La dulce vida

Śniadanie postanowiliśmy zjeść na mieście. Zamarzyła nam się lokalna knajpka w okolicy, gdzie słuchając (niekoniecznie rozumiejąc) porannych pogawędek miejscowych napełnilibyśmy żołądki czymś pysznym.
Marzenia to jedno, a realia to drugie. Chodzimy, chodzimy i nic. Albo nie umiemy znaleźć knajp ze śniadaniem (wszystkie przez nas dojrzane restauracje i bary były zamknięte), albo są, ale tak ciasno zapełnione, że nawet nie próbujemy z wózkiem dostać się do środka. Po pół godzinie znajdujemy stoliki na wolnym powietrzu. Siadamy. Michał zostaje z Tolkiem, a ja idę do wnętrza, żeby spytać o menu. W międzyczasie do stolika podchodzi kelnerka, która wyjaśnia nam, że o tej porze serwują wyłącznie kawę, drinki i soki. I ciasteczka. A tak w ogóle, to na sam początek z zaaferowaną miną prosi nas, żebyśmy nie kładli na stoliku aparatu fotograficznego.
To niesamowite – Barcelona jest pierwszym europejskim miejscem w którym jesteśmy, gdzie tak notorycznie na każdym kroku ostrzega się nas o kradzieżach. Gdy wyjeżdżaliśmy znajomy w ramach przestrogi opowiedział nam historię, gdy mieszkał w Barcelonie i wybrał się wieczorem na drinka z kolegą. Drink się udał, ale kolega wrócił bez portfela i nawet nie miał pojęcia, kiedy go stracił. Dodajmy, że kolega jest z Warszawy, więc sztuczne tłoki i tym podobne sztuczki nie są mu obce. Potem o nagminnych kradzieżach kieszonkowych opowiedziała nam inna znajoma. Po raz pierwszy więc pojechaliśmy na wycieczkę ze skserowanymi dokumentami. I postanowiliśmy serio podejść do sprawy, gdy taksówkarz wiozący nas z lotniska do wynajętego mieszkania trzy razy ostrzegał nas i prosił o pilnowanie swoich rzeczy. Sprawa poważna, jeśli tak mówią nawet miejscowi… A teraz kelnerka w restauracji na spokojnym placu, w środku dnia, prosi żeby nie kłaść na blacie stołu aparatu foto. Tą drobną dygresją przekazujemy więc wiedzę dalej – w Barcelonie uważajcie.
Wracając do śniadania. Za ciastka i kawę podziękowaliśmy (nie jesteśmy Włochami, których takie śniadanie by w pełni satysfakcjonowało) i poszliśmy szukać dalej.
Ostatecznie trafiliśmy do hali targowej na Placa del Poeta Bosca. Na zewnątrz jest bar ze stolikami, przy których zmieści się wózek Tolka. Zaglądając w talerze tubylcom stwierdziliśmy, że można tu zjeść kanapki. Ok. Siadamy przy wolnym stoliku. Przychodzi kelner i pyta co chcemy. Przynajmniej tak zgadujemy, bo o co innego mógłby się pytać kelner? Problem w tym, że on, całkowicie legalnie i będąc w prawie, pyta nas po hiszpańsku. My jesteśmy dziećmi kultury, czy też edukacji masowej, i jakoś tak całkowicie pewni, że wszyscy na całym świecie mówią po angielsku.
Zgrzyt. Po hiszpańsku oprócz zwrotów grzecznościowych potrafię powiedzieć tylko: „Nie rozumiem”.
I „Nie, nie jestem zainteresowana” oraz „Naprawdę nie obchodzi mnie, jak dobry jesteś w łóżku” (to bardzo potrzebne zwroty w krajach południowych!), ale nie sądzę, żeby to był właściwy czas na ich zastosowanie.
Nie wiem co potrafi po hiszpańsku powiedzieć Michał, ale na pewno nie jest to umiejętność zamawiania śniadania.
Próbujemy międzynarodowego języka migowego oraz tradycyjnego wskazywania na czyjeś talerze. W efekcie kelner odchodzi od stolika, ale wydaje nam się, że złożyliśmy zamówienie. Nie wiemy co prawda na co, ale w aktualnych warunkach nie będziemy wybrzydzać.
Rzeczywiście po jakimś czasie dostajemy herbatę, kawę (nie pytajcie jaka jest różnica w języku migowym na te dwa napoje) i grillowane kanapki. Muy bueno.
Po śniadaniu postanawiamy kupić owoce na hali targowej. Tu na szczęście językowo jest łatwiej, zresztą skoro dogadałam się po grecku na jednym z targów, kupując produkty śniadaniowe dla czterech wybrednych osób (hm, ok, kiełbasa okazała się baaardzo surowa, ale reszta była bez zarzutu. Kiełbasa zresztą też, jak stwierdził bezdomny poczęstowany pies) to już nic nie jest mi straszne.
IMG_9707
IMG_9708
IMG_9709
Zaopatrzeni m.in. w przepyszne truskawki (nie mam pojęcia czemu te hiszpańskie sprowadzane do Polski w lutym smakują tak mizernie w porównaniu do kupowanych tutaj na miejscu) ruszamy na kolejny dzień zwiedzania. Tym razem mamy w planach typowo turystyczną rozrywkę – przejazd autobusem typu hop-on, hop-off. Normalnie nie korzystamy z takiej formy zwiedzania, ale z dzieckiem jest to idealny sposób, żeby w komfortowych warunkach dotrzeć do wybranych atrakcji, jednocześnie oglądając sporą część miasta. Wcześniej po przeprowadzeniu wywiadu internetowego wybraliśmy jedną z firm, i aktualnie zmierzamy po bilety.
IMG_9842
Po drodze na Moll de la Fusta, czyli Drewnianym Nadbrzeżu mijamy dwie charakterystyczne rzeźby. Pierwsza przypomina indiański totem, a faktycznie jest (ma być…) twarzą kobiety. Mrużyliśmy oczy, przekrzywialiśmy głowy i … w dalszym ciągu twierdzimy, że jest to totem indiański.
IMG_9710
Druga jest już bezdyskusyjna – to gigantyczna, uśmiechnięta krewetka.
IMG_9712
Czerwone mostki za to wzbudziły entuzjazm Tolka, bo pod spodem jechało mnóstwo samochodów i motorów. Jakże by inaczej :)
IMG_9716Aleksandra Rasz

W końcu docieramy na plac, gdzie mieści się m.in. kapitanat portu (to ten eklektyczny budynek ze zdjęcia). Rambla de Mar prowadzi nas nad wodą na drugą stronę basenu portowego, a przy okazji trafiamy na moment otworzenia (nie w górę, tylko w bok) ruchomego mostu, który umożliwia wysokim jachtom wpłynięcie do portu. Dochodzimy do przystanku i wsiadamy do naszego autobusu.

IMG_9726IMG_9727IMG_9732Aleksandra RaszIMG_9745

Naszym głównym celem na dziś był Park Güell. Pogoda piękna, ciepło, słonecznie – żal spędzać ten czas gdzieś indziej. Wędrujemy ścieżkami wśród niesamowitej roślinności, błądzimy od jednego grającego artysty do drugiego, wszędzie zatrzymując się na kilka chwil koncertu na wolnym powietrzu, wąchamy kwiaty, gubimy się w kamiennych labiryntach, podziwiamy widok na Barcelonę, uśmiechamy się na widok kolejnych kolorowych rzeźb i ozdób Gaudiego, jednym słowem – spędzamy przemiły, nieśpieszny dzień w parku. Polecamy.

IMG_9747IMG_9752IMG_9750IMG_9751IMG_9749IMG_9753IMG_9757IMG_9754IMG_9758IMG_9762IMG_9759IMG_9765IMG_9767

Już widać po bluzeczce, kto jest głównym amatorem truskawek...

Już widać po bluzeczce, kto jest głównym amatorem truskawek…

IMG_9780IMG_9786IMG_9787IMG_9789IMG_9795IMG_9793IMG_9796IMG_9815IMG_9811IMG_9818IMG_9823IMG_9825IMG_9827IMG_9831IMG_9832IMG_9833

Wracamy autobusem do portu i szukamy miejsca na ostatnią podczas tego pobytu kolację. Wybór pada na restaurację w jednym ze starych magazynów portowych Palau del Mar. Ceny wysokie, ale widok na port jachtowy – bezcenny. Za wszystko inne zapłaciła nasza karta.

IMG_9843IMG_9731

I znów – elegancka restauracja, białe obrusy, świece, przygotowane kieliszki do wina na stołach. I zero problemu, żeby wpuścić nas tam z dzieckiem, ba, żeby trochę poprzestawiać stoliki robiąc miejsce dla wózka. Tolek znów rozkochuje w sobie kelnerki i już nie protestuje przeciwko całusom. Na wstęp zamawiamy po porcji małż w sosie pomidorowym. Po chwili, dzięki pasji Tolka do próbowania nowych smaków, kilka z nich ląduje na podłodze i jest zręcznie, bez mrugnięcia okiem zbierana przez przechodzących kelnerów. Śnieżnobiały obrus przestaje być i śnieżny i biały.
Kelnerka zbierająca naczynia mówi, że za chwilę go wymieni. Tłumaczę, że nie ma sensu, bo paella zamówiona na drugie danie też będzie na obrusie. W zamian słyszę: To nic nie szkodzi, wtedy zmienimy jeszcze raz.

IMG_9846
I to się właśnie Panie i Panowie nazywa polityką prorodzinną – umożliwienie rodzicom wychodzenia z dziećmi z domów, spędzania razem czasu, bywania w różnych miejscach, bez poczucia winy, że ich dzieci nie zachowują się jak manekiny. Bez wyrzutów sumienia, że zajmują więcej miejsca, że potrzebują większego stolika, że poplamią lub coś przewrócą. Tego mi naprawdę brakuje u nas.
Pękamy z przejedzenia, więc rezygnujemy z deseru. Ruszamy powoli wzdłuż plaży w stronę naszego mieszkania. Jest dwudziesta trzecia, Tolek w końcu zasypia w wózku. Tuż przed końcem spaceru postanawiamy jeszcze zajrzeć do restauracji, od której zaczęliśmy swoją przygodę w Barcelonie. Tym bardziej, że jej druga część to stoliki wystawione na ulicę od strony morza. Pierwszy kelner na informację, że chcemy tylko kawę i deser, kręci głową że to jest restauracja, a nie kawiarnia. Ale drugi jest bardziej otwarty – zaraz zamykają, więc kiepskie są szanse na „pełnoobiadowych” klientów, a jest parę stolików wolnych. Ten kelner zwycięża i otrzymuje porządny napiwek za proaktywność.
A my… My po kawie i pysznym ciastku cytrynowym idziemy na plażę. I późną nocą siedzimy na piasku tuż przy rytmicznie pluskających falach, nasze dziecko śpi obok w wózku, a morze romantycznie szumi : )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *