Czołgając się w stronę marzeń

Wszystkich naszych przyjaciół i znajomych, którzy przez ostatnie dwa miesiące rozpaczliwie próbowali się z nami skontakować w dowolny sposób, w tym żeby pożyczyć pieniądze lub oddać pieniądze, i ponieśli fiasko – przepraszamy.

To nie tak, że Was nie lubimy/nie chcemy Wam pożyczyć pieniędzy/nie chcemy odebrać pieniędzy. Po prostu – ruszamy w nową podróż.

Wyprawa dłuższa niż weekendowy wypad nad Biebrzę zaczyna się u nas kilka miesięcy wcześniej. Pewnie są tacy, którzy potrafią jechać i na miejscu dopiero zacząć dowiadywać się, gdzie są. Bez sarkazmu przyznaję, że zazdroszczę takiego podejścia. Niestety my nie z tej gliny. U nas minimum to lektura kilku przewodników, stron internetowych, czyichś wspomnień lub relacji. Chcemy wiedzieć w co się zanurzamy. Jaką kulturę, przyrodę, życie, inność będziemy poznawać. Bez tej wiedzy w zupełnie obcym miejscu jesteśmy tylko turystami, którzy niewiele rozumieją z tego co widzą. Nie wiedzą czemu i dlaczego, kto, po co, kiedy. A bez tego podróż jest wyłącznie zmianą miejsca pobytu, a nie poznawaniem świata.

Z Australią jednak naprawdę poszaleliśmy. Nigdy wcześniej nie jechaliśmy na tak długo z zamiarem objechania tak ogromnego obszaru.

Jak tylko zaczęliśmy zastanawiać się co chcemy zobaczyć, odezwał się w nas znajomy narkotyczny głód “jak najwięciej wszystkiego”. Gdy pięć lat temu byliśmy w Oz na cztery tygodnie z ledwością liznęliśmy głównych atrakcji. Teraz aż tupaliśmy z radości, że nadrobimy braki, zaspokoimy niedosyt i jednocześnie – ha, ha – w końcu będziemy podróżować wolno, bez pośpiechu i myśli o końcu urlopu. No bo do dyspozycji mamy przecież aż cztery miesiące i tylko jeden kraj, więc żal doprawdy cokolwiek przegapić. Ech, marzyciele.

Na początku z wielkim entuzjazmem, ignorując zdobycze współczesności, czyli google maps, przygotowaliśmy makietę kontynentu.

Z płyty styropianowej i taśmy robimy tradycyjną makietę,

Z płyty styropianowej i taśmy robimy tradycyjną makietę,

 

Z równie dużym entuzjazmem zakupiliśmy kolorowe znaczniki do książek i pinezki do wbijania w mapę.

A potem zaczęliśmy czytać przewodniki, książki, relacje, prace naukowe, artykuły, linki do linków, i …

IMG_5946

… z rosnącym przerażeniem zmieszanym z niedowierzaniem wtykaliśmy kolejne pinezki.  Samo wtykanie zajęło nam kilkanaście wieczorów. Na początku jedno z nas rzucało hasło – nazwę parku narodowego, dziwu przyrody, miasteczka, drogi. Potem przez kilka – kilkanaście minut oglądaliśmy galerię w googlach, czytaliśmy krótkie notki i decydowaliśmy o kolorze atrakcji. Pomarańczowa – koniecznie do zobaczenia. Zielona – nie przegapić przejeżdżając obok. Żółta – jeśli jakimś cudem starczy nam czasu.

IMG_5933

Pracowaliśmy wieczorami i nocami, po położeniu dzieci spać, bo tylko wtedy daliśmy radę się skupić. Choć z wieczoru na wieczór było coraz gorzej. Wspomagaliśmy się kawą mieszaną z winem (yhy, australijskim, żeby klimat poczuć), red bullem, i czym kto tam mógł. Było ciężko. Szliśmy spać o drugiej – trzeciej w nocy, a pobudka bezlitośnie o siodmej trzydzieści, choc czasem jak Michał rano miał samolot na służbową delegację, to nie wygłupialiśmy się w udawanie, że idziemy spać.

IMG_5779

W międzyczasie robiłam badania kontrolne i oddawałam krew do oceny morfologii. Na wyniku, który odebrałam stało: oddana ciecz nie nadaje się do analizy, gdyż w 90% składa się z kawy, a w 10% z whisky.

Funkcjonowaliśmy w ciągu dnia siłą inercji generowanej przez dwójkę dzieci, szefów i kalendarz. Rozmowy między sobą ograniczyliśmy do minimum na tematy absolutnie niezbędne, żeby nie marnować energii.

Któregoś wieczoru, gdy wydawało się, że już najgorsze za nami – ustaliliśmy zarys trasy, porównaliśmy opcje cenowe kupna auta versus wypożyczenia, wyliczyliśmy dni potrzebne na pojedyńcze wyprawy samolotem wewnątrz kontynentu, postanowiliśmy znormalnieć. Ostatecznie jesteśmy małżeństwem i musimy wiedzieć, co jest w małżeństwie najważniejsze, prawda?

Dzieci uśpione, napuszczam wody do wanny, wlewam specjanie kupiony olejek imbirowy, zapalam świeczki. Michał w kuchni otwiera porto (mamy już serdecznie dość win australijskich), szuka płyty z fado. Wszystko gotowe, tylko jeszcze musimy rzutem na taśmę zarezerwować nocleg w Parku Kakadu. To maksymalnie pięć minut. Siadamy przy jednym laptopie, oglądamy opcje. Hm, który punkt w parku narodowym wielkości województwa uczynić naszą bazą? Który jest ciekawiej położony? Z którego prowadzi więcej szlaków mających szansę być przejezdne w porze deszczowej? Co znaczy ostrzeżenie: turyści powinni mieć w samochodzie prowiant pozwalający im na przetrwanie kilku dniu w razie nagłego odcięcia przez wodę drogi powrotu, do czasu przybycia pomocy? Kilka dni to ile??? A skoro już wybraliśmy nocleg, to jeszcze zarezerwujmy w Darwin auto. Bierzemy 4×4, czy normalne? Trzeba sprawdzić przejezdność szlaków w ciągu ostatnich kilku lat. Klikamy po kolejnych stronach, śmigamy z jednego linku w drugi.

Woda w wannie wystygła, pachnąca piana ani już nie pachniała, ani nie była już nawet pianą, świece dogasły, porto nie wiadomo kiedy i przez kogo zostało wypite. Włócząc nogami idziemy po schodach do sypialni z tą samą co noc nadzieją: byle dojść do łóżka, potem już będzie z górki.

Zasypiając resztką sił wymamrotałam:

Michał, ale jak już pojedziemy do tej Australii, i będziemy tam zwiedzać, to choć ze dwa razy damy radę się poprzytulać jak normalni zakochani w sobie ludzie, co?

A mąż mój właściwie już przez sen odpowiedział:

– Nie wiem, nie wiem. Sama widzisz jaki mamy napięty plan podróży.

***

I na zakończenie jeszcze jedna anegotka:

Wieczór, jak zwykle ledwo stojąc na nogach kładziemy dzieci spać. Ja wymieniam tysięczny wkład prania w pralce i suszarce, Michał kąpie Kaja, a Tolek krzyczy z pokoju:

– Czy wy tam jesteście głodni?

Znamy zasady gry, więc odpowiadamy:

– Tak, zjedlibyśmy pomidora z mozzarellą.

 

Tolek wkłada czerwony, drewniany klocek do swojej mini kuchenki z piekarnikiem, programuje odpowiedni czas i po chwili przychodzi do łazienki z upieczonym pomidorem włożonym do miseczki, która pierwotnie była pomyślana jako legowisko psa (kto ma dzieci, ten nadążył).

Zjadamy na niby  i rozpływamy się w ochach i achach, że pomidor tak dobrze upieczony i ser stopiony w idealnym stopniu, a Tolek lekko oburzony prostuje:

– To jest pomidor z cebullą, bo mozzarella się skończyła.

Za chwilę przybiega znowu i daje Michałowi coś niewidzialnego, mówiąc:

– Proszę plasterek.

Michał bierze i wkłada do ust. Tolek krzyczy:

– Nie, nie jedz tego.

A Michał:

– Ale ja bardzo chcę ten plasterek – i żeby Tolek nie miał szans na siłowe rozwiązanie, szybko go połyka – już go zjadłem, był pyszny.

A Tolek zdziwiony:

– To co przykleisz na kuku jak zjadłeś plasterek?

Michał: O. A ja myślałam, że to był plasterek pomidora. A to był plasterek na kuku?

Tolek kiwa głową. Ja skręcając się ze śmiechu pytam:

– To nie widziałeś co jesz?

Michał: Nie, nie widziałem. Jestem tak zmęczony, że ledwo wannę z Kajem widzę. Myślałem, że to drugi pomidorek. I co teraz będzie? – pyta zmartwiony.

 

Tolek po chwili namysłu: Teraz cię będzie na niby bolał brzuszek. I zaraz zrobisz ogromną kupę z plasterkiem. Takiej jeszcze nie robiłeś.

IMG_5773

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *