Cywilizowana dzicz cieszy

Niedziela jakoś nie jawiła nam się jako dobry dzień na zwiedzanie miasta. Zgadywaliśmy, że każda atrakcja będzie niebotycznie zatłoczona, do tego upał, hałas (ach, my ludzie ze wsi podwarszawskiej…). Postanowiliśmy skoczyć za miasto  (co to jest w australijskich przestrzeniach 100 km?) i pojechaliśmy w Góry Błękitne.

IMG_6455

Podczas podboju Australii przez białych, stanowiły przez długi czas barierę nie do przebycia z południa na północ. Kolejne ekspedycje kończyły się fiaskiem, bo podbijający biali z Europy nie znali takich gór – bez przecinających dolin, którymi można przejść. Wchodzili w las deszczowy, szli, szli i – natykali się na pionowe skały ani nie do wejścia ani nie do obejścia. Oczywiście Aborygenii od setek lat wiedzieli którędy da się przejść, wystarczyło ich spytać, ale:

a)    kto by tam rozmawiał z fauną

b)   nie będzie fauna mówiła białemu człowiekowi gdzie ma chodzić

c)    wiadomo, że tylko biały człowiek może coś odkryć. Fauna może co najwyżej przez przypadek z czegoś skorzystać, nie wiedząc nawet że korzysta.

Tym krótkim fragmentem zdradziliśmy już nasz stosunek do chwały podboju najmniejszego kontynenty, ale o tym będą inne posty.

IMG_6545

Wracając do Gór Błękitnych. To olbrzymi obszar o powierzchni prawie półtora tysiąca km2, część Wielkich Gór Wododziałowych. Porośnięte lasem, ale głównie najróżniejszymi gatunkami eukaliptusów. Parujący z nich olejek eteryczny powoduje, że oglądane z odległości wyglądają na spowite błękitną mgłą.

IMG_6560

Uwaga: olejku nie czuć w powietrzu, co było moim rozczarowaniem gdy pierwszy raz tu przyjechaliśmy. Wtedy byłam też pewna, że skoro jest tu tyle eukaliptusów, to koala będą z nich zwisać jak gruszki. No więc nie zwisają, nie łudźcie się.

Co do eukaliptusów – jest ich w Australii kilkaset gatunków (coś koło 700). Jedne są malutkimi krzakami, inne najwyższymi drzewami świata (wyższymi niż amerykańskie sekwoje). Rosną w każdych warunkach – w lasach deszczowych i na pustyniach. Mają w większości wąskie i twarde liście, których kształt i budowa zapobiega utracie wody podczas upałów. Jednocześnie są trujące i właściwie jedynym stworzeniem, które może je jeść jest koala (i nasz Kaj…). Trawienie takich liści jest na tyle wyczerpujące, że torbacze te właściwie albo jedzą, albo śpią – na nic innego nie mają siły.

Eukaliptusom nie straszne są pożary buszu, a wręcz przeciwnie – nadpalony z zewnątrz pień puszcza świeże pędy spod kory. Gdyby nie ogień i temperatura, w której pęka twarda skorupka nasionka, sporo eukaliptusów nie mogłoby się rozmnażać.

Nas w tym drzewie zachwycają pnie. Białe, gladkie, z „liśćmi” odpadającej, poszarpanej kory. Albo srebrne, poskręcane od wiatru jak lina okrętowa. Albo zupełnie inne – zielone w centki beżu i brązu. Lub z korą włochatą jak futerko.  W świetle słońca, w cieniu lasu deszczowego – przyciągają wzrok swoimi mieniącymi się kolorami.

IMG_6514

IMG_6508

IMG_6507

IMG_6476

IMG_6479

IMG_6474

Po Górach można urządzić sobie kilkudniowe wędrówki samemu, z przewodnikiem lub z Aborygenem, ale wiadomo – z dwójką przychówku nie paliliśmy się do przygód ekstremalnych. Już samo przyjechanie tutaj z nimi było pewnym szalenstwem. Nasz pierwszy przystanek, otwieramy drzwi i … atakują nas muchy. Jest takie określenie: salut australijski. Odnosi się do krótkiego, oszczędnego i nieświadomego wręcz gestu dłonią w okolicach twarzy, w celu odgonienia wszechobecnego latającego robactwa. Robactwo co prawda nie gryzie, ale włazi wszędzie tam, gdzie może znaleźć namiastkę wody – do ucha, nosa, oka czy ust.

Tolek wpada w panikę. To jest w ogóle dziecko wpadające w histerię, jak mu się śmiotek (cytat) przylepi do ręki lub stopy lub w świecie wydarzy się inne poważne zakłócenie takie jak na przykład spacerująca mrówka. Latających, garnących się do człowieka much świat według Tolka Strażaka nie akceptuje totalnie. Zaczyna się pisk, wymachiwanie rękoma, płacz, żądanie natychmiastowego powrotu do skutej lodem ojczyzny, lub co najmniej do klimatyzowanego i szczelnego auta.

Zaciskamy zęby (ciekawe jak będzie outbacku, do którego planujemy się wybrać), pakujemy przychówek do nosideł, bierzemy plecak, aparat i ruszamy. Podczas chodzenia, i już w samym lesie much jakby mniej. I Tolo się też powoli przyzwyczaja. Jeszcze tydzień lub dwa, a też będzie po australijsku salutował nie przerywając jedzenia kaszki.

IMG_6399

IMG_6419

IMG_6411

Jednodniowy pobyt tutaj to właściwie skorzystanie z atrakcji Scenic Word – trzech rodzajów kolejek i spacer po dolinie Jamison.

IMG_6405

Ok, żeby nie było, że szpanujemy i jesteśmy hard-corowymi rodzicami zabierającymi dziećmi do dziewiczych lasów deszczowych pełnych jadowitych węży, skorpionów i pająków (spokojnie, do takich też dojedziemy) – po dolinie chodzi się super wygodnym drewnianym podestem. W niektórych miejscach, żeby zapobiec poślizgnięciu się podczas deszczu, wyłożonych wykładziną.

IMG_6461

IMG_6503

I to jest piękne. Jesteśmy w naprawdę niezwykłym miejscu, wśród egzotycznych roślin, i możemy je podziwiać podane na tacy. Bez strachu o te węże, pająki, zabłądzenie, brak wody, itp. Jest sucho, przyjemnie ciepło, dookoła olbrzymie lub całkiem niepozorne, ale też niezwykłe drzewa, liany, wśród nich grają cykady, krzyczą jakieś ptaki,  zapach rozgrzanej ziemi i liści bosko paruje, a nam uśmiech z gęby nie schodzi, gdy tak sobie spacerujemy.  Zdjęcia pokazują tylko ułamek przyżycia, które tu można sobie zafundować (za jedyne 30 dolarów australijskich od osoby ;d).

IMG_6532

IMG_6465

IMG_6407

IMG_6481

IMG_6496

IMG_6502

IMG_6527

IMG_6525

IMG_6535

IMG_6423

IMG_6537

Na dół doliny zjechaliśmy kolejką wagonikową, a na górę zabiera nas najstromsza na świecie kolejka torowa – 52 stopnie nachylenia : ) Pierwszy raz gdy tu byliśmy podróżowaliśmy w dół w pierwszym wagonie, więc teraz postanowiliśmy zaoszczędzić dzieciom tej atrakcji, i przezornie pojechaliśmy nią w górę.

IMG_6553

IMG_6459

Na koniec dnia ikoniczny widok z Australii – skały Trzy Siostry. Dawno, dawno temu woda wyrzeźbiła w skale siedem iglic, a do czasów fotografii zachowały się tylko trzy. Echo Point, z którego roztacza się widok na tą formację najlepiej jest odwiedzić pod koniec dnia. Wtedy skały skąpane są w świetle zachodzącego słońca, a wokół strzelają migawki aparatów umocowanych na statywach i tych wbudowanych w Ipady (najnowsza moda w fotografii turystycznej – już nie szpanujemy komórką, tylko tabletem).

IMG_6557

Ponieważ to był wyczerpujący dzień i dzieciaki były na granicy wytrzymałości postanowiliśmy z tego zrezygnować. Już widzieliśmy ten spektakl, swego czasu swoje zdjęcia zrobiliśmy (nie, nie komórką). Wracamy do auta. Po drodze w sklepie znajduję mojego kandydata do zwycięzcy konkursu na najohydniejszą pamiątkę z Australii – wypchaną, nadzianą na patyk łapę kangura służącą jako drapak do pleców.

IMG_6565

Konkurentami są: gumowy trzycentymetrowy miś koala, który po wrzuceniu do wody rośnie do wielkości dłoni dorosłej osoby,  jajo, z którego po 48h od włożenia do kubka z wodą wykluwa się (!) kangur oraz kapelusz Krokodyla Dundee ozdobiony sztucznymi zębami krokodyla.

Zamiast łapki Tolo dostał niepękające bańki

Zamiast łapki Tolo dostał niepękające bańki

A Kaj czerwoną łyżeczkę do gryzienia

A Kaj czerwoną łyżeczkę do gryzienia

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *