Wakacje z Aborygenami

Rozleniwiliśmy się i dobrze – taki był cel tych wakacji.

IMG_6586

Do miasta jedziemy dość późnym pociągiem, ale to nic. Wysiadamy przy przywołującym miłe wspomnienia z poprzedniego pobytu parku Sydney – Hyde Parku. Tu po raz pierwszy zobaczyliśmy ibisy i figowce – tak różną florę i faunę od naszej.
IMG_6600
O ile figowce rozpoznaliśmy, to z ptakiem mieliśmy większy problem, a chcieliśmy wiedzieć co to jest,  bo stworzenia są dość powszechne  tutaj. Znajomy zapytany odpowiedział: a to są takie australijskie tukany. Cóż, tukana znamy z kreskówek Disneya i byliśmy pewni, że co jak co, ale te – co tu dużo kryć – nie najpiękniejsze fruwacze tukanami nie są.  Z braku chwilowej wiedzy i internetu australijskie białe ibisy na nasz użytek zostały ochrzczone: kura – bura. I tak już im zostało do dziś.
IMG_6734
Idziemy do Australian Museum, głównie dla jednej wystawy – o natywnych mieszkańcach tej ziemi. Aborygeni to jeden z powodów dla których przyjechaliśmy do Australii. Chcieliśmy choć powierzchownie poznać, zobaczyć, doświadczyć najstarszej na świecie, wciąż istniejącej kultury. Kultury, która przez przybycie białych do Australii praktycznie zanikła, a teraz powoli podejmowane są próby uratowania tego co zostało. Aborygeni to skomplikowany temat tego kontynentu. Z jednej strony – fascynujący lud potrafiący lepiej niż biali przeżyć w tutajszym nieprzyjaznym klimacie. Z drugiej – w dużej większości najuboższa warstwa społeczeństwa, a co za tym idzie – najgorzej wykształcona, bezrobotna, w większości korzystająca z zasiłków, z olbrzymim problemem alkoholowym.
Mamy wrażenie, że temat aborygeński to taki ‚trup w szafie’ Australii. Dzieje się tutaj teraz coś, co miało miejsce w Ameryce podczas stopniowego przyznawania praw czarnoskórym i uznania ich za pełnoprawnych obywateli.
Rasizm jest tu obecny i co dla nas, europejczyków, dziwniejsze – nie ma silnego społecznego potępienia takiej postawy.
Zanim tu przyjechaliśmy przeczytaliśmy trochę książek i stron w sieci, żeby zorientować się w temacie. Na miejscu kupujemy kolejne, przeraźliwie grube książki, w większości prace naukowe, ktorych przeczytanie zajmie nam trochę czasu. Dlatego nie jesteśmy w stanie w jednym poście opowiedzieć Wam wszystkiego. W miarę podróży i dowiadywania się nowych rzeczy będziemy Wam o tym pisać. W ten sposób nasza wędrówka będzie osnuta wokół Aborygenów. A na razie w stu procentach polecamy książkę Mateusza Marczewskiego „Niewidzialni” – to opis współczesnych Aborygenów, ich niedopasowania do narzuconej im kultury i stylu życia, ich sposobu widzenia świata, ich upadku, ich trwania. Jest to przy tym opowieść napisana tak niezwykłym stylem, że każde zdanie smakuje poezją. Warto, nawet jeśli na początku wydaje wam się, że temat jest nieinteresujący. Bo w głębszej warstwie jest to mądra książka o uniwersalnym problemie bycia mniejszością, innością i cenie jaką się za to płaci w dzisiejszym skurczonym, uniwersalnym świecie.
Aborygeni Aborygenami, ale dinozaury to jest coś!

Aborygeni Aborygenami, ale dinozaury to jest coś!

Po zwiedzeniu wystawy (w sumie mieliśmy jeszcze ochotę na dwie inne, ale o siedemnastej zamykali muzeum i nie zdążyliśmy), spokojnym spacerkiem poszliśmy w stronę nadbrzeża i Ogrodu Botanicznego.
IMG_6688
Po drodze minęliśmy mennicę, budynek stanowego parlamentu (nie wiem czy trzeba o tym pisać na blogu, ale ostatnio w jakimś teleturnieju z gwiazdami było pytanie o stolicę Australii i poprawną odpowiedzią było -Sydney. Więc zaznaczamy – Sydney nie jest stolicą Australii, tylko stanu New South Wales), pomnik Flindersa – Anglika, który opłynął Australię i zrobił jeszcze kilka morskich wyczynów, oraz Trima – kota Flindersa. Cytując Mathew: Pamięci Trima, najznakomitszego przedstawiciela swojego gatunku, najczulszego przyjaciela, wiernego sługi i najwspanialszego stworzenia.
Flinders, a z tyłu ukryty...

Flinders, a z tyłu ukryty…

... Trim.

… Trim.

Mennica

Mennica

Parlament stanowy

Parlament stanowy

I dwa przykłady na australijskie poczucie humoru

I dwa przykłady na australijskie poczucie humoru

IMG_6704

IMG_6709

Potem Ogród Botaniczny, przyroda, widoki i relaks. Wakacje jednym słowem.
Wyobrażacie sobie coś takiego w Łazienkach???

Wyobrażacie sobie coś takiego w Łazienkach???

IMG_6718
IMG_6717
IMG_6719
Oczywiście od razu zauważyliście buty, które Pani nosi, prawda?

Oczywiście od razu zauważyliście buty, które Pani nosi, prawda?

IMG_6721IMG_6724

IMG_6737

IMG_6756

IMG_6771

IMG_6779

IMG_6780

IMG_6781

IMG_6789_1

Ogród Botaniczny leży na skałach, z których większość miała magiczne lub rytualne znaczenie dla tutejszych Aborygenów.

Ogród Botaniczny leży na skałach, z których większość miała magiczne lub rytualne znaczenie dla tutejszych Aborygenów.

IMG_6786

1788

Dawno, dawno temu za siedmioma morzami leżała Wyspa zamieszkana przez Ogrodników. Żyło im się dobrze. Przez 2-3 godziny dziennie pielęgnowali swoje ogrody, które w zamian dawały im pożywienie, schronienie i syciły oczy. Pozostały czas mogli poświęcić na rozmowy, malowanie i muzykę. A muzykę mieli piękną. Dudniącą, gardłową, chwytającą za serce i trzewia, tak mocną że nogi same podnosiły pył Ziemi.

Ogrodnikom niczego nie brakowało. Nie musieli robić zapasów, bo jedzenia mieli w bród, wystarczyło wiedzieć gdzie szukać. Nie pożądali też przedmiotów. Były zbędne. Przeszkadzały im się przemieszczać po ogrodzie żeby upewnić się że wszystko jest na swoim miejscu. Jedynym narzędziem którym Ogrodnicy pielęgnowali swoje Ogrody był ogień. Właściwie użyty spulchniał Ziemię, nawoził, pielił chwasty i kształtował krajobraz. Ogrodnicy byli Mistrzami Ognia. Używali go z iście chirurgiczną precyzją.

Cenili wiedzę. Ponieważ nie nosili ze sobą przedmiotów, ubierali ją w Pieśni. Śpiewali o geografii, biologii i ekologii swoich Ogrodów. Aby je poznać wyruszali w długie podróże do innych Ogrodów. Znajomość Pieśni dawała śpiewającemu prawo przejścia przez czyjś Ogród a gospodarzowi pewność, że gość wie jak się zachować. Czasem spotykali się żeby śpiewać razem. Na takie spotkania przybywało ich kilkuset, czasem z dalekich stron. Kiedy już się spotkali, rozmawiali, jedli, śpiewali i tańczyli tygodniami.

Choć Wyspa zasiedlona była przez wiele plemion składających się z wielu rodzin, każda miała swój Ogród i nie było najmniejszego kawałka Ziemi, która nie byłaby czyimś Ogrodem. Wraz z Ziemią Ogrodnicy odziedziczyli Prawo. Zabraniało ono surowo czynić sobie Ziemię lub bliźnich poddanymi. Zakazywało też Postępu. Ogrodnicy mieli upewnić się że przekażą Ogród potomnym w stanie nie lepszym i nie gorszym niż ten, w którym go zastali. Ich czas nie był linią jak nasz, lecz zbiorem pętli w większych pętlach w jeszcze innych pętlach. Wieczność była tu i teraz.

Ogrodnicy nie prowadzili wojen, bo nie było o co walczyć. Prawo stanowiło o ilości dzieci którą może mieć rodzina tak jak mówiło o właściwej ilości zwierząt i roślin w Ogrodzie. Dobrobyt nie prowokował więc swojego upadku. Choć deszcz na Wyspie jest wyjątkowo kapryśny, nawet susza stulecia nie zabijała ludzi. Tak mądre było Prawo.

I wtedy do Wyspy przybyli Barbarzyńcy. Prawo mówiło wyraźnie: nic w świecie się nie zmienia. Barbarzyńcy musieli istnieć od zawsze, tylko nie było o nich wiadomo. Ogrodnicy podzielili się z Barbarzyńcami swoimi ogrodami, ale Ci kierowali się innymi Prawami. Do Ogrodów wpuścili bydło które zadeptało rośliny a ze źródeł uczyniło błotne bajora. Ogrodnicy protestowali ale Barbarzyńcy nie słuchali ich. Zamiast tego postanowili nauczyć ich porządnie pracować od świtu do zmierzchu. Do niewykonujących poleceń strzelali, truli i zarażali chorobami, na które Ogrodnicy nie znali lekarstwa. Matkom Ogrodników odbierali dzieci aby dać im porządne Barbarzyńskie wychowanie: nauczyć co to Bóg, Postęp, Rozwój, Ekonomiczna Niewola i Ciężka Praca dla Barbarzyńców.

Jakież było zaskoczenie Barbarzyńców kiedy Ziemia pozbawiona ognia i miłości Ogrodników zaczęła spiekać się na wiór, pękać, kwitnąć solą bądź przeciwnie pokrywać się gęstwiną ostrych, ciernistych krzewów, których bydło nie chciało już jeść.

Dzisiaj nie ma już żadnego z dawnych Ogrodów. Twarz Ziemi zmieniła się nie do poznania. Wielu Ogrodników przesiedlonych, żyjących za ochłapy w rozbitych i dysfunkcyjnych rodzinach nauczyło się że alkohol jest ich ostatnim przyjacielem.

Inni, którzy przeżyli przyjmują swój los ze spokojem. Wiedzą, że to co się stało jest tylko zmarszczką czasu. Pięć lat temu przywódca Barbarzyńców przeprosił za to co zrobili Ogrodnikom, choć dalej wielu Barbarzyńców uważa, że nie ma o czym mówić. Nieśmiało odtwarzane są dawne Ogrody i odszukiwana dawna wiedza. Kilku najbardziej zdesperowanych Barbarzyńców, których farmy nie mogły już utrzymać żyjącego tam bydła udało się do Ogrodników po nauki.

Chociaż wolimy o tym nie myśleć nasz Świat też nie będzie rósł wiecznie. Być może jest coś, czego mogą nauczyć nas Ogrodnicy?

Cywilizowana dzicz cieszy

Niedziela jakoś nie jawiła nam się jako dobry dzień na zwiedzanie miasta. Zgadywaliśmy, że każda atrakcja będzie niebotycznie zatłoczona, do tego upał, hałas (ach, my ludzie ze wsi podwarszawskiej…). Postanowiliśmy skoczyć za miasto  (co to jest w australijskich przestrzeniach 100 km?) i pojechaliśmy w Góry Błękitne.

IMG_6455

Podczas podboju Australii przez białych, stanowiły przez długi czas barierę nie do przebycia z południa na północ. Kolejne ekspedycje kończyły się fiaskiem, bo podbijający biali z Europy nie znali takich gór – bez przecinających dolin, którymi można przejść. Wchodzili w las deszczowy, szli, szli i – natykali się na pionowe skały ani nie do wejścia ani nie do obejścia. Oczywiście Aborygenii od setek lat wiedzieli którędy da się przejść, wystarczyło ich spytać, ale:

a)    kto by tam rozmawiał z fauną

b)   nie będzie fauna mówiła białemu człowiekowi gdzie ma chodzić

c)    wiadomo, że tylko biały człowiek może coś odkryć. Fauna może co najwyżej przez przypadek z czegoś skorzystać, nie wiedząc nawet że korzysta.

Tym krótkim fragmentem zdradziliśmy już nasz stosunek do chwały podboju najmniejszego kontynenty, ale o tym będą inne posty.

IMG_6545

Wracając do Gór Błękitnych. To olbrzymi obszar o powierzchni prawie półtora tysiąca km2, część Wielkich Gór Wododziałowych. Porośnięte lasem, ale głównie najróżniejszymi gatunkami eukaliptusów. Parujący z nich olejek eteryczny powoduje, że oglądane z odległości wyglądają na spowite błękitną mgłą.

IMG_6560

Uwaga: olejku nie czuć w powietrzu, co było moim rozczarowaniem gdy pierwszy raz tu przyjechaliśmy. Wtedy byłam też pewna, że skoro jest tu tyle eukaliptusów, to koala będą z nich zwisać jak gruszki. No więc nie zwisają, nie łudźcie się.

Co do eukaliptusów – jest ich w Australii kilkaset gatunków (coś koło 700). Jedne są malutkimi krzakami, inne najwyższymi drzewami świata (wyższymi niż amerykańskie sekwoje). Rosną w każdych warunkach – w lasach deszczowych i na pustyniach. Mają w większości wąskie i twarde liście, których kształt i budowa zapobiega utracie wody podczas upałów. Jednocześnie są trujące i właściwie jedynym stworzeniem, które może je jeść jest koala (i nasz Kaj…). Trawienie takich liści jest na tyle wyczerpujące, że torbacze te właściwie albo jedzą, albo śpią – na nic innego nie mają siły.

Eukaliptusom nie straszne są pożary buszu, a wręcz przeciwnie – nadpalony z zewnątrz pień puszcza świeże pędy spod kory. Gdyby nie ogień i temperatura, w której pęka twarda skorupka nasionka, sporo eukaliptusów nie mogłoby się rozmnażać.

Nas w tym drzewie zachwycają pnie. Białe, gladkie, z „liśćmi” odpadającej, poszarpanej kory. Albo srebrne, poskręcane od wiatru jak lina okrętowa. Albo zupełnie inne – zielone w centki beżu i brązu. Lub z korą włochatą jak futerko.  W świetle słońca, w cieniu lasu deszczowego – przyciągają wzrok swoimi mieniącymi się kolorami.

IMG_6514

IMG_6508

IMG_6507

IMG_6476

IMG_6479

IMG_6474

Po Górach można urządzić sobie kilkudniowe wędrówki samemu, z przewodnikiem lub z Aborygenem, ale wiadomo – z dwójką przychówku nie paliliśmy się do przygód ekstremalnych. Już samo przyjechanie tutaj z nimi było pewnym szalenstwem. Nasz pierwszy przystanek, otwieramy drzwi i … atakują nas muchy. Jest takie określenie: salut australijski. Odnosi się do krótkiego, oszczędnego i nieświadomego wręcz gestu dłonią w okolicach twarzy, w celu odgonienia wszechobecnego latającego robactwa. Robactwo co prawda nie gryzie, ale włazi wszędzie tam, gdzie może znaleźć namiastkę wody – do ucha, nosa, oka czy ust.

Tolek wpada w panikę. To jest w ogóle dziecko wpadające w histerię, jak mu się śmiotek (cytat) przylepi do ręki lub stopy lub w świecie wydarzy się inne poważne zakłócenie takie jak na przykład spacerująca mrówka. Latających, garnących się do człowieka much świat według Tolka Strażaka nie akceptuje totalnie. Zaczyna się pisk, wymachiwanie rękoma, płacz, żądanie natychmiastowego powrotu do skutej lodem ojczyzny, lub co najmniej do klimatyzowanego i szczelnego auta.

Zaciskamy zęby (ciekawe jak będzie outbacku, do którego planujemy się wybrać), pakujemy przychówek do nosideł, bierzemy plecak, aparat i ruszamy. Podczas chodzenia, i już w samym lesie much jakby mniej. I Tolo się też powoli przyzwyczaja. Jeszcze tydzień lub dwa, a też będzie po australijsku salutował nie przerywając jedzenia kaszki.

IMG_6399

IMG_6419

IMG_6411

Jednodniowy pobyt tutaj to właściwie skorzystanie z atrakcji Scenic Word – trzech rodzajów kolejek i spacer po dolinie Jamison.

IMG_6405

Ok, żeby nie było, że szpanujemy i jesteśmy hard-corowymi rodzicami zabierającymi dziećmi do dziewiczych lasów deszczowych pełnych jadowitych węży, skorpionów i pająków (spokojnie, do takich też dojedziemy) – po dolinie chodzi się super wygodnym drewnianym podestem. W niektórych miejscach, żeby zapobiec poślizgnięciu się podczas deszczu, wyłożonych wykładziną.

IMG_6461

IMG_6503

I to jest piękne. Jesteśmy w naprawdę niezwykłym miejscu, wśród egzotycznych roślin, i możemy je podziwiać podane na tacy. Bez strachu o te węże, pająki, zabłądzenie, brak wody, itp. Jest sucho, przyjemnie ciepło, dookoła olbrzymie lub całkiem niepozorne, ale też niezwykłe drzewa, liany, wśród nich grają cykady, krzyczą jakieś ptaki,  zapach rozgrzanej ziemi i liści bosko paruje, a nam uśmiech z gęby nie schodzi, gdy tak sobie spacerujemy.  Zdjęcia pokazują tylko ułamek przyżycia, które tu można sobie zafundować (za jedyne 30 dolarów australijskich od osoby ;d).

IMG_6532

IMG_6465

IMG_6407

IMG_6481

IMG_6496

IMG_6502

IMG_6527

IMG_6525

IMG_6535

IMG_6423

IMG_6537

Na dół doliny zjechaliśmy kolejką wagonikową, a na górę zabiera nas najstromsza na świecie kolejka torowa – 52 stopnie nachylenia : ) Pierwszy raz gdy tu byliśmy podróżowaliśmy w dół w pierwszym wagonie, więc teraz postanowiliśmy zaoszczędzić dzieciom tej atrakcji, i przezornie pojechaliśmy nią w górę.

IMG_6553

IMG_6459

Na koniec dnia ikoniczny widok z Australii – skały Trzy Siostry. Dawno, dawno temu woda wyrzeźbiła w skale siedem iglic, a do czasów fotografii zachowały się tylko trzy. Echo Point, z którego roztacza się widok na tą formację najlepiej jest odwiedzić pod koniec dnia. Wtedy skały skąpane są w świetle zachodzącego słońca, a wokół strzelają migawki aparatów umocowanych na statywach i tych wbudowanych w Ipady (najnowsza moda w fotografii turystycznej – już nie szpanujemy komórką, tylko tabletem).

IMG_6557

Ponieważ to był wyczerpujący dzień i dzieciaki były na granicy wytrzymałości postanowiliśmy z tego zrezygnować. Już widzieliśmy ten spektakl, swego czasu swoje zdjęcia zrobiliśmy (nie, nie komórką). Wracamy do auta. Po drodze w sklepie znajduję mojego kandydata do zwycięzcy konkursu na najohydniejszą pamiątkę z Australii – wypchaną, nadzianą na patyk łapę kangura służącą jako drapak do pleców.

IMG_6565

Konkurentami są: gumowy trzycentymetrowy miś koala, który po wrzuceniu do wody rośnie do wielkości dłoni dorosłej osoby,  jajo, z którego po 48h od włożenia do kubka z wodą wykluwa się (!) kangur oraz kapelusz Krokodyla Dundee ozdobiony sztucznymi zębami krokodyla.

Zamiast łapki Tolo dostał niepękające bańki

Zamiast łapki Tolo dostał niepękające bańki

A Kaj czerwoną łyżeczkę do gryzienia

A Kaj czerwoną łyżeczkę do gryzienia

Oko w oko z rekinem

Sydney pamiętaliśmy jako niesamowicie przyjemne miasto. Parki, architektura, wybrzeże, kawiarnie, plaża. Z zaskoczeniem odkryliśmy, że tego miasta już nie ma. Spacerowanie z dwójką od rana zmęczonych upałem dzieci (ciągle się nie zaklimatyzowały do końca), manewrowanie wózkiem wśród tłumu, brak możliwości zatrzymania się na szukanie ujęcia zdjęcia, bo wózek zaczyna krzyczeć i płakać, zero szans na przysiądnięcie w kawiarni na kawę, bo wózek jak wyżej, uff…

IMG_6237

IMG_6243

IMG_6244

IMG_6250

Było ponad 30 stopni, piątkowy tłum sydnejczyków i turystów zapełniał ulice i ostatnią rzeczą na którą mieliśmy ochotę było zwiedzanie. Zresztą nie czuliśmy takiej potrzeby – główne turystyczne punkty widzieliśmy poprzednim razem, a teraz z dzieciakami mieliśmy małe szanse na głębsze poznanie tego miasta.

Powłóczyliśmy się chwilę po Darling Harbour, bo chciałam znaleźć miejsce, które oczarowało mnie sześć lat temu – plac pełen eukaliptusów przez Centrum Aborygeńskim. Zapamiętałam je jako esencję Sydney, bo tam leżąc pod jednym z drzew pierwszego dnia po naszym przylocie walczyłam z jet lagiem kontemplując widok City – nowoczesne biurowce, wody zatoki, sztuka aborygeńska, egzotyczna roślinność.

Niestety nadbrzeże zostało trochę przebudowane, Centrum Aborygenskie się przeniosło i nie mogłam już odnaleźć tamtej ławki i tamtego klimatu. Może tak właśnie miało być? Już nie jestem tą samą osobą co sześć lat temu, więc nie da się „wrócić” do tego samego. Miałam nadzieję, że siadając w tym samym miejscu złapię namiastkę zachwytu, który pozostał w moich wspomnieniach, ale to jednak tak nie działa. Powroty mogą rozczarować, więc lepiej niektóre rzeczy zachować w pamięci bez testowania ich prawdziwości.

IMG_6253

Postanowiliśmy uciec przed upałem i zabraliśmy dzieci do jednego z najfajniejszych miejsc w tym mieście – Akwarium.

Podoba mi się sposób w jaki wystawa przekazuje informacje o morskim świecie zadziwiając i zachęcając do samodzielnego znalezienia odpowiedzi. Jako dorośli też nieźle się bawiliśmy, dowiadując się całej masy niepotrzebnych faktów, które opowiadają o różnorodności świata.

Na początek była sekcja o rekinach.

IMG_6259

Te największe na świecie ryby (uwaga! Wieloryb to nie ryba!) są jednymi z najmniej znanych. Jednocześnie są jednymi z najstarszych stworzeń na ziemi, starszymi niż dinozaury. Były w morzach już 400 milionów lat temu. Rodzą się na trzy sposoby: żywe, z jajowego worka, z jaja, które samica nosi w brzuchu.

Jaja rekinów

Jaja rekinów

W jajach rekiny przebywają od trzech do dwunastu miesięcy. Niesamowitym przeżyciem było zobaczenie żywego rekinka, który mieszkał w takim jaju! To Bamboo Shark, który po wykluciu się będzie miał 10 – 15 cm.

IMG_6274

Rekiny znajdują pożywienie korzystając z kilku zmysłów. Po pierwsze mają wzdłuż ciała sensory, które wyczuwają ruch wody – w ten sposób lokalizują inne, poruszające się stworzenia. Jednakże wbrew powszechnej opinii nie atakują nurków, których lokalizują, bo odstrasza je hałas wydychanych bąbelków powietrza. Za to całkiem możliwe, że większość ataków na surferów i snorkujące osoby bierze się stąd, że w kostiumach przypominają oni foki.

IMG_6385

Drugim ze zmysłów jest słuch. Rekiny potrafią słyszeć na odległość około 80 metrów. Przypuszcza się, że rekiny nie komunikują się za pomocą dźwięków. Najlepszym ich zmysłym jest węch – potrafią wyczuć martwego wieloryba z odległości 6 kilometrów!

Korzystają też z receptorów dookoła szczęki i nosa, które wykrywają pole elektromagnetyczne wytwarzane przez inne stworzenia (przy skurczu serca i mięśni).

I na koniec jest wzrok – mimo, że potrafią widzieć do 30 metrów, w większości przypadków widoczność w wodzie ograniczona jest do 10 metrów.

Tolek zwiedza interaktywnie

Tolek zwiedza interaktywnie

W dziale z pingwinami można było pokręcić kołem w celu wydania (z koła) dźwięków pingwinów w różnych sytuacjac przy znalezieniu: jedzenia, kobiety na randkę, wroga do bijatyki, czy po prostu gadaniny bez sensu. Tolek przestraszony powiedział, że od tego hałasu bolą go kolana (mówi tak odkąd na świecie pojawił się Kaj) i poszedł wysiadywać jajo z małym pingwiniątkiem. A że to dwudziesty pierwszy wiek zamiast żmudnego wysiadywania, wystarczyło nacisnąć przycisk i w gablocie pojawiał się uroczy hologram.

IMG_6344

Potem utknęliśmy przy ogromnej soczewce, która powiększała kilkunastokrotnie koniki morskie i smoki morskie.

IMG_6316

Te ryby (tak, tak – ryby) są zadzwiającymi stworzeniami. Na przykład tylko samce mają specjalną torbę na brzuchu w której przechowują swoje młode!

IMG_6312

A kuku!

A kuku!

IMG_6301

I smok morski we własnej osobie.

I smok morski we własnej osobie.

Normalnie te zwierzątka mają po kilka centymetrów, a dzieki tak skonstruowanemu akwarium można je było oglądać jakby były wielkości sporej wiewiórki. Po kilku minutach stania przed światem koników Tolek rzucił w przestrzeń od niechcenia: Tato, jaki tam w środku jest ogromny kamień. Może by go tak obsikać?

IMG_6314

Cudem zdążyliśmy z wyjęciem woreczka – do – sikania (wyjaśnienie: patrz opis pobytu w Portugalii).

Kraby były kolejnym przystankiem na trasie zwiedzania.

IMG_6347IMG_6358

IMG_6366

Te byLy długie na ponad pół metra!

Te byLy długie na ponad pół metra!

Były tam też malutkie ośmiornice (sorry za brak zdjęcia, ale jak wygląda ośmiornica każdy widzi na google images), które są generalnie mało inteligente, ale za to niesamowicie ciekawe (a od ciekawości do wiedzy to tylko krok…). Dlatego do akwarium wrzucane są dla nich zabawki, żeby mogły je macać, badać i w ten sposób ciekawie spędzać czas. I co jakiś czas zabawki muszą być wymienione, bo ośmiornice zaczynają się nimi nudzić. Tak samo jak moje dzieci… Ja gdy się tego dowiedziałam przy poprzednim pobycie tutaj, miałam potem problem z jedzeniem ośmiornic. No normalnie te pokrojone w krążki macki stawały mi w gardle, gdy wiedziałam, że mogły się wcześniej bawić patyczkiem, muszlą lub wodorostem.

Zdjęcie zastępcze za ośmiornicę

Zdjęcie zastępcze za ośmiornicę

Oczywiście w Akwarium jest podwodny tunel, a nawet dwa, z rekinami, płaszczkami i innymi stworami.

A to kto?

A to kto?

A to płaszczka właśnie.

A to płaszczka właśnie.

W tle leciał motyw ze „Szczęk”, a my staliśmy z nosami przyklejonymi do szyby i w milczeniu oglądaliśmy te niesamiwite zwierzęta, od których dzieliła nas tylko grubość owej szyby, bo podpływały tuż obok nas. Niesamowite uczucie, gdy uda się zwolnić w pędzie zwiedzania (sprzedając komuś dzieci – np. starszym turystom, zachwyconym naszą dwójką blondynków) i tak patrząc w głąb wody uświadomić sobie, że oglądamy coś, na co normalnie, w naturze nie mamy szans. Że możemy naprawdę stanąć oko w oko ze stworzeniami, których (najlepiej) nie będziemy mogli inaczej zobaczyć. Fascynujące.

IMG_6390IMG_6377

A w tunelu mieszka też krowa morska. I wiecie co? Zdradzimy wam sekret. Pewnie nas za to zdejmą z facebooka, zamkną bloga, wyślą siły specjalne do zarekwirowania komputera, i będziemy musieli uciekać jak szef Wikileaks’a, ale trudno – dobro ludzkości jest najważniejsze.

Oto sekret rangi top secret:

Sałata tuczy.

Przeczytajcie codzienne menu krowy morskiej.

Codzienne menu krowy morskiej.

Serio. Wmawiali Wam, że jak jecie burgera z Maca, to cały tłuszcz jest w tym przepysznym zbitku mielonych racic i penisów (ze to słowo pewnie też wylecimy z FB, ale jakoś źle mi brzmi: mielone siusiaki), a pozostałe kalorie w białym pieczywie (jeśli można pieczywem nazwać bułkę od Maca). A to jedna wielka ściema. Krowa morska nie je kotleta ani bułki. Je wyłącznie sałatę. Pięć razy dziennie jak w każdej diecie. I jak wygląda???

Krowa morska próbująca schować się za niepozornymi rybkami.

Krowa morska próbująca schować się za niepozornymi rybkami.

Na koniec jeszcze jedna atrakcja – możliwość całkiem legalnego, a nie ukradkiem, pogłaskania rozgwiazd, jeżowców (tych ołówkowych niekłujących, żyjących na płyciznach) i morskiej kiełbaski (taka glizda, przypominająca w dotyku ślimaka). Dodatkowo mogliśmy potrzymać w ręku prawdziwe jaja rekinie!!! Bawiliśmy się lepiej niż dzieci, które jeszcze nie doceniały niezwykłości przeżycia.

IMG_6395

Palenie szkodzi

W przyjemne środowe popołudnie spacerując z chłopakami zobaczylem na chodniku to:

Zdjęcie 08.01.2014 19 29 40

zwykłe pudełko po papierosach, ale jak inne od mi znanych. Słyszałem wprawdzie że Australia, rządzona pragmatycznie, nie życzy sobie ponosić kosztu leczenia raka płuc i chorób serca u swoich swoich obywateli, ale efekt przekroczył moje najśmielsze oczekiwania. Paczka, którą widzicie:

  • Jest jednolitego zielonego koloru ustandaryzowanego dla wszystkich marek
  • Nazwę producenta napisaną ma ustandaryzowanym kolorem czcionki, co, w połączeniu z powyższym, eliminuje wszelką pokusę reklamy papierosów
  • Zawiera jeden tylko, za to obowiązkowy element graficzny – zdjęcie organu wyciętego byłemu palaczowi
  • Jedyne kolorowe napisy to objaśnienie dlaczego obiekt przedstawiony na zdjęciu wygląda tak a nie inaczej
  • Mimo braku reklamy kosztuje w przeliczeniu 45 zł

Zasady te obowiązują od roku. Jest jeszcze wcześnie żeby stwierdzić czy nowe opakowanie ma wpływ na ilość zachorowań, ale badana prowadzone wśród palaczy pokazują że papierosy w oliwkowych pudelkach smakują gorzej i więcej osób myśli o rzuceniu palenia.

Living Down Under

Sydney jest jak brzoskwinia. Największe miasto w Australii składa się z maleńkiego city i morza domków o czerwonych dachach. To przedmieścia, zwane tutaj suburbs są domem większości Sydneysiders. Powszechne zamiłowanie do mieszkania w domach powoduje że nieruchomości są małe, ceny z kosmosu a odległości przebywane przez dojeżdżających do pracy duże. Systemem krwionośnym spinającym miasto jest kolej podmiejska.

IMG_6926

Naszą wyprawę zaczęliśmy od tygodnia aklimatyzacji. Z małą pomocą naszych przyjaciół wynajęliśmy dom w Macquarie Fields, przedmieściu pozwalającym oddychać bo nieprzylegającym bezpośrednio do morza a jednocześnie położonym dość blisko centrum (niecała godzina do Sydney Central).

Zdjęcie 08.01.2014 19 35 05
Zdjęcie 08.01.2014 19 39 19

Za rogiem jest nawet rezerwat przyrody z kawałkiem prawdziwego buszu.

Zdjęcie 08.01.2014 19 10 36
Zdjęcie 08.01.2014 19 13 56

Zadziwiające jak niewiele przestrzeni wystarcza do życia w tym klimacie. Nie ma grzejników, ściany są grubości pięści, do składowania ubrań na cały rok wystarczy „komandor” w każdej sypialni. Nie ma też kotłowni, bo ogrzewanie, klimatyzacja i ciepła woda doprowadzone są z metalowych skrzynek na zewnątrz budynku.

Zdjęcie 08.01.2014 19 49 06

Rozkoszując się letnią nocą trzeba jednak pamiętać żeby po zmroku zamknąć szczelnie siatki w oknach i drzwiach. W przeciwnym razie rano czeka nas spotkanie oko w oko z karaluchem które tutaj zaczynają się od 5 centymetrów długości (zdjęcia brak, z wrażenia komórka wypadła mi z ręki..).

Pierwszy łyk i inne przyjemności życia

Czy macie swoją prywatną listę niepowtarzalnych, drobnych przyjemności w życiu?

Coś w stylu pierwszego łyku zimnego piwa po upalnym dniu, albo gorącej herbaty przygotowanej nad ogniskiem po zimnej nocy w namiocie? Lub dźwięków początku filmu późnym wieczorem, gdy w końcu usnęły wszystkie dzieci?

Przez ostatnie dwa miesiące, gdy naprawdę ciągnęliśmy resztką sił, mieliśmy w głowie marzenia o Australii, które nie pozwalały nam się poddać. A konkretnie pewne wspomnienia z poprzedniej wyprawy, za którymi tęskniliśmy.

O północy, po przejściu wszystkich kontroli na lotnisku w Sydney (gdzie trzeba się m.in. wyspowiadać z wwożonej żywności, której wwożenie jest zabronione, lekarstw, drewnianych przedmiotów, butów umazanych ziemią) odebraliśmy samochód i ruszamy do Macquarie Fields. Ruszamy po chwili, bo samochód, który otrzymaliśmy nie ma kluczyka. Ok, czytaliśmy o autach odpalanych przyciskiem on/off, zachowujemy pokerowe miny, włączamy samochód (najpierw znajdując kierownicę, która jest po złej stronie), ale nie jedziemy, bo mamy zaciągnięty hamulec ręczny. Sęk w tym, że nigdzie nie widać wajhy od niego. Po kilku minutach obszukiwania przestrzeni wokół fotela kierowcy znajdujemy hamulec ręczny w podłodze – wciskany nogą.

Bez problemów wjeżdżamy na autostradę i pędzimy do celu.

Na miejscu wychodzimy z samochodu i po raz pierwszy czujemy nocne australijskie powietrze. Gorące, przesiąknięte zapachem kwiatów i roślin.

Pierwsze uderzenie tego zapachu – zawrót głowy i mimo potwornego zmęczenia uśmiech na twarzy.

Rano, zanim otworzymy oczy, słyszymy chichot zza okna. Kukabura., nasza stara znajoma : ) Za chwilę wrzask, jakby mordowano jakieś biedne ptactwo. Kakadu na kwitnącym krzaku hibiskusa przy oknie. Otwieramy oczy w sypialni zalanej wczesnym słonecznym światłem.  Dzieci śpią (pierwszy raz w życiu wstaliśmy przed nimi!!!), spuszczamy rolety, żeby w pokoju zachować półmrok. Potem po cichu idziemy do kuchni, robimy kawę i wychodzimy do ogródka.  W letnich piżamach siedzimy pod palmą i pijemy gorącą latte.

Kwitnący hibiskus pod oknem sypialni

Kwitnący hibiskus pod oknem sypialni

Po południu upał jest już dość męczący. Nie nie do zniesienia, ale wyczerpujący. Idę wziąć prysznic. Pierwszy moment, gdy oblewa mnie chłodna woda, zanim wymiesza się z gorącą – ten którego nienawidziłam jeszcze dwa dni temu w domu – teraz jest po prostu boski.

Na obiad jedyna możliwość w tej temperaturze – zimny i gęsty jogurt z owocami: świeżymi truskawkami, bananami i mango tak słodkim, że nie mam szans zjeść podobnego w Polsce. To owoc, który musi dojrzeć na słońcu, i wtedy jest tak miękki i kremowy, że na języku zmienia się w mus. Nie ma żadnych włókien czy twardych fragmentów, i od razu staje się ulubionym owocem naszych dzieci.

Wieczorem, gdy dzieci już śpią, a upał zmienił się w przyjemne, rozleniwiające ciepło – pierwszy łyk zimnego piwa. Pod palmą oczywiście : )

Przez kolejne dni takie drobne przyjemności życia spotykają nas co krok. Nigdzie nie pędzimy, mamy czas żeby je zauważyć i docenić. Są wakacje :)

A najważniejsza z nich – w końcu mamy czas być rodziną i bawić się z dziećmi. Biegam z Tolkiem dookoła domu, chowamy się po szafach i pod stołami, rysujemy zwierzątka, gotujemy na niby, czytamy książeczki. Dzieciaki w końcu nie słyszą: nie teraz, za chwilę, teraz nie mogę, pobaw się chwilę sam.

Siedzimy w Ogrodzie Botanicznym Sydney. Tolek śpi w wózku, Kaj w nosidle. Jest szósta wieczorem, na trawniku piknikują sydnejczycy, słońce przyjemnie grzeje, wokół kwitną kwiaty. Siedzimy na ławce i patrzymy na zatokę z Operą, Harbour Bridge i płynącymi promami. 

IMG_6758

Piję łyka mrożonej kawy i mówię do Michała:

– A w Polsce zimno i śnieżnie. Lub mokro i błotniście. I słońca nie ma. Dnia nie ma. Grube kurtki trzeba nosić. I w ogóle.

Michał, patrząc na mnie przez okulary słoneczne, na to: Brzmisz, jakbyś się bardzo tym przejmowała.

Ja: No tak, bo tam zostali moi przyjaciele.

Post pisany pod świętą aborygenską skałą nad wybrzeżem. Ja klepałam w klawiaturę, a Michał z dziećmi piknikował pod figowcem. Słońce powoli zaszło, zatoka rozświetliła się światłami z biur i mostu. Nad naszymi głowami zaczęły latać olbrzymie nietoperze. To był naprawdę przyjemny, leniwy dzień.

Piknik pod figowcem

Piknik pod figowcem

IMG_6799IMG_6810

IMG_6816

IMG_6819

IMG_6830

IMG_6827

(Nie)rzetelność tanich linii lotniczych

Będzie krótko o długiej podróży.

Planując lot na drugą półkulę przede wszystkim braliśmy pod uwagę komfort dla dzieciaków. I mimo, że na długich dystansach bardzo lubimy latać KLM, który w lotach do Australii dodatkowo współpracuje z Malaysia Airlines (najfajniejsze linie, którymi lataliśmy), teraz to nie wchodziło w grę, bo oznaczało dodatkowy lot do Amsterdamu, a potem dodatkowe dwie godziny lotu ‚z powrotem’ nad Polską. Postanowiliśmy zaufać reklamie, stronie internetowej i ogólnie dobrej opinii jaką mają Emirates Airlines, bo siatka połączeń brzmiała naprawdę dobrze – najpierw 5 godzin do Dubaju, 4 godziny przerwy na wybieganie i zmęczenie dzieci, a potem nocny czternastogodzinny lot do Sydney.

Zanim kupiliśmy bilety zadzwoniłam i sprawdziłam, że na każdym odcinku lotu są jeszcze dostępne specjalne łóżeczka dla niemowląt. Tuż po kupieniu biletów  przez infolinię zarezerwowałam je i dostałam potwierdzenie miejsc mailem. Noc przed lotem chcemy zrobić check-in przez internet i odkrywamy, że na odcinku Warszawa – Dubaj ciągle mamy łóżeczko, natomiast na najgorszej trasie Dubaj – Sydney nasze miejsca zostały przypisane komuś innemu. Rano dzwonię na polską infolinię z pytaniem, o co chodzi. Pani uprzejmie tłumaczy, że miejsca zostały zajęte przez osobę uprzywilejowaną. Pytam, kto jest bardziej uprzywilejowany do miejsca dla matki z niemowlęciem niż ja – matka z niemowlęciem. Wtedy pani uprzejmie mówi: ups, rzeczywiście, pani też podróżuje z niemowlęciem, to musi być jakiś błąd systemu. Ale wyjaśnić to i zmienić miejsca mogą tylko na lotnisku podczas check-in’u, bo ona w systemie nie ma już do tego uprawnień.
Na lotnisku panie oczywiście rozumieją sytuacje, zgadzają się z tym, że mam prawo do tego miejsca i że byłam pierwsza przy jego rezerwacji, ale … też nie mogą nic zrobić przy locie z innego miasta. Obiecują napisać maila do Dubaju, ale nic więcej. Nie ma szans ani na rozmowę z kimś wyżej postawionym, ani na upgrade do wyższej klasy, bo oni tu obsługują tylko lot z Warszawy.
Wkurzeni lecimy do Dubaju. Tam spędzamy Sylwestra rozmawiając z kilkoma osobami po kolei i każda z nich podaje inną wersję, dlaczego nasza rezerwacja została zmieniona, łącznie z sugerowaniem, że sami ją sobie zmieniliśmy. Kłamią, kręcą, udają że chcą pomoc, ale oczywiście nic nie mogą zrobić. W końcu od jednej osoby dowiadujemy się, że po pierwsze nie ma szans na łóżeczko, bo jest overbooking, a takich miejsc jest tylko kilka w samolocie, podczas gdy na ten lot na pokładzie jest już ok. 20 niemowląt, a po drugie to co dostaliśmy w mailu pod nazwą ‚rezerwacja’, żadną rezerwacją nie jest, bo liczy się to kto pierwszy zrobi check – in 24h przed odlotem.
Ok, biorąc pod uwagę ilość wersji (komletnie bezsensownych) które uslyszeliśmy, nie wiem czy ta była prawdziwa, ale przynajmniej miała ręce i nogi. A jeśli tak, to cholerną bezczelnością jest nazywać rezerwacją coś co jest tylko czczą obietnicą bez pokrycia, i nie informować podróżnych o tym, że tak naprawdę muszą liczyć na szczęście i refleks w zrobienu jak najwcześniejszego check – in’u.
I kolejną wkurzającą rzeczą było to, że od nikogo nie usłyszeliśmy zwykłego przepraszam, ani nie zaoferowano nam żadnej rekompensaty. System rezerwacyjny ewidentnie ma błąd, nawaliło coś po stronie linii lotniczych, ale nikt nie czuł najmniejszej potrzeby żeby jakoś zatrzeć złe wrażenie.
Koczowanie na dubajskim lotnisku. W tle kubek kawy, którą wznosiliśmy toast  noworoczny.

Koczowanie na dubajskim lotnisku. W tle kubek kawy, którą wznosiliśmy toast noworoczny.

Resztę czasu na lotnisku spędziłam rzucając w stronę pracowników Emirates Airlines teksty o poganiaczach wielbłądów jednogarbnych, którym do stada przyplątał się wielbłąd dwugarbny i pogubili się w liczeniu ile mają wielbłądów, bo pokonał ich overbooking. Rasistowskie, powiadacie? To spróbujcie 14 godzin nocnego lotu trzymać na rękach dziewieciokilowe niemowlę, które:
A) jak śpi to waży więcej, bo jest bezwładne
B) jest już dość długie, więc trzeba uważać na jego głowę, która zwisa mu poza fotel i non stop jest obijana przez przechodzących do toalety podróżnych, albo wózki z piciem pchane przez stewardessy
C) jednocześnie trzeba mieć pod kontrolą jego drugi koniec, czyli wierzgające nogi, które mogłyby kopnięciem obudzić śpiącego na fotelu obok brata,  a tego byśmy przecież nie chcieli, prawda?
D) jak nie śpi to jest super ruchliwe i trzeba ciągle je kontrolować.
Niemowlęcia w dodatku  nie można oddać  tatusiowi, bo ssak potrzebuje cycka co pięć minut, gdyż cisnienie i hałas w samolocie go irytuje.
Spałam tej nocy godzinę, gdy Michał dał radę zabrać dzieci na plac zabaw – wolną przestrzeń pomiedzy toaletami a ostatnim rzędem siedzeń.
Ręce przez nastepne dwa dni miałam w takich zakwasach, że nie byłam w stanie rozprostować ramion.
Tolek na szczęście szybko się zaadoptował i przespał całą noc.

Tolek na szczęście szybko się zaadoptował i przespał całą noc.

I więcej, jeśli naprawdę nie będę miała innej opcji, biletów w Emirates Airlines nie kupię.
Wam też radzę poszukać jakiegos innego, cywilizowanego przewoźnika.
No chyba, że wam zależy na darmowych gadżetach uprzyjemniających podróż – dostaliśmy ciepłe skarpety i kredki dla dziecka.
Końcowym efektem tej sytuacji była zmiana przez nas lotu powrotnego. Pierwotnie mieliśmy w planach zrobić tygodniowy stop-over w Dubaju. Ale na razie z tamtejszymi Arabami nie mam ochoty mieć do czynienia więcej niż to konieczne, więc przesunęliśmy loty i w kwietniu wracamy bezpośrednio z Sydney do Warszawy. Ktoś reflektuje na odkupienie od nas przewodnika po Dubaju?
Znajdź dzieci na obrazku : )

Znajdź dzieci na obrazku : )

Dzielny, choć wykończony podróżnik.

Dzielny, choć wykończony podróżnik.

 

W wypożyczonym aucie na lotnisku w Sydney. Jeszcze godzinna podróż przed nami.

W wypożyczonym aucie na lotnisku w Sydney. Jeszcze godzinna podróż przed nami.

Dzień po podróży. Kaj uczy się spać w tutejszych temperaturach.

Dzień po podróży. Kaj uczy się spać w tutejszych temperaturach.

 

Ideologii gender mówimy zdecydowane NIE

Naiwnie jest sądzić, że człowiek może odmienić swój los. Zawsze – czy w grę wchodziło przygotowanie się do egazminu, do ślubu, na ważną konferencję służbową, czy też na wyjazd dłuższy niż weekend – zawsze w momencie zero mówiliśmy wściekli: zabrakło nam jednego dnia.

Gdyby mieć ten jeden dzień więcej (ktoś nam go ukradł czy jak?) to doczytalibyśmy ostatni rozdział podręcznika, załatwili końcowe przygotowania oprawy weselnej, doszlifowali prezentację, lub też spakowali się rozsądnie i o normalnej porze położyli spać.
Tym razem nie mogło być inaczej. Plany były ambitne – jesteśmy spakowani kilka dni przed wylotem, wysypiamy się, a potem pełni sił i entuzjazmu pokonujemy z dziećmi horrendalnie długi lot.
Pakowaliśmy się w noc przed lotem. Oczywiście, że tak.
Pierwsza przymiarka zgromadzonych na podłodze rzeczy wskazywała na konieczność opłacenia kontenera cargo.
Robimy selekcję. Wyrzucamy zbędne rzeczy, których jedynym zadaniem było zapewnić komfort podczas tych czterech miesięcy. Podróżne (ha, ha) dmuchane krzesełko dla Tolka, podróżna (jak wyżej) wanienka dla Kaja, termos, i takie tam.
Kontener cargo zmniejszył się do małej ciężarówki przeprowadzkowej. Walczymy dalej. Michał zarządza przejrzenie ubrań, sugerując, że coś jest nie tak, skoro on ma tylko trzy podróżne ‚cubsy’ (specjalne prostokątne torby do pakowania na podróż. Będzie o nich później) i w dodatku luźno zapakowane, a ja mam ich pięć, wypchanych do granic możliwości suwaków.
Buntuję się. Ja rozumiem hasła ‚równość, sprawiedliwość, braterstwo’, uważam, że kobiety powinny zarabiać tyle samo co mężczyźni, że równy dostęp do stanowisk kierowniczych, że raz ja zmywam, raz mąż, że rodzimy razem, bo razem jesteśmy w ciąży, i  tym podobne hasła. Naprawdę – całym sercem jestem feministką i podpiszę się pod każdym apelem z hasłami gender. W ciemno i z zamkniętymi oczami.
Z jednym wyjątkiem – prawa do posiadania większej ilości bagażu.
Pamiętam, jak w zamierzchłych prehistorycznych czasach przed pojawieniem się na Ziemi dzieci (moich, nie dzieci w ogóle) pokazywałam znajomym zdjęcia z trzytygodniowej wycieczki do Grecji. I do dziś nie zapomnę komentarzy kilku koleżanek, że na każdym zdjęciu mam inną biżuterię :) Tak, to były czasy. Pakując stroje do plecaka, do każdego z nich miałam osobno dobrane dodatki. I strojów była dokładnie tyle, ile połowa dni wyjazdowych, żeby żadnego nie nosić więcej niż dwa razy.  Ech.
Teraz… A zresztą, po licho mi kolczyki, skoro Kaj szarpiąc za nie urwie mi ucho. Albo wisiorki – tylko irytują gdy zostają połknięte przez latorośl i trzeba potem w skupieniu przeglądać pieluszkę.
Od zasady – nie założne nic więcej niż dwa razy, też odstąpiłam (zbiegło się to w czasie, gdy do własnego plecaka musiałam upchać pieluchy, i coś musiało ustąpić miejsca tym pieluchom).
Ale teraz jedziemy na cztery miesiące. Ok, nie oceniam Michała, który na ten czas wziął pięć białych, identycznych T-shirtów. Może lubi ten kolor i fason.
Ja jednak stanowczo oznajmiam, że nie będę na każdym zdjęciu przez cztery miesiace paradować w tej samej bluzce! Są pewne priorytety, zasady główne, granice nieprzekraczalne. Nie ma mojej zgody na równość w ilości ubrań.
Michał jest nieugięty, zaczynamy nierówną walkę o każdą sztukę ubrania (nierówną, bo mój mąż mnie kocha i wiadomo, że w końcu się ugnie).
No dobrze, o połowę zmniejszyłam swoje cubsy, na koniec wyrzucając też jedyną sukienkę, którą chciałam wziąć, żeby odpocząć od bojówek (nie miałam miejsca na buty do niej…). Kosmetyki też przetrząsnęłam ograniczając się do niezbędnego z punktu higieny minimum,  a kredkę do oczu i tusz do rzęs ukryłam w piórniku z Tolkowymi kredkami.
Wyrzucamy wszystkie dublujące się rzeczy (dwa smoczki, dwie butelki, łyżeczki dziecięce, ręczniki, mydła, itp – niech się rodzeństwo uczy dzielenia), książki do zabrania zastępujemy pdf na kindlu (o ile występują w takiej wersji), i o trzeciej w nocy (która jest kolejną z rządu zarwanych) po czterokrotym przejrzeniu bagażu odkrywamy, że nie ma szans, żebyśmy z dziecięcymi rzeczami zmieścili się do dwóch 75 litrowych plecaków, które doskonale nam służyły w czasach DINKowych (DINK – double income, no kids).
Półprzytomni idziemy spać.
Pięć godzin później budzik radośnie oznajmia dzień wylotu – 31 stycznia.
Michał wsiada w Mrówka i pędzi na Targówek do Decathlona – wg strony internetowej tylko tam od ręki dostępne są dwie 100litrowe torby podróżne. Normalnie byłoby to niewykonalne przed odlotem, ale taraz w końcu mamy autostrady i ekspresówki, więc śmignięcie na drugą stronę Wwy i powrót jest po prostu śmignięciem :)
Sklep otwierają o 9 (skandal, Tesco jest czynne 24h), o 10:30 mąż jest z powrotem, mamy 45 minut na spakowanie. Upychamy chaotycznie wszystkie rzeczy, które w nocy oznaczyliśmy jako niezbędnie konieczne.
Przyjeżdża taksowka, a w naszym przedpokoju leżą:
– dwie ogromniaste 100l torby, 29 kg każda
– jeden 75l plecak
– jedna 65l torba na kółkach
– wózek
– walizka podręczna
– plecak podręczny
– Tolka walizka podręczna w kształcie wozu strażackiego
– torba fotograficzna
Patrzę na to w przerażeniu, a Michał stwierdza:
– Będziemy się przemieszczać metodą osiemnastowicznego wojska. Czyli skokowo. Najpierw ja zlokalizuję przyczułek. Potem zdobędę go, kładąc tam jedną walizkę. Następnie rozbiję obóz, znosząc resztę bagaży. Potem nadciągnie wojsko, czyli ty z dziećmi, i będziecie pilnować obozu. W tym czasie ja zlokalizuję kolejny przyczułek  zdobędę go i tak dalej. I jakoś od taksowki dojdziemy do check- in’u.
O matko.