Słoneczna szafa pełna mrocznego rasizmu

Mam prośbę. Zamknijcie oczy i wyobraźcie sobie, że pewnego dnia przychodzą przedstawiciele rasy  innej niż wy i za pomocą siły narzucają wam nowe zasady życia. Od tej pory nie wolno wam nosić ubrań. Tak, tak – wszędzie chodzicie nago i bez butów. Mało tego – zostajecie przeniesieni do lasu i od tej pory macie sobie w nim radzić. Wasi ciemiężyciele umieją tak żyć, znają wszystkie sztuczki z jadalnymi roślinami i korzonkami, wiedzą jak rozpalić ogień, jak przetrwać zimną noc, itp. Ale wam tego nie mówią, albo mówią w języku, którego nie rozumiecie, a skoro nie rozumiecie, to tracą cierpliwość i więcej wam tego nie tłumaczą. Więc albo uda wam się zdobyć coś do jedzenia i nakarmienia waszych najbliższych, albo nie – wtedy głodujecie, lub jecie coś trujacego i umieracie. Nie rozumiecie zasad rządzących w społeczności waszych prześladowców i  nie macie szans ich poznać, bo nie pozwalają wam na to. Jesteście dla nich zwierzętami, podgatunkiem, bez żadnych praw i ochrony. Nie macie gdzie dociekać sprawiedliwości, gdy spotka was krzywda. Nie dostajecie żadnej pomocy, gdy zachoruje wasz bliski, a starych lekarstw już nie macie. Wyznawanie religii, która była waszą tożsamością jest zakazane. Wasze świątynie, kościoły przestały istnieć, lub zostały przemienione w świeckie miejsca (brzmi znajomo, co?). Używanie języka, który znacie jest tępione. Ilu z was przeżyje? Każda próba buntu jest porażką, nie macie szans na zmianę. Beznadzieja to jedyne uczucie, które po jakimś czasie jesteście w stanie czuć. Wy, albo kilka pokoleń po was. Tak, wasze dzieci i wnuki dalej nie mają żadnych praw, są podkategorią ludzi. Na krawędzi przeżycia.

Bez tradycji, języka, religii, możliwości życia w sposób cywilizowany, w jaki od pokoleń był wam bliski – kim jesteście? Ile macie siły by ciągle pamiętać, kim byliście? Kim byli wasi przodkowie? Pamiętajcie -naprawdę nie macie żadnych szans na zmianę. Żadnych powstań, nagłej pomocy zbrojnej z Ameryki, nic. Myślicie wyłącznie o przeżyciu kolejnego dnia. Nie macie szans na zapewnienie godnej egzystencji dla waszej rodziny, dzieci. Stajecie się bezużyteczni, tracicie rolę, którą powinniście wykonywać, możecie tylko patrzeć na cierpienie najbliższych.
To nie wszystko. Przedstawiciele obcej rasy w pewnym momencie, bez żadnych konsultacji z waszej strony, stwierdzają, że za mało się staracie. Za bardzo pamiętacie o dawnych czasach, gdy żyliscie w miastach, nosiliście ubrania, korzystalicie z cywilizacji. I postanawiają, że rozwiązaniem będzie nauczenie waszych dzieci (którymi pomiatają tak samo jak wami, bo kto by się przejmował potomstwem zwierząt) jak żyć według nowych reguł. Przychodzą do waszego domu, tak jak do wszystkich innych domów ludzi waszego rodzaju, i zabierają wam dzieci. W jednej chwili, bez żadnej możliwości protestu z waszej strony. Bez żadnej szansy na pójście do sądu. Zabierają waszego trzyletniego bawiącego się przed domem synka, sześciolatkę, która właśnie wróciła z wyprawy po jagody, i  odbierają też kilkumiesięcznego niemowlaka, nie pozwalając mu nawet dokończyć ssania piersi od której go oderwali. Całe pokolenie waszych ludzi zostaje porwane w imię nowego prawa. Nie ma żadnych spisów, żadnego sposobu żeby dowiedzieć się, gdzie jest wasze dziecko. Gdzie zostało wywiezione. Nigdy ich nie znajdziecie, będziecie tylko pamiętać ich twarze. Dzieci otrzymują nowe imiona, część z nich jest tak maleńka że nie pamięta ani mamy, ani taty. Innym,tym które coś kojarzą mówi się, że rodzice nie żyją. Gdy odzyskają wolność po skończeniu osiemnastu lat – nie będą nic wiedzieć, nic pamiętać. Nie ma szans na połączenie rozdzielonych rodzin, na oddanie matce dziecka, za którym tęskniła kilkanaście lat.
Dzieci jednak, mimo że wychowane według kultury panującej rasy, nie są przez nią akceptowane. Dalej nie mają praw, nie mają szans na równy udział w społeczności, na ochronę, na pomoc. Ale teraz to pokolenie nie ma też już łączności ze swoją historią i tożsamością. Dorastało, i nikt im nie opowiadał o dawnych czasach, gdy chodziło się w ubraniach, gdy w niedzielę rodziny zmierzały do kościoła, gdy ludzie żyli inaczej i inne wartosci wyznawali. Nikt im nie powiedział, że są dziećmi cywilizowanych ludzi.
Kim są te dorosłe dzieci? Nikim. Nic nie mogą, nic nie wiedzą. Mieszkają w gettach, bo w innym miejscu nie mają prawa. Część wróciła do was, starszyzny. Część plącze się na obrzeżach obozów założonych przez najeźców, którzy w waszym kraju już są panami, a nie najeźćcami.
Te dzieci same stają się rodzicami. Ale nikt im nie powiedział jak to jest być rodzicem, co to znaczy opiekować sie dzieckiem, jak należy o nie dbać, kochać. Więc zaczyna się patologia, przemoc, wykorzystywanie seksualne, alkoholizm.
Wtedy dzieci tych poprzednich dzieci też są odbierane, żeby je chronić. Ale rodzice nie rozumieją dlaczego tak się dzieje. Nie wiedzą co zrobily źle. Nikt ich niczego nie uczy, nic nie wyjaśnia. Dzieci też nie rozumieją dlaczego są zabrane. Błędne koło poczucia krzywdy, bezradności, beznadziei kręci się w najlepsze.
Naprawdę to sobie wyobrażacie? Serio – przez kilka sekund pomyślcie jak to by było. A teraz odpowiedźcie szczerze – gdybyście w tej beznadziejnej egzystencji odkryli owoc, po zjedzeniu którego zapominalibyście o swojej sytuacji, który zlikwidowałby ból z waszego serca, którego kęs pozwoliłby waszym myślom w końcu zignorować nędzę w której żyje wasza rodzina, to czy mielibyście siłę, żeby tego owocu nie jeść codziennie?
Czym jest ta historia – kiepskim scenariuszem trzeciorzędnego filmu s-f?
Jest skróconą i uproszczoną wersją tego, co spotkało Aborygenów.
Początki spotkania z białymi nie były od razu dramatyczne, ale nie zależnie od rodzaju i grubości białych rękawiczek (może kiedyś o ty coś napiszemy, zależy od czasu) , polityka Anglików wobec natywnych mieszkańców zmierzała w jednym kierunku – przekonwertowania ich na zachowania tożsame dla białych. Gdy w wyniku ekspansji na ziemię położoną w głąb lądu Aborygeni zaczęli się bronić, zostali potraktowani z całą siłą na jaką armia brytyjska mogła sobie pozwolić. A mogła na wiele. Czarni zostali pozbawieni praw i ochrony. Zostali wrogami, których należało spacyfikować, mniej lub bardziej brutalnie, a jeśli już przestali się stawiać, to na wszelki wypadek, żeby im nic do głowy nie przyszło, zostali zepchnięci do najniższej warstwy społeczeństwa.
Historia stara jak świat. Zawsze tak jest gdy silniejszy rości sobie prawa do czegoś, co należy do słabszego. W każdym miejscu globu są nacje lub grupy zepchnięte poza społeczeństwo. Czarni, Cyganie, Indianie, Aborygeni, imigranci tacy i owacy, lub natywni mieszkańcy, ale pechowo dla nich – słabsi.
W wielu miejscach te grupy powoli wywalczyły sobie równe prawa. Prawo do podróżowania tym samym autobusem co biali, prawo do chodzenia do szkoły, na publiczny basen, prawo do głosowania.
Jednocześnie nie da się w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat postępu różnymi programami rządowymi przekreślić kilkuset lat historii podboju i prześladowań. Więc nie dziwi, że jako słabsi, te grupy są najmniej wyedukowane, najgorzej przystowane do życia według narzuconych im reguł, najbardziej narażone na bezrobocie, a co za tym idzie – na patologię, przestępczość i alkoholizm. Nie wymyślono jeszcze jednego sprawdzonego sposobu na rozwiązanie tego problemu, każde państwo radzi sobie jak może. Lub nie radzi. Australia też cudownego lekarstwa nie ma i nie ma co oczekiwać, że akurat tutaj zostanie wynalezione.
Aborygeni na nadbrzeżu Sydney pozujący z turystami poszukującymi prawdziwych fotek z egzotycznej wyprawy do krainy Oz.

Aborygeni na nadbrzeżu Sydney pozujący z turystami poszukującymi prawdziwych fotek z egzotycznej wyprawy do krainy Oz.

To co nas dziwi w Australii i stosunku tutejszych białych do czarnych to ciągle panujący, dość powszechny i zupełnie nie ukrywany rasizm. W Ameryce rasizm jest. Ale na poziomie prawa i państwowych reguł jest potępiany i zwalczany. Mało tego – tam jednak czarni i biali potrafią razem żyć, pracować, spędzać czas wolny, być aktywnym społecznie i politycznie.
Tutaj podział jest bardzo wyraźny, wręcz bijący w oczy. Piszemy tylko o tym co widzieliśmy, niestety dowodów na współpracę nie spotkaliśmy wiele.
Park w Darwin przedzielony drogą. Po obu jej stronach place zabaw. Niedzielne, wakacyjne popołudnie. Na jednym z placów bawią się same białe dzieci. Na drugim – same czarne. Po tej pierwszej stronie drogi z kocami rozłożyły się białe rodziny. Po drugiej piknikują (zaznaczam – bez alkoholu) Aborygeni. Żadnego przemieszania. Nie ma też żadnych tablic nakazujących taki, a nie inny podział, ale granica jest wyraźna. Kusi nas, żeby namieszać. Rozłożyć swój koc na zakazanej „czarnej” stronie i zobaczyć jaki efekt wywołamy. Aborygeni nas wyproszą? Będą niemili, agresywni? Czy po prostu udadzą, że nas nie widzą? A biali? Będą nas pokazywać palcem? A może ktoś życzliwy podejdzie i uprzejmie wytłumaczy, że się pomyliliśmy, i nasze miejsce jest 4 metry dalej, po drugiej stronie drogi? Niestety nasze dzieci właśnie zasnęły w aucie i nie mamy sumienia ich budzić, żeby zaspokoić swoją ciekawość.
W miastach ulicami płyną dwie rzeki. Rzeka biała i czarna. Często płyną obok siebie, czasem się przecinają, ale zawsze są osobno. Naprawdę, patrząc na ruch miejski mam ciągle nieustępujące wrażenie, że to są dwa osobne światy funkcjonujące w dwóch różnych płaszczyznach, i tylko wyglądają jakby razem były w tym samym miejscu.
Nawet w supermarkecie, gdzie trzeba się minąć koło półki, przesunąć wózek, czy przepuścić w alejce te dwa światy się ze sobą nie komunikują. Najwyżej ktoś w milczeniu poczeka, aż druga strona odejdzie, zwolni miejsce, przesunie się. Ale dzieje się to bez słów, za to z mową ciała – nie widzę cię.
Swoją drogą jak inaczej nazwać kartki, które notorycznie wiszą na szybie każdego sklepu, jeśli nie próbą wyśmiania i zmuszenia do podporządkowania się narzuconym, obcym zasadom? Kartki oznajmiają, że bez koszuli i butów nie wolno wchodzić do sklepu.
Aborygeni nie noszą butów. To znaczy noszą je w ręku, i zakładają gdy do sklepu jednak chcą wejść. Gdy mają buty na stopach, tracą kontakt z ziemią, która jest częścią nich. Poza tym – w butach czują się zniewoleni, jest im niewygodnie. Ale biali przecież tego nie będą tolerować.
Inna sprawa, że jednak większość z nich, w myśl zasady o ignorowaniu i niezauważaniu świata białych, ignoruje kartki i wchodzi do sklepów klapnięciami bosych stóp o płytki zaznaczając swoją drogę. I nikt jednak ich nie wyprasza. Dlatego, że w rewanżu biali ochroniarze nie zauważają bosonogich czarnych? Dlatego, że prawo nie pozwala na nieobsłużenie w sklepie obywatela? Czy dlatego że jednak każdy klient to przychód, bosy czy obuty – obaj płacą plastikowymi banknotami.
Za to ja, w ramach małego eksperymentu często łapałam wzrok głównie Aborygenek, które jednak łamiąc zasady zwracały uwagę na uczepionych do mnie dwóch blondynków. Zresztą same często miały swoje dzieci gdzieś w pobliżu, więc jakaś nić milczącego porozumienia ponad rasą się nawiązywała. I za każdym razem, gdy przekraczałam tą niewidzialną granicę i uśmiechałam się do nich, w rewanżu otrzymywałam uśmiech. Nie jest źle :)
Australijczycy często twierdzą, że Aborygenii są niewdzięczni. No bo rząd na przykład dał  im nowiutkie domu do zamieszkania, a oni zamiast docenić, to pomieszkali, poniszczyli, zupełnie o nie nie dbali, a potem takie zdewastowane porzucili.
Te nowe domy to tzw. aborygeńskie wspólnoty. Rządowe osiedle domów, z bazową infrastrukturą i teoretycznie zapewnionymi specjalistami – opieką lekarską, nauczycielami. W rzeczywistości domy są przepełnione, często brakuje tam zwykłej czystej wody, opieka medyczna jest sporadyczna, a nauczyciele są różni. Jedni są pasjonatami, chcącymi naprawdę coś zmienić, a inni trafiają tam jak na zesłanie.
Z drugiej strony ja się spytam: czy Aborygeni chcieli tych domów? Czy oni od setek lat mieszkali w domach, żeby to było coś cennego dla nich? Czy oni w swoje kilkusetletniej kulturze ludu wędrującego mają zaszczepione dbanie o rzeczy materialne, gromadzenie ich, naprawianie? Czy te domy w końcu były przemieszane z domami białych, tak żeby naprawdę zachować zasadę równości? Czy to po prostu było getto, ale wypełniające jakieś odgórne dyrektywy państwowe, typu – dach nad głową dla 50 najuboższych czarnych rodzin. Bez pytania rodzin o potrzeby, oczywiście. Bez zastanowienia się jaka pomoc biorąc pod uwagę różnice kulturowe, jest tym ludziom naprawdę potrzebna. I żeby nie było – Aborygeni w Australii to nie jakaś niemożliwa do ogarnięcia masa ludzi. Szacuje się, że jest ich 3%, czyli około 670 tysięcy osób.
I ostatni fakt, który budzi nasze zdumienie. W większości miejsc na świecie, a na pewno w państwach demokratycznych, obywatele protestują gdy policja użyje niezgodnej z prawem siły. Gdy z pozycji władzy nadużywając jej pozbawi kogoś życia. Ludzie wtedy nie myślą: e tam, zabilli przecież tylko … (każdy wstawia co lubi – czarnego, Żyda, Cygana, Polaka, geja). Myślący ludzie protestują, bo wiedzą, że jeśli dziś policja nadużyła władzy w stosunku do mniejszości, to jutro może jej użyć przeciwko większości. Też przeciwko mnie.
Wszyscy słyszymy na przykład o burzliwych protestach w Ameryce, gdy z powodu brutalności policji zginie człowiek. I nie ma znaczenia wtedy, że był to Latynos z pistoletem zabawką czy czarny nastolatek w kapturze.
W Australii policja notorycznie nadużywa władzy w stosunku do Aborygenów. Jest też wiele udokumentowanych (i relacjowanych w ogólnodostępnej telewizji) niezgodnych z prawem użyć paralizatorów elektrycznych, nawet wobec dzieci. Obejrzałam film (nakręcony policyjną kamerą), jak takim ładunkiem parokrotnie rażony był czternastolatek, który nie stanowił dla policjantów żadnego zagrożenia. Wił się na podłodze, krzyczał z bólu i płakał prosząc, żeby już więcej w niego nie strzelać. A to było tylko aresztowanie w domu,  nie mam pojęcia co dzieje się za drzwiami aresztu.
Przeszukałam internet i nie mogłam znaleźć żadnego śladu o jakichkolwiek masowych protestach po emisji przez telewizję tego materiału. Żadnego! Tak jakby w społeczeństwie była bardzo wyraźna i przestrzegana zasada podziału: my – oni.
Jeżeli to nie jest rasizm w czystej postaci, to co nim jest?
Według statystyk Aborygeni o wiele częściej w stosunku do białych umierają w trakcie pobytu w areszcie. Kilka spraw trafiło do sądu, i nawet przyznano rodzinom odszkodowanie dopatrując się nadużycia władzy lub zaniedbania obowiązków przez funkcjonariuszy publicznych. Ale w żadnej z tych, o których czytałam nie wyciągnięto konsekwencji wobec tych funkcjonariuszy.
Przykład? Brutalny, ale taki był naprawdę.
W styczniu 2008 roku policja transportowała aresztowanego Aborygena z okolic Perth 360 km do sądu. Był 42 stopniowy upał, a człowiek ten został wsadzony do blaszanej budy policyjnej więźniarki z 600ml butelką wody. Policjanci przez całą drogę nie zatrzymali się ani razu żeby sprawdzić stan aresztowanego, twierdzą też, że z tyłu nie dochodziły żadne krzyki czy stukania, nic co by ich zaniepokoiło. Po otworzeniu na miejscu drzwi odkryto, że Aborygen leży na podłodze, i mimo pomocy lekarskiej w szpitalu zmarł z powodu udaru. Na jego ciele koroner stwierdził poparzenia trzeciego stopnia. Wyobrażacie sobie zamknięcie człowieka w metalowej puszce w takim upale na kilka godzin?
W 2010 r. sąd (po kilku odwołaniach) dopatrzył się (!) winy publicznych organów prowadzącej do śmierci pana Warda. Rodzinie wypłacono jedne z najwyższych odszkodowań. Jednak do dzisiaj żaden z dwóch funkcjonariuszy, którzy transportowali wtedy więźnia nie otrzymał najmniejszych konsekwencji służbowych.
Czy w świetle takich faktów może kogoś dziwić to, że Aborygeni są nieufni w stosunku do rządowych organów, nawet tych, które powstały żeby im pomagać. Że nie współpracują z policją, że nie wierzą w sprawiedliwość. Że starają się tylko przetrwać, bo nie widzą szans na osiągnięcie czegokolwiek innego?
Naprawdę, dopóki nie zaczęliśmy wgłębiać się w relacje Australijczycy – Aborygenii nie mieliśmy pojęcia, że w tym skądinąd bardzo sympatycznym społeczeństwie jest taki olbrzymi problem, na razie wciąż ukrywany i przemilczany. Ale coś drży pod powierzchnią, coś bulgocze, i mam wrażenie, że niedługo szafa z przysłowiowym trupem się otworzy.
A teraz peesiki:
PS1. Piszę „czarni” i „biali” i niech wszyscy tropiciele niepolitycznych określeń oraz przeciwnicy wierszyka o Murzynku Bambo pocałują się w swój czarny lub biały nos. Te słowa są przymiotnikami, bez żadnych nadanych przeze mnie pozytywnych lub negatywnych wydźwięków.
PS2. Jeśli ktoś ma jakieś pytania dotyczące opisanego problemu, lub chciałby wiedzieć coś więcej – prosimy o kontakt na prv lub w komentarzach. Powyższy post jest bardzo skróconą analizą tego co dzieje się w społeczeństwie tego kontynentu i siłą rzeczy nie wgłębia się we wszystkie odcienie, niuanse i zagadnienia.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *