Słoneczne sny architekta i przepis na kieszonkowca

Rano Michał pojechał na Placa de Catalunya, żeby w przechowalni zostawić nasze bagaże. Lot mieliśmy dopiero wieczorem, więc teoretycznie przed nami cały dzień zwiedzania. Teoretycznie, bo pan do którego zadzwoniłam żeby przyjechał odebrać mieszkanie wykazał się typowym dla Hiszpanów pośpiechem :) Zjawił się w mieszkaniu po półtorej godzinie (zapewniając na początku naszego pobytu, że dotarcie do mieszkania zajmie mu góra 5 minut), potem jeszcze ucięliśmy sobie uprzejmą pogawędkę, której nie chciałam przerywać, żeby nie było, że przybysze z Północy to jacyś Dzicy (jak w „Grze o tron”), którzy nie umieją towarzysko się zachować, potem Tolek nie chciał opuścić balkonu, z którego wypatrywał motocykli, potem zgodził się poddać balkon, ale w zamian zatrzymał pilota od telewizora, potem utknęłam z Tolkiem, torbą i wózkiem na niebotycznie wąskich schodach klatki, potem długo żegnał się „papatkami” z panią w czerwonym swetrze, która zajmowała swoje tradycyjne miejsce, aż w końcu … dojechał do nas metrem Michał, który początkowo miał czekać na nas na placu.

Ok, mleko się rozlało, pół dnia straciliśmy na logistykę bagażowo – wymeldunkową.  Szybki przegląd przewodnika i decyzja: zwiedzamy Casa Batillo. Budynek z balkonami w kształcie czaszki lub maski (jak kto woli), z falującymi kominami, z okrągłymi oknami, z mnóstwem detali mających symboliczne, choć nie zawsze do końca rozszyfrowane, przesłanie. Tak, w ten sposób zakończymy swój pobyt w Barcelonie.

IMG_9901

IMG_9847

Powiem tak: chylę czoła, jak wielu innych, przed fantazją Gaudiego. Jego wizja, zastosowanie zaokrąglonych, lejących się form i kształtów, nietypowych materiałów i kolorów, zaskakujących, a przy tym niesamowicie praktycznych rozwiązań architektonicznych we wszystkim co projektował, wywołuje uśmiech i często prowadzi do otworzenia ust ze zdziwienia i podziwu. Można oczywiście uznać, że jego styl jest krzykliwy albo udziwniony. Ale na litość – facet tworzył w niesamowicie pięknym i słonecznym kraju. I takie są jego dzieła –  przesiąknięte energią słoneczną, radością, światłem, kolorem, wibrują śmiechem i radością. Nie miałby szans stworzyć czegoś takiego u nas, w zimnej północnej Polsce. Niestety : ( Próba przeniesienia stylu i wybudowania czegoś takiego tutaj zawsze skończyłaby się porażką. Powstałoby coś karykaturalnego, zupełnie nieprzystającego do klimatu i otoczenia. Ot, taki architektoniczny koszmarek. Choć, jak ostatnio oglądałam jeden z hoteli koło Olsztyna, niektórym to nie przeszkadza…

Wracając do Casa Batillo. Zwiedziliśmy, prawie cały czas uśmiech gościł na naszych twarzach, a na pamiątkę kupiliśmy album ze zdjęciami  budowli zaprojektowanych przez Gaudiego. Tak do ocieplenia sobie życia i wstrzyknięcia słońca, gdy w zimę będziemy przed kominkiem pić gorącą herbatę.

IMG_9850

IMG_9852

Kominek :)

Kominek :)

Tolek został fanem audioprzewodników.

IMG_9858IMG_9867IMG_9868IMG_9871IMG_9872IMG_9878

IMG_9881

Przerwa na małe co-nie-co

Przerwa na małe co-nie-co

IMG_9883IMG_9888IMG_9892IMG_9893IMG_9897

Po wycieczce zjedliśmy lunch w pobliskiej naleśnikarni. Może i na upartego, rezygnując z jedzenia, zdążylibyśmy zwiedzić coś jeszcze przed powrotem na lotnisko, ale … przecież jesteśmy w Hiszpanii. Po co się śpieszyć? Nie lepiej posiedzieć przy kawie i poobserwować? J Południowe rozleniwienie już powoli zaczęło nam dyktować tempo i nie ukrywam, że za bardzo nie protestowaliśmy.

Ponieważ Tolek przespał naleśniki, poszliśmy na Ramblę poszukać jakiś delikatesów, co by potomkowi kupić bułkę, serek czy coś w tym stylu. O tej handlowej ulicy mówi się, że jest obowiązkowa do zobaczenia w Barcelonie. Osobiście mogę z marszu wymienić dziesięć innych pozycji bardziej zasługujących na podziwianie. Ramblę, jako miejsce głośne,  tłoczne, drogie, krzykliwe i paskudne, skreśliliśmy z planu zwiedzania, ale teraz nieplanowo trafiliśmy na sam jej początek. I dopiero tutaj mieliśmy (nie)przyjemność zapoznać słynnych barcelońskich kieszonkowców…

Gdy ja próbowałam zrobić zakupy w markecie, Michał został z Tolkiem w wózku przed sklepem. Po chwili przed Tolkiem klęknął jakiś facet i zaczyna do niego coś gadać i niby zabawiać go telefonem komórkowym. Południowe uwielbienie dla dzieci to jedno, ale tutaj już była przesada. Michał instynktownie podszedł do przodu wózka, żeby zainterweniować i ochronić Tolka. Kątem oka zauważył, że w tej samej chwili do tyłu wózka podchodzi kolejny facet, który … najwyraźniej zapałał miłością do przewieszonego przez rączkę wózka aparatu fotograficznego. Lub plecaka – nie zdołaliśmy tego ustalić.

Michał kopnął telefon pierwszego gościa na drugą stronę ulicy pozbywając się w ten sposób faceta „od Tolka” i chwycił rączki wózka chroniąc nasz dobytek.  Udało się, panowie się zmyli. Co prawda na odchodnym coś krzyknęli do Michała odnośnie brutalnego potraktowania telefonu, ale w zamian usłyszeli po polsku… hm… że mają szybko, bardzo szybko odejść. Posłuchali.

Jestem dumna z mojego na co dzień bardzo opanowanego i kulturalnego męża J

To tyle jeśli chodzi o uroki Rambli.

Tolek się obudził, biegając wokół fontanny zjadł co miał zjeść i wsiedliśmy do autokaru wiozącego nas na lotnisko.

To był niesamowity city-break. Choć oczywiście szkoda, że tak krótki. Zostało jeszcze do przejścia tyle uliczek, placów i zagubionych podwórek, parków i zaułków. Nie widzieliśmy wartego całego dnia zwiedzania cmentarza, ledwo poznaliśmy Gaudiego, nie odwiedziliśmy żadnego z mnóstwa muzeów, nie wysłuchaliśmy wieczorem koncertu gitary hiszpańskiej. A to co widzieliśmy, widzieliśmy raz, a to zdecydowanie za mało. Tu trzeba być, zatrzymać się, poczuć, zanurzyć. Może kiedyś będzie nam dane trochę więcej czasu na zwyczajne, nieśpieszne „pobycie”.

Zachłysnęliśmy się Barceloną, jej rytmem i atmosferą, i wpisaliśmy na listę miast, do których będziemy wracać.

Bo Barcelona nas uwiodła.

***

Na lotnisku przy odprawie pani wychodzi zza kontuaru, żeby na Tolkowym wózku przymocować „deliverkę”. Kucając uśmiecha się do  niego. Tolek już obyty w świecie w pełni zaakceptował zasady rządzące w Hiszpanii i z lekkim półuśmiechem oraz taką jakby nonszalancją wyciąga do niej rączkę gestem mówiącym: wiem, wiem, jestem słodki. Możesz mnie w łapkę pocałować.

Pani Tolka w łapkę pocałowała, poczochrała po głowie i życzyła miłej podróży.

***

Z powodu opóźnień samolotów w Niemczech (??? – niewiarygodne) do domu dotarliśmy po 2 w nocy. Padnięty Tolek spał do południa dnia następnego :)Skorzystałam z tego błogosławieństwa i w końcu, na własnym tarasie, przeczytałam zaległe Wysokie Obcasy.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *