Stacjonarne krowy, śmiercionośne ropuchy, wędrujący indyk – post przyrodniczy

Mimo kuszących i różnorodnych atrakcji, które Darwin ma nam do zaoferowania (wiem, wiem, czepiam się tego miasta), następnego dnia opuszczamy miasto i jedziemy na wycieczkę do pobliskiego (150km w jedną stronę) Litchfield Parku. Jest 38 stopni, pogoda akurat na wycieczkę za miasto. Co prawda większość szlaków w parku jest zamknięta nawet dla 4WD z powodu powodzi w porze deszczowej, ale dwie główne atrakcje są wciąż dostępne. Tuż przed granicami parku zatrzymujemy się w miasteczku Batchelor.

Drogowskaz donikąd, czyli północ Australii

Drogowskaz donikąd, czyli północ Australii

Jest to całkiem porządne miasteczko zbudowane z blachy falistej, ma szkołę, park z placem zabaw, supermarket z pocztą i apteką pod jednym dachem, kawiarnię i stację benzynową.

IMG_6972

 

Położone pośrodku niczego, ma już klimat miasteczek, w których dla przejezdnego liczącego czas nic się nie dzieje. Natomiast dla mieszkańca jest to miejsce do życia tak dobre, jak każde inne. Na wjeździe mijamy tablicę z odręcznie pisaną liczbą mieszkańców (od razu kojarzy mi się początek odcinka Twin Peaks) i kolejną z osiągnięciami, z których miasto jest dumne. To głównie (a raczej – wyłącznie) pierwsze, drugie i trzecie miejsca zajęte przez różne drużyny szkolne w najrozmaitszych zawodach stanowych, międzystanowych i może nawet krajowych.

IMG_6967

Przed sklepem czytamy tablicę ogłoszeń. Ktoś sprzeda stare meble, w tym mikrofalę i lodówkę, (kuchenka też była, ale ktoś już ją kupił, bo skreślona), ktoś zaopiekuje się dzieckiem (20 dol za godzinę! – czyli z drugiej strony  tutajsza minimalna płaca), jakieś koło zaprasza na swoje spotkanie, gdzieś sprzedają specjalny nawóz niszczący tutejszą trawę – chwast, komuś zaginą indyk podróżnik.

IMG_6970

Jest też kilka ogłoszeń o sprzedaży farm, z których parę mijaliśmy. Ogromne tereny porośnięte drzewami, pomiędzy nimi wysoka trawa (nawóz nie działa?), przy drodze zamarkowana tylko brama wjazdowa, bo rozrzutnością byłoby stawiać jakiś płot dookoła, gdy do ogrodzenia jest kilka kilometrów. Od bramy wgłąb prowadziła piaszczysta, czerwona droga, pewnie do domostw, ale z naszego miejsca nie mogliśmy ich dostrzec. Na jednej z tablic przed taką nieruchomością (posiadłością?) agent sprzedający zdobył się na wyżyny swoich zdolności i kusił napisem: Unikalna szansa na zakosztowanie prawdziwego, wiejskiego życia.

W kawiarni kupujemy gorącą kawę i jeden ze wspanialszych wynalazków – mrożone mango. Teraz możemy ruszać w dalszą drogę.

IMG_7064

W parku jedną z głównych atrakcji są kopce termitów. Te maleńkie 5mm insekty w ciagu 50 lat wznoszą termitiery wysokie na ponad 5 metrów.

IMG_7001

 

IMG_7022

W miejscu, do którego dotarliśmy występują obok siebie dwa rodzaje termitier, co jest dość niespotykane, bo zwykle budowane są na różnych terenach. Pierwsze to termitiery magnetyczne, drugie katedralne. Budowane są przez dwa różne gatunki termitów i pierwszy rodzaj zwykle powstaje na terenach wilgotnych i zalewowych, a drugi na dobrze wyschniętej twardej ziemi.

Termitiera magnetyczna

Termitiera magnetyczna

Termitiera katedralna

Termitiera katedralna

Są jeszcze termitiery budowane na drzewach, pod powierzchnią ziemi, i przy pniu drzew – najczęściej eukaliptusa, który stanowi źródło pożywienia. Te ostatnie termity są dość ważne dla przemysłu turystycznego w Australii, bo gdy taka młoda termitiera powstaje i wyjada od środka pień eukaliptusa, to jest rozbijana (jest jeszcze dość miękka), a pusty w środku pień jest przez Aborygenów przerabiany na ich tradycyjny instrument – didgeridoo. A potem taką długą rurę turyści przywożą do domu i wieszają na ścianie, bo do niczego więcej nie umieją jej wykorzystać. Nasza, przywieziona poprzednim razem, nie wisi, tylko stoi w kącie pokoju. Umiemy na niej zaszczekać jak dingo i … i tyle. Choć ciągle mamy nadzieję, że kiedyś (na emeryturze???) znajdziemy czas, żeby nauczyć się czegoś więcej, i odpowiednia płyta cd z kursem cierpliwie leży na półce.

Termitiery są stacjonarnymi kombajnami. Pojedyńczy termit nie znaczy nic, kolonia termitów to taka krowa na tutejszych tropikalnych terenach. Przerabiają trawę, liście i różne rośliny na materiał do budowy termitiery, i dzieki temu oczyszczają środowisko, pozwalając rosnąć nowym roślinom.

IMG_6990

Podczas zabijającego upału, pożaru buszu (serio, są ognioodporne) lub powodzi są schronieniem dla innych zwierząt – węży, pająków, jaszczurek, goan, różnych wstrętnych wijących się mnóstwonogich owadów, a także dla milutkich quollsów. To taki malutki torbacz (jego polska nazwa przywodzi na myśl upośledzonego smoka, więc nie będziemy jej tu stosować, ale dla ciekawskich podaję – dasyurus), obecnie zagrożony wyginięciem z powodu przywiezienia do Australii ropuchy. Ktoś chciał wytępić komary, i z Ameryki przetransportował tego płaza, powodując zniszczenia środowiska większe niż przysłowiowe króliki. Ropucha jest trująca dla większości zwierząt, które nie przystosowane, po prostu umierają po próbie zapolowania na nią. Tak jest też z quollsami. Obecnie jest prowadzony program, w którym naukowcy w sztucznych warunkach próbują nauczyć złapane samice quollsów nie polowania na ropuchy. Mają nadzieję, że wypuszczone na wolność, nauczą tego zachowania swoje dzieci i w ten sposób gatunek zostanie ocalony. Na razie nie wiadomo niestety, czy ekperyment z trenowaniem quollsów się powiedzie, wiadomo natomiast, że ropuchy jak i komary ciągle w Australii są i mają się (niestety) bardzo dobrze.

Podczas naszej wizyty w drodze do Parku Kakadu w centrum edukacyjnym na Górze Żółwia oprócz informacji o tutejszej florze i faunie dowiedzieliśmy się, że w Northern Teritory występuje ponad 70 gatunków komarów (a to nie jedyne latające cholerstwo, które gryzie), a humanitarne zabicie ropuchy, o które każdy jest bardzo proszony wygląda tak:

–      przez zwykłą sklepową, plastikową torebkę łapiemy ropuchę i zawiązujemy ją w środku.

–      potem dla pewności wkładamy do drugiej torebki i ponownie zawiązujemy.

–      następnie całość wkładamy na 24 godziny do zamrażalki.

–      kolejnego dnia torebki z zawartością wyrzucamy do śmieci.

 

Rozumiem, że humanitaryzm odnosił się tutaj do łapiącego człowieka, żeby nie narażać go na obryzganie mózgiem, wnętrznościami i krwią, gdyby próbował taką ropuchę utłuc kamieniem.

IMG_7261

Ale żarty na bok, ropucha naprawdę powoduje potworne spustoszenie w środowisku i jest tutaj koszmarnym szkodnikiem. My żadnej nie złapaliśmy (nie dysponowaliśmy zresztą zamrażalnikiem), ale komary tłukliśmy z najprawdziwszym zaangażowaniem.

Wracając jednak do termitier, bo każda dygresja powinna się kiedyś skonczyć. Żeby zapewnić w środku idealne warunki do życia, rozmnażania i przechowywania żywności, termitiera musi mieć temperaturę i wilgotność uniemożliwiającą przegrzanie się czy rozwój pleśni. Okazuje się, że tutajsze termity budujące termitiery magnetyczne zawsze sytuują je na lini północ – południe. W ten sposób jedna strona budowli zawsze jest w cieniu.

IMG_7020

Przy budowie nie kierują się słońcem (jak już pisałam są kompletnie ślepe), ale wbudowanym kompasem. Jeśli zmienić kierunek budowy o kilka stopni to temperatura w środku zmienia się i uniemożliwia dalszą egzystencję termitiery (naukowcy ponoć to sprawdzili).

IMG_7016

Młoda termitiera jest dość miękka, i stanowi źródło pożywienia m.in. dla kolczatki, która mocnymi pazurami rozkopuje jej kawałek i zjada termity wraz z ziemią. Ale ponieważ kolonia termitów jest w fazie wzrostu, więc zniszczenia są szybko naprawiane. Po około pół wieku trwania kolonia umiera, a opuszczona termitiera momentalnie rozpada się pod wpływem deszczu lub słońca.  Najmłodsza część termitów emigruje i zaczyna gdzieś obok budować nową termitierę.

Żyjąca termitiera ma intensywny, czerwony kolor ziemi

Żyjąca termitiera ma intensywny, czerwony kolor ziemi

Martwa termitiera, rozsypująca się w proszek

Martwa termitiera, rozsypująca się w proszek

 

I ostatnia ciekawostka, kończąca ten pasjonujący wykład: w termitierach nadrzewnych zakłada sobie gniazdo zimorodek. Robi to w sposób dziwaczny – upatruje sobie jakąś dziurkę, a potem w pełnym locie kilka razy wali w nią dziobem i głową, aż dziura będzie odpowiednio szeroka, żeby dostać się do środka. Nikt nie ma najmniejszego pojęcia czemu ten wariat nie usiądzie na termitierze jak dzięcioł i takiej dziurki sobie nie wystuka. W każdym razie rację mają Anglicy mówiąc: szalony jak zimorodek.

 

Termitiera dla zimorodka

Termitiera dla zimorodka

Drugi spacer popełniliśmy do wodospadów. Przyjemny kilometrowy trakt pełen widoków na niekończącą się zieleń buszu. I pełen much, które w połączeniu z obezwładniającym upałem nie pozwoliły nam na dłuższe zachwycanie się przyrodą, choć było czym.

IMG_7045

IMG_7052

Nasz australijski "konik" - pnie drzew i kora

Nasz australijski „konik” – pnie drzew i kora

IMG_7041

IMG_7059

IMG_7054

IMG_7024

IMG_7026

 

Tolek już na nie nie reaguje, mówi tylko zbolałym głosem: Mama, ja nie mam siły ich odganiać, ty musisz, bo ja jestem dzidziusiem. Kaj nic nie mówi, nawet się już nie krzywi, gdy któraś siada mu w kąciku oka. Odganiam więc paskudztwo machając w koło i bez przerwy chusteczką, i tak sobie maszerujemy w tym falującym z gorąca powietrzu.

IMG_7049

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *