Beton, szkło, skały, drewno – czyli Opera i Rocks w Sydney

W Australii źle się dzieje. Środek lata a temperatura z przyjemnych 32 stopni spadła do 24. I wiatr wieje. I jakiś drobny deszczyk popaduje.

Pranie w City

Pranie w City

Rano wyjątkowo wcześnie zbieramy się na pociąg, który zawiezie nas do miasta, bo wykupiliśmy wycieczkę po Operze. Wy tego błędu nie popełnijcie. To co w tym budynku jest fascynujące to zewnętrze. W środku za standardowe 30 dolarów pokażą wam surowe betonowe ściany i sufity (nie chcą się przyznać, ale nie wykończyli ich z braku funduszy), za wyjątkiem sali koncertowej wyłożonej drewnem.
IMG_6839
IMG_6843
IMG_6844
IMG_6837
Sala koncetrowa, zdjęcie robione ukradkiem

Sala koncetrowa, zdjęcie robione ukradkiem

Opowiedzą parę dowcipów z poziomu niskiego parteru, przekażą listę liczb (ilość projektów budynku 233 szacowany koszt, długość budowy – 16 lat, końcowy koszt – , itp). Tego wszystkiego możecie się dowiedzieć z wikipedii lub od nas. Możemy Wam powiedzieć, że Opera zajmuje prawie dwa hektary powierzchni, jest długa na prawie 200 m (180 z hakiem), a szeroka na 120 m.
IMG_6834
Pewną ciekawostką jest fakt, że wybrany projekt duńskiego architekta Jørna Utzona nie spełniał warunków konkursu, bo zawierał tylko ogólny szkic budynku. Gdy okazało się, że trzeba będzie go wybudować, Utzon powiedział: o fuck, oczywiście po duńsku. Bowiem pod koniec lat 50-tych ubiegłego wieku, nikt łącznie z architektem nie miał bladego pojęcia jak tą konstrukcję wybudować. Stąd też szacowany koszt budowy został wzięty z sufity i ostatecznie urósł czternaście i pół raza – tysiąc trzysta pięćdziesiąt siedem procent. Niech to będzie pocieszenie dla tych, którzy (tak jak my) źle oszacowali koszt budowy swojego domu :)
IMG_6857
Problem z budową polegał głównie na wykonaniu dachu – założenie było takie, że będą to kształty elipsy, ale taka elipsa pocięta na kawałki ma inną krzywiznę w każdym z tych kawałków. I wystarczy, że fabryka źle wykona jeden fragment i dachu nie dałoby już się złożyć. Zespół architektów myślał nad tym problemem 6 lat!, zaangażowano w to jeden z pierwszych komputerów, aż w końcu wpadli na pomysł (architekci, nie komputer)  zastosowania kształtu sferycznego (w tym momencie podczas multimedialnej prezentacji wliczonej w cenę biletu wyświetla się porównanie do skórek pomarańczy) – w ten sposób potrzebnych było tylko kilka różnych kawałków, z których poprzez wielokrotnośc złożono słynne muszle. Tyle geometrii. Wniosek z tego jeden – zatrudniacie architekta, sprawdźcie co miał z matematyki na maturze. Lub czy nie jest Duńczykiem. A jeśli koniecznie chcecie Duńczyka – sprawdźcie ile macie na koncie.
Ok , dach jest, teraz trzeba go czymś pokryć. Ze względu na kształt i trudność z czyszczeniem potrzebne były super szczelne płytki ceramiczne, które nie nasiąkałyby wodą, a w efekcie nie pokrywały się mchem, porostami, itp. Odpowiedni matariał w ilości ponad miliona sztuk w dwóch kolorach – złotym i szarym dostarczyli … Szwedzi.
IMG_6853
IMG_6852
IMG_6851
Tak, tak – australijski wkład w narodową operę sprowadził się do super mocnego (a jakże) betonu. Który to beton można sobie obejrzeć podczas wycieczki, jeśli ktoś jednak koniecznie chce.
IMG_6860
Ale żarty na bok. Architekt Louis Kahn powiedział: Słońce nie wiedziało jak wspaniałe jest jego światło, dopóki nie rozbłysło na tym dachu.
I to jest prawda. Jakkolwiek by nie oceniać szaleństwa i kompletnego braku rozsądku przy wyborze projektu, a potem budowie Opery w Sydney, efekt jest niesamowity.
 IMG_6864
IMG_6872
Po dawce kultury poszliśmy po kawę (niech Mikołaje raz jeszcze przyjmą podziękowania za niezastąpioną torbę na wózek, do której mamy jak włożyć kubki), a dzieci zażądały jedzenia. Kaj dostał mleko prosto od cycka, a Tolek wynegocjował sobie frytki (twardy zawodnik – zaczął od podwójnej porcji lodów).
Nasza kawa zawsze z nami!

Nasza kawa zawsze z nami!

Podeszliśmy do australijskiego odpowiednika Burger Kinga – Hungry Jacks’a. Michał stanął w kolejce, a ja chodziłam z wózkiem po ulicy, żeby jakoś uciszyć wrzeszczące, głodne towarzystwo. Fast food, hę? Po trzydziestu minutach, gdy mój mąż był w końcu przy kasie, odkryłam  niepokojącą rzecz – wózek był w bezruchu (w sensie – nie kołysałam nim) a ze środka nie dochodziły żadne dźwięki. Dzieci, w tym klient czekający na frytki, zasnęły.
Mina Michała, wyrażająca ojcowską miłość w tym momencie, gdy odkrył bezsens półgodzinnego stania w kolejce – bezcenna.
Zamiast miny Michała, zdjęcie letniego umundurowania sydnejskiej policji.

Zamiast miny Michała, zdjęcie letniego umundurowania sydnejskiej policji.

Zjedliśmy na spółkę frytki i poszliśmy powłóczyć się po Rock’sach. To najstarsza część Sydney, powoli kurcząca się i znikająca.
IMG_6880
Najfajniej jest wędrować bez mapy, skręcając w różne uliczki i zakamarki. My niestety nie mieliśmy zbyt dużego wyboru, bo ze względu na wózek unikaliśmy uliczek ze schodami.
Tunel w Rocks

Tunel w Rocks

IMG_6899
IMG_6898
Najstarszy hotel Sydney

Najstarszy hotel Sydney

IMG_6887

IMG_6897

Przeszliśmy więc główną ulicą tunelem wydrążonym przez pierwszych więźniów (zajęło im to 16 lat, więc podejrzewamy, że nie mieli najlepszego sprzętu), a potem doszliśmy aż do doków. Są tam jedne z najstarszych domów w tym mieście – wybudowane dla pierwszych robotników portowych, i do dziś niektóre z nich są zamieszkane przez ich potomków.
IMG_6891
IMG_6895
IMG_6896
Te budynki są własnością gminy (jakiś rodzaj mieszkań komunalnych, ale nie wgłębialiśmy się w szczegóły i różnice) i stoją w miejscu, w którym deweloperzy mają chrapkę na ziemię. I jak wszędzie w takich miejscach – trwa konflikt pomiędzy mieszkańcami (którzy nie mając prawa własności nie bardzo mają prawo do remontów, itp), a wielkim biznesem, który próbuje przejać to, na czym mu zależy.
IMG_6905
IMG_6909
Jako przybysze z zewnątrz nie oceniamy, bo nie znamy szczegółów, ale dziwi nas, że te domy będące autentycznym zabytkiem architektonicznym w historii (w sumie dość krótkiej, ale jednak) miasta nie są objęte jakimś nadzorem konserwatora chroniącym przed wyburzeniem.
IMG_6912
IMG_6911
Nas zauroczyły kute, żelazne balustrady balkonów, wykładane drewnem werandy, kontrast pomiędzy tycimi mieszkankami z przeszłości, a rozpychającymi się nowoczesnymi wieżowcami.
Państwowe przedszkole w Rocks z narodowymi flagami - aborygeńską, australijską i ludu Tiwi

Państwowe przedszkole w Rocks z narodowymi flagami – aborygeńską, australijską i Mieszkańców Wysp Cieśniny Torresa

W międzyczasie obudziły sie dzieci. My włóczyliśmy się dalej, gdy nagle Tolo zaczął cichutko prosić o zdjęcie pokrywki z jego pojemniczka na ciasteczka. Michał pyta po co, bo przecież ciasteczka można wyciagać przez specjalny otwór w pokrywce. A na to nasze kochane dziecko:
– Bo ciasteczek już nie ma, a ja jestem głodny i chcę zjeść okruszki.
Chciałoby się powtórzyć za bohaterem „Czterech wesel i pogrzebu” początkową kwestię z filmu, tą samą, którą wykrzyknął duński architekt.  Pędzimy przed siebie, wpadamy do pierwszej restauracji. Zamawiamy najprostsze czyli najszybsze do przyrządzenia danie. Pani przynosi napoje i kredki dla Tolka. Syn wybiera czarną kredkę i rysuje mysz. A potem sałatę, żeby mysz nie była głodna. Cały rysunek na czarno. Kwestię Hugh Granta powtarzamy po raz drugi.
 IMG_7253
Po obiedzie idziemy w stronę Pitt Street. To w samym centrum miasta, ale musimy tam zajrzeć, bo szukamy butów dla Tolka. Za dwa dni lecimy do Darwin, a stamtad do Kakadu Park, gdzie planujemy trochę spacerów w lesie, tym razem bez drewnianych podestów. I z możliwością spotkania węża, więc potrzebujemy porządnych butów dla małego zamiast letnich sandałków.
IMG_6922
Polecono nam znajdujący się w pasażu kompleks sklepów, ale gdy do niego dochodzimy zaczynam mieć wątpliwości – same luksusowe marki, nic co mogłoby mieć coś wspólnego z ekwipunkiem do buszu. I w dodatku większość sklepów albo jest zamknięta, albo się zamyka. Sprawdzamy zegarek – jest szósta trzydzieści. Na szybko pytamy w informacji czy jest jakiś sklep z obuwiem dziecięcym, a potem pędzimy naszym przeładowanym wózkiem do Davy’iego Jones’a. To ogromny, kilkupiętrowy, elegancki dom towarowy. Już, już zamykają, ale udajemy, że nie rozumiemy, wsiadamy do windy i jedziemy na czwarte piętro – całe w obuwiu.
Niestety, w obuwiu markowym. Chodzę pomiędzy półkami i jedyne co znajduję poza kostkę to szpanerskie tenisówki Armaniego – bagatela jedyne 150 dolarów, czyli 450 zł. Buty dla dziecka na jeden sezon!!!! Zrezygnowana zaglądam do kosza z obuwiem przecenionym i … znajduję w nim ostatnią parę kultowych butów australijskich. Takie noszą kierowcy road trucków, farmerzy w outbacku i takie będzie nosił nasz syn! Kosztują 25 dolarów i byłam gotowa je kupić nawet jeśli nie byłoby właściwego rozmiaru. Na szczęście – był.
Opuszczamy sklep i powoli wędrujemy po ulicach. To, co mnie fascynuje w sydnejskiej architekturze to miks starych, pionierskich czasów z nowoczesnością. Te wszystkie malutkie, stare budynki, które były świadkami początków tego miasta, teraz otoczone przez betonowe i szklane wieżowce. Jest w tym jakaś magia pętli czasu.
IMG_6925
IMG_6922
IMG_6920
IMG_6918
IMG_6916
IMG_6915
Już całkowicie wykończeni wracamy na stację pociągów. To znaczy my jesteśmy wykończeni po całodziennej wędrówce urozmaiconej pchaniem wózka z dwojką dzieci bądź pchaniem wózka z jednym dzieckiem i noszeniem drugiego na nosidełku. Dzieci są w swojej szczytowej formie.
Stoi na stacji lokomotywa...

Stoi na stacji lokomotywa…

... a tych wagonów jest ze czterdzieści...

… a tych wagonów jest ze czterdzieści…

Kaj wniesiony do wagonu wydał okrzyk zachwytu, bo zobaczył swoją najnowszą fascynację, w której zakochał się, odkąd jeździmy tutajszymi pociągami podmiejskimi – żółte pionowe rury do trzymania się. Kaj uwielbia się ich trzymać i … wylizywać dokładnie. Gdy nie pozwalamy mu na wylizywanie urządza taką awanturę, że cały skład słyszy. Zostawiam go Michałowi (mam dość spojrzeń innych podróżnych, którzy zbulwersowani patrzą jak pozwalam małemu dziecku lizać i gryźć rurę) i idę z Tolkiem na obchód pociągu. Starszy syn nasz jest zafascynowany tym, że można jechać i na górze wagonu, i na dole. Kursujemy tak kilka razy, góra -dół, góra – dół. Padam na twarz, nóg nie czuję, proszę dziecko o zlitowanie. Tolek rozumie powagę sytuacji, przekręca fotele tak, aby dwa rzędy siedzeń były przodem do siebie (taki fajny machanizm kolejowych krzeseł, które można odwracać w zależności od kierunku jazdy), siadamy na przeciwko.
– Teraz porozmawiamy – oznajmnia syn
– O czym? – pytam
– Opowiem ci historię – zaczyna – Mamo, są takie liny, że w nie się wkłada rękawy, i podnosi, i się do nich zaczepia helikopter, i wtedy się tak przenosi samochody strażackie do Australii.
Odpadam. Mrugam oczami, po czym przyznaję:
– Tolek, przepraszam cię, ale nie nadążam. Nic z tego nie rozumiem.
A na to moje dziecko nachyla się w moją stronę, bierze delikatnie moją twarz w swoje malutkie łapki i uspokajającym tonem mówi:
– Bo ja jeszcze nie skończyłem.
IMG_6929

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *