Jeśli nie chcesz mojej zguby…

Jak już pisaliśmy Darwin jest miastem o przyjemnym, tropikalnym klimacie położonym wśród wspaniałych parków narodowych nad lazurowym morzem. Jest bramą outbacku ale kosmopolityczną i nowoczesną, bo wybudowaną od zera po zrównaniu z ziemią przez cyklon Tracy w święta Bożego Narodzenia ’74 roku. Eleganckie samochody i szybkie motocykle imprezowej młodzieży mijają się tu z ubrudzonymi czerwoną ziemią utes kowbojów z głębi kontytnentu.

Zafascynowani pograniczem chcieliśmy zobaczyć jak żyje się w stolicy Northern Territory. Zwiedzanie zaczęliśmy od czegoś dla ciała. Postanowiliśmy upolować stek z bawołu wodnego żyjącego dziko na tutejszych rozlewiskach.

Rozpytując wśród miejscowych trafiliśmy na nabrzeże na którym na dwóch poziomach rozstawiono plastikowe stoliki obsługiwane przez kilka barów szybkiej obsługi. Niczym nie różniłoby się to od typowej galerii kulinarnej w centrum handlowym gdyby nie.. spektakt rozgrywający się nad zatoką. Błyskawice oświetlały chmury z wszystkich stron w dziesiątkach kolorów i setkach konfiguracji. Do nadejścia burzy było daleko. W sam raz na obiad.

Darwin jest Australijską stolicą burz. Jeśli lubicie obserwować błyskawice lub jeszcze lepiej robić im zdjęcia, będziecie w raju. Do tego nabrzeże Darwin jest świetnej jakości przestrzenią publiczną, co ma znaczenie bo większość sztormów powstaje na styku wody z lądem. Można wybrać punkt obserwacyjny dla każdych upodobań, w barze, restauracji lub parku.

Kotlet z bawołu za 15 dolarów okazał się niejadalny i żadna w tym wina bawołu. Za to widok i przeżycie – bezcenne.

Następnego dnia postanowiliśmy zbadać możliwości spędzania czasu wolnego. W temperaturze 36 stopni przyszła nam do głowy jedna myśl – plaża! Wybraliśmy się do tętniącego życiem parku miejskiego. Na ścieżkach rowerzyści i spacerowicze, pod drzewami aborygeni toczą powolne rozmowy w swoim języku a 5 metrów niżej plaża jak z wyjęta z folderu turystycznego. Dosłownie! Usłana żółtym piaskiem, omywana łagodną lazurową falą i… pusta.

IMG_7245

Przyczyny tego są dwie: maleńka meduza i największy gad świata: krokodyl słonowodny zwany tutaj pieszczotliwie saltie. Powiedziano nam że minimalna odległość, którą należy zachować od wody to 5m. Nie chce się wierzyć żeby ten ociężały gad mógł być aż tak groźny. Postanowiliśmy to sprawdzić. Czytajcie nas wkrótce…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *