Tam, gdzie rodzą się chmury

Drogą o szerokoście jednego pojazdu jedziemy na farmę Kjeasen.

9-3
Położona 530m nad taflą wód fiordu Simadalfjorden, istnieje od okolic 1600 r. Drogę, z której korzystamy wybudowano w 1970. Z uwagi na bezpieczeństwo, samochody jadące w górę wjeżdżają na drogę o pełnej godzinie, a te, które chcą zjechać w dół rozpoczynają zjazd wpół do kolejnej godziny. Po drodze jest 2,5 km. nieoświetlony tunel wykuty w skale, dla skrócenia podróży.

1-13
Czy warto było wjeżdżać? Nie wiem na ile zdjęcia są odpowiedzią. Siedzieliśmy w sadzie owocowym tuż nad urwiskiem (żadnych płotów, barierek, znaków ostrzegawczych, zakazów i gróźb kar pieniężnych – to nie anglosaski kraj), przed nami ściany fiordu pokryte śniegiem, pod nami tafla wody. Wokół nas szum wodospadów. Naprawdę trzeba nieźle się pilnować, bo dusza pod urokiem tego widoku zaczyna wierzyć, że wystarczy skoczyć, rozłożyć ręce i można szybować, szybować, szybować. Wolność.

2-11

3-12

4-7

5-4
Potem wybraliśmy się na wzgórze, na którym odnaleziono groby Wikingów. Jest ich tu pomad 350, choć nam ciężko było ocenić które kamienie na pastwiskach są miejscami pochówku, a które zostały rzucone przez tutejszych rolników. W każdym razie tych właściwych strzeże odpowiedni stwór z nordyckich sag – Angus Czarny.

6-4
Na wszelki wypadek zamieszamy też kilka zdjęć kamieni, ale nie bierzemy odpowiedzialności za ich interpretację.

7-4

8-3
A na koniec dnia wodospad Voringfossen, jeden z najwspanialszych w Norwegii. Właściwie nie trzeba nic pisać, nie da się. Sami popatrzcie:

12-2

10-3

11-2
Na parkingu Tolek wzbudził zachwyt japońskiej wycieczki pozując z trollem. Za uzbierane do garnuszka pieniądze (10 koron od zdjęcia) kupiliśmy mu trollową bluzę z ogonkiem, w której mam nadzieję niedługo się zaprazentuje.

13-2
Na noc zmierzamy nad rzekę. Rozbijamy się na dziko właściwie w tym samym miejscu co wspomniana farma, tylko że u stóp gór. Mamy więc ten sam widok, ale od drugiej strony. Usypiamy słuchając huku tysięcy litrów wody.

14-2

15-2

16-2

Środek zimy w środku lata

Jadąc w stronę Eidfjordu przejeżdżamy przez Hardangervidda, największy w Europie płaskowyż, na ponad 10 tys. km2.Robi się prawdziwie ‚norwesko’. Najpierw w oddali pojedyńcze placki śniegu na szczytach gór. Termometr chyba się zepsuł, bo w ekspresowym tempie temperatura spada z 18 st, do najpierw 10, potem 8, 7 i w końcu 5 stopni.

5-3
W naszych kurteczkach i sweterkach, bez rękawiczek, kurtek puchowych i szalików czujemy się trochę jak Leśne Głupki. Ale przecież z tak błahego powodu nie zrezygnujemy z radości pohasania po śniegu:) Co chwila stajemy, żeby wydać okrzyki zachwytu.

3-11
Tych widoków nie da się opisać. Ogromu przestrzeni nie pokażą zdjęcia. Tu trzeba być, żeby doświadczyć tego bezmiaru krajobrazu.

1-12
Marznąc nad skutym lodem jeziorem, czytamy tablicę informacyjną.

2-10

Zachwala ona pyszne owoce z tego regionu, które są marką w całej Norwegii. Gruszki, śliwki, jabłka. Rozglądamy się dookoła. Owoce??? Tu nie ma ani jednego drzewa. Ani jednego krzewu. Ani jednego kwiatka. Jest końcówka czerwca, środek astronomicznego lata, jedyna znaleziona przez nas roślina nieśmiało wypuszcza pączki.

4-6
Nasze nosy robią się czerwone z zimna. Ok, widoki niesamowite, krajobraz wart chwilowego zmarźnięcia, ale zaczynamy odczuwać niepokój na myśl o noclegu. Nocowanie w namiocie staje się niezbyt zachęcającą opcją, nie z Tolkiem, który uwielbia wyczołgiwać się spod kołdry. Postanawiamy dojechać do jakiegoś kempingu i zbankrutować na ogrzewaną chatkę. Ruszamy.

Nagle, jak za dotknięciem magicznej różdżki za zakrętem pojawiają się pierwsze drzewa. Droga zaczyna schodzić w dół, termometr zdecydował się współpracować o pokazuje coraz to normalniejsze temperatury. Robi się zielono. Robi się ciepło – już mamy 10 stopni. Jest nieźle. Wjeżdżamy do tunelu w skale. Tolek jest zachwycony, po wyjeździe pokazuje migusia, że chce jeszcze raz. Proszę bardzo, tuneli tutaj pod dostatkiem. Jeden, drugi, trzeci. Kolejny zakręcony tak jak schody na wieży, taka klatka schodowa dla samochodów. I nagle okazuje się, że tymi tunelami, podróżując poprzez wnętrza gór dojechaliśmy do doliny po drugiej stronie płaskowyżu. Jest 18 st. na plusie!
Znajdujemy kemping, i rozbijamy namiot.
Co za magiczne miejsce na nocleg. Otoczone ścianami skał, z niezliczonymi wodospadami spływającymi w dół (ok, ok, wiem, że wodospady nie spływają w górę), z wiatrem, który jednak nie jest zimny.

7-3
Zasypiamy, a do snu bezustannie szumi woda. Szumi, huczy. Do tego wiatr, który testuje wytrzymałość naszego namiotu tak, że w nocy budzi mnie kołysanie auta. No i światło – niby już nie dzień, ale też już nie noc. Zmierzch, aż do wschodu słońca.

W kraterze

Deszczowa droga właśnie zaczynała nam się dłużyć, kiedy zza zakrętu wyskoczyła znienacka biało-brązowa tablica z napisem Meteoritkrater. Takiej rozrywki jeszcze nie zaznaliśmy. Małą chatkę w górach obsługiwała dwójka studentów zafascynowanych kamieniami z kosmosu. Za pomocą zebranych kamieni i szkiców szybko objaśnili nam w czym rzecz.

Okazało się że typowo meteoryt wznosi w powietrze tuman kurzu i skał który opadając zagruzowuje krater. Tak też stało się w Gardnos, ale później przechodzący lodowiec odsłonił dno utworzone z bardzo specyficznej skały. Dowiedzieliśmy się że takich „nagich” kraterów jest na świecie tylko kilka a spośród nich tylko Gardnos wyposażony jest w parking i osiągalny kilkuminutowym spacerem.

4-5

Część podniesionego w powietrze materiału (to te białe, skrzące fragmenty) opadając wymieszała się ze skałą stopioną przez energię uwolnioną podczas zderzenia. Utworzona w ten sposób zawiesina zastygła, ale stopiona skała zmieniła kolor na czarny. Trzeba przyznać że daje to interesujący efekt.

Sam krater jest ogromny. Meteoryt miał średnicę 300 m i składał się w większości z żelaza. Miałem okazję trzymać mały kawałek takiej skały w ręce. Waży znacznie więcej niż zwykły kamień. Dziura w ziemi ma średnicę 5 km i chociaż połowę jej obrzeża zabrał lodowiec, nadal można rozpoznać jej kształt.

3-10

Dla lepszej orientacji drzewa wycięto, a ponieważ przyroda nie znosi próżni przestrzeń wzięły w posiadanie porosty które tworzą tam niesamowite, kolorowe kobierce.

1-11
2-9

Location:Gardnos, Norwegia

Plan podróży

Plan był prosty: jedziemy bez planu, zobaczymy gdzie trafimy. A po drodze chcieliśmy trafić do kilkunastu obowiązkowych punktów. Proste, prawda?
Nie w Norwegii. Tu podróżny, którego ogranicza czas urlopu zaczyna panikować. No, bo co z tego, że z Oslo do Bergen na mapie jest super blisko. Rzut kamieniem. Co z tego, jeśli nie da się jechać sensowną drogą, bo po drodze są cztery fiordy, które do podróży dodają ponad 600 km.
Norwegia wymaga innego rytmu podróży. Planowanie trasy przypomina labirynt, który rozwiązywało się w dzieciństwie typu ‚doprowadz myszkę do sera’. Znajdujesz drogę wychodzącą z miejsca startu. Palcem po mapie śledzisz jej bieg. Nagle – ślepy zaułek, fiord. Próbujesz jeszcze raz. Ups, znowy fiord. Kolejne podejście i jest, sukces – trafiasz na fiord obsługiwany przez prom. Hurra, jesteś na drugim brzegu. Jedziesz palcem dalej. Zong – znów fiord, promu brak. Wracasz do punktu zero.

1-10
Przez chwilę byliśmy lekko źli, bo uświadomiliśmy sobie, że w tempie podróży z dzieckiem wykluczone jest zobaczenie wszystkiego, co chcieliśmy.
Głęboki oddech, zaprogramowanie GPS i ruszamy. Zaczyna potwornie padać. Droga prowadzi przez dolinę z obu stron otoczoną olbrzymimi, zielonymi zboczami. Tuż koło drogi rzeka, która wygląda jak jezioro. Szyby ciągle zalewane deszczem. Michał puszcza płytę szkockiego zespołu, którą kupiliśmy w podróży poślubnej. Suseł zaczyna kiwać głową do rytmu w swoim foteliku. Szkockie rytmy i deszcz za oknem robią swoje. Napięcie puszcza, zaczynamy się śmiać. Co za różnica, gdzie dojedziemy, co zobaczymy. Ważne, żeby widzieć to co się dzieje teraz. Nie zobaczymy wszystkiego, nie odkryjemy mnóstwa ukrytych miejsc, nie zachwycimy się wszystkimi widokami zapierającymi dech w piersiach. No i co z tego? Przecież i tak zobaczymy tysiąc innych rzeczy, przeżyjemy milion innych wzruszeń. Przecież są wakacje!

3-9

Tratwy, statki i okręty

Na tym samym nadbrzeżu siedziałam 3 lata temu. Pijąc kawę, na którą rozrzutnie sobie pozwoliłam, obserwowałam fale, żaglówki i statki, i czekałam na tramwaj wodny, który miał mnie zabrać na drugi brzeg miasta. Myślałam wtedy, że fajnie by było być tu z Michałem, razem z nim zwiedzać muzea, oglądać przeurocze rezydencje bardzo bogatych Norwegów, i pić nieśpiesznie kawę machając nogami nad morzem.

1-9

2-8

3-8
I w nawet nie przyszło mi na myśl, że po pierwsze spełni się to tak szybko, a po drugie, że będę tu z dwoma mężczyznami mojego życia.
A teraz proszę – siedzimy tu w trójkę, wiatr jest tak samo ciepły, morze tak samo pachnie przygodą, a mewy krzyczą te same hasła o widzianej rybie.

4-4
Dwa tysiące siedem kilometrów od Pęcic Małych leży Oslo.
Za nim tam dotarliśmy śmiegaliśmy sobie przez fiordy mostami, a przez góry tunelami wydrążonymi w skałach.

6-3
Zatrzymaliśmy się na kempingu, z którego całkiem gratis roztaczał się widok na całe Oslo.

5-2
W mieście spędzamy jeden dzień, choć optymalne byłyby co najmniej dwa. Ale w takim układzie postanowiliśmy zwiedzić trzy najciekawsze jak dla nas muzea na półwyspie Bygdoynes, o którym pisałam na wstępie.
Dostaliśmy się tam tramwajem wodnym nr 91 z nadbrzeża przy ratuszu.

7-2
Zaczęliśmy od Muzeum Łodzi Wikingów. Niesamowite wrażenie robi wielkość tych drewnianych statków. Można tu zobaczyć odkopane okręty, rzeczy codziennego użytku, a nawet szkielety Wikingów. Analizując kości jednego z nich, badacze stwierdzili, że … został on zamordowany. Wyobrażacie to sobie – po ponad 1200 latach wiemy, że ktoś nie zakończył życia w sposób naturalny. Patrzyłam na fragmenty tego szkieletu a moja wyobraźnia zaczęła stawiać tysiące pytań: kim był, co lubił, czy był dobrym, czy złym człowiekiem, czy ważna czy nieważna była bójka, w której otrzymał śmiertelny cios. Fascynująca podróż w przeszłość.
Wrażenie robią też skomplikowane i szczegółowe wzory, którymi były ozdobione wystawione przedmioty. Oglądając je trudno oprzeć się myśli, że ten wojowniczo przez nas postrzegany lud, był miłośnikiem piękna :)

8-2

9-2

10-2

11

12
W sumie dobrze się stało, że byłam tu już wcześniej, bo tym razem niewiele dane mi było zobaczyć w spokoju. Michał więc chłonął detale eksponatów, a ja brałam udział w wyścigu dookoła statków. Obiegliśmy z Susłem wszystkie z nich, wspięliśmy się na schody na galerię, z której można podziwiać statki z góry, zbiegliśmy z galerii, zrobiliśmy slalom pomiędzy strażnikami i uciekliśmy na zewnątrz. Dodam tylko, że uciekliśmy dobrowolnie, nikt nas nie wyrzucał, nie uciszał, nie zabraniał biegania.
Potem dołączył do nas nasz znajomy Norweg, i poszliśmy do muzeum Kon-tiki. W międzyczasie wybiegany Tolek zasnął, i okazało się, że jednak nosidełko nie jest tak komfortowe do spania jak mówili w reklamie. Mając na uwadze kark naszego syna, ja zostałam z nim na rękach przed muzeum, a Michał i Svein poszli pływać na tratwie przez Pacyfik. Z poprzedniego pobytu w tym miejscu pozostał mi naprawdę szczery podziw i szacunek dla Thora. Poczytajcie sobie o nim, a też uznacie go za niezłego kozaka! Oglądałam te tratwy z trzciny, łodzie z papirusa, i nie wiem czy odważyłabym się nimi wypłynąć na jezioro. No, może nad Zalew Komorowski.

13
Jednocześnie kapelusze z głów dla wiary Thora w możliwości człowieka. Dzięki tej wierze odważył się on empirycznie sprawdzić czysto akademickie teorie dotyczące różnych zdarzeń. Jedne potwierdził, inne obalił. Znajdźcie parę jego cytatów, a też staniecie się jego fanami. Tutaj wklejam tylko kilka, na zaostrzenie apetytu:
“Borders I have never seen one. But I have heard they exist in the minds of some people.”
„Progress is man’s ability to complicate simplicity.”
„A civilized nation can have no enemies, and one cannot draw a line across a map, a line that doesn’t even exist in nature and say that the ugly enemy lives on the one side, and good friends live on the other.”
„In my experience, it is rarer to find a really happy person in a circle of millionaires than among vagabonds.”

Na koniec muzeum historii jednego statku i dwóch niesamowitych śmiałków, czyli wyprawa na pokładzie Fram na oba bieguny. W zwiedzaniu już aktywnie uczestniczył wyspany Tolek, a muzeum było doskonale przystosowane do szalejącego prawie dwulatka.

18
Mały razem z załogą układał pięć tysięcy herbatników, tak aby zajęły jak najmniej miejsca w skrzyni, z okrzykami pełnymi pasji ‚hał, hał’ oglądał film z podróży zaprzęgiem psim, biegał po pokładzie szukając pingwinów do zjedzenia i bezradnie rozkładał rączki mówiąc z pasją ostatnio odkryty zwrot: ‚ni ma’. Widocznie nie ten biegun…
Na mnie wrażenie znów zrobił realizm wystawy. Mnóstwo przedmiotów, których używały obie załogi, podczas swoich polarnych wypraw, filmy odtwarzające proste czynności na statku, dzienniki pokładowe, zdjęcia. Do tego chodzi się po autentycznym statku, żadnej tam replice, zagląda do każdego zakamarka, wdycha zapach starego drewna, które nasiąkło arktyczną wodą, pomieszanego z zapachem oleju z maszynowni.Wyobraźnia szalała, i tylko cieszyłam się z faktu, że nie zdecydowano się na odtworzenie autentycznej temperatury, z którą musieli się zmierzyć zdobywcy bieguna :)

14

15

16
Po zakupieniu obowiązkowych pamiątek, posiedzieliśmy jeszcze chwilę na nadbrzeżu, a potem popłynęliśmy do miasta na obiad.

17
Z kantyny pracowniczej, do której zabrał nas Svein roztacza się super widok na Oslo. Ponieważ pewnie nie posiadacie przepustki prasowej, podzielimy się z Wami widokami, które mogliśmy oglądać z 10go piętra :)

19

20
Na koniec dnia anegdotka:
Sześć lat temu byliśmy na weekendowej wycieczce w Sztokholmie. Wsiadamy do autobusu, który zgodnie z naszym przekonaniem powinien dojechać do dworca kolejowego. Autobus zatrzymuje się w jakimś punkcie miasta, wszyscy z niego wysiadają, a kierowca coś do nas mówi. Mówimy, że nie rozumiemy. Kierowca przechodzi na angielski i tłumaczy, że to końcowy przystanek. A potem pyta, gdzie chcieliśmy dojechać. Wychodząc z autobusu mówimy, że na dworzec. Kierowca macha ręką, żebyśmy usiedli, zamyka drzwi i rusza. Zawozi nas na dworzec i życzy miłego dnia. Sprawdzam na rozkładzie na przystanku swoje podejrzenia i upewniam się, że ten nr autobusu tu nie kursuje. Po prostu kierowca z uprzejmości, żebyśmy nie błądzili, podrzucił nas do celu.
Dziś w Oslo również zostaliśmy zaskoczeni. Wracając z muzeów odkryliśmy, że zgubiliśmy jedną kartę Oslo Pass, więc już w tramwaju wodnym mówimy pani sprawdzającej bilety, że jeden musimy dokupić, bo straciliśmy kartę. Pani mówi, że nam wierzy, i że nie musimy dokupywać biletu. Ok. Po obiedzie idziemy na przystanek autobusowy, i w pierwszym podjeżdżającym autobusie pytamy się jak wrócić na nasz kemping. Kierowca mówi, żebyśmy wsiedli bo on jedzie w pobliże miejsca, gdzie musimy złapać drugi autobus. Znów chcemy kupić jeden brakujący bilet. Słyszymy, że nie trzeba, że kupimy w drugim autobusie. Ok. Wsiadamy do końcowego, właściwego autobusu. Mówimy, jak poprzednio, że chcemy dokupić jeden bilet. Kierowca pyta dokąd. Michał odpowiada: Ekeberg camping. Kierowca macha ręką, że nie ma o czym mówić, i żebyśmy usiedli. Ok.
Postulujemy, żeby kierowcy MZK odbywali w Skandynawii obowiązkowe, roczne praktyki.

Oslo

Wizyta w stolicy zaczyna się od dojazdu. Tu następuje pierwsze zderzenie kultur. Autostrada z Goeteborga jest opisana jako droga płatna ale ostatnie szlabany znajdują się po szwedzkiej stronie. Po przejechaniu granicy, na której notabene nie ma kontroli (Norwegia jest krajem stowarzyszonym z UE) napotkacie tylko bramki wyposażone w kamerę opisane jako automatic toll station. Na pierwszej z nich wyhamowałem do zera. Obok mnie zatrzymał się samochód na niemieckich numerach. Jednakowo zbici z tropu otworzyliśmy okna żeby udzielić sobie sąsiedzkiej pomocy ale szybko przepędził nas stamtąd chór klaksonów – blokowaliśmy jedyne dwie bramki na autostradzie.

Ala wyczytała w przewodniku że poruszanie się po płatnych drogach w Norwegii wymaga zakupu transpondera sprzedawanego na stacjach benzynowych ale na stacji nic o tym nie wiedzieli. Nie chcąc rozpoczynać norweskiej przygody od wykroczenia, ale lekko już zniecierpliwiony zjechałem na stację służby drogowej. Zagadnięty miły pracownik wyjaśnił mi że tak, mogę kupić transponder, ale nie u nich tylko na stacjach Esso, gdybym natomiast nie chciał tego robić to wcale nie muszę. W swoim czasie dostanę rachunek pocztą i będę mógł go sobie opłacić. Norweska wiara w ludzką uczciwość przywróciła mi uśmiech na twarzy.

Następny dzień postanowiliśmy przeznaczyć na odwiedziny u osób z których Norwegia jest (i powinna być dumna. Na pewno znacie historię Thora Heyerdahla, budowniczego RAII – łódki z trawy którą pokonał Atlantyk żeby udowodnić że komunikacja pomiędzy cywilizacjami Starego i Nowego Świata mogła mieć miejsce już w starożytności

1-8

a także Kon-tiki, tratwy za pomocą której udowodnił kontakty Ameryki z Polinezją.

2-7

Wyprawa ta miała miejsce nie tak dawno bo w latach 50-tych. Przychodzi na myśl że dzisiaj zbudowanoby model sterowany przez robota, potem drugi w skali 1:50 wodowany w wannie a dopiero potem człowiek mógłby taką łodzią oddalić się poza zasięg wzroku. Tymczasem Thor i jego towarzysze wybrali się w podróż przez ocean z jednym radiem. Muzealna fiszka głosi że większość z nich miała za sobą świeże wojenne doświadczenia w ruchu oporu i traktowali tą ekstremalną wyprawę jako antidotum na wojenny stres.

Jest też mniej znana, historia związana z Thorem Heyerdahlem. Dotyczy Wyspy Wielkanocnej, najodleglejszego miejsca na Ziemi zamieszkanego przez człowieka. Przez swoją odległość wyspa jest miniaturowym światem z własną cywilizacją która (wyjątkowo) upadła zanim odkrył ją biały człowiek. Pozostawione przez nią figury stanowiły przez długi czas zagadkę.

3-6
Panowało przekonanie że nie dało się ich transportować z kopalni na miejsce na którym stoją nie dysponując wynalazkiem koła. Przekonania tego jednak nikt przed Thorem nie weryfikował. Ten w drodze eksperymentu wykazał że nie tylko jest to możliwe za pomocą lin którymi sprawna ekipa jest w stanie „chodzić” posągiem kiwając nim trochę tak jak szafą w czasie przeprowadzki, ale też że istnieje w lokalnym języku słowo, określające specjalnie ten właśnie rodzaj ruchu.

Tego samego dnia odwiedziliśmy jeszcze okręt Fram który posłużył Roaldowi Amundsenowi w pierwszej w historii ludzkości wizycie na biegunie południowym. Fram był pierwszą jednostką przystosowaną do zimowania w lodzie. Choć zbudowany z drewna, skonstruowany był tak, by pod wpływem zaciskających się lodowych szczęk wyskakiwał na powiechchnię jak ściśnięty palcami włoski orzech.

4-3
Fran był świadkiem niesamowitego wyścigu do bieguna pomiędzy zespołami Amundsena i Scotta, który to wyścig ten ostatni przypłacił życiem. To już jednak temat na osobną historię.

Location:Ekeberg,Oslo,Norwegia

O upływie czasu

Jest 23:30. Nad drzewami krzyczy drapieżny ptak płosząc stado gęsi, powoli zapada zmierzch.

Uwielbiam skandynawskie lato za jego upływ czasu. Żeby uwierzyć jak bardzo jesteśmy zależni od zmian światła słonecznego trzeba odczuć ich brak. Jest na to kilka sposobów. Kasyna urządza się tak, żebyście uwierzyli że cały czas trwa wieczór. Całodobowe centrum handlowe zatrzymuje czas w południe jak Faust swoją chwilę. Skandynawskie lato sprawia że czas płynie, ale jakby wolniej.

Wyobraźcie sobie wieczorny spacer po plaży. Słońce chyli się ku zachodowi, piknik, znowu spacer, rozmowy o wszystkim i niczym.. i tylko wprawne oko zauważy że współspacerowiczów jaby mniej a dziecko coraz bardzej zmęczone.

1-7
To nie tylko sprawa wzroku. Podczas naszego pierwszego wypadu tutaj przez tydzień spaliśmy po 2 godziny dziennie (tak, było się trochę młodszym), potem pojawiły się luki w pamięci wywołane zasypianiem na stojąco (przynajmniej taką mam nadzieję).

Zwłaszcza uważać trzeba prowadząc samochód, bo energetyczny kop od słońca różni się od tego po kawie czy redbullu. Tolek na przykład chodzi teraz spać z nami po 23:00, za to w ciągu dnia przesypia 3 godziny w samochodzie, to jest bowiem teraz najbardziej senny czas długiego dnia.

Jest w tym jakaś magia.

Location:ROSENDAL,Glommen,Szwecja

Więc chodź, pomaluj mój świat

Opuściliśmy Danię, i kolejnym niesamowitym mostem Oresund wjechaliśmy do Szwecji. Nie zrobiliśmy zdjęcia, więc zainteresowanych odsyłamy do google images. Na początku szesnastokilometrowego odcinka jedzie się tunelem pod wodą, a następnie most właściwy. I widoki, widoki, widoki! za które, jak za wszystko, przychodzi nam zapłacić na końcu drogi. Automat połyka na chwilę naszą kartę, zabiera 180 zł i grzecznie oddaje plastik.

Szwecja jest już rajem dla podróżujących z miejsca w miejsce. Wzdłuż autostrady która biegnie prawie równolegle do wybrzeża kemping koło kempingu. I na dodatek na autostradzie wiszą znaki informujące, gdzie zjechać, żeby się na któryś z nich dostać. My wybieramy miejsce za miasteczkiem Falkenberg dochodząc do wniosku, że nie ma co się męczyć i grzać kolejne 5 godzin do Oslo.
Przejeżdżamy drogą prowadzącą dosłownie przez czyjeś gospodarstwa (ograniczenie prędkości do 15km/h), i prowadzeni przez GPSa dojeżdżamy nad brzeg morza. Szybkie zaparkowanie auta na kempingu i ruszamy na plażę.
I właśnie w tym miejscu coś mi w duszy kliknęło, jakiś element wskoczył na właściwe miejsce i poczułam, że zaczęły się wakacje.

1-6
To była jedna z tych plaż, które oboje z Michałem kochamy. Smagana wiatrem, pusta, z ogromnymi kamieniami obmywanymi przez morze, z szerokim pasem wysokich traw. Pusta. Nie wiem czy sprawiają to kolory namalowane przez nisko zawieszone słońce, zapach wyrzuconych morszczynów, krzyk szybujących na wietrze fal, ale całość składa się na obraz, który tkwi we mnie od zawsze. Takie jest wybrzeże w Szkocji, tak jest i tutaj. Siadam na piasku i czuję, że jestem u siebie.

2-6

3-5

Rozwiń skrzydła, Suseł!

1-5
Tolek wczoraj skończył 20 miesięcy i jednocześnie pierwszy raz spędził noc w namiocie. Było zadziwiająco bezproblemowo. Namiot dachowy od samego początku przypadł mu do gustu, i tylko mamy w związku z nim jeden problem. Suseł ostatnio odkrył radość wspinania się. Im stromiej i wyżej, tym większa zabawa. I jak tylko zobaczył drabinkę do namiotu, to już się od niej nie oderwał. Spróbowaliśmyb więc metody z warsztatów dla rodziców (tak, tak, chodzimy na specjalne warsztaty obsługi dziecka) i umówiliśmy się z nim, że na tą drabinkę można wchodzić tylko z mamą lub tatą. Tolek zasadę pojął z zegarmistrzowską precyzją, i teraz jedno z nas kręci się wokół obozowiska, a drugie czterychsetny raz wchodzi i schodzi z drabinki.
Rano zrobiliśmy śniadanie i próbujemy zachęcić małego do zjedzenia. Tolek całym sobą mówi, że nic tak go rano nie wzmocni jak wizyta na placu zabaw. Mówię: Tolo, teraz rodzice jedzą śniadanie, więc nie mogą iść na plac zabaw. Jeśli nie chcesz śniadania, to idź pobaw się sam.
Powiedziałam tak, bo byłam pewna, że moje nieśmiałe dziecko w obcym miejscu za nic w świecie nigdzie nie pójdzie samo. Wczoraj jeszcze by nie poszedł. A dziś pomachał nam ‚pa,pa’ i powędrował. Jedliśmy w milczeniu kanapki, wyginając się na różne sposoby żeby przez krzaki i przyczepy ciągle mieć małego na oku i pobiec po niego galopem przy najmniejszym zagożeniu. No dobrze, ja musiałam mieć go na oku, Michał proponował mi, żebym usiadła przy stoliku jak człowiek, zamiast bawić się w tropiciela. A przecież ja nie mam nic przeciwko samodzielności mojego syna, ja po prostui nie jestem jeszcze na nią gotowa! Poza tym, on jeszcze nie ma nawet dwóch lat, co on sobie wyobraża tak nas samych zostawiając?
Tolek bawił się w najlepsze do czasu, gdy jakiś przechodzący pan do niego nie zagadał. Suseł generalnie nie lubi jak obcy go zaczepiają i swoim zwyczajem rozpłakał się. Poszedł po niego Michał, żadnym tam biegiem, tylko spacerowym krokiem. Ja czekając przy namiocie już całą sobą przygotowałam się do porwania przyniesionego dziecka w ramiona, utulenia, obiecania, że nakrzyczę na każdego bezczelnego człowieka, który odważy się go przestraszyć, i zapewnienia, że już nigdy, przenigdy nigdzie go samego nie puszczę. Tolek wrócił do namiotu na rękach taty.
– Hej chłopaku, ale zrobiłeś sobie fajną wyprawę! – powiedziałam z uśmiechem. Tolek oduśmiechnął się i pobiegł nad jezioro.

3-4
Po śniadaniu zwijamy obóz, i ruszamy w dalszą drogę bo czas ucieka. My ruszamy, Tolek w skupieniu zasypuje buta piaskiem. Spytany odparł, że tak, to jest teraz najważniejsze i nie, nie może tego zrobić w innej piaskownicy. Tak, niewykluczone, że trochę to potrwa. Nie, nie może obiecać, że dzisiaj skończy.

2-5
Biorę głęboki wdech próbując nie patrzeć na zegarek, i nagle myśle sobie, że przecież jesteśmy na wakacjach. I że nie mam monopolu na wymyślanie priorytetów i twierdzenie, że szybkie wyruszenie jest ważniejsze od zasypania buta z Kubusiem Puchatkiem.
Poza tym – dzięki temu zdążymy jeszcze zjeść lody. Wybieramy Magnumy czekoladowo – karmelowe, i gdy chcemy zapłacicć pani w recepcji kempingu mówi, że lody są gratis. Ha, pamiętacie historię z Włochami? :)

4-2

5
Po kilku godzinach jazdy opuszczamy Niemcy i nie zdejmując nogi z gazu wjeżdżamy na duńską autostradę. Potem osiemnastokilometrowym mostem przez cieśninę Wielki Bełt z wyspy Fionii dostajemy się do Zelandii. Trudno opisać wrażenie jakie wywiera taka masa betonu. Liny podtrzymujące wiszący odcinek mostu mają grubość samochodu, filary są monumentalnie wysokie, a wokół morze i farmy wiatraków.

9
Po przejechaniu Storebaelt w Korso znajdujemy duński kemping.
W cenie, o której lepiej nie wspominać, żeby nie psuć atmosfery radosnego podróżowania, znów mamy bardzo czyste prysznice, toalety, specjalną łazienkę dla rodzin z dziećmi, specjalne pomieszczenie do kąpania najmłodszych pociech (z wanienką, przewijakiem, itp.), kuchnię i pralnię.

10
No i oczywiście plac zabaw.

6-2

7

8

O technice

Znacie ten znak?
1-4
odkryliśmy, że nie wieszają go na niemieckich autostradach.. Ale zacznijmy od początku.

Jak zauważyli nasi uważni czytelnicy, przez trzy dni nic nie było o nas słychać. Nie znaczy to że nie próbowaliśmy.

W podróż zabraliśmy ze sobą tablet. Moglibyście posądzić nas o uleganie modom, ale przyczyny były prozaiczne: łatwe i niezbyt częste ładowanie z gniazdka samochodowej zapalniczki oraz wbudowane łącze sieciowe i brak ruchomych elementów gwarantujące bezawaryjność i stabilną pracę. Chcieliśmy wykorzystywać „bezproduktywne” chwile kiedy jedno z nas prowadzi a Tolek śpi, na pisanie.

Rzeczywistość nieco zweryfikowała ten plan. Gotowy tekst straciliśmy dwa razy pod rząd. Niby nic, zdarzyło się każdemu, ale pamiętajcie proszę że warunki są polowe. Żeby go napisać Ala zarwała noc, żeby odtworzyć z pamięci walczyła z ekranową klawiaturą w jadącym po wybojach aucie. Znając nasze temperamenty cud sprawił że jest jeszcze na czym pisać.

Ale miało być o znakach. Jako prowincjusz Europy nienawykły do autostrad nie przewidziałem że żeby trafić na kemping, trzeba wiedzieć gdzie się chce go znaleźć. Tutaj mobilny Internet przychodzi z nieocenioną pomocą czyniąc podróż bardziej spontaniczną. Wystarczy godzinę przed planowanym zatrzymaniem uruchomić google, porównać i ocenić strony kandydatów i przyjemny wieczór gwarantowany.

W kwestii blogowania, nauczeni doświadczeniem, polecamy jednak starego dobrego laptopa.

PS. Po przekroczeniu granicy szwedzkiej oznakowanie kempingów pojawiło się na autostradzie! Na północ! Tam musi być jakaś cywilizacja.

Location:ROSENDAL,Glommen,Szwecja