Tam gdzie krewetki tańczą sardanę

Piąta rano, lotnisko Okęcie. Kupuję kawę, bo bez niej nie mam szans dotrzeć do żadnego gate’u. Michał też nie chce polegać na swoich zdolnościach lunatykowania. Tak więc my dwoje, dwie cudnie pachnące kawy i ciągle zdziwiony, a więc niezwykle cichy Tolek, rozpoczynamy swój majowy city break w Barcelonie.

Tolek zdziwiony, bo pierwszy raz w jego życiu zdarzyło się, żeby rodzice obudzili rano dziecko, a nie na odwrót. Tuż przed wejściem do samolotu mówię do Michała: Kup Wyborczą, bo na pokładzie nie będzie Wysokich, a skoro dziecko jest takie spokojne, to sobie poczytam.

***

Lot minął, Wysokich nie przeczytałam. Mały nie panikował z powodu zmian ciśnienia, niestety nie pozostał też spokojny. Nie wiem czy to zapach kawy tak na niego podziałał, czy sama kawa dostarczona w formie pośredniej z cycka (coffee latte?), czy nowiutki komplet kredek, które dostał od pani stewardessy. W każdym razie znów zadziałała stara prawda – do opanowania jednego dziecka potrzeba dwóch rodziców. Tolek oglądał chmury za oknem, kłócił się  o okulary jednego z pasażerów, wycyganił jabłko zamiast kanapki od pana stewarda, kolorował kolorowankę, stolik, instrukcję ewakuacji  i torebkę na wymioty, oraz na koniec kilka razy wezwał obsługę, bo odkrył guzik do wciskania w suficie… Ale należy mieć pozytywne nastawienia: przecież mógł całą drogę głośno płakać. Mógł, prawda?

Zasnął przy podchodzeniu do lądowania w Monachium. Tam zamiast do rękawa wsadzono nas do autobusu, co było niehumanitarne biorąc pod uwagę, że padało i były chyba tylko 3 stopnie powyżej zera. W maju! Tolek przespał te atrakcje pod kocem i obudził się dokładnie w chwili kolejnego startu. Znów dostał prezent od obsługi, tym razem ptaka – maskotkę. Chyba woleliśmy kredki, bo jedyną kreatywną zabawę z maskotką jaką zna to rzucanie…

***

Dolecieliśmy do Barcelony. Wspomnienie zimnego, mokrego Monachium stopiło się w oka mgnieniu w 30sto stopniowym upale. Zamówiony wcześniej taksówkarz zawiózł nas do zarezerwowanego mieszkania. Dobra rada – następnym razem taką taksówkę dobrze jest zamówić przez specjalny nr telefonu na stronie internetowej. Tamci taksówkarze mają podgląd lotów i opóźnień, więc nie płaci się za czekanie.

Pierwszy raz skorzystaliśmy z opcji taksówki z lotniska na wakacjach, ale uznaliśmy, że z małym dzieckiem w początkowo obcym mieście tak będzie najwygodniej. I rzeczywiście – podróż zabrała 25 min. z lotniska pod same drzwi. Taksówki w Barcelonie są widoczne, czarno- żółte i ponoć wzorcowo uczciwe (w trakcie jazdy z pasażerem na „kogucie” wyświetlana jest strefa, tak więc ew. policja może skontrolować czy taksówkarz włączył właściwą taryfę). Nie trzeba ich wcześniej zamawiać, łapie się je bezpośrednio na ulicy – jeśli kogut ma włączone zielone światło, to wystarczy machnąć ręką i auto z kierowcą jest do usług.

Nasze mieszkanie rezerwowałam przez stronę only-apartments.com Można tam trafić fajne miejsca do spania w rewelacyjnych lokalizacjach za cenę kilkakrotnie niższą niż w hotelach w tej okolicy. Tym razem mieszkaliśmy w Barcelonecie. Co prawda naszej ulicy nie było na żadnej z papierowych map, którymi dysponowaliśmy, ale googlemapsy zaklinały się, że jest tuż, tuż  koło morza. A komu jak komu, ale googlemapsom się wierzy.

I rzeczywiście. Barceloneta to rewelacyjne miejsce do zatrzymania się w tym mieście. Dzielnica z pięknymi, choć często zaniedbanymi kamienicami. Każda kamienica ozdobiona, z malunkami, reliefami, rzeźbionymi balkonami. Jak pralinki, nie wiadomo która smaczniejsza, każda kusi żeby się nią zachwycić, zapatrzeć,  każdą chcę sfotografować, zapamiętać.

Mieszkaliśmy  w samym środku typowego barcelońskiego życia. Bez turystycznej otoczki, udogodnień, sztucznego folkloru, bez hoteli i wysypu b&b. Aż dziw, że jest tu tak mało miejsc na nocleg do wynajęcia. Pozytywnym efektem tego było dla nas mieszkanie jak barcelończycy. Wąziutkie ulice, symboliczne chodniki, sklepy dla miejscowych, knajpki i bary często bez anglojęzycznej obsługi. W wielu oknach na zamontowanych na zewnątrz suszarkach powiewało na wietrze pranie. Kolorowe koszule, spodnie, obrusy, pościel, spódnice dodawały barw i uroku tym wąziutkim uliczkom.

Na ulicy toczyło się zwykłe życie. To zresztą jest charakterystyczna cecha Barcelończyków – ponieważ mają małe mieszkania, więc w ciągu dnia przenoszą się  poza nie – na chodnik, ulicę, ławkę, do parku.  Każdego dnia rano widziałam przed sklepem naprzeciw naszego mieszkania tą samą starszą kobietę w czerwonym swetrze. Każdego dnia pozdrawiała tych samych mijających ją ludzi – rodziców odprowadzających dzieci do szkoły, sąsiadki z zakupami, listonosza, sprzedawców. Czasem ktoś się zatrzymał, porozmawiał. Drugiego dnia zaliczyła nas do swoich znajomych, bo widząc Tolka na balkonie pomachała mu ręką i krzyknęła „Hola!”. I tak było do naszego wyjazdu.

A nasze mieszkanie… Wąziutkie drzwi wejściowe do kamienicy – tak wąskie, że żadnego mebla większego  niż składane krzesło nie dałoby się nimi wejść. Schody na klatce schodowej były prawie że pionowe i miały szerokość jednego, dość szczupłego człowieka. Nie  lada wyzwaniem było wnieść po nich dziecko na rękach, plecak duży, plecak mały z zabawkami, torbę podręczną i wózek. Wózek parasolka dał radę tylko po złożeniu… Nie dało się stanąć i zrobić zdjęcia, bo człowiek czuł się jakby szedł po drabinie umieszczonej w betonowym odwiercie.

Samo mieszkanie bardzo przyjemne, klimatyzowane, czyste, urządzone nowoczesnymi meblami (jak oni je tam wnieśli???). Na naszą trójkę – idealne, choć na większą ilość osób zaczynało się już robić ciasne (chyba że studentów – ten gatunek o ile pamiętam nie podlega regułom metrażowym). Najlepiej o powierzchni świadczy fakt, że licznik od gazu  zamontowany był … za oknem kuchennym. Za to Tolkowi przypadł do serca balkon. W domu nie ma takich wynalazków, tylko zwykłe wyjście do ogrodu. A tu! Mógł na nim sterczeć godzinami obserwując psy, motory, ludzi, gołębie, pranie. Z jednej strony było to niezwykłe ułatwienie dla nas – mogliśmy przygotować się rano do wyjścia bez zajmowania się dzieckiem, ale z drugiej strony całość zaczęła być lekko nerwowa, gdy mały zaczął kombinować co to by się stało, gdyby przez balustradę przepchnął swój samochodzik. Albo taty zegarek. Lub pilota od telewizora.

Po rozpakowaniu się ruszyliśmy na miasto, żeby  nie tracić ani sekundy więcej. Zaczęliśmy od obiadu. Nasza ulica, idąca faktycznie do morza, doprowadziła nas wprost do restauracji Salamanca. Na zewnątrz zachęcała dekoracja ze świeżych owoców morza. W środku trochę ciasno, nie wiemy czy damy radę z wózkiem i właściwie byliśmy gotowi się poddać (w Warszawie na nasz widok od razu usłyszelibyśmy, że miejsc nie ma i nie będzie, chyba że dziecko zostanie zaparkowane przy stojaku rowerowym). Ale już zostaliśmy zauważeni przez kelnerkę, która uśmiechając się zaprasza do środka i sprawnie dostosowuje stolik do naszych potrzeb – przesuwa inne, odstawia niepotrzebne krzesła i po chwili siedzimy wygodnie i po ludzku, bez konieczności upychania Tolka pod stołem.

Karta menu dwujęzyczna, ale część kelnerów bardziej po hiszpańsku woli mówić. Nie szkodzi, bez problemu, pokazując pozycję w menu palcem zamawiamy obiad. Obowiązkowo paella. Do tego sałatka na start i białe wino.

Na stół bez zamawiania wjeżdża bruschetta w ciut innej formie niż ta z Włoch. Tutejsza jest na większych kawałkach miękkiej bagietki, mocno, oj mocno pomidorowa.  Właściwie sama ta przekąska, sałata i zimne wino starczają za obiad. Tak twierdzą nasze żołądki. No, ale kucharz już przystąpił do dzieła. W międzyczasie pierwszy szok kulturowy – przechodzący kelner bez uprzedzenia czochra Tolka po główce, a potem delikatnie „szczypie” w policzek.  I kulminacja –  kładąc sztućce daje mu buziaka. Tu należy się wyjaśnienie: Tolek ma półtora roku i jest na etapie silnego rozróżniania osób obcych od swoich. I tylko swoim daje się wycałować. Czyli mamie, tacie, opiekunce i psu. Cała reszta może dostąpić tego zaszczytu dopiero po kilku godzinach wkradania się w łaski. Poza tym, co tu dużo kryć – nasz syn jest z północy, z kraju w którym konstytucja gwarantuje nienaruszalną przestrzeń prywatną, nietykalność cielesną i zakaz molestowania seksualnego nieletnich. Jak wy byście zareagowali, gdyby nagle obcy pan uszczypnął was w policzek?

No więc Tolek zareagował tak samo. Nie, nie spoliczkował kelnera, tylko uderzył w ryk. W tym krzyku zawarł całe swoje oburzenie. Kelner zniknął. Próbujemy uspokoić małego tłumacząc mu, że wszystko jest ok, tylko taki miły pan (???) chciał się z nim zaprzyjaźnić. Chłopak powoli się uspokaja, łzy przestają lecieć. Wraca kelner, który postanowił dalej zawierać znajomość z naszym synem, i na śnieżnobiały obrus kładzie to, co ma najlepszego. Czyli gigantyczną krewetkę. Krewetka jest nieruchoma, więc chwyta ją za pancerz , podnosi, potrząsa  i ponownie, niezbyt delikatnie, rzuca na stół żeby się trochę postarała i poruszała odnóżami . Nasza reakcja?

Ja: O matko! Czy krewetka gryzie???

Michał: Wow, jaka fajna nakręcana gumowa krewetka. Wygląda jak prawdziwa.

Tolek: O nie! Czy ta krewetka też chce mnie pocałować?

No i znów w ryk. Kelner tylko się roześmiał, znów poczochrał Susła po głowie, zabrał krewetkę  i poszedł podśpiewując.

Za chwilę podeszła kelnerka z sałatką i też zaczyna obcałowywać nasze dziecię. Na kelnerkę Tolek zareagował przyjaźniej, no bo ostatecznie chłopak umie docenić kobiecą urodę. Ale i tak był w szoku, zażądał wyjęcia z krzesełka i resztę obiadu spędził bezpiecznie wtulony w jedno z rodziców.

Paella została nam zaprezentowana na żeliwnej patelni, a potem na bocznym stoliku rozdzielona na dwie porcje. Mieliśmy więc pewność, że była świeża i zrobiona specjalnie dla nas. I była przepyszna. Maślana, kleista, z krewetkami (pewnie też tą, która przed chwilą wędrowała po naszym stole), małżami, kalmarami. Mniam. W dodatku idealnie skomponowana z winem.

Ta krewetka NA PEWNO już nie da mi buzi?

Ta krewetka NA PEWNO już nie da mi buzi?

A propos wina – Tolek zażądał swojego kieliszka. Normalnie mamy dla niego wodę w zwykłej butelce, którą czasem przelewamy do szklanki. Ale w Barcelonie młody człowiek upomniał się o swoje prawa (tj. równość wszystkich ludzi) i głośno domagał się wina. Kelner (ten od krewetek) momentalnie dostarczył na stół dodatkowy kieliszek, dokładnie taki jak nasz. Woda w kieliszku zyskała aprobatę dziecka. I tak już było w każdej restauracji. Ciekawe co sobie myśleli przypadkowi przechodnie widzący półtora roczne dziecko siedzące w specjalnym dziecięcym krzesełku z kieliszkiem „białego wina” w dłoni?

W międzyczasie do restauracji wszedł jakiś starszy pan z akordeonem i zaczął śpiewać. Razem z nim śpiewali kelnerzy i kelnerki, przechodzący akurat obok z pełnymi talerzami. W międzyczasie było dużo śmiechu i rozmów, więc całość wyglądała raczej na radosny akcent podczas obiadu, niż żebraninę w stylu akordeonowych „wirtuozów” grających w kółko jeden refren w warszawskich tramwajach.

Z łakomstwa zjedliśmy danie do ostatniego ziarenka ryżu. Postanowiliśmy się przejść, żeby choć trochę ulżyć żołądkowi, i w jakimś innym miejscu zatrzymać się na deser i kawę, gdy już będziemy w stanie coś więcej w siebie wcisnąć. W ten sposób popełniliśmy faux pas, bo w restauracji albo pomyśleli, że nam obiad nie smakował i na deser nie chcemy się narażać, albo że… na deser nas nie stać. Nie wiem, które podejrzenie gorsze… W każdym razie na stół podano nam ciasto na koszt firmy i po kieliszku wyśmienitej grappy. Zmoczyłam język, potrzymałam go w tej grappie chwilę, podrażniłam kubki smakowe i po raz pierwszy od półtora roku żałowałam, że ciągle karmię piersią i mam embargo na alkohol…

Ja i Tata będziemy jeść ciastko. To ciastko.

Hm…

Momento…

Czy sądzisz to co ja?

Ole!

Grappa nie dla dzieci. Też mi zasada!

Michał wypił swój kieliszek, a wypijając mój bez przekonania twierdził, że oczywiście też żałuje, że ja karmię.

***

Barceloneta od strony plaży

Po obiedzie doszliśmy do plaży. Właściwie nie było jej w planach na ten dzień, ale plaża była tuż przy restauracji i to Tolkowi wystarczyło. Gigantyczna piaskownica. Jak po chwili się okazało – gigantyczna, niezwykle brudna piaskownica. Momentalnie białe spodnie stały się szare, o pyle na rękach nie wspomnę. Ale dziecko miało inne zdanie  i w ten sposób kolejne pół godziny spędziliśmy smażąc się na słońcu.

Barcelończykom też chyba nie przeszkadzała jakość piasku, który bardziej przypominał drobny, budowlany żwir. Opalali się, czytali, pili drinki, przeciągali pokazując nowe kostiumy kąpielowe lub tatuaże. Tatuaże można było też zrobić sobie na plaży. Wśród opalających się non stop chodziły osoby ubrane w długie spodnie, bluzki z długim rękawem i czapki lub kapelusze i dostarczały różnorakiego serwisu: zimnych drinków, , plecionych warkoczyków, okularów słonecznych, pareo, tatuaży henną, i masaży wszelkiego typu.  Z ledwością w tym skwarze i brudzącym piasku wytrzymaliśmy trzydzieści minut, więc z prawdziwą fascynacją obserwowałam pracujących tu cały dzień ludzi. Tolek za to z fascynacją obserwował panie opalające się topless – tyle cycusiów z mleczkiem : ) Co zafascynowało Michała – nie wnikałam.

No i co z tego, że spodenki brudne od piasku? Było warto zajrzeć do Cycuślandii…

Po tej męczącej przerwie ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w stronę miasta.  Kiedyś pewnie maszerowalibyśmy szybkim krokiem z nosami utkwionymi w przygotowanym w domu super precyzyjnym planie zwiedzania. Każda uliczka, każda minuta, każda cukiernia (na marginesie – godne polecenia są budapesztańskie), każda kamienica – wszystko szczegółowo opisane i zaplanowane, niewielki margines improwizacji, irytacja, gdy pojawia się opóźnienie. Teraz – pełen luz.

Przeczytałam w domu świetny przewodnik po Barcelonie pana Marka Pernala, ale posłużył mi raczej do zorientowania się w jej klimacie i ogólnej orientacji po stylach i czasach. Zwiedzając z dzieckiem do plecaka i wózka musieliśmy zabrać o wiele za dużo rzeczy – ubranie na zmianę, pieluchy, chusteczki wilgotne, apteczkę na otarcia, skaleczenia i poparzenia, picie, przekąski, owoce, kurtkę na wiatr, pelerynę do wózka na deszcz, awaryjną zabawkę lub dwie, krem z filtrem słonecznym, a do tego: nasze kurtki przeciwdeszczowe (którym to deszczem codziennie straszyła nas prognoza pogody, a którego nie uświadczyliśmy), akcesoria foto, w tym drugi obiektyw, lornetkę (świetna do oglądania szczegółów zdobień architektonicznych), mapę, ksero dokumentów (do tej pory ignorowaliśmy ten dobry obyczaj, ale tym razem jednak kieszonkowcami w Barcelonie przestraszyło  nas kilkanaście osób na tyle skutecznie, że postanowiliśmy zastosować się do tego zwyczaju), mapę. W efekcie wyglądaliśmy jak bezdomni, którzy cały swój dobytek pchają na zdobycznym wózku (a my jeszcze w tymże wózku mieliśmy dziecko), więc z kilku przewodników wybraliśmy tylko mały, kieszonkowy, lekki. Niestety te poważniejsze, ale i ciekawsze z racji gabarytów musiały zostać w pokoju.

Jak to się przełożyło na nasze zwiedzanie? Rewelacyjnie. Ok, nie potrafimy nazwać budynków na zdjęciach, które zrobiliśmy. Niewiele o nich wiemy. Zupełnie poleglibyśmy, gdyby podczas pokazu slajdów ktoś nas zapytał, które budynki są dziełem którego wielkiego architekta (no, oprócz Gaudiego). Nawet nazwy dzielnic, rejonów czy ulic nic nam nie mówią. Ale to wszystko było zupełnie niepotrzebne, żeby dać się zaczarować temu miastu. Wędrowaliśmy ulicami bez celu kierując się albo tam, gdzie było ciszej i spokojniej, albo tam gdzie coś nas zaintrygowało. Błądziliśmy, zbaczaliśmy z trasy, przecinaliśmy podwórka, oglądaliśmy wystawy sklepowe, zachwycaliśmy się budynkami, balkonami pełnymi roślin, cieszyliśmy się słońcem, przyglądaliśmy się barcelończykom.

Ogólne wrażenie – Barcelona zawładnęła nami. Pomieszanie stylów i epok, jeden budynek potrafi mieć parter z czasów średniowiecza, ale piętro już renesansowe. Do tego różne kolory, mnóstwo szczegółów zdobień, okna w każdym kształcie i drzwi, przez które przechodziły pokolenia. Budynek nowoczesny ścianę w ścianę z murami rzymskimi. Wystarczy przestać stresować się napiętym planem zwiedzania, i można poczuć specyficzną atmosferę Barcelony. Po prostu wystarczy zwolnić. Kupić obłędne lody w schowanej, znanej tylko miejscowym lodziarni, usiąść na jednym z tysięcy placyków i obserwować (a jeśli chodzi o lody to moim osobistym hitem stały się te o smaku crema catalana)

Błądząc i szwędając się w pewnym momencie usłyszeliśmy muzykę i podążając za nią dotarliśmy na plac przed katedrą św. Eulalii, na którym to placu tańczono sardanę, rodzaj tańca w kręgu typowego dla Katalonii.

Kilkanaście okręgów, mniejsze, większe, wszystkie wirowały w koło powtarzając te same kroki. Zwykli ludzie, w większości sobie nieznani, tańczyli z ogromnym skupieniem na twarzy. Skupieniem, bo melodia jest zwodnicza i trzeba pilnie liczyć kroki, żeby wiedzieć, kiedy przejść do kolejnej figury w tańcu. Uśmiech na twarzach pojawiał się gdy nadchodził moment szybkiego wirowania w koło.

Pojedynczy taniec trwa kilka minut, potem jest chwila przerwy i orkiestra zaczyna grać na nowo. Te same kroki, ten sam rytm. Na obrzeżach placu, ale również pomiędzy tańczącymi okręgami – turyści. Niewielu decyduje się na dołączenie do tańczących, bo choć oczywiście nie jest to zabronione, ale jednak osoby mylące krok nie byłyby mile widziane (pewnie wtedy wszystkim innym też pomyliłyby się kroki i całe odliczanie).

Po skończonym tańcu podejmujemy dalszą wędrówkę bez celu. Kolejne dźwięki muzyki prowadzą nas do … opery na wolnym powietrzu. Na tyłach tej samej katedry do melodii operowych z magnetofonu śpiewał pan. Ale jak śpiewał! Usiedliśmy na stopniach przed jakimiś drzwiami i ponad pół godziny słuchaliśmy arii. Tolek też był zafascynowany, więc mogliśmy bez stresu się zrelaksować. Po chwili okazało się, że obok nas na tychże schodach siedzi grupa wiernych fanów śpiewaka i … śpiewa razem z nim. Najczęściej refren, ale byli też śmiałkowie którzy próbowali śpiewać całość. Niesamowicie przyjemne pół godziny!

W ten sposób minął nam pierwszy dzień. Byliśmy  wykończeni – w sumie od 5 nad ranem na nogach, zmiana klimatu i kilka godzin chodzenia po mieście. Tolek tez już zaczynał pokazywać, że ma dość, choć i tak byliśmy pod wrażeniem jego dobrego humoru i wytrzymałości. Hm, pora wracać do domu, ale jak? Mapa, którą dysponowaliśmy nie pokazywała drobnych uliczek, a tych w Barcelonie mnóstwo. Akurat na jednej z nich staliśmy. Klucząc i skręcając doszliśmy do ulicy, która była na mapie. Ok, to już niezły początek. Wyznaczyliśmy kierunek marszu i rozpoczęliśmy powrót.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *