Katedra pełna pni, pijane drzewa, oporny miś i absolutne niebo w ustach

Niedzielne plany zakładają ambitny początek i relaksujące drugie pół dnia.

Rano, po pozdrowieniu z balkonu pani w czerwonym swetrze, ruszamy na pierwsze spotkanie z geniuszem. Po drodze mijamy zupełnie niepasujący do dzielnicy starych kamienic budynek będący siedzibą koncernu Gas Natural. Nie da się jednak ukryć, że jego bryła jest fascynująca

.

Metrem, w którym zwyczajowo już Tolek jest głaskany i zagadywany, dojeżdżamy do Sagrada Familia. Widzimy ogromną, zaskakującą budowlę, która jednocześnie  jest ogromnym placem budowy.

O samej katedrze można w internecie i przewodnikach dowiedzieć się mnóstwa szczegółów, dlatego nie będę ich tutaj przepisywać. Na pewno zwiedzajcie ją z dobrym opisem szczegółów, gdyż każda strona budowli, każdy korytarz, rzeźba, witraż, drzwi, balkon mają swój sens i symbolikę, której nie sposób odkryć ot tak – chodząc i patrząc. Chociaż samo to też dostarcza niesamowitych wrażeń. Dla mnie pobyt we wnętrzu był czystą radością patrzenia – złamane zasady architektury i konstrukcji, niespodzianki malowane światłem na każdym kroku, zaskakujące elementy zupełnie nie pasujące do wyobrażenia kościoła .

Na początek zwiedzania katedry trzeba jednak odkryć gdzie jest początek kolejki do wejścia, co nie jest proste. Sama jej długość może zniechęcić, ale nie należy rezygnować – wszystko idzie naprawdę sprawnie i szybko (w tym czasie można przeczytać notkę biograficzną o Gaudim z przewodnika). Jedyny minus (przynajmniej, gdy tam byliśmy) to brak możliwości płacenia kartą za wstęp (wytłumaczenie, zupełnie dla mnie mętne, jest takie, że dochód z biletów wstępu bezpośrednio jest przekazywany na budowę świątyni. Czyli co – firmy budowlane nie akceptują rozliczeń bezgotówkowych?). Tuż przed dojściem do kas policja sprawdza wykrywaczami metalu czy w plecakach nie wnosi się urządzenia wybuchowego : ) Jako osoba zajmująca się m.in. pracą screenerów w portach lotniczych pozostawię bez komentarza skuteczność takiej kontroli.

W kasie dowiadujemy się, że z Tolkiem nie możemy wejść na wieżę kościoła, ale nie narzekam – to dla mnie świetna wymówka, żeby w ponad 30 stopniowym upale zrezygnować z wspinania się po schodach, bez przyznawania się do mizernej kondycji.

Na początek siadamy przed wejściem – Fasadą Męki Pańskiej, które docelowo jest wyjściem (wg zamysłu architekta), i po kolei odnajdujemy na fasadzie szczegóły opowieści biblijnej, po której prowadzi nas przewodnik.

My zgłębiamy wizję Gaudiego, a Tolek powoli się rozkręca i karmi gołębie swoimi chrupkami. Nikomu to nie przeszkadza, więc też nabieramy południowego stosunku do dzieci i nie ingerujemy (zadziwiające jak szybko hiszpańskie słońce i podejście południowców do natury dzieci roztopiły nasz polski gorset przekonań, że zachowanie naszego dziecka świadczy o naszych nie-  kompetencjach rodzicielskich).

Następnie robiącymi wrażenie drzwiami, na których umieszczono słowa Ewangelii mówiące o wydarzeniach Wielkiego Tygodnia wchodzimy do środka. Oczywiście na drzwiach, jak i na fragmentach z brązu obok umieszczono mnóstwo symboli i elementów mających mniej lub bardziej ukryte znaczenie (jak np. „magiczny” kwadrat, którego suma cyfr wszystkich boków i przekątnych wynosi 33 – liczbę lat Jezusa w chwili jego śmierci). Na marginesie – aż się zastanawiam, czemu żadna powieść Dana Browna nie dzieje się na tle budynków zaprojektowanych przez Gaudiego.

W środku nawet półtoraroczny Tolek jest pod wrażeniem. Las białych pni – kolumn, ogromna jasna przestrzeń na tle której umiejętnie i z zamysłem umieszczono kolorowe  akcenty, falujące linie balkonów, gra światła na złoconych mozaikach zależna od chmur na zewnątrz zakrywających i odkrywających słońce. Niesamowity widok.

Wychodzimy drugą stroną i znów zaczynamy wędrówkę po kolejnej historii opowiedzianej  tym razem na Fasadzie Bożego Narodzenia. Tym razem pomaga nam lornetka teatralna, którą za czyjąś radą spakowaliśmy wcześniej do plecaka. Tolek z braku chrupek zaczyna już się lekko niecierpliwić (upał robi swoje), ale na szczęście fasada jest interesująca nawet dla niego. Znajdujemy na niej ptaszki, malutkie dzidzie (pominęłam rzeźby mówiące o rzezi niewiniątek…), krówki, a nawet Tolkowego ulubieńca – żółwia. Żółw był na odpowiedniej wysokości, więc nasz syn poszedł sobie z nim pogadać.  My w tym czasie dokończyliśmy oglądanie, ostatni rzut oka na całość, próba zrobienia zdjęcia pod światło i powrót przez katedrę do wyjścia, które jest tuż obok wejścia.

Tu małe wyjaśnienie – zdjęć katedry, jak zresztą widać, nie mamy dużo i nie są jakieś oryginalne. Po pierwsze dlatego, że byliśmy tam przed południem i o tej porze słońce stoi dokładnie nad katedrą tak, że zdjęcie najsłynniejszej strony, czyli właśnie Fasady Bożego Narodzenia, byłoby robione pod słońce. Po drugie upał był taki, że za nic w świecie nie chciało nam się z małym dzieckiem biegać w odpowiednim oddaleniu od katedry po zatłoczonych i rozgrzanych ulicach, żeby znaleźć dobre miejsce na zmieszczenie budynku w kadrze. Po trzecie, w przypadku zwiedzania miejsc wybitnie turystycznych, którym setki profesjonalnych fotografów zrobiło super profesjonalne zdjęcia w o wiele lepszych warunkach, najczęściej rezygnujemy z nieudolnej próby ich pobicia. Po prostu chłoniemy miejsce, zatrzymujemy jego atmosferę i obraz w zakamarkach pamięci, a jeśli czujemy taką potrzebę – kupujemy profesjonalny album ze zdjęciami. Nie mamy ambicji zrobienia zdjęć każdemu fragmentowi rzeczywistości, której doświadczamy.

A Sagrada Familia jest naprawdę fascynującym budynkiem, z niezwykłymi i niespotykanymi pomysłami architektonicznymi, i gorąco polecamy obejrzenie jej zdjęć w sieci. No i oczywiście w  przypadku pobytu w Barcelonie – wizytę na miejscu. Bez względu na to, czy styl się podoba czy nie (my np. nie byliśmy pod wrażeniem obu fasad uznając je za przeładowane, wydumane i jednocześnie zbyt łopatologiczne, ale samo wnętrze ujęło nas swoją prostotą i innością) naprawdę warto tu zajrzeć.

Ok, część poważna dzisiejszego dnia zaliczona. Na popołudnie, zgodnie z zasadą, że każdy w tej rodzinie ma coś do powiedzenia (nawet jak jeszcze nie umie mówić w zdefiniowanym języku), zaplanowaliśmy atrakcję dla Tolka – barcelońskie zoo.

Generalnie nie jestem zwolenniczką zoo. Ok, rozumiem argumenty mówiące o możliwościach ratowania zagrożonych gatunków, przemawia do mnie funkcja edukacyjna (bo jak nie w zoo, to gdzie większość z nas ma zobaczyć słonia, lwa czy aligatora?), ale jednak… podczas oglądania zwierząt, a w szczególności małp człekokształtnych, mam jakiś niesmak i wrażenie, że przykładam rękę do pozbawiania wolności innych istot. Dlatego na pewno szerokim łukiem omijam wszelkie zoo w starym stylu – małe, ciasne klatki z grubymi prętami, betonowe wybiegi, ptaszarnie, w których nawet wróbel nie ma jak rozprostować skrzydeł, nie mówiąc już o trzymanych tam orłach.

Na szczęście jest już mnóstwo miejsc, gdzie sytuacja jest o wiele lepsza. Pozytywne wrażenie zrobiło na nas zoo praskie lub budapesztańskie,  podoba nam się wybieg dla szympansów, goryli i słoni w warszawskim zoo, mamy ochotę wybrać się do zoo w Lipsku. Tak więc krakowskim targiem, ustaliliśmy, że naszego syna do zoo będziemy zabierać, jednakże wybierając te spełniające odpowiednie kryteria. Zoo w Barcelonie nie było najgorsze, Tolek świetnie się bawił znajdując znane z książeczek zwierzęta, my również nie mieliśmy jakiegoś odczucia, że któremuś z tutejszych mieszkańców wybiegów dzieje się duża krzywda. Więc jeśli macie podobne poglądy do naszych i jesteście w Barcelonie z dzieckiem – zoo polecamy jako pomysł na wycieczkę.

Proszę Państwa, oto Miś

Miś jest bardzo grzeczny dziś

Chętnie Państwu łapę poda

Nie chce podać? Oj, to szkoda!

Chociaż przy klatce z gorylem poczułam znajome zawstydzenie, gdy nawzajem się obserwowaliśmy – jeden ssak w klatce, drugi na zewnątrz. Czy to na pewno  fair?

Nadeszło popołudnie i Tolek w końcu zaczął okazywać objawy zmęczenia. Niemrawo zaryczał do lwa, po czym w końcu zasnął w wózku. Wyszliśmy na drugą stronę ogrodu do parku Ciutadella. Bardzo przyjemne miejsce z ławeczkami, ścieżkami, zaułkami i wielkim stawem, po którym można popływać wynajętą łódką.

Przesiedzieliśmy  tam całą godzinną drzemkę Tolka rozleniwiając się w przyjemnej już temperaturze popołudniowego dnia. Na trawnikach pod drzewami barcelończycy urządzali pikniki. Mniejsze lub większe grupy znajomych, rodzin, przyjaciół łączyło koce i obrusy, grało w gry planszowe, czytało książki, spało, bawiło się z dziećmi. Co bardziej pomysłowi pomiędzy gałęziami rozpinali sznurki do których były poprzyczepiane balony lub kolorowe chorągiewki. Na początku, przy pierwszej takiej grupie myśleliśmy, że ktoś tak urządza jakieś urodziny, ale potem widząc kolejne i kolejne, doszliśmy do wniosku, że to po prostu objaw radości z pięknego dnia spędzonego na wolnym powietrzu wśród lubianych przez siebie ludzi.

Aż szkoda, że u nas jeszcze nie ma takich zwyczajów w parku. Z drugiej strony ciężko mi wyobrazić sobie takie piknikowanie w tych kilku parkach w Warszawie, gdzie na trawnikach albo psie kupy, albo rozbite butelki po nocnej zabawie, albo … tabliczka o zakazie deptania trawy. Jak rozłożyć koc na trawniku nie depcząc trawy? Nie mówię już o tym, że za powieszenie balonów na parkowym drzewie straż miejsca  z radością wlepiłaby jakiś mandat na podstawie przepisów o ochronie przyrody lub zaśmiecaniu lub czymkolwiek innym. O piciu wina do przekąsek, jawnie z kieliszka a nie z papierowej torebki skrywającej butelkę,  już nie wspomnę. Tak, przestrzeń publiczna to coś, czego zdecydowanie u nas brakuje.

Po drzemce Tolka powoli, bez pośpiechu (ach te słońce i długie popołudnia) poszliśmy w stronę naszej dzielnicy szukając czegoś do jedzenia.Po drodze znaleźliśmy śmieszne drzewa – palo borracho (pijane drzewo). Mają pnie w kształcie butelek (stąd nazwa), korę pokrytą masywnymi kolcami, a ich owoce pękają zmieniając się w kłębuszki waty. Drzew szukajcie na skwerze przy ulicy carrer del Doctor Aiguader.

Na koniec trafiliśmy do knajpki, której niestety nazwy nie jestem w stanie odtworzyć. Ale na pewno, gdy jeszcze raz przylecimy w te strony,  zajrzymy do niej. Ogólna wskazówka dla chętnych – z Placa del Poeta Bosca należy kierować się ulicą carrer de l’Almirall Churruca w stronę morza. Po 150 metrach po lewej stronie jest bar – o ile sobie przypominam z jakimś tekturowym Frankensteinem czy innym potworem w drzwiach.

Zamówiliśmy w nim tapas, czyli kilka rodzajów przekąsek, które spokojnie starczają na obfitą kolację, cytrynową sangrię (to dopiero było wyzwanie, żeby Tolkowi wytłumaczyć, że mimo pływających w środku owoców to jednak NIE JEST soczek) i obłędne, najpyszniejsze creme catalana jakie jadłam. Zwyczajowo jest ono podawane w formie budyniowej. Tutaj dostałam zmrożony mus, coś na kształt bardzo kremowych i aksamitnych lodów, z obowiązkowym zapieczonym gorącym karmelem na wierzchu.  Stan upojenia, w jaki ten deser mnie wprowadził spowodował właśnie kompletne oderwanie od rzeczywistości, i dlatego nie byłam w stanie nawet pomyśleć o zapisaniu czy sfotografowaniu nazwy lokalu. Z drugiej strony – jaką radością będzie odnaleźć go znowu!

Tolkowi tapas nie przypadło do gustu (a przynajmniej nie wszystkie serwowane w jego ramach przekąski), ale my mogliśmy spokojnie delektować się morskimi stworzeniami na talerzu, bo nasz syn w Barcelonie stał się żarliwym i totalnym wyznawcą motorów. Było ich tu zatrzęsienie, a on wyławiał każdy z nich, zaparkowany i przejeżdżający, i za każdym razem z zachwytem krzyczał: Brum, brum. Ulica obserwowana z restauracyjnego krzesła wystawionego na chodnik zapewniła mu rozrywkę na godzinę, a nam dała szansę na chwilowe zwolnienie  się z roli rodziciela kaowca. W tym jednym momencie też byłam fanką motorów ; )

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *