Krokodyle gotowane na parze

Są pisarze, którzy za pomocą zwykłego słowa potrafią sprawić, że czytający widzi kolory, słyszy dźwięki, czuje zapachy.  Dobierając przymiotniki i odpowiednie porównania konstruują zdania i tworzą rytm opowieści, który dosłownie przenosi do miejsc, które opisują. Niestety, to nie moja liga. Dlatego, żebyście zrozumieli o czym teraz będę pisać, bardzo proszę o napuszczenie do wanny wrzącej wody, podkręcenie kaloryferów na maksa, wstawienie do łazienki dodatkowego grzejnika (farelka lub olejniak), założenie swetra pod puchową kurtkę i w tak przygotowanym stroju zabranie bloga do zaparowanej łazienki. Można również w tejże kurtce wybrać się do sauny, tylko parowej, nie suchej.

Dolecieliśmy do Darwin. Po wyjściu z rękawa samolotu na lotnisku uderza mnie duchota i gorąco. Ewidentnie zepsuła się klimatyzacja. Powłócząc nogami idziemy po odbiór bagażu, a potem po auto. Wychodzimy z hali na powietrze i … nokautuje nas parząca ściana gęstego powietrza. Na lotnisku była klimatyzacja, teraz to już wiemy.
Krwinki w naszych żyłach w panice chowają się jak najgłębiej, żeby po chwili właściwie przestać się ruszać. Docieramy do auta, uruchamiamy w nim klimę, i do czasu, gdy się nie ochłodzi stoimy w rządku chowając się w jedynym cieniu na parkingu – wąskiej linii rzucanej przez słup latarni.
Jest 38 stopni. Wilgotność 70 %. Oddychamy rozgrzaną wodą.
Pierwszy przystanek – stacja benzynowa. Wychodzę z goracego auta, padam pod naporem jeszcze bardziej gorącego powietrza, i czołgam się w stronę budynku. Z lodówki biorę najmniejsze opakowanie mrożonej kawe – półtora litrowy baniak, i pytam pana czy ma wodę, ale ciepłą, bo potrzebuję jej dla małych dzieci. Pan patrzy na mnie jak na kosmitkę.
Dzieci łapczywie piją lodowatą wodę (ciekawe czy jutro będziemy mieć anginę na pokładzie), my w oka mgnieniu opróżniamy karnister z kawą.
Jedziemy do motelu. Po drodze mijamy pole golfowe, na którym elegancko  ubrani panowie (taki sport…) chodzą z kijami i wbijają piłeczki do dołków. To musi być fatamorgana.
Pokój hotelowy ma pod sufitem dwa ogromne wiatraki. Uruchomienie ich ma jeden jedyny skutek – parzące masy powietrza przemieszczają się szybciej po pokoju. To wszystko. Jest co prawda klimatyzator, ale po pierwsze w tym upale obniży temperaturę do jakiś 30 stopni dopiero po godzinie pracy (a tyle czasu nie wytrzymamy w zamkniętym pomieszczeniu), a po drugie boję się jednak o przeziębienia maluchów.
Próbujemy się schłodzić zimnym prysznicem, ale na ścianie są tylko dwa kurki z wodą – ciepła i gorąca. Rury wodociagowe biegną tu po powierzchni ziemi (nic nie zamarza, więc nie ma sensu płacić za zakopywanie) i woda jest nagrzna przez słońce. Odkrywamy tutejszy sposób na zimną kranową wodę do picia – szklaną  butelkę po uzupełnieniu kranówką trzeba trzymać w lodówce.
Resztką sił zakładamy kostiumy i schodzimy na hotelowy basen. Woda w nim jest jak gęsty, ciepły kisiel – właściwie żadna różnica czy jest się w wodzie, czy poza wodą. Ale zaskakuje nas Tolek. Pamiętacie jego strach na widok oceanu w Portugalii? Do wczoraj to dziecko w zwykłej wannie unikało chlapania i głośno krzyczało na Kaja, jeśli ten kąpał się razem z nim i machał rękoma. Zresztą jego fobia przed wodą miała mieć dobre strony – dopóki chłopak ma sączki w uszach nie może zanurzać głowy, więc nie musiałam się matwić tym jak go w Australii trzymać z dala od oceanu. A tu proszę – Tolek nie dość że sam domaga się włożenia do basenu, to jeszcze w tym basenie szaleje z zabawkami. Wrzuca na dno kolorowe półkule i samochodziki, a potem krzycząc: alarm, alarm, trzeba szybkiej akcji!, na placach mamy robiącej za wóz strażacki rusza na ratunek.
IMG_7251
IMG_7067
IMG_7071
Wieczorem temperatura spada do przyjemnych 35 stopni. Ruszamy na zakupy i nocną krótką przejażdżkę po Darwin.
Miasto nie należy do szczególnie ciekawych. Dużo bloków i trzy główne ulice, w których po zmroku zapełniają się restauracje, kluby, bary. Ponieważ dzieci zasnęły już w aucie (wg czasu sydnejskiego jest po 22 – swoją drogą w Darwin jest najdziwniejsze przesunięcie czasu, na jakie do tej pory trafiłam podczas podróży – 1,5 godziny w stosunku do Sydney), postanawiamy obiad/kolację zjeść w motelu.
Przesuwamy w pokoju łóżko centralnie pod wiatrak na suficie i kładziemy tam nasze śpiące szczęścia. Obaj cali spoceni, w samych t-shirtach i majteczkach/pieluszce leżą w pozycji na rozjechaną żabę i próbują schłodzić się jak największa powierzchnią ciała.
Na balkonie jemy kupione w markecie przepyszne  tajskie zielone curry popijajac je tutejszym, odpowiednio schłodzonym cydrem. Ostatnim przebłyskiem energii czytam ulotki o miejscowych atakcjach. Z całkiem sporego stosiku dowiaduję się, że Darwin to wibrujące miasto, w którym ciągle coś się dzieje. I tak można w nim:
– iść na plażę, ale pływać można tylko w przyplażowym basenie, bo w oceanie są krokodyle
– pójść do parku krokodyli sztuk cztery (parków, nie gadów), rezerwatu krokodyli, popłynąć na rejs po rzece pełnej krokodyli, popływać w klatce w basenie pełnym krokodyli, iść na obiad z krokodyli, kupić galanterię z krokodyli.
Wibrujące miasto, tak?

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *