami. Zawierały wiedzę konkretną dla danego obszaru dlatego prawo przejścia przez obce terytorium było dawane m.in. komuś, kto znał pieśń z danego klanu. Bo w ten sposób ten ktoś posiadał wiedzę o tym jak przeżyć w obcym mu kraju i jak się w nim zachować, żeby nie spowodować szkód w przyrodzie. Sprytne, prawda? Znasz nasz kodeks, wiesz, że na nasze nietoperze można polować tylko w porze suchej, możesz wejść.

Ludzie wymieniali się pieśniami, czyli śpiewaną wiedzą, na spotkaniach zwanych corroboree.  Ci, którzy potrafili się nauczyć pieśni wielu krajów (każda w innym języku) posiadali ogromną wiedzą i byli słusznie uważani za mędrców.

Pierwsze wzmianki o południowym kontynecie pochodzą z wypraw portugalskich, a potem holenderskich. Te dwa kraje jednakże traktowały odkrywanie nowych lądów jako okazję do handlu i zdobycia nowych towarów (głównie przypraw). Dopiero Anglicy poszukując ziemi w kontekście nowej ziemi do osiedlenia dotarli do Australii i wtedy się zaczął konflikt, który trwa do dziś.

Anglicy kolonizowali nowe ziemie na podstawie trzech różnych sposobów, zgodnych z ówczesnym prawem:

–       na początku mieli znaleźć lokalnego wodza i “wynegocjować” z nim prawo do używania jakiejś części ziemi.

–       gdyby wódz stawiał opór, należało ziemię zdobyć siłą (ewentualnie wymienić wodza)

–       jeśli dotarliby do ziemi, która do nikogo nie należała, ogłaszali ją nową własnością Korony, na podstawie prawa “terra nullius”.

W Australii miało miejsce przejęcie ziemi trzeciego rodzaju. Biali zeszli na ląd i nie zobaczyli noczego, co w ich europejskim pojęciu świadczyłoby o “posiadaniu” ziemi. Natywni ludzie niczego nie uprawiali, nie hodowali, przemieszczali się bez większego dla Anglików sensu, nie pracowali w celu zwiększenia dóbr, w jasny i klarowny sposób nie czuli się przywiązani do ziemi, skoro nic z  nią nie robili. A że robili rzeczy nieznane i niezrozumiałe dla Anglików to pomijalna sprawa.

James Cook zanotował: “żadnego osadnictwa ani cala uprawianej ziemi” (wszystkie tłumaczenia własne).

Jednocześnie nie zobaczyli tam religii w formie, którą znali, ani społeczeństwa przypominającego ich własne.

Nie było też jednego, konkretnego wodza (rodziny należące do klanu żyły na ogromnych obszarach, więc nie tworzyły dużych skupisk, plus nie było tam funkcji wodza w powszechnym znaczeniu).

Anglicy wysnuli więc jedyny słuszny dla nich wniosek – Australi jest niczyja, więc jest nasza.

I tak dla Aborygenów nastał koniec, który nie był początkiem tego samego. Był początkiem dwustu lat niewoli.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *