Kto wyłączył światło?

Dwudziesty siódmy dzień wyprawy, 7999,9 km. Tak pokazuje licznik.

34-3
Ok – przyznajemy, zrobiliśmy jedno kółko na rondzie w Pęcicach, żeby uzyskać taki wynik, ale to jest tylko pięćdziesiąt metrów oszustwa, reszta nie podlega dyskusji. O 13:40 w sobotę stoimy pod niebieską bramą swojego domu.
Wczoraj o 22:40 przekroczyliśmy granicę polską. Żaden z funkcjonariuszy SG nas nie zatrzymał, żeby powiedzieć: „Witamy w Rzeczpospolitej Polskiej”, a szkoda.
Prawie ciągiem przejechaliśmy „bałtyki”, pchani już tylko myślą o dojechaniu do domu. Gdy w końcu zawitaliśmy do kraju, ustaliliśmy że w okolicach Augustowa szukamy noclegu. Do tej pory takie planowanie w naszej podróży zdawało efekt, dlaczego miałoby nie zadziałać w ojczyźnie? Ha! W Augustowie pytamy w kolejnych hotelach o wolny pokój, i pozytywne odpowiedzi brzmią: Tak, za min. 450 zł. Za ile??? W Helsinkach w centrum nocowaliśmy za 350 zł. Oburzeni szukamy dalej. I wtedy dopada nas polska rzeczywistość – przy granicy motele były w większości okupowane przez kierowców tirów, lub szemrane towarzystwo randkujących inaczej. Potem były przeszacowane cenowo hotele Augustowa. A na końcu zostają nam zajazdy, karczmy, zagrody i gospody – oczywiście bez możliwości zameldowania się w nocy. I nawet jak na szyldzie pisze, że 24h, to nie znaczy, że ktokolwiek nam otworzy. Marnujemy czas stając przy każdym miejscu, które oferuje noclegi, ale nigdzie nie jest otwarte. Wokół nie ma żadnych hoteli. Stanęlibyśmy z namiotem, ale jest już ciemno (dlaczego tu jest tak ciemno?), i w takich warunkach ciężko szukać bezpiecznego miejsca do rozbicia się. Kempingów nie ma. Jest pierwsza w nocy, Michał wykończony, od kilku dni walczy z mocnym przeziębieniem, ja już też nie daję rady prowadzić. Poprzednia noc była nieprzespana, bo w Helsinkach zamiast szumu oceanu i wodospadów, śpiewu ptaków, itp. darły się autobusy i taksówki. Dziś jedziemy cały dzień od zjazdu z promu, a jedliśmy tylko jakiegoś trującego hamburgera na estońskiej stacji paliwowej. Do tego nasze organizmy są zszokowane brakiem słońca. Naprawdę robi się niewesoło, gdy łapię się na tym, że niekontrolowanie zjeżdżam na przeciwległy pas. Zwalniam i jedziemy dalej szukając noclegu. Powtarzam sobie, że z tyłu w aucie jest mój malutki synek i muszę dowieźć go do domu. Jestem przerażona, gdy wyprzedzają mnie inne auta, bo przecież ja jadę bardzo szybko, to jak bardzo one pędzą w tych ciemnościach, skoro limit na drodze wynosi 90 km/h. Sprawdzam prędkościomierz i nie wierzę: jadę 75km/h, a mam wrażenie jakbym śmigała dwa razy więcej. Oj, niedobrze. Sprawdzamy na mapie, za 15 km jest Łomża, tam musi być jakiś cywilizowany hotel. Tylko naprawdę mam wątpliwości, czy tam dojadę…
W końcu jest wybawienie – hotel w Piątnicy. Stajemy, jest wolny pokój. Jakimś cudem bez potknięcia i zaśnięcia po drodze przenosimy śpiącego Tola, i tylko zrzuciwszy ubrania padamy na łóżko. Udało się.

Rano jemy normalne śniadanie i ruszamy w końcówkę trasy. Pełen luz, właściwie biorąc pod uwagę pokonywane wcześniej odległości, teraz czujemy się jak za progiem. Co to są te 120 km do domu?

I teraz nastąpią dwa zakończenia. Czy też dwie anegdotki na zakończenie (choć jak się wyśpimy i rozpakujemy, to jeszcze napiszemy jakieś podsumowanie).
Po drodze zahaczamy o pruszkowską aptekę. Michał idzie kupić jakiś syrop na kaszel. Wchodzi tam wyglądając tak, jak można wyglądać po czterech tygodniach drogi, w tym po trzech dniach intensywnego powrotu.

Dialog ze sprzedawcą wygląda tak:
– Potrzebuję czegoś na przeziębienie. Jakiś rutinoscorbin, czy coś – mówi chrypiąc porządnie.
– Jest rutinoscorbin, ale w opakowaniu po 90 szt.
– Hm, to bardzo dużo – komentuje mój mąż, patrząc na sprzedawcę przekrwionymi oczyma
– Ale jest zamiennik, ma 120 szt, i jest o 5 zł tańszy!
– To wezmę, bo po co przepłacać. – decyduje się Michał i mierzwi nieogoloną brodę. – I jeszcze jakiś syrop na kaszel – chrypi.
– Jest taki jeden… – sprzedawca mierzy Michała wzrokiem, dodaje dwa do dwóch i mówi – ale on jest drogi. Kosztuje 14 zł.

Ok, gdy ludzie zaczynają brać cię za przeziębionego menelka pruszkowskiego to nie ma co zwlekać. Czas wracać.

I dykteryjka druga, już na prawdę zakończająca.

Po obiedzie biorę się za koszenie zapuszczonego trawnika (muszę, bo Tolo koniecznie chce po nim biegać, a w trawie po kolana kryją się bomby z czterech tygodni pozostawione przez naszego psa). Koszę, podkaszem, grabię, zbieram. Zaczynam z niepokojem patrzeć w niebo, bo robi się coraz ciemniej. W końcu krzyczę do Michała:
– Zostaw rozpakowywanie auta i chodź mi pomóc, bo zaraz będzie potężny deszcz, tak ciemno się robi!
– Dobrze kochanie, już ci pomagam – odparł mój mąż – ale to nie deszcz. To się nazywa wieczór.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *