Uśmiech, który nie zawsze oznacza szczęście i łzy, które nie zawsze są smutkiem

Uczciwe ostrzeżenie: post zawiera treści kontrowersyjne z punktu widzenia ewolucji biblijnej oraz słowa na es (seks), pe w dwojakiej odsłonie (penis i penetracja) oraz wu (wagina). Plus jest wyjątkowo, nawet jak na mnie, długi. Ale na szczęście nie nudny, bo … zawiera słowa na es, pe x 2 i wu.

1. Baśń o łamaniu reguł

Dawno, dawno temu (wg badaczy jakieś 35 milionów lat temu) żyli sobie Ona i On. Ich przodkowie jeszcze dawniej temu (wg badaczy…, eee nieważne) wyszli z wody na ląd, porzucili ogony i płetwy i próbowali być szczęśliwi. Ona i On mieszkali na plaży, u brzegu ciepłych wód oceanu. Codziennie zasypiali kołysani szumem fal, a za dnia większość czasu spędzali w wodzie. Niby mogli wędrować po pobliskim lesie, przedzierać się przez nieprzebytą gęstwinę krzewów, lian, mchów i paproci ryzykując podrapania, kolce w stopach, ukąszenia tysiąca krwiopijnych pasożytów. Mogli, ale całymi sobą czuli, że woda jest im przyjaźniejsza. Serca i dusze tych Dwojga nie pojmowały czemu ich gatunek porzucił tak idealne środowisko i uparł się mieszkać na twardym i niebezpiecznym lądzie. Serca i dusze tęskniły, a każda komórka ich ciała pamiętała pierwotną radość z życia w wodzie. Idąc za głosem z całych siebie, Ona i On z dnia na dzień coraz więcej czasu spędzali w wodzie. Tam znajdowali pokarm dla ciała i ukojenie dla zmysłów, tam wspólna zabawa była zawsze radosna i bezpieczna, tam czuli się wolni. Pływając byli równi ptakom szybującym w przestworzach. Pewnego dnia tak długo przebywali w oceanie, że nadeszła noc. Nie mieli siły wychodzić na ląd do swojego legowiska, więc zapadli w półsen, śniąc i jednocześnie kontrolując unoszenie się wśród fal. A nad ranem, gdy odkryli, że właściwie najtrudniejsza rzecz, która do tej pory wiązała ich z ziemią, okazała się być wykonalna z wodzie, byli najszczęśliwszymi istotami we wszechświecie. Zaczęli się kochać (zapomniałam uprzedzić o słowie na ka) i wtedy doświadczyli ostatniego, najpiękniejszego doświadczenia związanego z wodą. Miłość przestała się sprowadzać do szybkiej i monotonnej pentracji wymuszonej grawitacją i ciężarem ciał. W wodzie kochanie się zmieniło się w taniec pełen dotyku, głaskania, figli, zaczepek, uników i przytuleń. Zatracając się w długich pieszczotach, nie zauważyli, jak niepostrzeżenie ich ciała zmieniły się. Przednie kończyny przekształciły się w płetwy, tylnie w ogon, całe ciało wydłużyło się i stało perfekcyjnie opływowe, nos  przesunął się na czupek głowy i przybrał postać otworu, znikły wystające uszy i niepotrzebne owłosienie. Ona i On stali się Delfinami.

2. Pokusa dotyku mokrego torsu hinduskiego boga

Do Monkey Mia co roku przybywa ponad 100 tysięcy turystów. W porównaniu z Nowym Jorkiem pewnie nie jest to imponujący wynik, ale proponuję sprawdzić gdzie leżą obie te miejscowości i jakie są możliwości dotarcia do nich. W Monkey Mia jest beznadziejny kemping, niesamowity park narodowy, w którym próbuje się przywrócić stan natury z 1616 roku (czyli sprzed dotarcia białego człowieka i jego obcych tutejszej faunie zwierząt) oraz szalony i szalenie sympatyczny zaklinacz wielbłądów. Ale to nie są powody wędrówki ludów w ten rejon. My też trafiliśmy tu dla kogoś innego.  Dla Nicky, Puck, Suprise, Piccolo i Shock – pięciu dorosłych delfinic (samic delfina. Pozwoliłam sobie na swobodne słowotwórstwo bo to oburzające, żeby delfin występował bez podziału na płeć jak to jest choćby w przypadku koni, psów, kur, świń czy ludzi).

Wstaliśmy wyjątkowo wcześnie i szybko. Sprawnie nakarmiliśmy dzieci, ubraliśmy siebie i je, zabraliśmy aparat i bez żadnych nieprzewidzianych przeszkód ruszyliśmy kempingowymi ścieżkami wprost na plażę. Poniekąd wyglądało to trochę jak przybycie na wiec, bo z całego obozu schodzili się prawie wszyscy, którzy tu się zatrzymali. A z parkingu docierały kolejne osoby nocujące w Denham. W końcu na nadbrzeżu zebrało się prawie 150 osób.  Znaki na piasku zakazywały podchodzenia do brzegu wody dopóki nie pojawią się strażnicy parku, więc stojąc na chodniku wpatrywaliśmy się w szare wody zatoki zlewające się z błękitnoszarym niebem. Żadnych fal, cisza i spokój. I nagle, nie przerywając ciszy, z wody zaczęły co chwila pojawiać się szare trójkąty. Tu, tu, tam, trochę bardziej w prawo, trochę w lewo. Szepty w tłumie, strzelanie migawek (lub mp3 wgranych do cyfrówek bez migawek), wyciągnięte ręce wskazujące na wodę. A ja na policzkach poczułam łzy. Zaskoczyły mnie, bo zupełnie nie przypuszczałam, że tak zareaguję gdy w końcu zobaczę prawdziwego dzikiego delfina pluskającego się kilka metrów ode mnie.

IMG_5241

W końcu przyszli strażnicy parku z wiaderkami. Weszli do wody i pozwolili nam zrobić to samo. Staliśmy wzdłuż brzegu próbując zorientować się, które miejsce będzie najlepsze, skąd najwyraźniej zobaczymy delfiny. Jednocześnie oczywiście nikt się nie przepychał, tylko jakoś tak mimochodem minimalnymi ruchami ponad sto osób wierciło się próbując jednocześnie stanąć dokładnie naprzeciw trójki strażników.

IMG_5167

Nagle miejsce przestało być ważne, bo delfiny przypłynęły.  Pływały wzdłuż nas często w odległości mniejszej niż metr. Podpływały przypatrując się nam (lub naszym nogom), klinięciami wymieniając między sobą uwagi (pewnie dotyczące czyichś butów), i kusząc, tak bardzo kusząc, żeby zostać pogłaskanymi. Przecież wystarczyło tylko się pochylić i włożyć rękę do wody…

IMG_5221

IMG_5224

Dla ludzi dotyk jest niezwykle ważny. Jest to jeden z naszych zmysłów, opisuje nam  świat i często przekazuje informacje dodatkowe, takie jak uczucia osoby, która nas dotyka lub którą dotykamy. Dotyk matki, ukochanej osoby, dziecka, czochranie psa lub głaskanie kota – dotykając w ten sposób przekazujemy swoją miłość, przyjaźń, zachwyt. Prawdopodobnie dlatego w tak wielu ludziach drzemie marzenie o dotknięciu dzikich, podziwianych zwierząt  – słonia, lwa, szympansa, niedźwiedzia (nie mówcie, że nigdy, przenigdy nie mieliście ochoty poczochrać grizzli za uchem). Lecz o ile nikt o zdrowych zmysłach jednak nie wyciąga instynktownie dłoni w stronę nieuśpionego (lub otumanionego) tygrysa, to zupełnie inaczej dzieje się w przypadku delfinów. Przecież wyglądają tak niewinnie, płynąc tuż obok wręcz zachęcają nas do interakcji, mądrze i spokojnie na nas patrzą (nie to co rekin, któremu z oczu jednak źle patrzy) jakby sięgały do dna naszej duszy, no i najważniejszy argument – uśmiechają się do nas. Otóż, i to kolejna mądra rzecz jaką napiszę na tym blogu – nie, delfiny się nie uśmiechają. Po prostu tak mają ukształtowany swój dziób, a coś co my interpretujemy jako uśmiech jest chyba największy oszustwem natury.  To tylko dziób, ale kryjący w sobie bardzo ostre zęby. Delfiny są (przepraszam, jeśli zranię tym zdaniem fanów “Flippera”) drapieżcami. Takimi samymi jak lew, tygrys, hiena, wilk czy nasz domowy kotek. Problem w tym, że nie wyglądają groźnie, a przynajmniej wystarczająco groźnie. A gdy dodać do tego informacje o ich niespotykanej inteligencji, to mamy gotowy przepis na katastrofę. Czy ktoś (wyłączając z badania rodzica w momencie totalnej wściekłości) wsadziłby swoje dziecko do basenu z rekinami? Nie. A do basenu z delfinami? A czemu by nie?

A delfiny… cóż, może niekoniecznie człowieka zjedzą (ostatecznie jednak nie są rekinem), ale pogryźć już mogą, i to boleśnie. Tak, delfiny potrafią  agresywne w stosunku do ludzi.

Dlatego w Monkey Mia kategorycznie nie wolno delfinów dotykać. Jest to zresztą zabronione prawem, a nie tylko “widzimisiem”  strażników parkowych.

Odkąd wprowadzono takie ograniczenie znacząco zmalała liczba pogryzień ludzi przez delfiny. Delfiny, tak jak i my, doceniają wagę dotyku. Same uwielbiają się o siebie ocierać, badać dziobem czy płetwami, miziać, gilgotać, przytulać. Lecz nie znamy ich kodu dotykowego, nie rozumiemy mowy ciała i coś co dla nas jest pogłaskaniem, dla nich może okazać się drażnieniem lub zaatakowaniem. I wtedy odpowiadają atakiem.

Ok, nie powiem, że było łatwo. Naprawdę, pohamowanie się przed choćby muśnięciem delfina przepływającego przede mną pół metra, było niezłym wyzwaniem. Na szczęście (może po przygodzie z krokodylem w Darwin?) mój rozum zwyciężył z sercem.

Staliśmy więc w płytkiej wodzie, delfiny pływały to w jedną to w drugą, a strażnicy opowiadali nam o nich różne ciekawostki i fakty. A jest tego sporo. I o ile fajnie jest się dowiedzieć od kompetentnych osób nowych rzeczy, to przyznaję, że nie do końca tym razem słuchałam.

IMG_5297

Wszystkie moje zmysły (a więc i słuch) skoncentrowały się na delfinach. I nawet najprzystojniejszy, opalony i inteligentny gość w szortach nie był w stanie uzyskać na tyle mojej uwagi, żebym skupiła się na tłumaczeniu z angielskiego na swój. W przedbiegach przegrywał z kliknięciami, które czasem było słychać spod wody. Uczciwie mówiąc – pewnie nawet bym wtedy nie zauważyła, gdyby z wody wynurzył się sam Shah Rukh Khan w tej seksownej koszuli z teledysku do “Kabhi Khushi Kabhi Gham (https://www.youtube.com/watch?v=TDmLSuXt-ZE&spfreload=10 – dla niecierpliwych i niewiernych – 5:07 sek teledysku)”. Dlatego pisząc ten post musiałam przekopać się przez kilka prac badawczo – naukowych, parę książek przywiezionych z wyprawy i kilka filmów. Oto efekt.

3. Poręczny penis ułatwiający życie, cztery sposoby na obiad (lecz żaden nie zakłada użycia penisa) i bulwersujące założenie, że wszyscy jesteśmy zwierzętami.

Delfiny są ssakami, które ewoluowały na opak. Nie wiemy dlaczego tak się stało, hipotezy są dwie, a przynajmniej ja na dwie trafiłam. Po pierwsze mogły być ssakami lądowymi, które w wodzie znajdywały więcej jedzenia łatwiejszego do złapania i stopniowo przechodziły zmiany dostosowujące je do życia w wodzie. Druga sugeruje, iż na lądzie ssaki te spotykały się z jakimś zagrożeniem ze strony innych istot, i uciekając przed nim chroniły się w wodzie.

Niezależnie od przyczyny, efekt końcowy jest zdumiewający.  Idealnie opływowe ciało, bez żadnych zbędnych wystających części (penis, ale również sutki samic są schowane w ciele i wysuwane w ramach potrzeby. I tu ciekawostka numer jeden – delfiny potrafią mieć erekcję na życzenie i takim penisem podnoszą sobie różne rzeczy. Przynajmniej tak twierdzi Alan Rauch), z całym szeregiem udogodnień (system grzewczy, układ oddechowy dostosowany do nurkowania) i rozwiązań pozwalających im żyć w wodzie, a jednocześnie pozostać ssakiem oddychającym powietrzem.

Pierwsze co mnie zadziwiło (i nie była to erekcja na życzenie) to sposób w jaki delfiny śpią. Ponieważ delfiny oddychają świadomie, kontrolując tą czynność mózgiem (w przeciwieństwie do nas), nie mogą zasnąć, bo wtedy przestałyby oddychać. Odkryto to podczas badań, gdy Marynarka Wojenna USA uśpiła delfina przed operacją, a ten po prostu się udusił. Kolejny również. Nie wiem po ilu nieudanych operacjach (i zmianach anestezjologa) odkryli w czym rzecz, ale historia dość ponura… Delfiny śpią połową mózgu, drugą połową kontrolując niezbędne procesy, a po jakimś czasie połówki się zamieniają. Swoją drogą ja tak śpię od ponad czterech lat i myślę, że każda mama wie o czym mówię. Da się.

Dodam jeszcze, że delfiny oddychają otworem zlokalizowanym na czubku głowy, który się zamyka podczas nurkowania. Ich dziób (czyli tak jakby usta) nie jest połączony z płucami i nie bierze udziału w nabieraniu powietrza. Dlatego często płynąc jachtem można zobaczyć same czubki głów delfinów pojawiające się co jakiś czas nad wodą, bez wystawiania dzioba.

IMG_5264

Gdy delfiny się obudzą, to robią właściwie to, co i my. Oprócz chodzenia do pracy oczywiście. Zdobywają pożywienie, czyli ryby, krewetki a nawet ktoś gdzieś zanotował pożarcie przez delfiny malutkiego rekina (gdy przeczytałam to zdanie, to zrobiło mi się żal tego rekinka). Zwykle to rekiny są zagrożeniem dla delfinów, chociaż sprawa nie jest taka prosta. Właściwie każdy delfin ma na swoim ciele szereg blizn po zębach rekina. Często są to potworne kawałki wyrwanego mięsa, czasem draśnięcia. jednocześnie ssaki te mają olbrzymią zdolność regeneracji i nawet potężne pogryzienie potrafi dość szybko się u nich zagoić. Spotkania z rekinami skutkują też pogryzieniem płetwy grzbietowej, i dlatego każdy delfin ma ją inną (a naukowcy mogą w ten sposób prowadzić swoje badania rozpoznając osobnika po kształcie wystającej z wody płetwy). Jednakże rzadko zdarza się, żeby rekin zabił dorosłego delfina. Delfiny potrafią się bronić dziobami, są zwinne i szybki, więc często dają radę uciec, no i najważniejsze – często przebywają w grupach, więc w przyjaciołach siła. Kilka delfinów potrafi nieźle dać w kość samotnemu żarłaczowi, a jedną z taktyk jest rozpędzanie się i walenie wroga “z byka”. Ponad 150 kg pędzące z prędkością 40 km/h tryknięcie budzi respekt nawet u rekina tygrysiego.

Przypuszcza się również, że zdumiewająca zdolność delfinów do symultanicznych ruchów (na pokazach to są jednoczesne, idealnie zsynchronizowane skoki dwoch lub więcej sztuk) jako jedno z zadań ma na celu zmylenie atakującego drapieżnika, który skołowany gubi się w kierunku, w którym ma podążyć. Swoją drogą – historie wywolujące wzruszenie o tym jak to grupa delfinów uratowała surfera przed rekinem świadczą najprawdopodobniej o instynkcie grupowym w sytuacji zagrożenia i ich niechęci do rekinów, a nie (co sugerują autorzy artykułów w prasie) o jakiejś szczególnej sympatii delfinów do surferow, czy człowieka jako takiego.

Dlaczego więc rekiny są tak groźne? Ano dlatego, że w większości atakują małe delfinki i najczęściej robią to skutecznie. Matki bronią swoich dzieci jak mogą, ale i tak straty są znaczne. Choć oczywiście są też spotkania, gdy rekin zostaje pokonany, a matka i jej delfiniątko zostają z kolejnymi bliznami.

 

IMG_5254

Ale zanim dojdziemy do tego, jak delfinica zostaje matką (i tam będą te wszystkie pyszne słowa na es, pe i wu), wracam do jedzenia.  Delfiny (mówię o butlonosych delfinach) dziennie potrzebują dość sporo, bo około 15 kg ryb. Ale ponieważ są inteligentne  (o tym za chwilę) to wypracowały szereg strategii pozwalających im na szybkie zrobienie zakupów.  Z najciekawszych mogę powiedzieć o grupowym spędzaniu ławicy ryb w jeden wirująco-kotłujący się olbrzymi balon, i podczas gdy reszta delfinów pilnuje, by ławica się nie rozpierzchła, kolejny delfin, gdy przyjdzie na niego kolej, nurkuje do środka takiego wiru i szybko wrzuca coś na ząb. Skuteczne i banalnie proste.

Na jednym z filmów widziałam też delfiny goniące upatrzoną rybę w taki sposób, że w kluczowym momenie podpływały pod nią i obracały się brzuchem do góry (do powierzchni wody). A potem taką uwięzioną rybę “nabierały” brzuchem wprost do dzioba. Naprawdę warto to zobaczyć, choćby na youtubie. W filmie, który kupiliśmy w Monkey Mia jest też niesamowity fragment pokazujący jak dorosła delfinica łapie rybę, ale nie połyka, tylko powtarza z nią taki manewr kilkakrotnie. A wszystko po to, żeby zademonstrować swojemu pływającemu obok dziecku jak zdobyć obiad. Potem pomaga mu ćwiczyć. No wypisz wymaluj tak samo uczę moje dzieci obsługi widelca.

Ale jest w Shark Bay jeszcze bardziej niesamowita grupa delfinic. Jako jedyne na świecie (a przynajmniej nigdzie indziej nie udało się tego zaobserwować) łapią ryby … surfując. Absolutnie szczęka na ziemi leży po zobaczeniu czegoś takiego, serio. Te samice korzystają z fal, które wpływają na płaski i płytki brzeg, zapędzają tam ryby, a potem dosłownie surfując brzuchem po mokrym piasku bez problemu łapią taką szamoczącą się, wyrzuconą na ląd rybę. Takiej techniki od matek uczą się wyłącznie ich córki i jak na razie nie wiadomo, czemu panowie nie znajdują w tym radości. Jest adrenalina, można się popisać i poszpanować zręcznością, jest prędkość i ryzyko wypadku (utknięcie na piasku), czyli wszystko to co mężczyźni uwielbiają.

I na koniec dochodząc do ostatniego niezwykłego sposobu zdobywania pożywienia trafiamy na mój ulubiony temat, czyli dyskusję nad tym, co odróżnia zwierzęta od ludzi. Prywatnie wyznaję pogląd, że właściwie nic, jesteśmy kolejnym gatunkiem zwierząt, a gdy słyszę argumenty o  naszych możliwościach obserwacji, analizy, nauki, rozwoju i tworzenia to staje mi przed oczami fragment o myszach z jednej  z moich ulubionych książek – Autostopem przez Galaktykę.  Od chwili, gdy go poznałam ilekroć wpadam w ton bezdyskusyjnej argumentacji z przekonaniem, że wszystkie fakty popierają moją wygłaszaną tezę, więc jest ona jedyną słuszną, w głowie dźwięczy mi: pamiętaj o myszach.

Rozumiem więc, że nie wszyscy muszą się zgodzić z moim poglądem i część wciąż wskazuje na kolejne przymioty, które mamy my, a zwierzęta nie mają. I nie chodzi tu o pogadankę, którą zaserwował mi ksiądz na lekcji o posiadaniu (a contrario o nieposiadaniu) duszy, bo o ile mi wiadomo nikt duszy ani ludzkiej ani zwierzęcej na oczy nie widział, więc ciężko o niej dyskutować. Mówię o twardych, niepodważalnych (do czasu), naukowych dowodach. Jednym z nich była teza, iż tylko ludzie potrafią wytwarzać i używać narzędzia. Teza obalona nie tylko przez szympansy, orangutany i goryle, ale też przez zwykłe kruki lub nawet, o zgrozo!, przez ośmiornicę. Również przez delfiny, o czym za chwilę.

Kolejna, bardziej skomplikowana, stanowiła, iż tylko ludzie mają kulturę, zachowania kulturowe. I jak to zwykle bywa w środowisku naukowym innym niż nauki ścisłe, wciąż toczy się dyskusja (lub kłótnia) o to, czym jest kultura. Jednakże mówiąc dość szeroko w każdym z twierdzeń pojawiają się dwa kryteria: zachowanie musi wynikać z nauki poprzez obserwację i interakcje z innymi, a po drugie takie zachowanie musi wyodrębnić grupę osobników uczestniczących w danej kulturze i świadomie się po tym identyfikujących jako społeczność i tych spoza. Przekładając na normalny język – część młodzieży (nie znam się na dzisiejszej młodzieży, więc odwołam się do zamierzchłych czasów i własnych doświadczeń) słucha metalu. Mało, że słucha – ubiera się odpowiednio, chodzi na koncerty, skanduje te same hasła, myśli we właściwy sposób, itp. Kulturowe zachowanie społeczne, nic dodać nic ująć. Ta młodzież potrafi się rozpoznać w tłumie, i częściej razem spędza czas z sobą, bo ma o czym rozmawiać : ) Ale jednocześnie spotyka się z członkami innych kultur w szkole, w okolicy, na ulicy, zajęciach dodatkowych czy boisku. Wchodzi więc w interakcje z innymi osobnikami swojego gatunku, mówiąc oficjalnie. Jak sprawdzić, czy takie zachowanie ma miejsce w świecie zwierząt, skoro zwierzęta nie dadzą nam znać, że uważają się za członków specyficznego “podzbioru”?  W Monkey Mia udało się to zaobserwować. Shark Bay jest miejscem, gdzie  prowadzone są badania nad zachowaniem dzikich delfinów z górką dwadzieścia lat, co pozwoliło na zebranie niezłej ilości danych. I w ten sposób odkryto zadziwiającą rzecz. Otóż są tam delfiny, które wypracowały specyficzny sposób szukania pożywienia wśród ogromnych połaci podwodnych łąk zlokalizowanych w tamtej okolicy. Aby uniknąć zranienia przez ostre kamienie czy szkaradnicę (takie morskie monstrum wyglądające tak jak nazwa wskazuje) dzioba, którym przeszukują gęstwinę traw morskich w poszukiwaniu małż, ślimaków czy ryb, zakładają na dziób gąbkę morską w kształcie koszyka. Tak otulony pysk  mogą w miarę bezpiecznie wszędzie wtykać. Ten sposób polowania oprócz używania narzędzia jest o tyle niezwykły, że nie zakłada grupowej aktywności, co stoi pozornie w sprzeczności z temperamentem delfinów, które lubią mieć towarzystwo. Tak więc te polujące z gąbką na dziobie są grupą delfinów lubiących spędzać część czasu samotnie.  Co więcej  taki sposób zdobywania pożywienia jest bardziej czasochłonny, można więc śmiało powiedzieć, że mamy grupę delfinów pracoholików. I monitorując aktywność społeczną poszczególnych delfinów naukowcy odkryli, iż “gąbkujące” delfiny spędzają potem ze sobą dwa razy więcej czasu niż z innymi “niegąbkującymi” delfinami. Tadam – mamy osobniki nieludzkie świadome inności swojej kultury.

I jeszcze małe uzupełnienie (uprzedzałam, że post jest długi, a i tak hamuję się przed zamieszczeniem wyjaśnienia, dlaczego “gąbkowanie” jest zachowaniem przekazywanym z matki na córki, mimo, że synowie wiedzą o nim, bo ileś czasu na początku też spędzają z matką. Ale wyjaśnienie to zahacza o biologię i strukturę DNA w mitochondriach, więc z ulgą tego artykułu nie tłumaczę). Dlaczego część delfinów wybiera szukanie ryb w wydawałoby się nieefektywny sposób w utrudnionych warunkach. I dlaczego nie używa w tym celu słynnej echolokacji, tylko naraża dziób na zranienie. Na pierwsze pytanie nie ma jeszcze super pewnej odpowiedzi, ale trwają badania nad porównaniem wartości odżywczej diety delfinów “gąbkujących” od “niegąbkujących”, i wychodzi na to, że te “gąbkujące” po prostu znalazły sposób na włączenie do swojej diety składników dotychczas niedostępnych, a występujących w małych, zagrzebanych w piasku i trawie rybach. Tak, to trwająca ewolucja, świadcząca o możliwości zmiany diety na inną, pierwotnie nie przewidzianą przez naturę (my jako ludzie też tak zrobiliśmy, choćby z mlekiem krowim). A rybki są nie do zobaczenia za pomocą systemu echolokacji, bo … nie mają pęcherza powietrznego, który zwykle ryby mają. W przez to w obrazie wyglądają dla delfina jak woda, bo nie ma nic, co by je odróżniało, czyli mówiąc wprost – są niewidoczne dla sonara. Stąd konieczność poszukiwań ręcznych (dziobowych).

4. O nie, moja wątroba jest naga!

W ten sposób w mini pracy doktorskiej na temat delfinów dotarłam do kolejnego rozdziału. Ziewającym pragnę zwrócić uwagę, iż pominęłam potężny rozdział o systematyce rodzaju i podziale na rodziny, gatunki i spokrewnione inne ssaki.

Delfiny mają doskonały wzrok, mało tego (i tu znów dowód na podobieństwo matek ludzkich do delfinów) ich oczy potrafią patrzeć w dwóch różnych kierunkach na raz (choć tylko w płaszczyźnie i do dołu, dlatego łapiąc rybki metodą “na brzuch” obracają się, żeby zobaczyć rybę, bo nie widzą jej pływającej nad swoją głową).

Ale nawet przy tej modyfikacji,  tradycyjny wzrok  w ich świecie nie sprawdza  się najlepiej. Tam, gdzie pływają, światła jest mało, lub woda jest zamulona, lub po prostu wzrok nie sięga tak daleko przez wodę, żeby zapewnić potrzebne bezpieczeństwo.  Świat delfinów to świat dźwięków i powiązanej z nimi echolokacji. W przedniej części ich czaszki jest zlokalizowane bardzo skomplikowane coś (organ znaczy się), za co google glasses oddałoby fortunę. Nie wchodząc w szczegóły (naprawdę skupiam się na skracaniu tekstu), za pomocą serii kliknięć delfin wysyła sygnał, który odbity od badanego obiektu wraca do delfina i na tej podstawie jego mózg jest w stanie stworzyć sobie obraz uwzględniając odległość, rozmiar, gęstość i grubość. Mało imponujące? To co powiedzieć na to: naukowcy próbując zrozumieć w jaki sposób delfiny tworzą obraz przedmiotu za pomocą echolokacji robili szereg eksperymentów. W jednym z nich wkładali do basenu przedmiot ukryty w metalowej ramie osłoniętej materiałem, tak aby delfin nie byl w stanie go zobaczyć za pomocą wzroku. Następnie pokazywali mu na powierzchni prezentowali mu dwa różne przedmioty, a delfiny ZAWSZE wskazywały ten właściwy, który wcześniej był ukryty. Mało tego – delfiny potrafią rozróżnić materiały różniące się między sobą  grubością 1 mm. Co z tego wynika? Ano to, że nurkując z delfinami można sobie darować zakładanie kostiumu. One i tak widzą nas nago. Te wszystkie piersi, waginy  i penisy – nic co ludzkie nie jest im obce.  Mało tego – widzą nago nasze narządy wewnętrze i szkielet. Och…

A pozostawiając żarty z boku i dochodząc do smutnej refleksji – to jest prawdopodobnie jeden z głównych powodów, dla których delfiny w niewoli popełniają samobójstwo. Ich echolokacyjne widzenie sięga na odległość ponad 30 kilometrów. Czy tak trudno zrozumieć jaką torturą jest dla nich zamknięcie w choćby największym basenie? Gdy dzień w dzień widzą tylko naciskające na nich ściany? Gdy nie mogą zobaczyć nic więcej, a są stworzone by widzieć więcej? Pewnego dnia podejmują decyzję i  po prostu za pomocą mózgu przestają oddychać. I toną.

Wiem już teraz, że nigdy nie odwiedzę żadnego delfinarium z pokazem sztuczek wiecznie uśmiechniętych, przeraźliwie nieszczęśliwych istot.

IMG_5291

5. Ulubione zabawy istot inteligentnych płci obojga, w tym słynna zabawa w doktora. Będzie się działo…

Delfiny są inteligentne. Jeśli porównamy wielkość ich mózgu do masy ciała, to jest ona jedną z największych u ssaków. Lecz nie w wielkości siła, a w ilości bruzd, czyli strukturze mózgu. Gęsi mają mózg prawie płaski, delfiny – bardzo podobny do naszego. Mają więc potencjał. I mają dużo wolnego czasu, bo potrafią w sposób szybki i efektywny złapać jedzenie, co nie zabiera im większości dnia. I najważniejszy czynnik – nie mają dostępu do internetu i serwisu Pudelka. Trzy warunki niezbędne do stania się istotą inteligentną.

Dzięki tak sprzyjającym okolicznościom delfiny miały czas na wytworzenie a potem utrzymywanie skomplikowanych i wielowymiarowych więzi społecznych. To temat na naprawdę długą pracę naukową, więc wspomnę tylko kilka pojedynczych faktów. Delfiny mają swój język. My go absolutnie nie rozumiemy i nie umiemy naśladować, ale wciąż próbujemy (zresztą zakres tonalny dźwięków wydawanych przez delfiny jest poza naszym zasięgiem). Wiemy już, że każdy z delfinów ma swoje imię – unikalny zestaw gwizdów i tonów, który go charakteryzuje. Rozmawiając z innymi delfinami najpierw mówi swoje imię, żeby było wiadomo z kim jest prowadzona rozmowa (gdy na przykład delfiny się nie widzą). Drugi delfin odpowiadając też zaczyna od swojego imienia. Ba, podobno mogą się nawzajem poszukiwać wywołując imię kolegi. Jakoś niepokojąco przypomina mi to konwersacje na FB…

Mnóstwo czasu spędzają w rożnych grupach wzajemnie się dotykając (ich skóra jest niesamowicie wrażliwa), ocierając i wręcz przytulając. Mają swoje zabawy. Jedną z nich jest zakładanie sobie na dziób lub boczną płetwę jakiegoś przedmiotu (wodorostu, gąbki, muszli) i ucieczka z nim, podczas gdy pozostałe próbują ten przedmiot przejąć. Nasz podwórkowe połączenie berka i piłki nożnej. Na Bahamach Wayne Scott Smith nurek zaprzyjaźnił się z dzikimi delfinami nurkując przez kilkanaście lat w ich towarzystwie. Obserwując tą zabawę postanowił się dołączyć i zaproponował delfinom kolorową chustkę, zwykłą bandamkę. Delfiny nie zawiodły i z radością śmigały w wodzie z bandamką na dziobie. Czasem świadome olbrzymiego dysonansu pomiędzy ich gracją w wodzie, a “niezgrabnością” i powolnością Scottiego, specjalnie zwalniały podpływając blisko niego i pozwalając mu zabrać im chustkę. A gdy nurek odpływał doganiały go, przejmowały materiał i uciekały w najlepsze. Większość chustek została przez nie gdzieś zaniesiona i zachomikowana, a niektóre na koniec zabawy zwracały człowiekowi.

Inną społeczną aktywnością, która zajmuje delfiny jest seks. Tak, w końcu do niego dotarłam. Jako jedne z niewielu zwierząt traktują seks jako dobrą rozrywkę, a nie wyłącznie czynność prokreacyjną. Jednocześnie, ponieważ nie wyznają żadnej religii i nie mają nad sobą osobników zakazująco-kontrolujących w imię nie-wiadomo-czego (tzn. w imię posiadania władzy moim skromnym zdaniem), seks jest dla nich absolutnie naturalnym zachowaniem i delfinia młodzież ma pełne przyzwolenie na eksplorowanie tej dziedziny. Petting (kiedyś było to niesamowicie wyzwolone słowo w prasie młodzieżowej typu Bravo Girl, nie wiem czy ciągle obowiązuje), dotykanie swoich obszarów intymnych, stymulowanie, badanie, sprawdzanie działania – to wszystko sprawia, że seks dla delfinów nie ogranicza się do szybkiej penetracji. To cały taniec, uwodzenie, dawanie przyjemności, lekkie gryzienie, muskanie, głaskanie, dopasowywanie się, a penetracja jest tylko krótkim epizodem. Czyż nie brzmi pięknie? Tantra podwodna i tyle.

I coś co może niektórych zmartwić (tych co wierzą w naturalny czarno-biały porządek świata wykluczający kolory tęczy) – delfiny, jak wiele innych zwierząt, stymulują się również w grupach jednopłciowych. O ile w przypadku samic można mieć wątpliwości lub uznać to za zwykłe społeczne przytulanie się (takie coś jak niewinne, tolerowane nawet w krajach arabskich trzymanie się za rękę na ulicy dwóch dobrych przyjaciółek), to w przypadku samców wirujących wokół siebie i ocierających się brzuchami z widoczną erekcją nie ma co już lecieć w kulki i mówić, że to taka gra siłowa na wzór footballu amerykańskiego.

No i mało rozpowszechniana informacja – w społecznościach delfinów zdarzają się gwałty. Gdy męski gang dojdzie do wniosku, że czas zaszaleć, to potrafi odciągnąć wybraną samicę od stada, otoczyć ją, a potem pomijając lub skracając pieszczoty, po prostu kopulować po kolei.

A jak rozpoznać czy mamy spotkanie z delfinem czy z delfinicą? Otóż, zakładając, że osobnik właśnie niczego nie podnosi z dna za pomocą penisa we wzwodzie na życzenie, jedyną szansą jest zobaczenie ilości otworów na brzuchu, przy czym należy uważać i się nie pomylić, bo wyjątkowo samce mają dwa otwory, a samice jeden (plus dwie małe jamki po bokach, kryjące sutki). Ponieważ delfiny naprawdę mają idealnie uformowane ciało do pływania, penis i jądra są schowane wewnątrz ciała. Ssaki lądowe mają je ulokowane na zewnątrz ciała głównie ze względu na uniknięcie ryzyka przegrzania jąder skutkującego bezpłodnością. Delfiny natomiast wypracowały specjalny system chłodzący – sieć żył łączy ich jądra z płetwą grzbietową i ogonową, tak aby przez cienką powierzchnię płetw odprowadzać ciepło z jąder.

Niestety nie bardzo mam pomysł jak to przełożyć na ludzkie możliwości fanów obcisłych dżinsów i miłośników podgrzewanych foteli samochodowych – może powinni chodzić bez skarpetek i czapek?

IMG_5300

6. Ogonem naprzód, a potem do góry i reszta już z górki.

Tam gdzie seks, tam i rozmnażanie. Dość ciekawym rozwiązaniem, dzięki któremu delfiny mogą uprawiać seks dla czystej przyjemności bez konsekwencji wychowywania zbyt dużej liczby  potomstwa i płacenia znacznych kwot za skuteczną antykoncepcję jest spontaniczna owulacja.  Samica sama określa kiedy jest gotowa na kolejną ciążę i zwykle jest to związane z usamodzielnieniem się posiadanego już potomstwa. U delfinów butlonosych ciąża trwa dwanaście miesięcy. Mały delfinek siedzi w macicy ciasno zwinięty, a żeby zaoszczędzić miejsce jego płetwa grzbietowa i ogonowa są złożone, tak aby być jak najmniejszym. Delfinek rodzi się ogonem najpierw, a to dlatego, że w przeciwieństwie do ludzi jak najdłużej jest podłączony w ten sposób do systemu oddychania przez pępowinę. Gdy z jakiegoś powodu poród się przedłuża i maluch “utyka” w połowie, nie grozi mu utonięcie, tak jakby to było w przypadku wysunięcia głowy najpierw. Po porodzie obie płetwy (ogonowa i grzbietowa) rozprostowują się jak parasolka, a widoczne na nich zmarszczki i zagniecenia znikają w ciągu kilku tygodni. Od samego początku delfinek potrafi pływać, ale robi to dość nieporadnie, więc matka najczęściej dziobem podprowadza go do powierzchni wody, żeby zaczerpnął pierwszego oddechu. A potem taki maluch przez kilka godzin wygląda trochę jak korek skaczący w wodzie i musi minąć trochę czasu, aż opanuje umiejętności nurkowania i wypływania. Matka ma go cały czas w zasięgu wzroku, pomagając dziobem lub płetwami w pierwszych “krokach” w wodzie. To szalenie ważne, żeby nie zgubić nigdzie maleństwa, bo… delfinek przez około tydzień nie potrafi jeszcze ani wołać swojego imienia, ani rozpoznać imienia wołającej go matki. Więc zniknięcie z oczu może mieć katastrofalne skutki.

Zaobserwowano, że na około tygodnia przed porodem matka rozmawia ze swoim dzieckiem ucząc go swojego imienia, ale potem musi minąć kolejny tydzień poza brzuchem, żeby nauka odniosła skutek. Dlatego zwykle przez pierwszy tydzień po porodzie matka nic nie je (brzmi znajomo : d).

Gdy przydarzy się nieszczęście i urodzi się martwe delfiniątko, delfinice potrafią całymi tygodniami pchać je w wodzie swoim dziobem, aż na końcu niosą tylko resztki już w niczym nie przypominające ich dziecka.

Ssanie mleka w wodzie nie jest takie łatwe, ale i na to jest sposób. Generalnie chodzi o to, żeby do dzioba malucha dostało się samo mleko bez wody morskiej. Przypuszcza się, że z tego powodu na krawędziach języka delfinek ma takie jakby frędzelki. Gdy zwija język w tubkę frędzelki domykają go od góry i w ten sposób powstaje tunel – rurka, która jest wsuwana do otworu mieszczącego sutki (jak pamiętacie sutki nie wystają). Matka bierze czynny udział w karmieniu i sama wystrzeliwuje mleko wprost do językowej rurki swojej pociechy. I tak co dwadzieścia minut dwadzieścia cztery godziny na dobę. Skąd ja to znam?

Dodam na zakończenie tematu laktacji, iż mleko delfina jest około pięć razy bogatsze niż ludzkie. Pełną samodzielność związaną z umiejętnością samowykarmienia się delfinek osiąga po około dwóch latach. Wtedy zwykle rodzi się kolejne dziecko i cykl zaczyna się od nowa.

Delfiny uczą się życia w społeczności od matek, ale nie tylko. Po jakimś czasie od porodu w miejsce gdzie przebywa matka z młodym przypływa cała gromada innych samic ze swoim potomstwem w różnym wieku. Po pierwsze żeby go poznać i przyjąć do społeczności, a po drugie, żeby mały mógł zacząć bawić się i socjalizować z innymi młodymi delfinami, które w dorosłym życiu będą stanowiły jego delfinią rodzinę.

Podwórkowe spotkania pod wodą, ot co.

 7. Jeden dzień

Właściwie na tym mogłabym zakończyć wpis o delfinach. Jest tego sporo, a i tak robiłam brutalną selekcję tego, czego się dowiedziałam w trakcie zbierania materiałów. Nie pisałam o przemyśle tuńczykowym i innych zagrożeniach dla delfinów ze strony człowieka. Pominęłam większość numerków, które wg mnie niewiele wnoszą do zachwycenia się tymi niezwykłymi zwierzętami (długość, ciężar, ilość zębów, itp). Nie wnikałam w szczegółową fizjologię i działanie poszczególnych systemów organizmu delfinów (jakim cudem bez choroby kesonowej nurkują, Jak w ogóle nurkują bez balastu, jak się ogrzewają i chłodzą, jak trawią i oddychają). Odpuściłam całkowicie wymienianie różnych gatunków delfinów wyglądem zupełnie do siebie niepodobnych (orka kontra rzeczny delfin żyjący w Amazonii). Nie porównywałam głębokości nurkowania (zależy od gatunku i miejsca występowania), długości wstrzymywania oddechu i wysokości skoków ponad wodę (a niektóre potrafią skoczyć na kilkukrotność długości swojego ciała). To nie miał być post biologiczno naukowy. Chciałam opowiedzieć o zwierzętach, które mnie absolutnie zafascynowały i urzekły, opowiedzieć w taki sposób, żeby choć niektórych tym zachwytem zarazić. A jeśli nawet nie zarazić, to po prostu opowiedzieć o tym, jak niezwykłe istoty żyją razem z nami na tym świecie.

W Monkey Mia miałam niesamowitą możliwość zobaczenia ich dzikich i szczęśliwych. Naprawdę ciężko przecenić takie doświadczenie.

IMG_5259

Łzy płynęły mi więc po policzkach, strażnik parkowy opowiadał kolejne historie, a cała publiczność czekała na moment kulminacyjny. Bo w to miejsce  nie przychodzi się o 7 rano,  żeby wyłącznie popatrzeć na delfiny. Tutaj każdy ma nadzieję, że zostanie wyłapany przez jednego ze strażników z tłumu i będzie mógł  nakarmić delfina. Czad, nie sądzicie?

W latach siedemdziesiątych zanotowano, iż rybacy powracający z połowu karmili w zatoce rybami podpływające bardzo blisko delfiny. Od lat osiemdziesiątych zaczęto tutaj prowadzić długoterminowe badania i obserwacje. Jeden z pierwszych wniosków był dość smutny – dokarmianie delfinów przez ludzi stanowiące wspaniałe przeżycie dla nas bylo jednocześnie skazywaniem delfinów na katastrofę. O ile kilku rybaków nie miało takiego wielkiego znaczenia to setki turystów dziennie, które zaczęły tu przybywać, już tak. Karmione delfiny tracą umiejętności zdobywania pożywienia samodzielnie, a to skutkuje prędzej czy później śmiercią. Matki nie uczą tego swoich dzieci. Często bywało też tak, że matki w oczekiwaniu na kolejne dostarczane ryby przypływały na płytkie wody i zapominały wrócić do swoich młodych, które bez karmienia mlekiem umierały z głodu.

Jeden z delfinów tak bardzo uzależnił się od ludzi, że zupełnie przestał integrować się z innymi delfinami, i potem samotnie nie był w stanie przeżyć w oceanie.

Żeby jakoś unaocznić skalę szkód dokarmiania delfinów przez hordy turystów podam, iż w latach 1983 – 1994 tylko cztery młode delfiniątka przeżyły. Reszta albo zginęła z głodu czekając na matki, albo nie została przez nie nauczona jak dawać sobie radę na wolności i też zginęła.  Natomiast odkąd wprowadzono zakaz karmienia delfinów z wyjątkiem pokazów prowadzonych przez strażników parku, w latach 1995 – 2010 młodych, które osiągnęły wiek dorosły było już siedemnaście!

Delfiny zdecydowanie mają się więc lepiej, aczkolwiek strażnik opowiadam nam jak pewnego dnia podszedł do rybaków karmiących delfiny i poprosił ich o zaprzestanie tego, wyjaśniając powody. Obok pływała jedna z delfinic biorąca udział w kontrolowanym karmieniu. I tak się jakoś złożyło, że następnego dnia podczas pokazu ta delfinica pierwszy i jak na razie jedyny raz wpłynęła na płyciznę tak, że podcięła strażnkiowi nogi i przewróciła go do wody. Po czym odpłynęła. Przypadek?

Aktualnie obowiązuje prawo zabrania samodzielnego karmienia delfinów w całej Australii, a nawet celowego zbliżania się do nich  na odległość mniejszą niż 30 metrów (delfinom natomiast wolno się zbliżyć do człowieka czy łodzi – to spore pole do popisu prawników). Wyjątkiem jest show w Monkey Mia.

Tutaj codziennie, jeśli przypłyną delfiny (a szanse na to są 99%) strażnicy karmią pięć delfinic podczas jednego lub dwóch pokazów. Tylko pięć konkretnych, czyli Nicky, Puck, Suprise, Piccolo i Shock. Są dorosłe, doskonale polują w oceanie, potrafią wychowywać młode, a przede wszystkim – podczas karmienia dostają jedną, góra dwie ryby. Całą resztę do potrzebnych 15 kg muszą sobie same zdobyć.

Nowe delfiny, które są włączane do programu, muszą spełniać sporo warunków. Przede wszystkim muszą być samicami, a jak już wiadomo dość długo nie jest takie proste stwierdzić, czy chętny na rybkę to pan czy pani. Samice są wybierane, ponieważ z reguły są mniej agresywne niż samce, a chodzi o zminimalizowanie ryzyka ataku delfina na człowieka podczas karmienia. Muszą umieć polować i najlepiej, żeby odchowały choć jedno pokolenie. Przyzwyczajanie ich do brania ryby z ręki jest bardzo długie i spokojne, przerywane gdy tylko są jakiekolwiek niepokojące sygnały. Generalnie – to dość odpowiedzialny, ale przynoszący efekt proces.

Choć zdarzają się i takie osobniczki, które nie do końca pojmują ideę bycia karmionym przez ludzi, i na pokaz prawie zawsze przynoszą swoją zdobycz prezentując ją widowni jakby chcialy się podzielić lub pochwalić. Można i tak : )

IMG_5262

Strażnik przestał mówić i poprosił nas, żebyśmy z powrotem wyszli na brzeg. Wtedy delfiny wpłynęły na płytszą wodę. Osoby z wiaderkami pomagające w przeprowadzeniu przedstawienia zaczęły wybierać pięć osób (choć zwykle to były grupy przyjaciół lub rodzina, tak więc tam akurat bycie singlem zdecydowanie dyskryminowało). Wstrzymaliśmy oddech, wypchnęliśmy dzieci na wabia do przodu i … nie zostaliśmy wybrani. Ktoś inny dostał rybę do ręki i podał ją czekającym delfinom (z kategorycznym zakazem dotykania). Przedstawienie było skończone, pracownicy parku wyszli z wody, tłum zaczął się rozchodzić. Wtedy Tolek rozpłakał się.

Podeszła do nas jedna ze strażniczek i zaproponowała mu, żeby pomógł jej odnieść wiadro do biura. Trochę pomogło, ale chłopak chlipał całą drogę przez plażę. Pod biurem usłyszałam: jeśli będziecie na drugim spotkaniu ok dziesiątej i delfiny przypłyną, to was wezmę do karmienia.

Oczywiście domyślacie się, że byliśmy. Ponownie staliśmy w wodzie obserwując z takim samym wzruszeniem pływające i przypatrujące się nam delfiny. Słuchaliśmy kliknięć, powstrzymywaliśmy się przed wsadzeniem ręki do wody. A potem zupełnie przypadkowo przez inną strażniczkę zostaliśmy poproszeni o podejście do wiaderka, Tolek dostał do ręki rybę, pochyliliśmy się nad wodą, a centymetry od nas czekała delfinica z otwartym dziobem patrząc na nas swoimi niesamowicie mądrymi oczyma. Przestałam oddychać.

Gdybym miała wskazać jeden, jedyny dzień dla którego było warto jechać do Australii, to byłby to właśnie ten.

IMG_5304

IMG_5306

IMG_5311

IMG_5314

 

Teoria WWW – Warto Wierzyć Właściwie

Każdy wierzy w co może lub w co chce. Wierzący albo czeka na potwierdzenie słuszności swojego wyboru, albo wybrał, bo wiara już dysponuje dowodami na istnienie obiektu wierzeń. Zgodnie z tą tezą ja wierzę w zbiegi okoliczności.

Od dzieciństwa chciałam zobaczyć delfina na żywo. Ba, chciałam go dotknąć, pogłaskać, nawiązać więź duchową i przyjaźń po wsze czasy. Niewątpliwie był w tym wpływ jakiś filmów puszczanych w ramach telewizji dziecięco-młodzieżowej w paśmie spotkań z Disney’em. I zapewne był to wynik głębokiej niewiedzy o tym, że zwierzęta nieudomowione powinny obejść się bez głaskania ze strony człowieka.

Dorastałam, głaskałam różne zwierzęta po drodze, skończyłam studia (jakże niezwiązane z delfinami, podróżami czy czymkolwiek innym co mnie kręci w życiu i stanowi o udanym dniu), i gdzieś po drodze, w sposób niezamierzony, acz pożądany wyrobiłam sobie pogląd na temat relacji świata zwierząt i ludzi. Na blogu parę razy wspominałam o przemyśleniach dotyczących ogrodów zoologicznych, pokazów z tresowanymi zwierzętami, atrakcji turystycznych wykorzystujących zniewolone i brutalnie za kulisami wyszkolone zwierzęta. Ba, żeby być szczerą przyznam, że mam problem ze spełnieniem swojej zachcianki (bo inaczej tego nie nazwę) w postaci trzymania w domu kanarka lub papugi. Niby są duże klatki, niby są zabawki do tych klatek, ale gdzieś w głębi duszy wiem, że nie ma klatki tak dużej, aby ptak nie spostrzegł niewoli. Nawet wypuszczony na pokój nie może odlecieć. A jakie mam prawo pozbawiać ptaka podstawowej radości jego życia? Więc śnią mi się te kanarki po nocach jak zakazany owoc, ale chyba tam pozostaną. I dobrze, bo z drugiej strony takie małe, a potrafi narobić niezłego bajzlu dookoła klatki.

Jestem jednak świadoma, że życie to nie projekt artystyczny, gdzie można posłużyć się dwoma kolorami i w czarnobiałej przestrzeni oddać niuanse wyborów. Akceptuję więc kanarki u innych osób (żeby nie było, że się wywyższam, co mi kiedyś przy okazji zarzucono), akceptuję u nich złote rybki w szklanych kulach niewiele większych od mojej filiżanki z kawą, akceptuję też ogrody zoologiczne. Ale po spełnieniu kilku warunków.

Planując podróż przez kontynent zapaliliśmy się do pomysłu odwiedzenia ogrodu zoologicznego prowadzonego przez żonę Stevena Irwina (tego od krokodyli, pokonanego przez spokojną i zwykle niegroźną płaszczkę, która do tej pory – jako gatunek a nie sztuka – zabiła ponoć trzy! osoby). Strona internetowa kusiła, oj kusiła. A gdy przeczytałam o możliwości spotkania i pogłaskania tygrysiątek lub geparda lub samego tygrysa bengalskiego – wow! Zignorowałam wysokość opłaty za tą przyjemność (około 1500 zł za dwa zdjęcia! z wybranym zwierzęciem) i autorytatywnie wbiłam pinezkę odpowiedniego koloru w mapę kontynentu. Po dniu (lub dwóch), gdy lekko ochłonęłam z zachwytu, zaczęłam myśleć. Jak oni to robią w tym zoo, że małe tygrysiątka są bez sprzeciwu ze strony mamy zabierane, czochrane przez ludzi, a potem takie śmierdzące człowiekiem są tej mamie oddawane, a ona ich nie zjada. W jaki sposób tygrys bengalski leży spokojnie na zdjęciu i daje się klepać po tyłku zachwyconym turystom? Ok, rozumiem, że można go nakarmić wcześniej i taki objedzony nie rzuca się na ludzi od razu. Rozumiem, że są zasady zmniejszające ryzyko ataku – turyści płacący 1500 zł muszą być odpowiednio ubrani, nie mogą intensywnie pachnieć Chanel 5, mieć na sobie żadnych głośnych dodatków (bransoletek, koralików, itp), nie nosić butów, w których jeżdżą konno, itp. Ale jednak! Tygrys to tygrys, spodziewam się, że żadnego regulaminu dotyczącego oferty zdjęć z ludźmi z wykluczeniem ich jedzenia nie podpisywał. Więc tak sam z siebie spokojnie siedzi? A nawet jeśli siedzi, bo jest dobrze wychowany, to wracam do pytania o tygrysiątka – mama ich tak bez problemu się pozbywa dzień w dzień na pół godziny? Traktuje to jak okazję do wypicia herbatki lub wstawienia naczyń do zmywarki (jak to jest w moim przypadku, gdy ktoś litościwie weźmie moje potomstwo na chwilę pod opiekę)?

Napisałam maila do zoo z prośbą o zapewnienie mnie, że ani matce tygrysiątek, ani tygrysiątkom, ani samemu tygrysowi nie podaje się żadnych leków uspokajających lub innych na czas spotkania z bogatymi turystami. I że znają sposób na przekonanie mamy tygrysicy do idei zarabiania przez jej dzieci na zoo. Mail był grzeczny, nieironiczny (owszem, tak też potrafię pisać), sprawdzony pod względem gramatyki i ortografii. Odpowiedzi nie dostałam. Pinezkę z mapy usunęliśmy.

Już na miejscu, podróżując wzdłuż wybrzeża co rusz natykaliśmy się na ulotki zachęcające do nurkowania z delfinami. Nie powiem, żeby serce mi nie drgało. Gdy w końcu znaleźliśmy się w odpowiednim miejscu, gdzie ze względu na prądy, słońce, księżyc, głębokość zatoki i inne szalenie ważne parametry organizatorzy a) dawali gwarancję 90% na spotkanie delfinów i b) nonszalancko twierdzili, że aby unosić się w wodzie oceanu w piance nurkowej, za pomoc mając tylko linę przyczepioną do jachtu, NIE trzeba umieć pływać, musiałam ostatecznie zrezygnować z marzenia. Po pierwsze byliśmy spłukani, bo ZUS na czas nie wypłacił nam wynagrodzenia za urlop ojcowski, a po drugie, co wielokrotnie było już tu wspominane mimochodem (ech!) Australia okazała się być dwukrotnie droższa niż zakładaliśmy i nasz budżet topniał dość ekspresowo. Byliśmy więc podwójnie spłukani i na ekstrawagancje (a 800 zł za 20 min w wodzie z delfinami zalicza się do takowych, do tego Michał z dziećmi za samo bycie na pokładzie zapłaciliby dodatkowe 400 zł) musieliśmy położyć szlaban.

Nie udało mi się półtora roku temu obejrzeć pokazu delfinów w Barcelonie (kolejka na trzy godziny stania, a my byliśmy tam z malutkim Tolkiem). Mimo postanowienia i kierowania trasą tak, aby przejeżdżać obok miejsc „delfinowych“, musiałam odpuścić wykupienie wycieczki jachtem w Oz. Próbowałam, próbowałam, próbowałam i nic nie wychodziło z tej mojej pogoni za marzeniem. Co mi pozostało?

Wiara, moja silna wiara w zbiegi okoliczności.

Podróżując wzdłuż zachodniego wybrzeża kontynentu dojechaliśmy do cypla zwanego Monkey Mia. Od momentu zjazdu z autostrady przez 150 km prowadziła tu tylko jedna droga, bardzo monotonna droga. Na końcu jest malutkie miasteczko Denham, ktore o 16 gdy do niego dotarliśmy było całkowicie zamknięte. Tylko emu wałęsały się po ulicach.

IMG_5131

 

IMG_5137

Minęliśmy je i dotarliśmy do kempingu położonego na samym końcu drogi. Sporo tych kempingów już zaliczyliśmy, ale ten był absolutnie beznadziejny. Miejsca postojowe dla małych i średnich kamperów plus namiotów wyznaczone były wyraźnie pod wpływem jakiś regulacji prawnych nakazujących takowe wyznaczyć. Kemping celował w bogatych, bardzo, bardzo bogatych Australijczyków, którzy przyjeżdżali tu na dłuższy weekend z pobliskiego Perth (860 km w jedną stronę) swoimi najprawdę na błysk wypasionymi limuzynami 4×4 ciągnącymi przyczepy z łodziami motorowymi wartymi więcej niż niejedno niezłe mieszkanie w Warszawie. Wspominałam już o tym, że ze względu na kopalnie Australia Zachodnia jest najbogatszym stanem tego kontynentu? Żadnych miast (tzn. twierdzą, że Perth jest miastem, ale zeszliśmy je z dwójką dzieci na piechotę w dwa dni, a trzeciego z nudów pojechaliśmy do pobliskiego Fremantle, więc sami oceńcie), same pustynie, a rankingi wiedzą swoje. Tak więc ci absolutnie topowo sytuowani Australijczycy wynajmowali na kempingu eleganckie bungalowy ustawione wzdłuż plaży, z tarasami wychodzącymi oczywiście wprost na piasek. Drugą mile widzianą grupą byli ekstrawagancko bogaci, którzy podróżowali niesamowitymi kamperami wielkości autokarów wycieczkowych, z trzema pokojami, salonem i jadalnią w środku. Pozostali turyści byli tolerowani. Dla nich przeznaczono miejsca do stanięcia na każdym wolnym kawałku terenu gdzie pod różnymi kątami zbiegały się kempingowe drogi, a pomiędzy nimi powstawał nieużytek w kształcie trójkąta na którym nijak nie dało się zaparkować autokaru. Staliśmy więc pomiędzy taką drogą tuż przy jednym boku samochodu, a drugim bidokamperem z drugiej strony i zastanawialiśmy się jak upilnować dzieci, żeby nie weszły pod koła. Nic dodać nic ująć – czuliśmy się jakbyśmy zaparkowali pod palmą przy Nowym Świecie.

Natomiast to nie auta okazały się największym zagrożeniem dla dzieci. Po kempingu panoszyły się emu w ilościach hurtowych. Emu tak bezczelne, że wkładały głowy do kamperowej kuchni szukając jedzenia, a jak coś zobaczyły w ręku to bez pardonu uznawały za swoje. To nie bylo śmieszne, emu to nie choćby najbardziej nachalna kukabura czy mewa. Potrafią kopnąć tak, że złamią człowiekowi kość, a dziobami nabijają naprawdę potężne siniaki. I żadne tam machanie rękoma i wrzeszczenie: a sio ich nie zniechęca. Raczej zachęca (do walki). Przez trzy dni pobytu tam karmiliśmy dzieci w sposób planowy. Jedno pilnowało, żeby dzieci zjadły, a drugie biegało wokół samochodu wymachując największą patelnią jaką mieliśmy i waląc w nią chochlą. Działało. W zamian w okresie naszej nieobecności emu podchodziły do auta i waliły takie kupy, że nasze polskie krowy mogą się zawstydzić…

Aby dopełnić obrazu atmosfery kempingowej dodam, że towarzystwo śmietanki finansowej było wymieszane ze współczesnymi hippisami – surferami, którzy podróżują bez namiotu, bez bagażu, za to z deską i obowiązkowo markowym kostiumem (lub szortami) na plażę. Pierwszy raz w Australii znalazłam się w miejscu, gdzie aż namacalna była atmosfera „pokazania się“. Wygląd miał znaczenie absolutnie u jednych i drugich, ilość dodatków zakładanych do zwykłego stroju plażowego przekraczała całą moją szufladę z biżuterią pozostawioną w Polsce. Do tego idealna opalenizna, fryzura, makijaż, bicepsy, tricepsy i co tam jeszcze można nosić w danym sezonie. A pośród tego wszystkiego zwykli, jakby z innego obrazka „grey nomadzi“, starsi Australijczycy podróżujący na emeryturze po swoim kraju średniej klasy kamperami. I my.

IMG_5129

IMG_5116

No dobrze, to czemu tam się zatrzymaliśmy aż na trzy noce i żałowaliśmy, że nie możemy na dłużej? Po pierwsze – wielbłądy. Po drugie – mieliśmy w planach rejs katamaranem w poszukiwaniu dougoni. Po trzecie – w zatoce funkcjonowała farma pereł, a tego nie mogłam odpuścić. Po czwarte… Choć właściwie nie, nie będę ściemniać. Monkey Mia to miejsce, gdzie całkiem za darmo można na wyciągnięcie ręki zobaczyć codziennie dzikie delfiny, które pływając w oceanie wpadają do resortu na rybkę lub dwie. Nie żartuję. Tam po raz pierwszy spotkałam delfiny na żywo i tam też dowiedziałam się, dlaczego nie powinno się ich głaskać. Oraz tego, dlaczego delfiny zamknięte w delfinariach popełniają samobójstwo. I czemu pływanie z delfinami, główna płatna atrakcja wielu miejsc, bardziej im szkodzi niż pomaga. Pomyśleć, że tylko na skutek zbiegów okoliczności udało mi się nie popełnić żadnego z tych błędów. I jak tu nie wierzyć?

IMG_5164

IMG_5222

 

 

Tata, jak się jeździ na łombandzie?

Dość dawno temu, właściwie całe lata świetlne, czyli jak Tolo miał około dwóch lat jedną z jego ulubionych zabaw z tatą była jazda na różnych zwierzętach. Tolek pakował się Michałowi na ramiona, z braku lejc, kantara czy innego uchwytu bezpardonowo łapał za włosy i rzucał komendę: Tejas jecim na łoniu.

Po okrążeniu pokoju ciężkimi krokami wykonywanymi przez słonia… Swoją drogą, znacie ten kawał o słonikach?

Mały chłopiec prosi tatusia: Tato, tato, zrób jeszcze raz wyścig słoników.

Tata: Ależ synku, słoniki są już zmęczone, biegały dziś kilkanaście okrążeń. Chłopiec: Ale tato, ja chcę zobaczyć jeszcze raz jak słoniki biegają!

Tata: Synku…

Chłopiec: Proszę, proszę. Ostatni raz jak słoniki biegają, obiecuję!

Tata: No dobrze, ale naprawdę ostatni raz. Pluton! Maski gazowe włóż i dwa okrążenia biegiem!

Tak więc, gdy pokój już został zwiedzony na grzbiecie słonia, Tolo zmieniał środek transportu i zarządzał: A tejas jecim na łombandzie.

Oczywiście bez trudu zgadliście, kim jest łomband?

20140406-IMG_5324

 

Gdy w domu czytaliśmy o roli wielbłądów w odkrywaniu Australii, trafiliśmy też na komercyjne oferty przejażdżek na tych zwierzętach po bezkresnym australijskim krajobrazie. Nie nastawialiśmy się jakoś szczególnie, ale mieliśmy z tyłu głowy, żeby nie przegapić takiej atrakcji, gdy będzie gdzieś obok. Ech, przez chwilę poczuć się jak pionierzy eksplorujący nieznane białe plamy na mapie dzikiego kontynentu…

Pierwsza okazja nadarzyła nam się w Quorn, gdzie miała być farma wielbłądów z wycieczkami po outbacku. Niestety, albo na szczęście, ale o tym za chwilę, farma rok temu została zamknięta. Jadąc naszą trasą przez Australię jeszcze dwa czy trzy razy trafiały nam się ulotki o przejażdżkach na dromaderach, ale zawsze była to bliska okolica w australijskim pojęciu, czyli musielibyśmy nadłożyć minimum 250 km drogi. Odpadało.

Planując pobyt na zachodnim wybrzeżu z braku czasu zrezygnowaliśmy z dotarcia do Broome, co wywołało lekki smutek, bo jak wpiszecie nazwę miejscowości w google images, to oczywiście wyskoczy wam bezkresna plaża o zachodzie słońca z jeźdźcami na wielbłądach w milczeniu podziwiającymi ten widok. Pocztówka, wiem, ale czasem człowiek podczas tej wyczerpującej podróży australijskiej chciałby się poczuć jak na wakacjach i zrobić coś standardowego, kiczowatego i rozleniwiającego. Oglądanie zachodu słońca na wielbłądzie, z ewentualnym plastikowym kieliszkiem szampana przygotowanego przez operatora wycieczki byłoby do przełknięcia. Tak myślę. Jednak nie tym razem.

Zupełnie niespodziewanie nasze wielbłądy czekały na nas w Monkey Mia.

To było najlepsze, co mogło nam się zdarzyć.

Podróżując po świecie trafiają się okazje przeżycia różnych doświadczeń, które niestety tylko dla turystów są niezapomnianą atrakcją. To spotkania z natywnymi (choć i to niekoniecznie) zwierzętami. Robiące sztuczki małpki w Indiach, przejażdżka na słoniu w Tajlandii, głaskanie lwa w afrykańskim zoo czy choćby pokaz akrobacji delfinów w barcelońskim delfinarium.

Zachwyceni turyści płacą grosze za możliwość potrzymania małpki, posiedzenia na grzbiecie słonia lub wykąpania tego “sympatycznego” olbrzyma, oklaskania zachwycających skoków superinteligentnych ssaków, które przeszły ewolucję na opak.

I nie zastanawiają się, bo po co psuć sobie wakacje, ile cierpienia zwierzęcia kryje się za ich rozrywką. Pewnie nawet gdzieś z tyłu głowy pojawia im się myśl, że normalnie małpki nie chodzą na dwóch nogach, słoń nie urodził się po to, żeby bez agresji nosić na sobie zachwyconych ludzi, a lew niekoniecznie przepada za czochraniem mu grzywy i całowaniem nosa. Jednak ta myśl jest zbyt nieprzyjemna, żeby się na niej skupiać, a już na pewno nie w czasie wakacji. Bo gdyby dopuścić ją do głosu i wklepać proste hasła w internet wiedza skutecznie mogłaby zepsuć błogostan wywołany urlopem w egzotycznym miejscu. Przykład? Wszystkim jadącym do Tajlandii polecam chociażby http://wimieniutychconiemowia.wordpress.com/dlaczego-zagrozone/tysiace-problemow-gigantow-azji/ a dla tych, co kierują się do Indonezji zdjęcia Artura Gutowskiego o małpim teatrze i bestialskiej tresurze, która sprawia, że te zwierzęta nagle chodzą wyprostowane, choć natura nigdy nie miała tego w planach. Naprawdę, bez większego problemu i czasochłonnych badań można dowiedzieć się, że w celu podporządkowania dajmy na to słonia zabiera się go we wczesnym niemowlęctwie od matki (którą czasem na oczach malca się zabija, bo słonica nigdy nie odda swojego dziecka), potem przerażonego, skutego i unieruchomionego głodzi, bije kijami i ostrymi hakami, aż w końcu złamane dziecko zaczyna się tresować za pomocą bólu i tortur. Następnie, już w obecności turystów, wystarczy go “lekko” puknąć w czoło “zwykłym” kijkiem lub pokazać hak, który normalnie wbijało mu się w skórę, a ogromne zwierzę będzie tańczyć tak jak chce jego opiekun i oprawca w jednej osobie.

Czyżbymy słyszała głosy, że w takim razie już nigdy więcej przejażdżek na słoniach? Hm. A do cyrku z małpkami jeżdżącymi na rowerkach dzieci (swoje lub znajomych) zabieracie? A kilka kilometrów drogi do Morskiego Oka idziecie czy jedziecie przeładowanym wozem ciągniętym przez wyczerpanego konia? A do zoo, gdzie szympansy odsiadują wyrok w pustych, metalowych klatkach dwa na dwa metry chodzicie? Ostatecznie pozostaje topowa w ostatnich latach rozrywka wakacyjna nadmorskich miejscowości – przewoźne, ciasne, urągające potrzebom zwierząt oceanarium z rekinami upchanymi do pojemników niewiele większych niż one same.

I tak dalej. Nie trzeba jechać do Azji, żeby zapłacić za czyjeś cierpienie, prawda?

Z wielbłądami może i nie jest tak drastycznie, ale prawda jest taka, że wielbłąd sam z siebie też nie ma zbytniej ochoty wozić ludzi na grzbiecie, w dodatku po trasie wyznaczonej przez przewodnika. I tu rzecz ma się podobnie jak z końmi, które można na dwa sposoby nakłonić do zaakceptowania siodła – łamiąc ich wolę i groźbą bólu narzucając swoją decyzję, albo porozumieć się z nimi za pomocą szeptania. Tak, tak – ktoś coś słyszał o zaklinaniu koni (w ostateczności pewnie sporo osób widziało film o najsłynniejszym zaklinaczu, czyli Robercie Redfordzie, ach!), ale o zaklinaniu wielbłądów jakoś nie ma wielu książek : ) Nie ma, bo samych zaklinaczy jest jak na lekarstwo nawet w skali światowej. Zwykle taki wielbłąd jest traktowany batem, a do kontroli podczas przejażdżki używa się dość często drewnianych kołków wbijanych w nozdrza zwierzęcia, do których jest przymocowana uprząż. Czasem kołki (nose peg) zastępowane są metalowym kółkiem lub zwykłym patykiem przeciągniętym na przestrzał nosa.

20140406-IMG_5323

My mieliśmy to szczęście, że na zupełnym odludziu trafiliśmy na jednego z nielicznych zaklinaczy wielbłądów.

Hank jest Holendrem, zakałą jak sam o sobie mówi z pewnego szanownego i bardzo bogatego rodu. Wychowywany przez dziadka, który był weterynarzem holenderskiego króla, od czwartego roku życia biegał pomiędzy końmi (lub raczej pod ich brzuchami). To właśnie od dziadka nauczył się, że wymagać czegokolwiek od zwierzęcia można tylko z poszanowaniem jego woli i godności. Gdy miał osiem lat, lub coś koło tego, król nabył do swojej stajni kilka wielbłądów (czy też otrzymał je w darze dyplomatycznym, nieważne). I w ten sposób Hank jako dziecko zaczął zaklinać wielbłądy tak jak powszechnie robi się to w stosunku do koni lub psów. Mijały lata, a Hank po wielu różnych przygodach w iście wagabundzkim stylu w końcu znalazł swoje miejsce na ziemi – absolutne odludzie gdzieś na zachodnim wybrzeżu Australii. Mieszka tam ze swoimi wielbłądami, czasem przyjmuje na staż kogoś, kto nagle odkrywa w sercu, że od zawsze chciał zaklinać wielbłądy (tak, też nam ten pomysł zakiełkował, ale jeszcze nie mamy pojęcia gdzie na rok oddać dzieci. Są jakieś żłobki i przedszkola z internatem?), a w wolnych chwilach, gdy jest zapotrzebowanie wozi turystów po plaży i opowiada o swoich czworonożnych przyjaciołach.

20140406-IMG_5356

20140406-IMG_5353

Jest totalnym odjechanym dziwakiem, serio. Podczas półgodzinnej przejażdżki wyjaśnił, że siodło dla każdego wielbłąda robi sam pod konkretnego osobnika, bo każdy dromader ma trochę inny garb, a on chce im zapewnić maksimum komfortu. Że normalnie wielbłądy zjedzą każdy uschnięty patyk, a po długim okresie suszy potrafią wypić 100 l wody w 10 minut, co zabiłoby każde inne zwierzę. Natomiast jego wielbłądy są karmione specjalnie dla nich kupowanym sianem i pelletami. Że podczas marszu przez pustynię średnio czterystukilogramowy wielbłąd potrzebuje mniej niż pół litra wody na godzinę, podczas gdy człowiek w takich warunkach musi wypić minimum litr, żeby się nie odwodnić. Ba, wielbłąd przeżyje nawet jeśli straci 25% wody z organizmu, a człowiek umiera już przy utracie 10 %. Aby jednak tej wody nie tracić tak szybko, wielbłądy zostały fabrycznie wyposażone w szereg opcji wodooszczędnych. Po pierwsze – nie pocą się. Potrafią regulować temperaturę swojego ciała o siedem, osiem stopni, żeby zmniejszyć różnicę z temperaturą powietrza. Dodatkowo od gorąca izoluje je grube futro i warstwa tłuszczu. Poza tym wielbłądy żyjące w stadach często przytulają się do siebie podczas gorąca, tak by zmniejszyć powierzchnię styku z rozgrzanym powietrzem i w ten sposób się chłodzić (jakkolwiek dziwnie by to nie brzmiało). Wielbłądy oczywiście noszą zapas wody w swoich garbach, ale jako opcję awaryjną mają wbudowaną zdolność wytwarzania wody podczas ulteniania garbowego tłuszczu. Jakby tego było mało, to potrafią wychwytywać nozdrzami większość wydychanej pary wodnej, a ich układ wydalniczy odzyskuje wodę tak skutecznie, że mocz jest gęsty jak… ee, nie, tego nie napiszę, bo Hank naprawdę jest dziwakiem i jego określenie nie nadaje się do powtarzania. W każdym razie – wielbłądy dają radę. Do tego dodajmy dwupalczaste, niesamowicie miękkie stopy, które podczas chodzenia rozkładają się jak naleśnik i w ten sposób nie zapadają się w rozgrzany piasek i mamy zwierzę idealne.

Wielbłądy, o czym można nie wiedzieć, bo swoim lekceważącym wyrazem wiecznie znudzonego pyska nie dają przesłanek ku takiemu twierdzeniu, są niesamowicie inteligentne. Według Hanka o wiele inteligentniejsze niż konie czy psy. Z doskonałą pamięcią, własnym zdaniem i charakterem stanowią ciężki orzech do zgryzienia dla osoby chcącej namówić je do pracy.

Usłyszeliśmy tysiąc anegdotek o wiozących nas “pustynnych statkach”, z których w pamięci zostały mi dwie najlepiej oddające charakter tych zwierząt. Kiedyś Hank musiał odwołać wszystkie wycieczki z turystami, bo zmarła jedna stara wielbłądzica z jego stada. Pozostałe wielbłądy przez prawie tydzień! płakały autentycznymi łzami i w żałobie za nic nie nadawały się do jakiejkolwiek przejażdżki. A gdy Hank kiedyś nieopatrznie zrobił sobie zbyt długie wakacje, czyli wyjechał na cztery tygodnie, to pozostawione pod dobrą opieką znajomego z sąsiedniej farmy wielbłądy wybiły mu takie pomysły z głowy. Po tygodniu jego nieobecności stały się apatyczne, przestały jeść, pić, w ogóle przestały cokolwiek oprócz leżenia na wybiegu. Biorąc pod uwagę, że z wielbłądziej farmy kilka dni zajmuje wydostanie się gdzieś, gdzie jest komercyjne lotnisko, powrót trwa tyle samo, to przy dwutygodniowym akceptowalnym przez wielbłądy wyjeździe niewiele czasu zostaje na same wakacje, prawda? Hank przestał więc wyjeżdżać.

 

Bardzo chcieliśmy skorzystać z okazji wycieczki plażą na grzbiecie wielbłąda. Co prawda to nie Broome i wycieczka była rano, a nie o zachodzie słońca, ale mimo tych minusów jakoś idea ciągle nam się podobała. Jedynym problemem był Tolek, który od czasów jeżdżenia na łombandzie przeszedł w wiek, gdzie zwykła zjeżdżalnia na placu zabaw wywołuje lęk wysokości. Wiedzieliśmy, że nie ma takiej siły, która wsadziłaby go na poczciwego kucyka, więc z tym wielbłądem mieliśmy sporego zgryza. Obawialiśmy się, że zwykła metoda, czyli przekupstwo lizakiem może nie wystarczyć. Tolek obejrzał zdjęcia na ulotce, poważnie popatrzył na Michała, który udając nonszalancję powiedział, że prawdziwe łombandy są ot jeszcze większe niż ramiona tatusia, pomyślał, my wstrzymaliśmy oddech, a syn rzucił bez większych emocji: Ok, mogę pojechać, tylko na swoim siodle, nie z Kajem.

Zarezerwowaliśmy wycieczkę w biurze kempingu i kupiliśmy bilety.

 

Następnego dnia czekaliśmy na plaży pokazując Tolkowi platformę do wchodzenia na wielbłądy i wypatrując najmniejszych oznak paniki u upartego i nieprzewidywalnego trzyipółlatka. Nic. Wielbłądy przybyły, a Tolek nic. W końcu Michał wsadził go do siodła, a Tolek nic. Ruszyliśmy. Ja na drugim wielbłądzie z Kajem, który kołysany w nosidle usnął niemal natychmiast próbowałam zrobić jakiekolwiek zdjęcia, gnana myślą, że lada moment pierworodny przypomni sobie, że nie toleruje takich wysokości i z wrzaskiem zażąda przerwania wycieczki. A Tolo nic. Doszliśmy do punktu, gdzie Hank wprowadził wielbłądy do oceanu i wydał im komendę: Chlapnijcie. Wielbłądy posłusznie, znając zasady zabawy łupnęły nogami w wodę, po pierwsze porządnie ochlapując nas, a po drugie nieźle kołysząc siodłem. Tolo dalej nic!

20140406-IMG_5321

20140406-IMG_5328

20140406-IMG_5336

Normalna mina Tolka na wielbłądzie

Normalna mina Tolka na wielbłądzie

Mina pozowana do zdjęcia na blog

Mina pozowana do zdjęcia na blog

I wtedy to się stało. W samym środku lata, na zachodnim wybrzeżu, które jest jedną wielką pustynią schodzącą do oceanu w oka mgnieniu rozpętała się burza. Burza tak gwałtowna, że w ciągu słownie pięciu minut jej trwania byłam przemoczona cała, łącznie z majtkami, miałam przemoczonego całkowicie Kaja, który jakby nie było siedział opatulony grubym materiałem nosidła (tak, obudził się), a lustrzanka rozpaczliwie osłaniana ciałem musiała na chwilę zmienić się w wodnoodporną idiotkamerę. A przynajmniej o to się modliłam. Tolek nie uznający żadnego niekontrolowanego chlapania, nawet w wannie z Kajem, Tolek uciekający do domu przy pierwszej kropli deszczu, ten sam Tolek przesiedział tą nawałnicę bez jednego słowa, tylko mocno zacisnął powieki i pochylił główkę. Do dziś nie mogę w to uwierzyć. Gdy podjechaliśmy do platformy pod koniec wycieczki stwierdził tylko: Nie za bardzo lubię jeździć na łombandzie jak pada deszcz.

20140406-IMG_5358

20140406-IMG_5365

Wku…rzony Kaj, rozanielona mama i uhahany wielbłąd - bezcenne.

Wku…rzony Kaj, rozanielona mama i uhahany wielbłąd – bezcenne.

 

Ok, przejażdżka na łombandzie zaliczona. Zostaje tylko zagadka co mamy zrobić z pytaniem, które przy okazji tej samej zabawy zadał nam półtora roku temu syn pierworodny zsiadając z ramion Michała: Tato, a jak się jeci na miale?

Podpowiedź: do trzeciego roku życia na widok któregokolwiek z naszych kotów Tolek wołał: o, miał przyszedł. Czy ktoś więc może przez przypadek (???) wie, jak się jeździ na miale?

 20140406-IMG_5352

 

 

 

 

 

Zawód fotograf. W roli głównej (zamiast Redforda) mama.

 

Są takie blogi niesamowite, powalające na kolana, budzące niemy podziw i wywołujące mimowolne okrzyki zachwytu (pokrywane kaszlem, gdy okrzyk wyrwał się w czasie godzin pracy). Blogi, których czytający nie musi być z tych 2% społeczeństwa posiadającego rzadką umiejętność czytania ze zrozumieniem. Są to blogi podróżnicze, gdzie podróżującym jest zawodowy fotograf. On przy swoich wpisach nie musi umieszczać wielu słów, czasem wręcz złośliwie nic nie pisze będąc cynicznym wyznawcą teorii, iż dobre zdjęcie samo mówi o czym jest. Taki fotograf robi tysiące zdjęć rano lub pod wieczór, gdy nastaje „złota godzina” światła, najbardziej pożądana przez fotografów pora dnia. Czekając na nią robi kilkaset próbnych ujęć, głównie po to by wybrać kadr i właściwe miejsce. Wiadomo, że te niedoskonałe, przeczące zasadom fotografii przez duże ef zdjęcia zostaną wykasowane, bo przecież zrobione za wcześnie nic w sobie nie mają. A na pewno nie mają tego światła.

Potem w wybranym miejscu rozstawia solidny, ciężki statyw, a czasem też kilka innych szpanerskich gadżetów, takich jak kolorowe filtry na obiektyw, kłujących w oczy stojących obok amatorów z idiotkamerami lub nie daj Bóg z ipadami nastawionymi na robienie zdjęć. A potem powoli, w skupieniu, jakby na mszy lub podczas równie doniosłej chwili, naciska spust migawki swojego Canona 5d, zmieniając co jakiś czas parametry ustawień. W ten sposób powstaje dzieło.

Niestety, nasi Drodzy Czytelnicy, Wy powinniście znaleźć się jednak w tych 2% społeczeństwa, bo zdjęcia do czytanego przez was bloga robi mama. Może nie komórką, tabletem czy idiotkamerą (choć tą czasem owszem tak), ale jednak – mama, nie profesjonalny fotograf. Mama w podróży swoją „złotą godzinę” ma jak dzieci zasną, a wtedy jedynym źródłem światła jest latarka-czołówka i można przy niej co najwyżej w skupieniu, pośpiesznie wklepywać tekst, który za zadanie ma uchwycić to wszystko, czego zdjęcia nie dały rady. Stąd większość postów to słowotoki na kilka stron A4, tak długie, że nie da się ich czytać ukradkiem w pracy na komórce. Przepraszamy raz jeszcze. Przepraszamy tym bardziej, że jak na razie nie widzimy szans na poprawę, a wręcz przeciwnie.

Na drodze do Monkey Mia leży plaża, która od wielu, wielu lat była moim marzeniem. Tak jak Park Kakadu zobaczony iks lat temu w niedzielny poranek w puszczanym na Jedynce filmie przyrodniczym, tak i Shell Beach utkwiła mi w pamięci i cierpliwie czekała na swoją kolej odhaczenia z listy „marzenia do zrealizowania”. Teraz to nastąpiło. Jak tak dalej pójdzie z tym spełnianiem fantazji z lat nastoletnich podczas tej podróży, to jak nic w Sydney w hotelu powinno na mnie czekać zaproszenie na kolację z Costnerem. Oczywiście kilkanaście lat młodszym, tak z czasów „The Bodyguard”.

Muszelkowa plaża w Wulgadzie jest zwyczajnie niezwykła. W tutajszych hipersłonych wodach oceanu żyje sobie stworzonko zwane Fragum erugatum, taki pospolity małż z rodziny sercówkowatych. Niezwykłe natomiast jest to, że w Shark Bay na metr kwadratowy przypada nawet cztery tysiące sztuk tego małża, oczywiście mówimy o osobnikach żywych.

20140405-IMG_5094

20140405-IMG_5064

Zatoczka L’haridon Bight podobnie jak Hamelin Pool ma ponadnormalne zasolenie wynikające ze specyfiki ukształtowania jej dna oceanicznego i położenia. Suchy, ekstremalnie gorący klimat z minimalną ilością opadów deszczu i tylko jedną sporadycznie (czyli raz na kilkanaście lat) wpadającą do zatoki rzeką dają w efekcie śmiesznie małą ilość słodkiej wody mieszającej się z wodą oceanu. Na dodatek woda morska dostająca się przy przypływach do zatoki nie ma jak się z niej wycofać, bo blokuje ją ciężka do pokonania przy odpływie bariera z traw morskich. Pozostawiona, szybko paruje zostawiając w niecce zatoki sól. I tak w koło do znanego efektu.

W tak słonej wodzie niewiele stworzeń jest w stanie przeżyć i to nie tyle ze względu na jej smak, ale na zjawisko osmozy. Większość żyjątek po prostu wyschłaby na wiór, bo woda z ich komórek przeniknęłaby przez błonę komórkową do wody zatoki, w nieskutecznej próbie przywrócenia równowagi pomiędzy płynami znajdującymi się po obu stronach (kto nie rozumie, niech zerknie do podręcznika biologii). Nasz malutki małż natomiast za pomocą procesów chemicznych jest w stanie to zjawisko powstrzymać. Taki mały, a daje radę, budujące prawda? Gdyby ktoś dociekliwy (lub ten, kto przeczytał podręcznik biologii dla zaawansowanych) chciał się teraz dowiedzieć czym taki małż się żywi w wodzie, w której właściwie nie ma planktonu, to bardzo proszę – służę wyjaśnieniem. Odpowiedzią jest symbioza jaką Fragum erugatum zawarł z zooksantellem, jednokomórkowym fotosyntetyzującym glonem (to najbardziej przemądrzałe zdanie jakie napisałam do tej pory). W uproszczeniu wygląda to tak, że glon żyje sobie na miękkim ciele małża, chroniony przez jego muszlę. Gdy jest dzień, to muszla się otwiera, małż zaczyna się opalać, a glon z dostarczonego mu światła i dwutlenku węgla produkuje odżywcze składniki dla małża. Sedno symbiozy polega na tym, żeby małż był zanurzony na odpowiedniej głębokości, tak żeby ani nie spalić się od mocnych promieni słońca, a jednocześnie otrzymać odpowiednią ich ilość.

Jak to wygląda bez uproszczenia – polecam wspomniany podręcznik dla zaawansowanych.

20140405-IMG_5069

Kończąc temat – milony, miliony, miliony martwych Fragum erugatum’ów, a raczej ich skorupek przez pływy są codziennie wyrzucane na brzeg od kilkuset tysięcy lat. Zbijają się w twarde podłoże (podobne do skały wapiennej), z którego kiedyś wycinano tutaj bloki i stawiano z nich ściany do budowy domostw. Dziś plaża objęta jest ochroną, domów z muszli już się nie buduje, a muszli przybywa. Ponoć można tutaj kopać na głębokość ponad dziewięciu metrów i ciągle nie dokopie się do podłoża innego niż zmiażdżone skorupki Fraguma.

I właśnie tą plażę chciałam zobaczyć.

20140405-IMG_5067

Pierwszy raz przyjechaliśmy na nią w środku dnia. Pusta, praktycznie bez ludzi. Zaskoczyły nas dzieci, a szczególnie Tolek, który zupełnie zignorował fakt chodzenia po ostrych muszelkach i nic sobie z nich nie robił. Jak pomyślę o awanturach, które pół roku temu urządzał nam na piaszczystej plaży w Portugalii, to nie mogę uwierzyć, że to jest to samo dziecko ; )

Elegancko założona stópka na stópkę to podstawa na takiej plaży : )

Elegancko założona stópka na stópkę to podstawa na takiej plaży : )

20140405-IMG_5076

Jeszcze nie chodzi, ale już stoi :)

Jeszcze nie chodzi, ale już stoi :)

 

Chwilę posiedzieliśmy, poprzesypywaliśmy muszelki między palcami, pokopaliśmy dołki (nie dziewięciometrowe, ale i tak spore), pogapiliśmy się w chmury i pojechaliśmy dalej. W takim świetle zdecydowanie nie dało się robić żadnych zdjęć. Tyle to nawet ja, mama-amator-fotograf wiem.

20140407-IMG_5906

Zgodnie z umową wróciliśmy tutaj dwa dni później, tak żeby zdążyć na światło przed zachodem słońca. Bez wnikania w szczegóły, oczywiście przyjechaliśmy spóźnieni, ale nie na tyle, żeby panikować. Jeszcze nie. Zgodnie z wcześniejszymi ustaleniami Michał poszedł na spacer brzegiem morza, żeby przez chwilę złapać oddech (kto jest rodzicem wie, że takie choćby krótkie samotne chwile są więcej warte niż niejedna kilkunocna impreza studencka), a ja zajęłam się potomstwem. Potem miała być zmiana. I nagle kilka rzeczy wydarzyło się jednocześnie. Po pierwsze słońce przyśpieszyło i zaczęło świecić niskim, złotym światłem wcześniej niż mi się wydawało, że powinno. Widzę, że moja chwila, jedna jedyna szansa na dobre zdjęcia z miejsca marzeń zaczyna uciekać, a Michał jest na końcu plaży poza zasięgiem mojego wrzasku i rozpaczliwego machania rękoma.

Tam gdzieś w oddali spaceruje Michał

Tam gdzieś w oddali spaceruje Michał

Próbuję ratować sytuację prosząc dzieci, żeby pokopały dołki w muszelkach, a mamusia pobiegnie na brzeg zrobić kilka zdjęć. W tym momencie Kaj zaczyna płakać, bo w pieluszce pojawiła mu się ogromna kupa, a tego Kaj nie lubi, i jednocześnie Tolek oznajmia, że on też musi swoje zrobić. Teraz, nie za chwilę. Gdzie??? Do krzaków i toalety plażowej jest dobre trzysta metrów, nie ma szans, żebym je ekspresowo przebyła niosąc po sypkich muszlach i muszlowych wydmach wrzeszczącego Kaja i potrzebującego Tolka (bo przecież w tej sytuacji sam nie pójdzie, bo musi zaciskać nogi). Nie mam przy sobie ani nocnika podróżnego, ani żadnej reklamówki, a przecież nie wykopię mu dołka w muszelkach. Nie wykopię? Cholera. Kopię dołek, przewijam Kaja, łapię koc porywany przez podmuchy wściekłego wiatru, macham bezskutecznie do Michała, który wolno, kontemplując chwilę i otoczenie spaceruje brzegiem morza, i przeklinam słońce schodzące coraz niżej w tempie ekspresowym, zupełnie niezgodnym z nauką o ruchu planet. Wściekła, rozczarowana, gotowa zamordować nic niewinnego własnego męża, zastanawiam się, czy to może jednak jakiś zły sen.

20140407-IMG_5846

20140407-IMG_5900

20140407-IMG_5866

W końcu Michał zaczyna wracać, gdy jest już wystarczająco blisko, porzucam dzieci na jego rzecz, ignoruję wrzask rozpaczy potomstwa na widok oddalających się pleców mamy i z aparatem biegnę w stronę oceanu. Pamiętacie oczywiście co robi profesjonalny fotograf przygotowując się do zdjęcia? Wybiera kadr, pstryka kilkadziesiąt próbnych ujęć, ustawia statyw, itp. Ja za to pokonałam swój rekord w sprincie po sypkim podłożu, dopadłam do brzegu i ignorując kadr, ustawienia i łzy złości, próbowałam zrobić choć jedno zdjęcie, które będzie w sobie miało wspomnienie tamtego miejsca. Bo przecież właściwe zdjęcie nie potrzebuje słów, żeby coś opowiedzieć, prawda? Szlag.

20140407-IMG_5874

20140407-IMG_5870

20140407-IMG_5856

20140407-IMG_5908

 

Bardzo standardowym ujęciem z Australii jest żółty ostrzegawczy znak drogowy z jednym z typowych, występujących tylko tutaj zwierząt: kangurem (bardzo standardowe), koalą (sympatycznie standardowe), emu (szpanersko standardowe, bo te znaki są tylko w outbacku) lub diabłem tasmańskim (ambitnie standardowe, bo wymaga podróży na antypody antypodów, czyli do Tasmanii). Podczas naszej podróży widzieliśmy je wszystkie. I za każdym razem, gdy najrzadsze z nich (diabeł i emu) pojawiały się w miejscu, gdzie można było bezpiecznie się zatrzymać, nasze dzieci smacznie spały w fotelikach. Każdy rodzic wie, że dziecko w foteliku śpi, dopóki samochód jedzie. I jakimś nieznanym wciąż nauce cudem dzieci rozróżniają pracę silnika, gdy auto stoi w korku od tej, gdy auto stanęło na poboczu, bo rodzic wyskoczył zrobić zdjęcie.

Kiedyś próbowaliśmy je przechytrzyć (w tym momencie wszystkie dzieci wybuchają gromkim śmiechem) i wysiadłam, gdy Michał powoli jechał poboczem. Oczywiście się obudziły.

Jedyne więc zdjęcie z typowym dla australijskich dróg znakiem drogowym mamy sprzed sześciu lat, gdy podróżowaliśmy jako beztroskie nieznające życia DINKi.

2007-10-22_07-21-56_2253 of 3049

Na pocieszenie w Australii Zachodniej trafił nam się naprawdę wyjątkowy rarytas.

20140407-IMG_5682

Ta dziwna krzyżówka myszy z królikiem to wielkouch króliczy, gatunek torbacza z rodziny Thylacomyidae (łacińska nazwa oznaczająca mysz z torbą), jeśli to kogoś interesuje. Dla Australijczyków – po prostu Bilby. Zagrożony wyginięciem zwierzak występuje już właściwie tylko w Australii Zachodniej na północy. Żyje w wykopanych przez siebie korytarzach, w których chroni się przed upałem, a na żer wychodzi w nocy i wtedy poluje na larwy, świerszcze, jaszczurki, pająki, nie gardząc też owocami i nasionami. Torbę na swoje młode ma otwieraną do tyłu, co jak się zastanowić jest dość logiczne u kopaczy (inaczej jego dzieci od wczesnego niemowlęctwa musiałyby uczyć się zamiatania podłogi domu). Natomiast uszy Bilby’ego nie służą do machania gdy zobaczy przelatującego Dumbo, tylko do odprowadzania ciepła i lepszego słyszenia w nocy.

 

Ze względu na dramatyczny spadek populacji i zniknięcie z natury pozostałych pięciu podgatunków Bilby’ego prowadzone są najróżniejsze akcje mające na celu zwiększenie liczby tych stworzeń, choć jak na razie sytuacja jest niewesoła. Wesoły jest natomiast jeden z pomysłów, żeby rozpropagować ideę ochrony Bilby’ego i zebrać na nią fundusze. Mianowicie Australijczycy zaczynają zastępować symbolicznego króliczka wielkanocnego sylwetką wielkanocnego Bilby’ego. Jest więc Bilby czekoladowy, w koszyczku, w jajeczku i na wielkanocnych kartkach z życzeniami.

 

Podejmuję kolejną próbę zrobienia zdjęć o zachodzie słońca. Jesteśmy na kempingu w Monkey Mia, do plaży mam pół minuty od zaparkowanego kampera, niebo jest boskie – z porozrzucanymi pierzastymi chmurami, które za sekundę zaczną barwić się na fiolety, róże, błękity, czerwienie i pomarańcze, plaża ikoniczna z palmami i muszlami, nic tylko w końcu rozstawić statyw i pstrykać. Ha, ha, ha. Michał utknął w kempingowym biurze rezerwując wycieczki na dzień następny (obsługiwany oczywiście przez zagraniczne studentki, które jak wszędzie tak i tu nic sobie nie robią z wymogu uprzejmości wpisanego w australijski klimat). Ja znów mam dwójkę potomstwa na głowie, a przynajmniej pod nogami. Dzielnie postanawiam wziąć ich na plażę, dać łopatki i wiaderka i jakoś spławić na pół godziny. Mam już na jednym ramieniu zapakowaną torbę z kocem, ręcznikami, zabawkami, okularkami słonecznymi, kremem z filtrem, bluzami z dłuższym rękawkiem, podróżnym nocnikiem (!), wilgotnymi chusteczkami, zwykłymi chusteczkami, kapeluszami na słońce i butami do brodzenia w wodzie (do wyjaśnienia w innym poście). Na drugim ramieniu mam aparat z obiektywem zmiennoogniskowym z filtrem polaryzacyjnym, w kieszeni stałkę bez filtra, w drugiej kieszeni filtry szare, wężyk spustowy, pod ramieniem (jednym z dwóch) statyw, również pod ramieniem (tym drugim) Kaja, a za rączkę trzymam Tolka. I w tym momencie rozlega się (bo czemu by nie): Am.

Am – pora kolacji.

Tolek załapuje od brata i zaczyna pełnym zdaniem w języku polskim domagać się wieczornego posiłku, więc nie mam szans wywinąć się szybkim napojeniem młodszej latorośli mlekiem z cycka. Nie mam też żadnych ciastek, lizaków, bananów, super słodkiego, gęstego i niezdrowego soczku w typie Kubusia, czekolady, plasterka wędliny czy kromki chleba. Nie mam, bo nie zrobiliśmy zakupów, jedyny sklep na kempingu (i jedyny w promieniu 50 km) zamknięty do dnia następnego do 8 rano, a w naszej szafce jest tylko makaron. Dzieci uwielbiają makaron, niestety nie suchy. Gotuję więc spaghetti w kamperowej kuchni, oglądając przez tylnie drzwi spektakl barw na niebie, a synowie kopią sobie łopatkami plażowymi dołki dookoła samochodu. Staram się nie myśleć, nic nie myśleć, po prostu mieszam makaron.

Am. Cała miska am.

Am. Cała miska am.

Jeszcze am.

Jeszcze am.

I jeszcze jedno am.

I jeszcze jedno am.

Aaaa, mama zakopuje się w moim dołku!

Aaaa, mama zakopuje się w moim dołku!

Zachód słońca – podejście trzecie (bo kto jeśli nie matka ma nieskończone pokłady cierpliwości i uporu?). Jest takie miejsce w Cape Range National Park, gdzie można snorkelować tuż nad niesamowitymi skupiskami rafy koralowej, ale tylko o określonej porze, innej każdego dnia. Chodzi o to, że rafa jest tak blisko powierzchni, że pływając nad nią w innym czasie niż szczyt przypływu można by płetwami uszkodzić koralowce. Gdy tam pojechaliśmy przypływ był późnym popołudniem. Michał miał straszną ochotę na taką przygodę, ja generalnie wolę rafę oglądać na filmie, więc zaoferowałam się, że w tym czasie popilnuję dzieci na brzegu. Oczywiście okazało się, że brzeg dostarczał co centymetr niesamowitych tematów do pocztówkowych zdjęć, właśnie zaczęła się złota godzina, a dzieci nijak nie dało się bezpiecznie spuścić z oka, bo miejsce było bardzo kamieniste, z chwiejącymi się głazami (doskonałymi do wspinania się zwłaszcza przez Kaja, który jeszcze nie opanował chodzenia), a brzeg to nie piaszczysta, łagodnie schodząca do wody plaża, tylko skalne, ostre urwisko.

20140410-IMG_6084

Natomiast pomiędzy głazami leżały porozrzucane fragmenty koralowców, fantazyjne muszle wciśnięte w piaszczyste zlepieńce, kamienie niezwykłe w kształcie i fakturze.

20140410-IMG_6070

20140410-IMG_6058

20140410-IMG_6056

20140410-IMG_6078

20140410-IMG_6052

Świerzbiło mnie, oj jak świerzbiło, żeby jednak nie zmarnować okazji i coś strzelić. Znalazłam dzieciom w miarę bezpieczny głaz, dałam trochę kawałków koralowca do zabawy, obiecując lizaka kazałam Tolkowi kablować na Kaja, gdyby ten za bardzo zbliżył się do urwiska nad oceanem i przepadłam. Jedno oko w wizjerze, drugie na dzieciach (rozłażących się w dwie strony), trzecie wyszukiwało kolejne kadry, czwartym sprawdzałam, czy mi mąż nie utonął.

20140410-IMG_6063

20140410-IMG_6057

O!

O!

Gdzie jesteś krabiku?

Gdzie jesteś krabiku?

20140410-IMG_6089

20140410-IMG_6096

No może nie jestem dumna z tego jak przez te pół godziny opiekowałam się dziećmi, ale ze zdjęć trochę tak ; )

Na szczęście nikomu nic się nie stało, Michał stwierdził, że słońce jest już za nisko i pod wodą nic nie widać, więc przez ostatnie minuty światła zajął się chłopcami, a ja w końcu mogłam poszaleć.

20140410-IMG_6102

20140410-IMG_6094

20140410-IMG_6075

20140410-IMG_6051

20140410-IMG_6108

O ile zachody słońca jakoś nie są mi pisane, o tyle wschody – jak najbardziej. Tyle tylko, że wtedy jestem zbyt wkurzona kolejną za wczesną pobudką przez wyspanego oseska i akurat nie uroki przyrody mi wtedy zaprzątają myśli. Zresztą nawet gdybym chciała, to i tak nic bym nie zrobiła z aparatem, bo nie zostawię w aucie samotnego, obudzonego Kaja (Michał z Tolkiem śpią w najlepsze na górnym łóżku), a z Kajem robienie zdjęć za bardzo przypomina przemoc domową, bo ten niestrudzenie z wrzaskiem i pięściami próbuje zawładnąć moim aparatem, obiektywem, lub choćby possać wężyk spustowy.

Udało mi się raz – gdy wyjeżdżaliśmy z kempingu niedaleko Shell Beach, żeby dojechać gdzieś w okolice Exmouth. To była długa droga, ponad 700 kilometrów, więc planowaliśmy wyruszyć tuż po tym, jak kangury przestaną wyskakiwać z ciemności na drogę. Dzieci jeszcze jakimś cudem spały, a my przygotowaliśmy w szarówce auto do drogi. Od czasu do czasu, kręcąc się po obozowisku naciskałam spust migawki. Fajnie było.

20140408-IMG_5911

20140408-IMG_5920

Do Exmouth jednak tego dnia nie dojechaliśmy. Zatrzymaliśmy się na noc zupełnie pośrodku niczego, na parkingu do nocowania tuż obok jedynej biegnącej w tamtą stronę drogi. Przygotowaliśmy kolację, a potem dzielnie próbowaliśmy nakarmić dzieci odganiając wszechobecne muchy, które po długiej przerwie znów się pojawiły (po prostu w okolicy, czyli jakieś 100 lub 200 km stąd było stado krów). Dzieciaki oczywiście były nimi zirytowane (muchami, nie krowami), więc marudziły na całego i do nakarmienia dwójki potrzebna była dwójka dorosłych. Problem w tym, że altanka ze stołem stała jakieś trzysta metrów od miejsca, gdzie znajdował się świetny kadr – samotne drzewo na tle pustyni.

20140408-IMG_5923

Drzewo z białą korą i srebrnozielonymi listkami (eukaliptus znaczy się), oświetlone zachodzącym słońcem od właściwej strony, a za nim pasy lawendy i fuksji, czyli malowane pastelami niebo. Brzmi nieźle, prawda? Tak też sobie myślałam uskuteczniając sprinty pomiędzy karmieniem Tolka kolejnymi łyżkami kaszki, a robieniem zdjęć, każdego z innym nasyceniem barw. I tak kilkanaście razy.

20140408-IMG_5939

20140408-IMG_5943

W końcu Tolo zjadł i uciekł przed muchami do kampera, a ja pomyślałam, że teraz pójdę i na spokojnie zrobię ostatnie ujęcia. Odchodziłam od altanki piknikowej, gdy zawołał mnie Kaj. Coś nie pozwoliło mi tego okrzyku zignorować, odwróciłam się więc w jego stronę. A mój malutki synek puścił się ławki i zrobił dwa pierwsze w swoim życiu, mocno chybotliwe kroki do mnie. Lustrzanka (niby nie Canon 5d, ale jednak coś warta plus nienajgorszy obiektyw) wypadła mi ręki na kamienie (wspominałam o tym, że profesjonaliści zawsze, absolutnie zawsze mają body zawiązane paskiem dookoła nadgarstka? Ale oni nie karmią co 30 sekund trzylatka kaszką w trakcie robienia zdjęć). Złapałam roześmianego i strasznie dumnego z siebie Kaja ratując jego kolanka przed siniakami i pal licho sześć lustrzankę. Był 8 kwietnia 2014 roku i nasz syn właśnie zaczął chodzić. Żadne ujęcie nie ma szans się wywołać takich emocji.

20140408-IMG_5930

O czym marzy sinica i dokąd idą bakterie po śmierci

Obrażał każdego bez względu na stanowisko, zawód, zapatrywania polityczne. Demaskował hipokryzję i głupotę, kopał po fasadzie moralności całe społeczeństwo. Nie było dla niego świętości, tematu tabu ani osób nietykalnych. Największy skandalista i komik – Larry Flynt, wydawca Hustlera.

Teraz pora na mnie.

Aha, już widzę jak część czytających zaczyna uśmiechać się na myśl o zdjęciach w poście ; ) A przecież tu o słowo pisane idzie. Obraziłam już swoim tłumaczeniem zoologów (w tekście o jadowitych zwierzętach Australii i ich nitkach), śmiertelnie podpadłam geologom (w tym Edziowi i Karolkowi), pora na biologów.

Biologom podniesiemy ciśnienie tłumacząc tablice o stromatolitach.

20140405-IMG_4978

Hamelin Pool było naszym pierwszym celem w Australii Zachodniej. Kiedyś, gdy Tolek zafascynowany eksperymentami w przedszkolnym ogródku chciał dowiedzieć się czegoś więcej o wulkanach, obejrzeliśmy stosowny odcinek BBC Earth. Tam właśnie zobaczyliśmy setki dziwnych grzybkowych stożków (wiem, że brzmi to nielogicznie, ale to mój post i mi wolno) wystających ponad wodę w Shark Bay, jednym z nielicznych miejsc na ziemi, gdzie można znaleźć wciąż żyjące morskie stromatolity.

20140405-IMG_4974

Stromatolity to formacje skalne utworzone z martwych sinic, które opadając tworzą warstwy osadowe w różnym kształcie – stożków lub placków. Oczywiście wśród nich, w minikorytarzach i jamkach dalej żyją sobie w swoim chroniącym przed słońcem i promieniowaniem UV śluzie inne bakterie, a raczej ich kolonie. Bo wchodząc głębiej w kwestię tego śluzu (aha, zaczyna się skandalizowanie) cała historia ma początek w macie mikrobiologicznej, w której tysiące gatunków bakterii formuje różne społeczności żyjące w klasycznej symbiozie. W tych najbardziej zróżnicowanych matach, takich jak te z Shark Bay metr kwadratowy może być zamieszkany nawet przez 3 miliardy pojedynczych bakterii. A sama mata rośnie w dość prosty sposób. Najpierw luźne cząstki maty (takie miniskupiska) unoszą się swobodnie w wodzie. Potem światłolubne bakterie zaczynają tworzyć więzy pomiędzy tymi cząstkami, łącząc je w jeden większy, stabilniejszy organizm. Wtedy kolejne bakterie zaczynają wypełniać luki w tych łączeniach, produkując różne różności wzajemnie sobie potrzebne (tleny, dwutlenki i takie tam). Jak już zostało powiedziane martwe sinice opadają i tworzą stożkowate skamieliny, które nazywamy stromatolitami. Nie udało mi się dowiedzieć co dzieje się z pozostałymi bakteriami gdy umierają. Skoro nie opadają stając się częścią składową stromatolitów (rozumowanie a contrario) to pewnie idą do nieba (ostrzegałam, że będzie skandalizująco).

20140405-IMG_4971

20140405-IMG_4952

Maty mikrobiologiczne są najwcześniejszymi ekosystemami na świecie. Są na Ziemi od trzech i pół miliardów lat, a to ponad 75% geologicznej historii naszej planety. Mało tego – sinice żyjące w Hamelin Pool są bezpośrednimi potomkami najstarszej formy organizmów fotosyntetyzujących, czyli zmieniających związki nieorganiczne w organiczne.

Przez prawie dwa miliardy lat sinice były jedyną formą życia na ziemi. Szczerze mówiąc było bardzo prawdopodobne, że taki stan trwałby do dziś, bo żyło im się bardzo dobrze – odpowiednia temperatura, światło, brak innych form życia niszczących kolonie sinic i ich kryjówki wypełnione śluzem w stromatolitach.

20140405-IMG_4963

20140405-IMG_4955

 

 

Skoro nie ma potrzeby, to po co się zmieniać? Na szczęście około 700 milionów lat temu na Ziemi pojawila się jedna z najcięższych epok lodowcowych. Nie znamy przyczyn jej zaistnienia, wiemy tylko, że w dość krótkim czasie cała planeta, łącznie z równikiem została pokryta grubą warstwą lodu. Przyczynił się do tego efekt sprzężenia zwrotnego – lód odbija promienie słoneczne, więc coraz trudniej jest ogrzać powierzchnię, a w efekcie kolejne tereny zaczynają pokrywać się lodem, który wzmaga efekt odbijania ciepła, itd. W najcieplejszych miejscach Ziemi temperatura nie była wyższa niż -20 stopni Celcjusza (cytuję naukowców, nie że się mądrzę). Zapanowała epoka “Ziemi Śnieżki”. Co nas uratowało? Wulkany właśnie. Wybuchając wciąż spod czapy lodu grubego niejednokrotnie na kilometr wgłąb, wyrzucały do atmosfery dwutlenek węgla. Po mniej więcej stu milionach lat (przyznajcie, że w kontekście tych wydarzeń stanie w korku kilkugodzinnym, żeby na długi weekend wyjechać z Warszawy to pestka) ilość dwutlenku była wystarczająca by zatrzymać ciepło potrzebne do roztopienia lodu. W przeciągu kilku tysięcy lat (niesamowite przyśpieszenie!) temperatura w niektórych miejscach na ziemi zmieniła się z -50° na + 50°C. Potem powoli się ustabilizowała. Okres Ziemi Śnieżki przetrwały nieliczne sinice, czyli organizmy jednokomórkowe. Jednak tak gwałtowne zmiany spowodowały, że zamiast znów pokryć Ziemię stromatolitowymi stożkami, bakterie zapragnęły być czymś/kimś więcej. Nie wiemy jak (a przynajmniej ja nie wiem) ale właśnie w tym okresie pojawiły się najpierw bardziej dorodne, podłużne organizmy jednokomórkowe, a potem … zwierzątka Edzia i Karolka, czyli nasza znajoma wielokomórkowa fauna ediakarańska. To był największy w historii naszej planety skok ewolucyjny. Stromatolity zostały strącone z piedestału. Pojawienie się różnorodnego życia uniemożliwiło sinicom spokojne i powolne budowanie swoich stożków, bo te były u podstaw niszczone przez stwory żyjące w wodzie (choćby poprzez deptanie czy poruszanie gwałtowne wodą).

20140405-IMG_4961

Dlatego tak rzadko można obecne zobaczyć żyjące stromatolity. W Hamelin Pool jest to możliwe, ponieważ jego wody są dwukrotnie bardziej słone niż normalne wody oceaniczne, a to eliminuje z tak ekstremalnego środowiska większość zwierząt, w tym roślinożerne ślimaki, które uniemożliwiają wzrost stromatolitów.

 

Żywy dowód na zaprzeczenie tezy z tablic informacyjnych o braku życia w zasolonej wodzie

Żywy dowód na zaprzeczenie tezy z tablic informacyjnych o braku życia w zasolonej wodzie

Gdy planowaliśmy trasę po Australii wiedzieliśmy, że nie możemy tu nie przyjechać.

Teraz, w promieniach nieubłaganego słońca (a to teoretycznie australijska jesień) spacerowaliśmy po pomoście i oglądaliśmy te same stożki, które pół roku zafascynowały nas podczas seansu filmowego w naszym salonie. Dziwne, wspaniałe uczucie.

20140405-IMG_4966

20140405-IMG_4994

20140405-IMG_5052

20140405-IMG_5042

Tylnia kanapa auta – wykorzystanie kiedyś i dziś ;)

Przygotowując się do podróży mieliśmy zarysowany plan tego co chcemy zobaczyć. Tak już mamy, że wolimy wiedzieć co widzimy, rozumieć o czym do nas mówią, i nie popełniać zawstydzających głupot dotyczących polityki, religii i największych problemów społecznych miejsca, do którego jedziemy. Czytamy, oglądamy, analizujemy. Plan jest nam potrzebny choćby po to by porezerwować największe wydatki – wypożyczenia samochodu, przeloty samolotem, dłuższy pobyt w jednym miejscu. Jednocześnie jesteśmy otwarci na to, co droga zaproponuje. W ten sposób zupełnie niespodziewanie pojechaliśmy na pustynię i zrobiliśmy pętlę Adelajda – Coober Pedy – Lightning Ridge – Sydney. Pierwotnie po Tasmani mieliśmy skierować się na wschodnie, najbardziej cywilizowane wybrzeże kontynentu. Tym razem jednak nic z niego nie zobaczyliśmy i była to świadoma decyzja, gdy w jednej z informacji turystycznych wpadła nam w ręce broszurka o regionie Flinders Rangers, a potem o całej Australii Południowej.

Jeszcze w Polsce zastanawialiśmy się czy damy radę ogarnąć dwa inne duże punkty podróży – przelot do Alice Springs, a stamtąd pod Uluru i Kata Tjutę, oraz podróż wzdłuż mitycznego zachodniego wybrzeża.

W połowie podróży, na kempingu przed Grampianami, siedzieliśmy w wynajętej kabinie i szarpiąc włosy na głowie próbowaliśmy zmusić kalendarz, żeby jednak jakoś się rozciągnął. Nijak nie daliśmy rady, niepełne cztery miesiące pobytu w Oz miały tyle dni, ile miały. Trzeba było wybrać – Czerwony Środek czy dzikość australijskiego Dzikiego Zachodu. Pod Uluru już kiedyś byliśmy, więc z żalem (a jakże by inaczej skoro każdy wybór oznacza jakąś stratę) postanowiliśmy ruszyć w stronę zachodzącego słońca.

Aby jednak od strony obrazu relacja z Australii była pełna, obiecuję, że wrzucimy w jednym z końcowych postów trochę zdjęć z tamtej podróży, tak żeby byla i ikoniczna Czerwona Skała i nowoczesne, turystyczne wschodnie wybrzeże i jeden z cudów świata – piaszczysta Fraser Island.

Siedząc pół nocy w kucki na podłodze pomiędzy kuchenką, sedesem i łóżkiem, na którym spały nasze pociechy (pisałam już kiedyś o imponujących rozmiarach najtańszych kabin kempingowych?), wychwalając pod niebiosa uciekającą sieć i zacinające się strony, próbowaliśmy zorganizować przelot na zachodnie wybrzeże. I tu drobny przypis – warunki w jakich organizowaliśmy ostatni etap naszej podróży okazały się być kluczowe do pewnego wydarzenia, do którego niedługo się przyznamy.

Znalezienie sensownego lotu okazało się jednym z cięższych wyzwań. Na mapie są zaznaczone lotniska zarówno w Exmouth jak i w Denham, czyli tam gdzie docelowo chcieliśmy dotrzeć. Jednak do Exmouth latały tylko jedne linie komercyjne i bilety kosztowały naprawdę majątek (prawie tyle co lot Warszawa – Sydney), a do Denham trzeba było zorganizować prywatny czarter z Perth. My jednak nie z tej kategorii turystów.

Pozostał nam zwykły lot do Perth, o tyle kłopotliwy, że z miasta do pierwszej atrakcji turystycznej czyli Monkey Mia było bagatela 900 km nudną trasą, którą potem trzeba było pokonać z powrotem. Do tego z Monkey Mia do Ningaloo Reef kolejne ponad 850 km, też do pokonania w obie strony. Krótko mówiąc lecąc do Perth do 1700 km trasy musieliśmy dodać kolejne, zupełnie niepotrzebne 1800 km. Był to problem biorąc pod uwagę, że zostało nam mało czasu na pobyt tam i wyglądało na to, że większość spędzimy w drodze. Nie brzmiało zachęcająco, ale byliśmy zdeterminowani.

Kolejną niespodzianką okazał się brak możliwości wypożyczenia auta na tyle dni, ile byśmy chcieli. Skonsternowani zadzwoniliśmy do Britza uprzejmie pytając dlaczego nie ma dostępnych samochodów przy rezerwacji z półtoramiesięcznym wyprzedzeniem. A pan równie uprzejmie poinformował nas, że jest mu niezmiernie przykro, ale nic nie może poradzić, bo w wybranych przez nas datach wypada Wielkanoc, takie popularne święto kiedy Australijczycy ruszają na długi weekendy, i samochody są porezerwowane już od pół roku. Ups.

W końcu udało nam się zlokalizować ostatni wolny kamper w wypożyczalni z sieci Apollo i zgrzytając zębami klepnęliśmy rezerwację. To była wariacka decyzja, bo zmieniła i tak nasz napięty program na jeszcze bardziej napięty, gdzie więcej czasu zajmie nam podróż pomiędzy punktami niż cieszenie się atrakcjami.

Potem kupiliśmy bilety samolotowe kilkakrotnie przeładowując zacinającą się stronę i w końcu około trzeciej w nocy poszliśmy spać.

A teraz na początku kwietnia dotarliśmy tu. W Apollo dostaliśmy nasz nowy dom i jakoś próbowaliśmy się w nim zorganizować. Od razu przekonaliśmy się, że jednak standard wykończenia/wyposażenia auta jest o poziom niższy niż w Britzu. Tam do samochodu dostaliśmy sensowny komplet garnków i kuchennych utensyliów, sztućce, nietłukące plastikowe talerze i kubki plus mnóstwo sprzętu kempingowego, w tym dziecięce krzesełko. Tutaj garnek był jeden w rozmiarze odpowiednim do zagotowania dwóch jajek, kubki i talerze szklane i zdekompletowane, brak sitka, misek, i tym podobnych potrzebnych rzeczy. Ale za to był czajnik elektryczny i … toster (dzięki ci, o kulturo anglosaska!).

Rozpakowując się dziękowaliśmy Ibisowi za przechowanie naszych bagaży, bo kamper z założenia nie ma bagażnika, co jest dość dziwnym uczuciem dla osób przyzwyczajonych do osobówek. A ponieważ wzięliśmy jedną z najtańszych wersji, więc zabudowa ze schowkami też była dość uboga i w efekcie większość rzeczy musieliśmy trzymać w torbach podróżnych, które podczas jazdy leżały luzem na podłodze pomiędzy tylnimi fotelami. Na postoju, żeby móc korzystać z wnętrza, trzeba je było eksmitować na zewnątrz, a na noc upychać pod rozłożonym łóżkiem. Brzmi niby skomplikowanie, ale z perspektywy czasu nie mamy wątpliwości – podróżowanie kamperem jest o niebo łatwiejsze niż z namiotem. Możliwość przygotowania posiłków czy choćby herbaty na miejscu, bez biegania do kempingowej kuchni, zjedzenia obiadu w miarę cywilizowany sposób, szybsze składanie się i rozkładanie dobytku, a przede wszystkim co dla mnie miało znaczenie – kawałek bezpiecznego podłoża po którym mogłam puścić raczkującego Kaja.

IMG_4899

W ramach przyzwyczajania się do auta pojechaliśmy na parking supermarketu po zapasy spożywcze i wino, co w sumie czasem na jedno wychodzi. A potem ruszyliśmy w drogę. Nie ujechaliśmy niestety daleko, bo Kajowi nie spodobała się zbyt duża odległość dzieląca go od rodziców – fotele dzieci były ulokowane w połowie długości auta, potem była kanapa przekształcana w łóżko, a potem dopiero przednie siedzenia. Jednocześnie auto było tak potwornie hałaśliwe, że nasz kochany Mrówek przy nim jest ideałem sali koncertowej. Nijak nie dało się z dziećmi rozmawiać, zabawiać czy puszczać muzykę. Kaj darł się wniebogłosy bite 45 min, po których się poddaliśmy i zrobiliśmy przemeblowanie – ja usiadłam koło niego z tyłu, a Tolek ze swoim fotelikiem powędrował na przód. Tolo był wniebowzięty, Kaj przestał drzeć się wniebogłosy, a ja błagałam niebiosy, żeby przez dwa tygodnie oszczędziły mi choroby lokomocyjnej.

Pierwszego dnia dojechaliśmy jakieś 200 km za Perth. Tam przy trasie znaleźliśmy miejsce postojowe, o czym warto wspomnieć, bo jest to swego rodzaju ewenement występujący prawie wyłącznie w Australii Zachodniej. Ponieważ dróg jest tu jak na lekarstwo, a jedno miasteczko od drugiego dzieli nierzadko 700 km, to wzdłuż głównych tras są wyznaczone (i oznaczone w każdym atlasie) publiczne miejsca na nocleg. Darmowe, czasem z toaletą, czasem bez, ale moża na nich bezpiecznie stanąć i przeczekać noc. Na naszym byliśmy zupełnie sami. Zaparkowaliśmy auto, szybko i sprawnie zrobiliśmy kolację korzystając z wody z wbudowanego w auto zbiornika i rozłożyliśmy łóżka.

Obowiązkowe ogarnięcie miejsca na nocleg

Obowiązkowe ogarnięcie miejsca na nocleg

Ej, Kaju! Nie udawaj, że wycierasz kurze na ławce!

Ej, Kaju! Nie udawaj, że wycierasz kurze na ławce!

No co? Dopiero nauczyłem się stać z trzymanką, to robię co umiem!

No co? Dopiero nauczyłem się stać z trzymanką, to robię co umiem!

Lub nic nie robię : )

Lub nic nie robię : )

Gdy zapadł zmrok przez krzaki oddzielające nas od trasy widzieliśmy wyłącznie co jakiś czas pędzące choinki – olbrzymie, świecące roadtrain’y, którym żaden kangur nie był straszny.

Nasze miejsce noclegowe w świetle dnia

Nasze miejsce noclegowe w świetle dnia

IMG_4904

IMG_4907

IMG_4911

Gdy byłam dzieckiem co roku latem jeździliśmy z bratem na wakacje z dziadkami. Czasami, żeby oszczędzić nam długiej drogi dziadek decydował się podróżować nocą. Uwielbiałam to. Babcia pieczołowicie na tylnim siedzeniu układała nam narzuty i poduszki, żeby stworzyć bezpieczny kokonik do spania, albowiem były to czasy przedfotelikowe. A potem wykąpani i ubrani w piżamki zagrzebywaliśmy się w ciepłych, pachnących domem dziadków kocach i kołysani szumem silnika i ruchem auta, zasypialiśmy patrząc do ostatniej chwili przez okno na ciemność i pędzące po niebie gwiazdy. Gdy teraz jako dorosła myślę o uczuciu bezpieczeństwa zawsze czuję w duszy tamte chwile. Były magiczne – mieszanka pewności bycia kochanym i zaopiekowanym plus nasz mały ciepły świat wewnątrz auta, które wiozło nas na wspaniałą przygodę.

Wspominając tamte wyprawy nad jeziora wśród sosnowych lasów i myśląc o obecnej podróży na innym kontynencie, poczułam że mieszkanie w aucie, które jednocześnie zapewnia schronienie i pozwala codziennie być w drodze do innego miejsca, jest dla mnie najfajniejszą przygodą jaką można sobie wymarzyć. Ciężko opisać to uczucie wolności i jednocześnie wystarczającego poczucia bezpieczeństwa. To tak jakby być w domu i jednocześnie mieć frajdę wychodzenia z niego.

Gdzieś przy autostradzie w Australii Zachodniej tuliliśmy nasze dzieci do snu patrząc przez okno na gwiazdy, a ja pomyślałam, że historia zamknęła koło. Teraz moja kolej stworzyć dzieciom wspomnienia miłości i opieki, których nie zapomną.

IMG_4932

IMG_4940

Z drogi śledzie, książę Witold na żabie jedzie!

Z drogi śledzie, książę Witold na żabie jedzie!

Ups… Zostałem przyłapany?

Ups… Zostałem przyłapany?

Ech, nie znacie się na żartach, Za-Poważni Rodzice.

Ech, nie znacie się na żartach, Za-Poważni Rodzice.

Fifotopamy pod krawatem, czyli samo sedno Sydney

Kemping Big4 pod Sydney jest absolutną rewelacją. Położony tuż nad oceanem, w dzielnicy okazałych domów, w miejscu skąd można ruszyć na piesze wędrówki lub na puste plaże, dobrze skomunikowany z miastem – i co najważniejsze – bez much!

Nie bardzo jednak daliśmy radę skorzystać z jego zalet, bo plan pobytu tam był bardzo napięty. Pierwszego dnia mieliśmy najtrudniejsze zadanie do wykonania. Tolek zażyczył sobie być Karolem – fioletową lokomotywą z kreskówki. Bo jak głosi wieść gminna Karol jest najzabawniejszą lokomotywą na lądzie (w opozycji do Tomka, który jest najzabawniejszą lokomotywą na Wyspie Sodor). Trudna sprawa, bo do tego celu nasz pierworodny potrzebował fioletowego t-shirt’a, a takiego oczywiście w placakach nie mieliśmy. Mieliśmy za to pod bokiem Sydney, w którym w weekend na Rocks’ach jest jeden ze słynnych targów rękodzieła, w tym autorskich ubrań.

Zaparkowaliśmy więc w sobotę w pobliżu przystani promowej na Manly i przepłynęliśmy do Darling Harbour. Panorama Sydney jest ikoniczna i nie do pomylenia. Tak samo jak Manhattan – nawet narysowane kontury prostą kreską od razu skierują myśli we właściwe miejsce na mapie. Byliśmy nią urzeczeni od pierwszego razu, jednak teraz dotarła do nas niezwykłość tego miejsca.

IMG_4636

Nie oszukujmy się – miasto jak miasto. W Europie można znaleźć bardziej kuszące, na pewno z większą ilością zabytków starszych niż sto lat (;d), z ciekawszą historią, z mocniej zapadającym w serce nastrojem, a już na pewno bardziej miejskie. W Sydney mamy dzielnicę biznesową z drapaczami chmur (choć nie przesadzajmy tak z tym określeniem “drapacze”), historyczne The Rocks i reszta to już właściwie domki mieszkalne, rozciągające się na ogromnej przestrzeni. Żeby to sobie wyobrazić proponuję porównać kilka liczb – w Sydney mieszka około 4,5 miliona ludzi, a w Warszawie coś ponad 2 miliony. Powierzchnia Sydey wynosi natomiast 12,5 tysiąca km2, a powierzchnia naszej stolicy – około pół tysiąca km2. Widać różnicę w gęstości zaludnienia, prawda?

Co jest więc takiego niesamowitego w dość zwyczajnym mieście jak na ogólnoświatowe definicje miast?

Trzeba było nam wyjechać stąd, przez dłuższy czas błądzić po zakurzonych drogach miasteczek interioru, po malutkich nadmorskich miejscowościach, po kilkudniowych bezludnych krajobrazach, żeby zrozumieć ewenement Sydney na skalę australijską. W żadnym innym miejscu na tym ogromnym kontynencie nie jest tak wielkomiejsko jak tu. Z tłokiem, pędem, korkami, światłami, wystawami, wyborem sklepów, marek, restauracji z kuchniami z każdego zakątka świata, z ludźmi wyznającymi najróżniejsze religie, orientacje seksualne i zapatrywania polityczno-społeczne. Tak, po dwóch miesiącach włóczęgi widok Sydney uderzył w nas ze zdwojoną siłą. Był zaskakujący i radujący serce jak (i tu nie żartuję) czysta toaleta na Dworcu Centralnym w Warszawie.

IMG_4648

Dzień na Rocks’ach był bardzo udany. Od pierwszego podejścia znaleźliśmy fioletową koszulkę, którą Tolo od razu założył i którą przez następne trzy tygodnie musieliśmy prać prawie codziennie. Niezwykłe jest jak mózg dziecka bez oporów wierzy w to czego pragnie i godzi wydawałoby się niekompatybilne informacje. Nasz syn jednocześnie potrafi być strażakiem, lokomotywą Karolem, lokomotywą Tomkiem, traktorem, kangurem i upartym trzylatkiem. Pstryk i już. A dorosłych, którzy tak robią leczy się ze schizofrenii.

IMG_4651

IMG_4663

IMG_4676

IMG_4678

Targ kusił i namawiał do szperania, oglądania i szukania. Pamiątki turystyczne mieszały się z oryginalnymi ubraniami, dekoracjami, biżuterią. Na dłuższą chwilę utknęłam przed straganem z koszulkami, które miały hasła trafiające w moje przekonania polityczne, na przykład:

  • I’ve found Jesus. He was behind the coach the whole time
  • Whenever I get bored I search google for myself
  • Even if the voices aren’t real, they have some good ideas
  • I thought I was wrong once, but I was mistaken
  • When God made me, he was showing off

 

Bardzo chciałam którąś kupić (ha, powinnam zrobić sondaż wśród znajomych, która według nich najbardziej do mnie przemówiła), niestety wszystkie były nadrukowane na męskich bezkształtnych t-shirtach, bez damskiego fasonu i przez to nadawały się dla mnie co najwyżej na górę od piżamy.

IMG_4661

IMG_4654

IMG_4660

Na zakończenie dnia poszliśmy na obiad na … Devonshire Tea. Jest na Rocks’ach taka irlandzka knajpa – kawiarnia, w której właściwie menu składa się z samych pysznych, wypiekanych na bieżąco bułeczek serwowanych tradycyjnie z dżemem i gęstą śmietaną i wybrać można tylko ich ilość, rodzaj dżemu (kilkanaście najbardziej egzotycznych kombinacji plus stadardowa malinowa) i rodzaj herbaty. Wszystkie stoliki były zajęte, ale wyjątkowo stwierdziliśmy, że poczekamy. Opłacało się, bo gdy w końcu, po czterdziestu minutach od złożenia zamówienia na stół podano nam pachnące bułeczki, z irlandzkiego nieba w australijskiej rzeczywistości wysunęły się trąby niebiańskie i zagrały nam w sercach : ) Ech.

IMG_4674

IMG_4670

IMG_4668

Drugi dzień był techniczny. Po pierwsze praliśmy wszystko co było do uprania, suszyliśmy i wyrzuciliśmy to, co po dwóch miesiącach intensywnego używania już nie nadawało się na dalszą podróż.

Zrobiliśmy rundę po okolicznych sklepach z rzeczami dla dzieci, żeby kupić dętki do kół w wózku, bo od jazdy po najróżniejszym podłożu porobiły się w nich dziury. Na szczęście nasz wózek jest z Nowej Zelandii, więc tutaj występuje dość często na ulicach i właściwie w ciągu półtorej godziny mieliśmy nowe koła.

Potem wyładowaliśmy wszystko, absolutnie wszystko z samochodu do namiotu lub na kempingowy śmietnik. Pożegnaliśmy się m. in. z naszą Biblią i Torą w jednym przez ostatnie dwa miesiące – grubym przewodnikiem po Australii z listą tras 4WD i kempingów (wyrwawszy wpierw strony o Australii Zachodniej). To był dla nas ciężki moment, gdy niejako słowo “koniec” faktem się stało.

Potem pojechaliśmy na myjnię. Niewyobrażalne jest jak bardzo nasz Jaszczurkowy Wóz był uświniony. Staliśmy na jednym ze stanowisk, laliśmy wodę z dyszy, laliśmy i laliśmy wrzucając w szczelinę kolejne monety, a po betonie płynęła czerwona ziemia outbacku, kamienie, gałęzie i mnóstwo niezidentyfikowanego szlamu. Obok nas inni myli swoje miejskie, lekko zakurzone przez tydzień jazdy do pracy, samochody i patrzyli się na nas z niedowierzaniem.

Na koniec odkurzyliśmy auto i przez chwilę zastanawialiśmy się czy na pożegnanie, w prezencie za niezawodność nie zafundować mu jakiegoś zapachu (naszym typem nr jeden był zapach nowego auta), ale uznaliśmy, że to jednak lekka przesada. Ostatecznie płacimy w dolarach, nie w złotówkach.

IMG_4742

IMG_4745

Cały ten dzień był dość trudny dla dzieciaków, bo zupełnie nie mieliśmy czasu się nimi zajmować, ale w myśl hasła – podróże usamodzielniają nasze pociechy niedoczekawszy się obiadu ani o swojej porze, ani dwie godziny później, postanowiły same o siebie zadbać i coś upolować. Rosół z kakadu? Czemu nie.

Najpierw lokalizujemy stado

Najpierw lokalizujemy stado

Wykorzystujemy naturalne ukształtowanie terenu w celu jak najlepszego kamuflażu

Wykorzystujemy naturalne ukształtowanie terenu w celu jak najlepszego kamuflażu

Teraz będzie najtrudniejsze...

Teraz będzie najtrudniejsze…

Wchodzicie w to?

Wchodzicie w to?

Tyłek nisko, brzuch przy ziemi i na opuszkach palców naprzód!

Tyłek nisko, brzuch przy ziemi i na opuszkach palców naprzód!

O nie, to znowu te głodne polskie dzieci...

O nie, to znowu te głodne polskie dzieci…

Przynajmniej została przynęta, zawsze coś.

Przynajmniej została przynęta, zawsze coś.

Niestety pierwsze polowanie nie przyniosło efektu i trzeba było sięgnąć po wypróbowane sposoby, czyli zaciągnąć rodziców do restauracji. Knajpa mieściła się po drugiej stronie od kempingu, tuż przy zapadającej w pamięć pustej, przepięknej plaży, którą przecinał szeroki strumień wpadający do oceanu.

W menu była kuchnia chińska w wydaniu naprawdę wartym grzechu. Siedzieliśmy tam po całym dniu nerwówki i ciągłego załatwiania tysiąca spraw, dzieci wyjątkowo zajęły się sobą (tzn. przerzucaniem się ryżem i makaronem) i nie zawracały nam głowy, zimne piwo gładko komponowało się z chłodną bryzą znad oceanu, a zachód słońca ginącego w huczących falach dopełniał całości. Siedzieliśmy, jedliśmy, piliśmy, oglądaliśmy spektakl barw na niebie, i mentalnie godziliśmy się z tym, że dzisiejsze mycie auta i czyszczenie zakamarków z zapasów było pożegnaniem z samochodem, który tak długo był właściwie naszym domem.

Niebo już było pełne gwiazd, gdy oczyściliśmy dzieci z ryżu we włosach i makaronu w uszach, i dopijając ostatni łyk z którejś z kolei butelki, wróciliśmy na kemping.

Ostatniego dnia było najbardziej wariacko. Najpierw jechaliśmy obwodnicą Sydney ponad 90 km w jedną stronę, żeby dojechać do przedmieść miasta po drugiej jego stronie, gdzie u znajomego naszego znajomego zostały złożone rzeczy z wypożyczalni, których nie potrzebowaliśmy na wyprawę, a przynajmniej tak nam się wydawało, gdy ją rozpoczynaliśmy (znów okazaliśmy się leśnymi głupkami) – ciepłe koce i niekompresowalne grube śpiwory.

Potem 90 km z powrotem na kemping i bolesne zderzenie z rzeczywistością. Musieliśmy jakoś przepakować nasz dobytek, bo na lot do Australii Zachodniej mogliśmy zabrać o wiele mniej bagażu niż na lot powrotny do kraju. Patrzyliśmy na sterty rzeczy rozrzucone po namiocie i nie mieliśmy zielonego pojęcia jak to ogarnąć. Gdzieś tam w przerażonych umysłach kołatała nam się myśl, co nas do cholery podkusiło, żeby kupować tyle książek??? Ale jak wiadomo z ludźmi uzależnionymi nie da się rozsądnie porozmawiać, więc moje rozmowy na ten temat z Michałem, lub Michała rozmowy ze mną były z góry skazane na niepowodzenie.

IMG_4683

Jednak problem typowo organizacyjny był pikusiem przy znalezieniu sposobu na przechowanie przez trzy tygodnie kilku wielgaśnych plecacków w Sydney. Z rozpaczą przeszukiwaliśmy strony internetowe z radami dla podróżnych i bledliśmy coraz bardziej. Mieliśmy do wyboru przechowalnie bagażu na lotnisku lub dworcu kolejowym, ale wynajęcie dwóch największych boksów na tak długi okres czasu kosztowałoby nas prawie dwa tysiące złotych .

Trafiliśmy jeszcze na informację o jakiejś firmie, która zajmuje się różnymi usługami, w tym odbieraniem takich bagaży od turystów i przechowywaniem ich w swoim magazynie cargo. Cena była kusząca (nie oszukujmy się, przy cenie schowków lotniskowych kuszące byłoby nawet nadanie tych nadwymiarowych bagaży jako przesyłki cargo do Warszawy), ale na forum znaleźliśmy dwie negatywne opinie o tym serwisie (generalnie sprowadzające się do tego, że bagaże “zaginęły”) i żadnej pozytywnej. Była jeszcze druga podobna oferta, ale ta za to nie miała żadnej opinii, co wydawało się jeszcze bardziej podejrzane.

Załamani zaczęliśmy kombinować co nam się bardziej opłaci – zapłacić za schowek na lotnisku czy za nadbagaż na locie Sydney – Perth. W międzyczasie zarezerwowaliśmy na następny dzień hotel na lotnisku, nasz ulubiony Ibis Budget. Tym razem nauczeni doświadczeniem wzięliśmy wersję pokoju lux, żeby jakoś się w środku pomieścić. I zupełnie niespodziewanie (cuda najczęściej są niespodziewane) wyczytaliśmy, że w hotelu jest przechowalnia bagażu. Generalnie w hotelach takie przechowalnie są normą, ale zwykle można tam coś zostawić najwyżej na dobę. A tu było napisane, że nie ma ograniczeń czasowych.

Nie wierzymy, a bardzo byśmy chcieli. A chcieć to móc. Postanawiamy następnego dnia sprawdzić jak to działa w rzeczywistości, uznając, że najwyżej zbankrutujemy na przechowalnię lotniskową, i poprawimy technikę polowania na kakadu, żeby jakoś budżetowo wyżywić się do końca pobytu.

Resztę czasu mozolnie przekopywaliśmy się przez nasz dobytek, segregując go na torby i plecaki, a dzieciaki w tym czasie korzystały z uroków kempingu. Szczęściarze.

IMG_4757

IMG_4752

Gdzie jest woda?

Gdzie jest woda?

O jest!

O jest!

O yes!

O yes!

I w końcu nadszedł ten czas – nasza ostatnia noc w namiocie. Patrzyłam na śpiących synków zakopanych w swoich śpiworach, tak idealnie akceptujących każde warunki, do których ich zabraliśmy podczas tej podróży i byłam naprawdę cholernie szczęśliwa. Jakby nie było byliśmy tutaj na urlopie rodzicielskim i bez względu na ilość widzianych krajobrazów, przejechanych kilometrów, zjedzonych przepysznych steaków i przeżytych doświadczeń wynieśliśmy z tej wyprawy coś nieuchwytnego, ale bardzo ważnego dla nas jako rodziny. Dzień w dzień spędzaliśmy 24h razem ucząc się siebie nawzajem i w sposób niepostrzeżony budując mocną więź. Od maluchów uczyliśmy się radości i optymizmu bez zawracania sobie głowy przeszkodami, umiejętności skupiania się na konkretnej chwili, zadziwienia światem tak jakbyśmy widzieli go po raz pierwszy, zaciekawienia najdrobniejszą spotkaną rzeczą – piaskiem, liśćmi, odgłosami buszu, nasionami nieznanych nam drzew, wodą błyskającą odbitymi promieniami słonecznymi. Nie wiem do końca czego nauczyli się chłopcy, ale myślę, że gdzieś jakiś ślad zostawią w nich wieczory spędzone z rodzicami na obserwacji zmian kształtu księżyca, ranne krzątanie się po obozowisku, wspólne zwijanie lub rozkładanie namiotu (w pewnym momencie Tolo przypisał sobie rolę akceptowacza właściwego miejsca do rozbijania), gotowanie prostego obiadu nad ogniskiem, czytanie mapy przy planowaniu dalszej trasy. I mimo, iż wiem, że typowej, encyklopedycznej wiedzy im to nie przysporzy, bo są za mali (szczególnie Kaj), to mam nadzieję, że te wszystkie drobne, codzienne chwile po prostu dały im poczucie niezachwianej pewności, że są kochani. Przez najwspanialszych rodziców na świecie, rzecz jasna.

Wyścig lokomotyw z różnym pod względem techniki machania napędem ręcznym

Wyścig lokomotyw z różnym pod względem techniki machania napędem ręcznym

Rano po raz ostatni zwinęliśmy namiot, zjedliśmy śniadanie i opuściliśmy kemping. Po godzinie dojechaliśmy do hotelu, przenieśliśmy bagaże, z niedowierzaniem przyjęliśmy do wiadomości, że możemy w nim zostawić duże plecaki na trzy tygodnie w cenie 3 dolarów za schowek za cały okres i wcale nie musimy po powrocie zatrzymywać się w tym hotelu ponownie.

Potem pojechaliśmy do siedziby Britza, gdzie w zbyt szybki i zbyt sprawny sposób załatwiliśmy formalności i nagle zostaliśmy bez samochodu. Wychodząc patrzyliśmy jak stoi opuszczony na parkingu i znów było nam bardzo, bardzo smutno.

A jak wiadomo nic tak nie pomaga na smutek jak wypad do miasta ; )

Metrem podjechaliśmy do centrum, gdzie w planach mieliśmy leniwy spacer po Ogrodzie Botanicznym. Niestety w okolicy parku nie ma absolutnie żadnej opcji kupienia czegoś obiadowego na wynos plus kawy. Kilka drogich restauracji (obok ogrodu są super drogie apartamentowce plus dzielnica biznesowa) nie rozwiązywało naszego problemu. Spytaliśmy wujka googla i jego kuzynkę – mapsy, gdzie w okolicy można znaleźć chińszczyznę, i kierowani trasą na telefonie weszliśmy w cień rzucany przez szklane biurowce. Szliśmy tam w naszych sfatygowanych podróżnych ubraniach i sandałach, które nie jedno już widziały, a wokół nas pędziły istoty ubrane w kostiumy, garnitury, szpilki, krawaty, i każdy, absolutnie każdy miał na szyi smycz z przepustką do swojego przydziałowego miejsca pracy, jak w zakładzie karnym nie przymierzając. Dodam, że upał był normalny, pod trzydzieści stopni.

Surrealistycznie się czułam, jakbym trafiła na niewłaściwy plan rzeczywistości. Dość zgryźliwie sobie pomyślałam patrząc na tych wszystkich jednakowych mężczyzn (nie oszukujmy się, detale garniturów lub różne odcienie błękitu koszul nie sprawią, że człowiek w jakikolwiek sposób wyróżni się z tłumu) i na trochę mniej jednakowe, lecz ciągle w jednym standardzie ubraniowym kobiety, że oni tak tu pędzą, rozmawiają przez komórkę, grają strasznie zaaferowanych, zapracowanych i ważnych, ale czy z ich zajęcia powstaje coś naprawdę użytecznego? Coś, co jest komuś innemy naprawdę potrzebne? Czy, nie owijając w bawełnę spytam wprost – ktokolwiek z nich przyczynił się do powstania sweterka??? Nie. A postrzygacze owiec tak. Parafrazując dość mądrego człowieka: stałam tak, obserwowałam i miałam sen, piękny sen. Że mój syn (jeden i drugi) na pytanie, kim chce być w życiu, nie odpowie: korpoludkiem. I że będzie mu to dane.

Z drugiej strony (dlaczego ja zawsze widzę dwie strony?) zastanawiamy się poważnie z Michałem, czy nasze dzieci po ukończeniu dzieciństwa, podczas którego są przez rodziców ciągle gdzieś ciągane, bez planu, rutyny i przewidywalności, nie powiedzą w dorosłym życiu: Chcę być urzędnikiem państwowym. Chodzić do pracy na 8, wracać do domu o 16, jeść obiad, rozwiązać krzyżówkę, obejrzeć wiadomości i iść spać. I tak przez 10 lat na początek.

Chińszczyznę w pudełku i kawę w papierowych kubkach kupiliśmy, mogliśmy więc pójść na piknik do Ogrodu. Usiedliśmy na pierwszym lepszym trawniku (tak, w Australii w przeciwieństwie do warszawskich Łazienek, Wilanowa i innych terenów zielonych będących dobrem narodowym można siadać na trawie. Zresztą tak samo jak w większości cywilizowanych miejsc na świecie), pouczyliśmy dzieci, żeby za nic w świecie nie rzucały ryżu żebrającym ibisom (dzieci oczywiście nie posłuchały) i relaksowaliśmy się w miłym cieple popołudniowego słońca. Potem długi spacer wśród zaskakującej czasem zieleni, gdzie rosły paprocie z organami męskimi i damskimi (już widzę co u nas napisaliby w gazetach, gdyby takie coś posadzić w przestrzeni publicznej. Jak nic byłyby wcześniejsze wybory parlamentarne), spotkanie z kolejnymi nosorożcami zwanymi przez Tolka fifotopamami, a pod wieczór powrót metrem do hotelu.

Tata, a ufa fifotopama są żółte i czarne! Widziałeś coś takiego, tata?

Tata, a  fifotopama ufa są żółte i czarne! Widziałeś coś takiego, tata?

IMG_4794

IMG_4787

IMG_4801

IMG_4805

IMG_4809

IMG_4811

Drzewo połykające ogrodnika

Drzewo połykające ogrodnika

Jedna baobab i dwóch chłopa

Jedna baobab i dwóch chłopa

IMG_4828

IMG_4836

IMG_4838

IMG_4852

IMG_4849

Chłopiec czy dziewczynka?

Chłopiec czy dziewczynka?

Paprotek, bez dwóch zdań paprotek.

Paprotek, bez dwóch zdań paprotek.

IMG_4871

IMG_4875

 

IMG_4830

IMG_4858

Następnego dnia wylecieliśmy do Perth.

 

 

 

 

 

 

Pejzaż w tonacji lapisowej

Spójrz:
Przeminęło.
Czy nie masz żalu?
Tyle łaski, ale tylko raz.
Bo czekają nowi.
„Czy to wszystko?” nagle pytasz mnie.
Nie znam odpowiedzi.

(Anna Maria Jopek, Spójrz, przeminęło)

Najdłuższy etap naszej podróży po Australii dobiegł końca. To uczucie, którego nie znoszę. Nie umiem sobie radzić z żalem, tęsknotą, koniecznością pogodzenie się z faktem, że już po. Kilka miesięcy temu każda nasza wolna chwila poświęcona była myślom o tej wyprawie. Czytaliśmy przewodniki, szperaliśmy w internecie, wbijaliśmy pinezki w mapę. Wtedy te pozaznaczane punkty były czymś abstrakcyjnym, ot – nazwa z opisem atrakcji. Wyobraźnia tworzyła obrazy, umysł nakręcał się oczekiwaniem nieznanego, ale na pewno wspaniałego. Gdy w końcu 2 stycznia dotarliśmy do Sydney i obudziliśmy się rano, a przez otwarte okno wpadało powietrze pachnące latem, słońcem i hibiskusem, nie mogliśmy przestać się uśmiechać. – Zrobiliśmy to! W końcu tu jesteśmy – mówiliśmy do siebie, ciesząc się jak dzieci. Przed nami była wielka przygoda, z milionem rzeczy do odkrycia, zobaczenia, przeżycia. Wszystko mogło się zdarzyć! Ponad dwa miesiące wędrowki przez Australię, osiemdziesiąt dni w drodze bez celu, bez planu, wydawało się wiecznością. A na pewno bardzo długim okresem czasu. A teraz – już po wszystkim. Już koniec. Wieczność trwała tak szybko, jak zwykle za szybko. Trwała dokładnie osiemdziesiąt dni i ani minuty dłużej. Wiemy już, co się zdarzyło.

Czuję potworne zmęczenie emocjonalne. Pod powiekami, co mrugnięcie, pojawiają się jakieś wyrywkowe obrazy z kempingów na których rozbijaliśmy namiot, wycieczek, krajobrazów. Żeby nie tęsknić, całą siłą woli staram się nie myśleć o nich. Nie rozpamiętywać, nie przypominać sobie. Kiedyś, przy zakończeniu relacji z podroży o Skandynawii pisałam o tym stanie otępienia i zablokowania wspomnień, który jest ratunkiem przed usiądnięciem i zalaniem się łzami. Nie, nie jestem dobra w pożegnaniach.

Z Lightning Ridge do Sydney mamy osiemset kilometrów, dystans nie do zrobienia w jeden dzień z tutejszymi ograniczeniami prędkości, upałem i dwójką dzieci. Zaskakująco jednak udaje nam się przejechać ponad 600 km i na nocleg stajemy w jednym z miasteczek po drodze. Następnego dnia, żeby dotrzeć na kemping docelowy, przejeżdżamy przez znane nam już Góry Błękitne. W ekspresowym tempie krajobraz za oknem zmienia się. Czerwona ziemia, suche krzewy, pustynne lub płaskie outbackowe klimaty nagle zmieniają się w pola uprawne, pastwiska, i wzgórza pokryte bujną, kłującą nas wręcz w oczy zielenią traw i lasów. Czujemy się jakbyśmy podróżowali przez tunel czasu, mamy wrażenie nierealności tego, co widzimy za szybą. Kilka godzin jazdy i z rzeczywistości, w której człowiek musi nauczyć się przeżyć w nieprzyjaznym otoczeniu, trafiamy do miejsca, w którym natura została ujarzmiona i podporządkowana ludzkim zamysłom. Abstrakcja, inna planeta.

Góry Błękitne nas wabią, do Sydney mamy naprawdę niedaleko (phi, co to jest 120 km cywilizowaną dwupasmówką bez kangurów?), postanawiamy większość dnia trochę się powłóczyć.

IMG_4602

Wjeżdżamy do Blackheath i czujemy się coraz dziwniej oraz trochę jakby nie na miejscu. Po pierwsze domy tutaj są jak z najlepszych przedmieść Londynu. Okazałe, murowane, a nie z blachy lub dykty, zadbane, z zaplanowanymi i pielęgnowanymi ogrodami, podjazdem wyłożonym kamieniami pasującymi do ogólnego wystroju posesji, bez rdzewiejącego lub zniszczonego sprzętu wystawionego pod ścianą. Bez wyblakłych od słońca foteli do posiedzenia pod wieczór, bez wraków samochodów pozostawionych jako podręczny magazyn części zamiennych, bez ikonicznych wiatraków pompujących wodę spod wysuszonej na skamieniały pył ziemi. W końcu bez wiecznie zakurzonych na czerwono, obtartych z każdego boku i przerabianych domowym sposobem starych, niezniszczalnych terenówek. Zamiast tego na podjazdach parkują czyste, lśniące auta osobowe, ewentualnie miejskie SUVy, potrafiące co najwyżej bez szwanku wjechać na wyższy krawężnik przed modnym butikiem.

Jedziemy powoli dalej, a po obu stronach drogi klony zmieniają kolor liści. Żółte i czerwone, kołyszą się na gałęziach, będąc wizualnym akcentem potęgującym nasz nastrój końca australijskiej przygody. Zaczyna się jesień, czas odpocząć po wakacyjnym szaleństwie, czas wrócić do domu, zdają się mówić. Jadąc główną drogą milczymy, przytłoczeni myślami, wspomnieniami, początkiem kształtujących się w głowie podsumowań. Niby wiemy, że to jeszcze nie dziś, że jeszcze mamy jeden krótki wypad do Australii Zachodniej zanim wsiądziemy w samolot do Polski, ale jednak. Z tyłu głowy zagnieżdża się nieznośna myśl, że jesteśmy bliżej, o wiele bliżej końca niż początku.

Jest weekend i miasteczko pęka w szwach od jednodniowych turystów z Sydney. Wszystkie miejsca parkingowe wzdłuż chodnika zajęte, kilkanaście kawiarni i restauracji pełnych do ostatniego stolika, gwarno, hałaśliwie i … szpanersko. Ludzie w czystych, wyprasowanych (!) ubraniach prosto z najnowszej, jesiennej kolekcji, w markowych dodatkach i obuwiu, Czujemy się nieswojo, trochę jakbyśmy pierwszy raz przyjechali do miasta z głębokiej wsi. Nie wiemy gdzie patrzeć i na co uważać, jesteśmy trochę zdezorientowani, trochę poirytowani, mamy problem z podjęciem decyzji gdzie skręcić, czy iść na kawę czy na obiad, które miejsce wybrać. Ilość opcji powoduje w nas swędzącą chęć ucieczki i powrotu w outback. Gdzie był tylko jeden pub ulokowany przy jedynej głównej ulicy, przy którym zawsze było gdzie stanąć, a w menu były dwa dania do wyboru. Życie w ten sposób było o wiele prostsze. Tak, z jednej strony brak mnóstwa przyjemności (kilkunastu gatunków mrożonej kawy, lodów, świeżych owoców, czy knajp z kuchnią z każdego zakątka świata), z drugiej jednak brak pokus i wmawiania na każdym kroku, że szczęście zależy od ulegnięcia marketingowym sztuczkom powodowały, że codzienność była spokojniejsza, a drobiazgi o wiele szybciej tworzyły poczucie zadowolenia z chwili. Prościej było dostrzec sedno.

Decydujemy się w końcu podjechać do informacji turystycznej, żeby spytać o krótkie szlaki do przejścia z dziećmi, a w ramach obiadu zjemy resztki zapasów. Możecie nazwać to tchórzostwem, my uznaliśmy, że tak będzie szybciej. A przynajmniej tak sobie powtarzaliśmy.

W informacji turystycznej wśród sydnejskich weekendowych, wystylizowanych turystów też czuliśmy się jak z innej bajki. W mocno podniszczonych, niedopranych (ach te kempingowe pralki) i na pewno nieuprasowanych ciuchach bez metki, w okularach słonecznych porysowanych od piasku pustyni i bez loga na oprawce, z fryzurami wskazującymi na pilną potrzebę odwiedzenia fryzjera lub choćby zakupu grzebienia i suszarki, ech… No dziwaki jakiejś drugiej kategorii byliśmy i tyle.

IMG_4607

Na parkingu przy Govetts Leap Lookout zjedliśmy kanapki przyrządzone z tego, co znaleźliśmy w lodówce i co jeszcze nadawało się do jedzenia, a potem przymocowaliśmy dzieciaki do pleców i poszliśmy na spacer do punktu widokowego Bridal Veil Falls. Tak naprawdę chcieliśmy dojść do Evans Lookut, ale szlak był tak wyczerpujący, że przy wodospadach poddaliśmy się i postanowiliśmy wrócić. Nie wiem, czy nasze pociechy przytyły, czy my po tych outbackowych steakach straciliśmy formę, ale zejście ostro w dół przez 20 minut z pakunkami w nosidłach pokonało nas. A przecież musieliśmy tą samą drogę pokonać w drugą stronę, tyle że tym razem ostro pod górę.

Hm, wspominałam już, że nie przepadam za wyprawami górskimi? Na szczęście wokół nas jesień naprawdę malowała kolorami, więc co kilkanaście kroków stawaliśmy, żeby uchwycić aparatem to, co chcieliśmy zapamiętać z tej wędrówki.

 

IMG_4611

IMG_4613

IMG_4595

IMG_4594

IMG_4592

IMG_4590

IMG_4588

IMG_4586

IMG_4585

IMG_4583

IMG_4582

IMG_4578

IMG_4571

IMG_4570

IMG_4568

Męcząco, jak to w górach, lecz było warto. To znaczy wtedy wlokąc się w tempie starego ślimaka idącego tyłem, sapiąc i dysząc, potykając się o korzenie i kamienie, bo mi pot zasłaniał oczy, naprawdę w wyrafinowany sposób przeklinałam w myślach panie z informacji turystycznej, które nam ten szlak poleciły na krótką wędrówkę z dziećmi. Teraz jednak oglądając zdjęcia tęsknię za widokiem zielonych, bezkresnych grzbietów osnutych błękitną mgłą. I cieszę się, że tam byłam.

IMG_4562

IMG_4560

 

Same wodospady też robią wrażenie. Spadają z zawrotnej wysokości po skałach przywodzących na myśl pierwotny amfiteatr lub jakąś świątynię Matki Natury. Ogromne, przytłaczające rozmachem skalne urwisko całe pokryte jest wiszącym ogrodem mchów, paproci, rosiczek i pływaczy (gatunki roślin żywiących się owadami). Zieleń spija wodę sączącą się po skalnej ścianie, kąpie się w wilgotnej mgle z wodospadów, rośnie, wypuszcza pędy, kwitnie, zachłannie zagarnia kolejne przestrzenie, wspina się po samej sobie, aż w końcu pod własnym ciężarem odpada w przepaść. Nie trzeba jednak długiego czasu, żeby zwolnione miejsce znów pokryło się gęstwiną liści i kwiatów. Magiczne miejsce.

Dlatego właśnie mimo niechęci do górskich wędrówek jednak czasem je popełniam, bo lubię patrzeć na cuda.

IMG_4599

IMG_4604

Na szczęście kolejny był położony 5 minut spacerkiem płaską ścieżką od innego parkingu. Wind Cave, niezwykła formacja skalna, przypominająca te z wyspy Maria na Tasmanii. Tylko tym razem zamiast błękitnego morza dookoła był tajemniczy, pachnący las eukaliptusowy.

IMG_4620

IMG_4618

IMG_4625

To nasze pożegnanie z Górami Błękitnymi. Robimy ostatnie zdjęcia mimo, że wiemy iż nie oddadzą one ogromu, barw i zapachu, ale przymus utrwalenia chwili jest silniejszy niż rozsądek. Ostatnie spojrzenie w ciszy, żeby usłyszeć milion dźwięków – ptaki, cykady, krople wody, wiatr.

panorama

Przed nami Sydney i ostatni rozdział tej wyprawy.

 

 

Mieszkając tutaj nie musisz być wariatem. Ale to uprościłoby sprawę.

Są takie sny, w których groteska z fantazją niczym skazani na siebie przez fatum kumple w poczuciu nieprzemijającego bezsensu piją fioletowe procenty z trójkątnych butelek i snując opowieść tworzą rzeczywistość, która tylko snem być może. Są w nim ludzie, historie, zdarzenia, są ulice i budynki, są zasady i reguły, jest sekwencja wydarzeń logiczna i klarowna, więc jest wszystko by sen był odzwierciedleniem rzeczywistości. Gdy jednak śniący się budzi i próbuje przerażony opowiedzieć, co przed chwilą widział, co przeżył i w czym brał udział, to nie potrafi zdania sensownego sklecić. Jeszcze przed sekundą rzeczy tak oczywiste na jawie tracą zupełnie sens i żeby je przekazać trzeba by pogwałcić zasady gramatyki, a słowa wypowiadać wspak.

I tylko przyśpieszony oddech obudzonego już człowieka i migawki obrazów pod powiekami, gdy oko mruga są dowodem na to, że wszystko to było prawdą, senną prawdą nie gorszą od tej przytomnej. W innym wymiarze, w innej czasoprzestrzeni.

Na przykład w Lightning Ridge.

IMG_4530

IMG_4533

Tu wszystko jest nie tak. Środek australijskiego lata, outback, pora sucha. A deszcz leje tak, że bez szemrania wzięliśmy kabinę na kempingu. Leje przez trzy dni, gdy próbujemy jakoś zwiedzić okolice, a potem złośliwie przestaje. Złośliwie, bo my musimy już ruszać do Sydney.

Choć uczciwie próbowaliśmy zaoszczędzić i wpierw spytaliśmy o możliwość rozbicia namiotu. Wskazano nam spłachetek zielonej trawy pośrodku kamienistej, jasnoczerwonej gleby która jest wszechobecnym podłożem tutejszego krajobrazu. Trawa z daleka zachęcająca, z bliska okazała się cała pokryta kangurzymi kupami. Gdy rezygnując wyjaśniamy panu nasz problem (wszystkożerny raczkujący Kaj), słyszymy:

  • Tak, tak. To te przeklęte kangury srają jakby były u siebie. Staramy się sprzątać, ale one przychodzą, żrą, a potem srają i srają. Choć z drugiej strony co się im dziwić, jak to jedyna zielona trawa w okolicy. Też bym żarł, jakbym był kangurem. A potem… – pan zawiesił głos i się zamyślił, a my bez problemu dopowiedzieliśmy sobie resztę.

IMG_4546

IMG_4547

Na kempingu w ramach odstraszania kangurów mieszkała żaba olbrzymia.

Na kempingu w ramach odstraszania kangurów mieszkała żaba olbrzymia.

A jeszcze potem pan zlitował się nad dwójką dzieci i budżetowymi turystami i mając na uwadze prognozę pogody opuścił cenę całkiem luksusowej kabiny. Niegrzecznie byłoby odmówić. Rozpakowaliśmy auto, zrobiliśmy obiad w luksusowych warunkach, puściliśmy dzieci na podłogę do zabawek i legliśmy na łóżku wśród ulotek. Byliśmy w jedynym miejscu na świecie, gdzie wydobywane są najcenniejsze opale – czarne opale. Czytaliśmy o nim u Sue Williams, najpopularniejszej autorki książek o Outbacku. Narobiła nam smaku opisem miejsca, które miało wyglądać jak stare, dobre miasto pionierów, z jedną główną zakurzoną ulicą, z ludźmi, którzy nie mają przeszłości, za to myślą wciąż o przyszłości, z największą liczbą milionerów na metr kwadratowy, którzy wyglądają jak najbiedniejsi żebracy z szemranych ulic. W końcu tu dotarliśmy, w końcu możemy obserwować, rozmawiać, wyciągać wnioski, ale…

Być może, że po tak długim danym nam czasie słonecznej pogody zaczęliśmy nieświadomie traktować słońce jak tlen i gdy nagle go zabrakło nasze funkcje życiowe zwolniły tempo. Przeglądaliśmy foldery w obłudnozwodniczym tonie zachwalające jedyne na świecie miejscowe atrakcje, sprawdzaliśmy możliwość wycieczki kilkadziesiąt kilometrów do słynnego pubu (słynnego z napisów mających świadczyć o poczuciu humoru), obejrzeliśmy darmowy reklamowy film o mieście i … na nic nie mieliśmy ochoty i siły.

A może Lightning Ridge w deszczu jawiło się jako tak ponure i odstraszające miejsce, że podskórnie nie mieliśmy odwagi opuścić ciepłej i suchej kabiny?

IMG_4534

IMG_4515

IMG_4505

IMG_4504

IMG_4495

Trzy trasy turystyczne oznaczone są trzema kolorami drzwi. Czasem udaje się nie zabłądzić.

 

Pierwszego dnia wybraliśmy się na rekonesans wykupioną wycieczką busem. Dzięki temu mogliśmy w bezpieczny sposób oswoić się z topografią miejsca, którego ulice były aktualnie rozjechanymi błotnymi szlakami, bez nazwy i kierunku, wijącymi się bez sensu pomiędzy blaszanymi ruderami, kopcami wydobytych kamieni z przydomowych kopalni, wrakami aut, bezpańskimi kaktusami i ikonicznymi toaletami. Poza domami ulokowanymi w ścisłym centrum, pozostałe nie mają adresów, więc żeby nie kłopotać listonosza, poczta dostarczana jest im do skrzynek pocztowych zamontowanych na ścianie jednego z miejskich budynków.

IMG_4480

IMG_4485

IMG_4488

 

Ladies

Toilet for Ladies

IMG_4522

Toilet for Gentelman

 

IMG_4418

IMG_4462

IMG_4500

IMG_4499

IMG_4497

IMG_4489

IMG_4461

Przez zaparowane i mokre szyby patrzyliśmy na krajobraz, który wyglądał jak obóz uchodźców na Marsie, gdyby takowy tam istniał. To nie scenografia do jakiegoś delirycznego filmu, to nie skansen dla turystów z Sydney, to nie kiepska obróbka photoshopem, tam naprawdę tak ludzie mieszkają. Okolica Lightning Ridge dzieli się na część miejską, gdzie z jednej strony są normalne domy, szpital, szkoła, kompleks basenów, sklepy, a z drugiej zaniedbane ogródki pełne złomowanego sprzętu, walące się zamieszkane blaszane kontentery, oraz na część pozamiejską przeznaczoną pod działki kopalniane. Z powyższego można by wysnuć wniosek, że kopać można tylko poza miastem i formalnie tak też jest. Ale w takim razie czemu na każdej miejskiej działce stoi garaż – komórka ze szczelnie zamkniętymi drzwiami, gdy auta w tym klimacie trzymane są na zewnątrz? No czemu? I skąd na tych miejskich działkach kopczyki świeżo wykopanej ziemi? Ha. Ja to wiem, wy to wiecie, inspektorzy budowlani to wiedzą, inspektorzy od górnictwa też. I nic. Wiedzą, ale nie wierzą – oto klucz zagadki. W Lightning Ridge wiedza nie stanowi przesłanki do działania, w Lightning Ridge działanie wynika z wiary.

I peer down minershafts searching for the past

Listen for the inland sea that left its mark

On the river created by a crocodile scream

Dreamtime visions of the proud Yarrawoll

Who now stroll down to the Harlequin for a sausage roll (…)

So remember to leave your mark, like a mark in time

I carve words like sandstone when I rhyme

Because deep beneath the surface, hope is surfacing,

Yes, deep beneath the surface, in Lightning Ridge, hope is surfacing.

(Lightning Ridge by Morganics)

Ile filmów ze Strażakiem Samem można kupić za ten kamyczek?

Ile filmów ze Strażakiem Samem można kupić za ten kamyczek?

Mieszkają więc sobie w blaszanych, zardzewiałych ruderach, z obowiązkowymi talerzami satelitarnymi przybitymi do kija, z kijami podpierającymi ściany, które ze znudzenia miałyby już ochotę się położyć, z napisami dającymi ujście frustracji, dobremu humorowi lub zabijającymi nudę. Przyczyna jest dość prozaiczna – zgodnie z przepisami działka kopalniana nie jest własnością tylko dzierżawą. W konsekwencji nie posiada prawa zabudowy trwałym budynkiem i prawo dopuszcza stawianie wyłącznie prowizorycznych, nie związanych trwale z ziemią schronień służących górnikowi. Z drugiej strony kopiący nie mają ochoty na noc wracać do miasta, gdzie mogliby postawić sobie porządniejszy dom, bo kto by im wtedy pilnował szybu? Stawiają więc te slumsowe lepianki, przyczepy kempingowe, łącząc je kolejnymi kawałkami blachy a to jako sufitem, a to jako ścianą.

IMG_4510

IMG_4451

IMG_4420

IMG_4416

IMG_4419

IMG_4478

Mieszkają tam, kopią, szukają i czasem znajdują. Głównie mało wartościowe opale bez ognia w środku lub zbyt drobne, by nadawały się choćby na oczko skromnego pierścionka. Jeśli mają pecha w szczęściu to znajdują kamień, w którym cienka, ciemna, gładka jak szkło linia zwodzi ich sugerując kształtem skąpą warstwę minerału. Tną wtedy ten kamień tak, żeby odzyskać choć i taką ilość, którą można wykorzystać przy produkcji tripletu, opalowego kamyka ze sztucznym podłożem wydobywającym blask iskier z płatka opalu cienkiego jak kartka papieru, a od góry zabezpieczonego szklaną warstwą nadającą półkolisty kształt. Za triplet klient zapłaci jedną setną ceny, którą wydałby kupując czysty opal takiej samej wielkości. I gdy tak w tym zrezygnowaniu tną kolejny bezwartościowy kamień nagle, o jedną setną sekundy za późno, o jeden obrót tarczy tnącej za dużo dowiadują się, że źle ocenili opalizujący ślad w kamieniu. Ze właśnie przecięli czysty opal, który gdyby był ciągle jednością wart byłby ponad sto tysięcy dolarów. Lecz już nie jest i pechowiec, który przekreślił swoje szczęście przez pośpiech, rutynę, nieuwagę lub zmęczenie trzyma w dłoni pokruszone kawałki zastanawiają się tylko czy wyć, zapić czy skoczyć do szybu. Poznaliśmy kogoś, kto stał przed takim wyborem. Na szczęście dla niego bardzo lubił pić.

IMG_4493

IMG_4512

 

IMG_4473

Inny ktoś tonem kaznodziei, tonem któremu w życiu nie odważylibyśmy się przeciwstawić (choć z reguły nie słuchamy się żadnych kaznodziei) podzielił się z nami opowieścią o tym, jak to kiedyś z głupoty napędzanej pośpiechem, żeby jak najszybciej się wzbogacić szukał opali stukając kilofem w skałę. I teraz my też radzimy wam zapamiętać (choć ciężko uzyskać ton kaznodziejski za pomocą czcionki): kilofem się nie stuka tylko delikatnie skrobie. Głaszcze, muska, gładzi, drapie czy co tam wam jeszcze kosmatego przychodzi na myśl. Generalnie wszystko jest dozwolone bez stukania. Pan, który z nami rozmawiał opowiedział o jednym stuknięciu, którym ukryty w skale opal wart pół miliona dolarów roztrzaskał na milion drobinek. Ot tej pory już nigdy (w) nic nie stukał.

IMG_4334

IMG_4336

IMG_4337

W programie wycieczki było też zwiedzanie kopalni Black Hand. Widzieliśmy ulotki, widzieliśmy zdjęcia, ale będąc w stanie snu bez oporu akceptowaliśmy fakt, że rzeczywistość ma prawo być tak szokująca. Święcie wierzyliśmy, że na miejscu największa atrakcja turystyczna Lightning Ridge okaże się jednak czymś innym, niż obrazki w folderze. Czy mieliśmy jakieś racjonalne przesłanki do tej wiary? Nie, przecież to sen.

Wychodek w kopalni to po prostu blaszana konstrukcja nad nieużywanym trzydziestometrowym szybem. Tolkowi się podobało

Wychodek w kopalni to po prostu blaszana konstrukcja nad nieużywanym trzydziestometrowym szybem. Tolkowi się podobało, mi trochę mniej, gdy go trzymałam nad tą dziurą.

Zejście do kopalni Black Hand dla normalnych turystów

Zejście do kopalni Black Hand dla normalnych turystów

A to dla turystów z obciążeniami - winda w szybie. Takie przepisy BHP...

A to dla turystów z obciążeniami – winda w szybie. Takie przepisy BHP…

No więc nie okazała się. Problem w tym, że tak jak nie da się opowiedzieć sennych majaków, tak nie bardzo da się opowiedzieć tego co można zobaczyć w Black Hand pod ziemią. I co z tego, że zobaczycie nasze zdjęcia? Nie zrozumiecie, bo jesteście w pełni świadomi i przytomni. Ale dla porządku ostrzegam i radzę – dalszy post lepiej jednak czytać po wypiciu kolejki. Lub dwóch.

Ron Canlin jest byłym żołnierzem jednostki specjalnej, a przynajmniej takie chodzą słuchy. Nie potwierdza, nie zaprzecza. W 1982 roku kupił porzuconą kopalnię,marząc o zbiciu fortuny na opalach. Jak do tej pory wszystko brzmi normalnie, prawda? Niestety, dla niego i dla nas, wartościowych opali nie znalazł, więc postanowił zorganizować coś dla turystów, którzy jak wiadomo za wszystko chętnie zapłacą. Przystosował jedną z podziemnych komnat kopalni do demonstrowania cięcia opali, a nad wejściem wykuł w miękkim piaskowcu napis powitalny. I wtedy doznał olśnienia. Przypomniał sobie, że od zawsze miał skłonności lekko artystyczne, a teraz właśnie odkrył jak fantastycznym materiałem do rzeźbienia jest piaskowiec. I bum – tłumiona latami pasja wyskoczyła na powierzchnię (pisząc ten tekst korzystam z artykułu w Sydney Morning Herald i z wywiadu jakiego udzielił Ron. Więc nie ironizuję zlośliwie, tylko tłumaczę to, co sam o sobie Ron powiedział, co w tym przypadku wychodzi na jedno…).

Używając narzędzi, które miał pod ręką – kilofa, widelca, rękawicy przekształcił swoją pozornie bezwartościową kopalnię w podziemną galerię sztuki eklektycznej (powtarzam, ja nie ironizuję, ja tu tylko tłumaczę).

Inspirują go (auć!) zdjęcia w gazetach, encyklopediach, książkach. Gdy zobaczy coś co do niego przemawia (uff), znajduje kawałek wolnej ściany i tworzy. W efekcie w komnatach kopalni można teraz niczym w połączeniu sal British Museum z londyńską Tate Gallery i fantazją Madame Tussauds (ok, to mój autorski komentarz) spacerować wśród dinozaurów, gobinów, czarnoksiężników, trzech świnek, Buddy, Atlasa, Supermana, szympanów, lwów, dziobaków, Harry’ego Pottera i Jezusa (a radziłam, żeby wypić?).

Ulotka turystyczna nie kłamie. Byliśmy tam i przekonaliśmy się, że każde zdanie z niej jest prawdą. Bohaterów z Władcy Pierścieni, natywne zwierzęta i postacie biblijne, w tym Adama podtrzymującego sufit przy wejściu, widzieliśmy w taki sposób, jak nigdy wcześniej nie było nam to dane. Wykute w skale trwale zniewoliły nasze umysły (tłumaczę, ciągle tłumaczę). Byliśmy zdumieni (oj, tak) i wizyta tam na zawsze zmieniła nasze postrzeganie sztuki (oj, TAK). Od tej pory już nic nie jest takie jak było. Niestety.

No to zaczynamy!

No to zaczynamy!

Witajcie w naszej bajce

Witajcie w naszej bajce

Słoń zagra na fujarce

Słoń zagra na fujarce

IMG_4327

Krasnolud wam zaśpiewa

 

 

 

 

 

(Surykatki) zatańczą w koło drzewa

(Surykatki) zatańczą w koło drzewa

Tu wszystko jest możliwe

Tu wszystko jest możliwe

Zwierzęta są szczęśliwe

Zwierzęta są szczęśliwe

A dzieci, wiem coś o tym...

A dzieci, wiem coś o tym…

Latają samolotem

Latają samolotem

Nikt tutaj nie zna głodu

Nikt tutaj nie zna głodu

Nikt tu nie czuje chłodu

Nikt tu nie czuje chłodu

I nawet ja nie kłamię

I nawet ja nie kłamię

Nikt się nie skarży mamie

Nikt się nie skarży mamie

Witajcie w naszej bajce

Witajcie w naszej bajce

Lew zagra na fujarce

Lew zagra na fujarce

Pantera nam zaśpiewa

Pantera nam zaśpiewa

IMG_4342

Zatańczą wkoło drzewa

Bo z nami jest weselej

Bo z nami jest weselej

Ruszymy razem w knieje

Ruszymy razem w knieje

A w kniejach i dąbrowach

A w kniejach i dąbrowach

IMG_4325

Pan Dziobak wciąż się chowa

My go znajdziemy sami!

My go znajdziemy sami!

My chłopcy z dziewczętami

My chłopcy z dziewczętami

A wtedy daję słowo

A wtedy daję słowo

Że będzie kolorowo!

Że będzie kolorowo!

Uff

Uff… Puf, puf.

 

Gdyby Ron Canlin znalazł jednak wartościowy opal, to zamiast tworzyć podziemną galerię drenującą poczucie estetyki u zwiedzających, mógłby żyć uczciwie jak jeden z najsłynniejszych poszukiwaczy opali – Fred Bodel. Ten sympatyczny człowiek przybył do Lightning Ridge w 1905 r., rozejrzał się trochę, rzucił posadę postrzygacza i wydzierżawił działkę kopalnianą. Bardzo szybko okazało się, że ziemia, którą wybrał okazała się być najbogatszym złożem czarnych opali jakie do tej pory znaleziono.

Fred bardziej od bycia bogatym lubił być zajęty, więc nie przywiązując szczególnej uwagi do atrybutow statusu materialnego, właściwie do końca swojego życia mieszkał w swojej kopalnianej chatce i przekopywał kolejne działki. Był opalowym Midasem – gdzie drążył, tam znajdował cenne kamienie. Dziś chatka jest swoistym (w stuprocentowo australijskim typie) muzeum, w którym demonstrowane jest jej oryginalne wyposażenie i sprzęty, których używał Fred. Udostępniona do zwiedzania tylko tym, którzy wykupili wycieczkę autokarową, pozostała własnością rodziny Freda, która czasami przyjeżdża do Lightning Ridge na wakacje. Jednak wtedy, co nie powinno w sumie dziwić, wolą zatrzymywać się w swojej przyczepie kampingowej bliżej centrum miasta.

IMG_4289

IMG_4297

IMG_4292

IMG_4291

IMG_4295

Drugiego dnia ciągle padało, a my wciąż czuliśmy się trochę jak zombie obudzone nie o tej porze co trzeba. Lunatykując, kierowani przymusem zwiedzania zapisanym w naszych DNA, pojeździliśmy trochę po okolicy na własną rękę. To była dziwna podróż. Zatrzymywaliśmy się przy co oryginalniejszych blaszanych lub butelkowych lub puszkowych domostwach i robiliśmy zdjęcia nieswojo patrząc na dziwaków, którzy w tych z braku lepszego słowa – budynkach mieszkają. A oni patrzyli się na nas z werandy, na dziwaków, którzy nie mają nic innego do roboty jak tylko jeździć i fotografować zwykłe domy górników. Czasem któryś z nich z nami pogadał, czasem ktoś zażartował, wszyscy natomiast machali w geście pozdrowienia.

IMG_4286

IMG_4302

IMG_4303

IMG_4404

IMG_4409

IMG_4411

IMG_4417

IMG_4458

IMG_4465

IMG_4412

IMG_4469

IMG_4475

Pewien młody japoński inżynier z branży IT, a w wolnym czasie dla rozrywki niezły haker, ma dwie obsesje: węże i samochody marki Citroen . Zaczyna brzmieć dziwnie? To dobrze, tak ma być. Mieszka w Tokio w drogim, lecz całkowicie bezdusznym apartamencie, w mieście zasnutym wiecznym błękitnoszarym smogiem. Znajduje ogłoszenie o wystawieniu na sprzedać obiektu swoich marzeń i żądz – perfekcyjnie odrestaurowanego i utrzymanego Citroena DS z 1967 r. Wierzy, że posiadając go zapełniłby absolutną pustkę swojego życia. Żeby go kupić wyrusza w podróż do Australii. Robi się dziwniej, prawda? Na miejscu okazuje się, że nic nie idzie jak powinno. Właściciele Citroena nie żyją (mąż zabił żonę w awanturze, a potem siebie), a nasz bohater spotyka niewidomą dziewczynę, która obiecuje zabrać go w outback do aktualnego właściciela pojazdu. Jadą, a po drodze dowiadujemy się, że dziewczyna trzy lata wcześniej została seksualnie napastowana przez młodego boksera z wędrownego cyrku, który był niezmiernie sfrustrowany noszeniem pasa cnoty (nigdzie, w żadnym miejscu tego postu nie obiecywałam, że post będzie normalny). Dziewczynie udaje się uciec do buszu, gdzie opiekują się nią dzikie psy dingo. Jakby tego nie było dość, okazuje się, że w dzieciństwie bohaterka też była seksualnie wykorzystywana przez swojego dziadka i ojca zarazem, oraz terroryzowana przez swoją głęboko religijną matkę.

Podczas pięciodniowej podróży przez outback bohaterowie słuchają psychodelirycznego radia, rozmawiają, tańczą, zakochują się w sobie, a dla zachowania klimatu niewidoma dziewczyna jest cały czas zafascynowana dźwiękami jakie wydają owady rozplaskujące się na przedniej szybie samochodu, nazywając je muzyką śmierci. Chcecie wiedzieć, co było dalej? Obejrzyjcie niszowy film “The Goddess of 1967”. Ponieważ dziadek bohaterki, hippis nałogowo pędzący wino, był również poszukiwaczem opali większość scen kręcona była w okolicach Lightning Ridge, a na potrzeby filmu wybudowano kościół, który stylem i użytymi materiałami idealnie wtapiał się w otoczenie. Zresztą oceńcie sami.

IMG_4518

Vittorio Stefanato, znany tutaj jako Amigo, po latach (raczej bez większych sukcesów) poszukiwań opali, postanowił poszukać sensu życia. W ten sposób z kamieni, które początkowo wydobywał ze swoich kopalnii, a potem zbierał od innych wybudował zamek. Ze spuszczaną bramą, pułapkami – zapadniami, sekretnymi przejściami, krętymi schodami i korytarzami, wieżą do której nie da się wejść, dziedzińcami i komnatami. Ciągle dobudowując i udoskonalając, mieszka sobie w zamku z około pięćdziesiątką kotów. Choć może to koty mieszkają z nim.

Tworzenie tego czegoś jest dla niego powrotem do dzieciństwa, do krajobrazów swojego rodzinnego kraju, jest uzewnętrznieniem tego, co mu w duszy gra. Tak, w Lightning Ridge wielu ludziom coś w duszy gra.

IMG_4262

IMG_4261

IMG_4260

IMG_4263

IMG_4268

Widok od strony podwórka. Tak tutaj wyglądają wszystkie podwórka...

Widok od strony podwórka. Tak tutaj wyglądają wszystkie podwórka…

IMG_4273

IMG_4272

IMG_4275

IMG_4276

IMG_4277

IMG_4278

IMG_4281

Amigo zrobiony z opon

Amigo zrobiony z opon

A jak brakuje kamieni do budowy, Amigo maluje.

A jak brakuje kamieni do budowy, Amigo maluje.

Alex Szperlak, urodzony w 1933 r. w Jabłonce, został w Australii skazany za morderstwo, którego nie popełnił. Po wyjściu z więzienia po czterech i pół roku, w duszy grało mu poczucie rozżalenia, osamotnienia, niezrozumienia i niesprawiedliwego traktowania. Na bazie tych uczuć poczuł więź z pierwszymi astronomami, których tezy i odkrycia też początkowo były negowane i wyśmiewane przez im współczesnych. Alex przybył do Lightning Ridge (a jakże!) i przez 15 lat budował pomnik na chwałę im i sobie. Wybral siódemkę najbardziej prześladowanych za swoje poglądy, w tym Galileusza, Giordano Bruna oraz Kopernika. Każdemu z nich poświęcił osobne pomieszczenie, w którym na betonowych ścianach i betonowej posadzce umieścił notki biograficzne, streszczenia odkryć i wniosków. Właściwie każda powierzchnia budowli wzniesionej przez Alexa zawiera jakąś wiadomość lub przesłanie i poprzez ten fakt w przewodniku została porównana do Świątyni Inskrypcji wniesionej przez Majów na terenie dzisiejszego Meksyku. Nie czuję się na siłach odnieść do tego faktu.

IMG_4421

IMG_4425

IMG_4427

IMG_4429

IMG_4432

IMG_4433

IMG_4435

IMG_4436

IMG_4439

IMG_4450

Dość powiedzieć, że po śmierci Alex’a (oficjalnie z powodu nieszczelnej instalacji gazowej, nieoficjalnie w wyniku wycieku gazu podczas pędzenia alkoholu) do jedynej spadkobierczyni, jego siostry, która mieszkała w Polsce przesłano zdjęcia Obserwatorium Wszechświata z pytaniem, co chce zrobić ze spadkiem. Zszokowana siostra, najwidoczniej nie rozumiejąca specyficznej atmosfery miejsca, poprosiła o jak najszybszą sprzedaż. Miejscowi nie mogą do dziś uwierzyć, że najpierw nie chciała tu przyjechać i obejrzeć spadku.

IMG_4446

IMG_4438

IMG_4437

Zasypiając w upalny dzień, pokonana przez temperaturę, obiecuję sobie, że odpłynę tylko na pół godziny. A potem, gdy czas mija i wiem, że trzeba się obudzić, ale nie potrafię wypłynąć na powierzchnię świadomości. Serce pracuje w innym tempie, rozleniwiona i gęsta od gorąca krew transportuje tlen z opóźnieniem, myśli nie chcą się sprecyzować, ciało nie słucha żadnych impulsów wysyłanych przez mózg. W głowie płyną leniwie dziwne obrazy, absurdalna historia toczy się swoim tempem, a ja wiszę pomiędzy jawą a snem, z którego nie mam siły się wydostać. Nie mam siły lub nie chcę – granica zbyt cienka, żeby ją uchwycić. W końcu budzę się, lecz dzień nie jest już tym samym dniem, którym był przed snem.

W końcu i my wydostając się z sennych majaków wyjechaliśmy z Lightning Ridge. Żegnani przez Stanleya, olbrzymią trzydziestometrową figurę emu zespawaną przez Johna Murray’a z części od kilku Volkswagenów Beetle, anteny satelitarnej i czegokolwiek co było pod ręką, wiemy, że Australia dla nas po wizycie tutaj już nie jest tą samą Australią, którą była wcześniej.

IMG_4553

 

 

Połów ryb w Czasie Snu

Podkusiło nas ostatni raz, obiecujemy. Niepomni na poprzednie doświadczenia, ciągle głodni wiedzy i wrażeń nie jesteśmy w stanie przejechać obojętnie przez miasteczko Brewarrina. To znaczy pewnie byśmy przez nie przejechali bez najmniejszej nawet myśli, że można tu stanąć gdyby nie cholerna ulotka, która zaatakowała nas dzień wcześniej. Zaatakowała i oznajmiła, iż w Brewarrinie znajdują się najstarsze na świecie budowle wzniesione ręką ludzką – aborygeńskie pułapki na ryby. Starsze niż piramidy, rzymskie ruiny i wszystko inne co tylko przyszłoby nam do głowy. Mało tego – na miejscu mamy szansę na oprowadzenie przez Aborygena, który jako nasz przewodnik opowie o tradycyjnym sposobie połowu ryb i stylu życia swoich przodków. Na miejscu jest też nowoczesne, prężnie działające centrum z wystawą o kulturze i życiu pierwotnych mieszkańców Australii.

Rozumiecie już, czemu nie mogliśmy tam nie stanąć?

Przez późny wyjazd z Bourke, do celu dojeżdżamy popołudniem. Na rogatkach mijamy entuzjastyczną tablicę z wizerunkiem ogromnej ryby i napisem: Brewarrina – zatrzymaj się, a będziesz zdziwiony jak dużo ma ci do zaoferowania. Część farby odpadła, niektóre litery są niewyraźne, cała tablica lekko chyli się na bok. Nie wygląda to najlepiej, oj nie. Wjeżdżamy główną ulicą, pustą, zabudowaną po obu stronach niskimi budynkami z wyblakłymi szyldami, z oknami zakratowanymi, drzwiami najczęściej zamkniętymi na głucho. Jest słonecznie i pachnąco od kwiatów na drzewach, teoretycznie piękna pogoda powinna nastrajać optymistycznie i upiększać nawet najbardziej nieprzyjazny widok, ale nie tutaj. Nie wiem jeszcze o co chodzi, ale podskórnie czuję, że coś jest nie tak. Te zakratowane i zamknięte sklepy, wymarłe ulice i plac zabaw, wyblakłe ze starości i nieremontowane fasady domów – wszystko razem niesie w sobie pewną informację. To nie jest wibrujące miejsce turystyczne z atrakcją na skalę międzynarodową.

Stajemy na parkingu informacji turystycznej i po raz pierwszy w Australii jesteśmy w takiej zmasowanej formie zaatakowani ostrzeżeniami przed kradzieżą. Na każdym słupie latarnianym, na pachołkach wyznaczających miejsca parkingowe, na drzwiach do informacji – naklejki o złodziejach czychających na rzeczy pozostawione w samochodzie. Ups.

W środku zaskoczony pan (najwyraźniej nie spodziewał się turystów zarówno dziś jak i w następne dni) próbuje sobie przypomnieć co się właściwie robi w informacji turystycznej. Nie bardzo jest nam w stanie wymienić jakieś atrakcje, a na pytanie o słynne (z ulotki) pułapki aborygeńskie duka, że są nad rzeką (ha! na tyle to sami mogliśmy wpaść) i można pójść i samemu je zobaczyć. Pytamy o przewodnika. Pan po gorączkowych poszukiwaniach wręcza nam karteczkę z ręcznie napisanym numerem telefonu do Centrum Aborygeńskiego zlokalizowanego ulicę dalej i tłumaczy, że musimy tam zadzwonić i umówić się dzień wcześniej. Nie, w informacji turystycznej nie mogą nam tego zorganizować… Pytamy o nocleg. Pan konsultuje odpowiedź ze swoim kolegą na zapleczu, potem dzwoni w jedno miejsce i oznajmia, że kabina kempingowa nad rzeką na jedną noc kosztuje 150 dol. Pytamy o coś tańszego i dostajemy wskazówki jak dojechać do drugiego kempingu w mieście, nie nad rzeką, więc z lepszymi cenami. Niestety telefonu do nich pan nie ma.

Trzecie nasze pytanie dotyczy możliwości zjedzenia czegoś na obiadokolację. To naprawdę wywołuje u pana popłoch. Najchętniej wyprosiłby nas tłumacząc, że informacja turystyczna jest już zamknięta, ale niestety do piątej brakuje ponad godziny, więc nie może tak łatwo się wymigać. Po długim wpatrywaniu się w milczeniu w mapę Braweriny (trzy główne równoległe ulice połączone kilkunastoma poprzecznymi) wymienia chińską smażalnię, pizzę w pubie i najlepszą opcję – restaurację w miejscowym RSL (klubie weteranów wojenych, szanującej się instytucji obecnej prawie w każdym miasteczku australijskim).

Postanawiamy najpierw sprawdzić kemping. Prowadzący go potężny Aborygen, szalenie sympatyczny i rozmowny oferuje nam ostatnią z trzech kabin. Nie ma łazienki, ale na jedną noc nie mamy wielkich wymagań, ogólna łazienka jest dość blisko, a kabina wygląda prawie porządnie. Trochę drażni nas, że drzwi z dykty zamykają się na najprostszy zamek, taki z rodzaju toaletowych zapadek, możliwy do otworzenia dowolnym kluczykiem, śrubokrętem, nożem do masła lub czymkolwiek innym o wąskiej końcówce, w tym paznokciem. Właściciel wygląda na zdumionego, gdy Michał demonstruje mu otwieranie kabiny kluczykiem samochodowym, a potem z całą żarliwością zapewnia, że nie mamy się czego obawiać bo tu zupełnie, ale to zupełnie nie ma przestępczości. Nie wspominamy mu o naklejkach przed informacją turystyczną. Za to pytamy o miejski basen, który widzimy tuż za ogrodzeniem kempingu. Generalnie jest zamknięty (nie ze względu na jakieś godziny czy remont, po prostu jest zamknięty ot tak), ale jak chcemy z niego skorzystać, to on zadzwoni do kumpla i kumpel nas wpuści. Nie chcemy, za to pytamy o pułapki na ryby. Aborygenski rozmówca cały się rozpromienia i bierze sprawy w swoje ręce – pyta na którą godzinę chcemy wycieczkę i zapewnia, że zadzwoni do drugiego kumpla, który jutro będzie nas oprowadzał. Kilkanaście razy zapewnia nas, że będzie to wspaniałe przeżycie, że będziemy świadkiem niezwykłej opowieści, i że Brewarrina jest najlepszym miejscem do życia.

Nic nie mówimy, uprzejmie się uśmiechamy i jedziemy coś zjeść. Po drodze mijamy miejscową szkołę z oficjalnym hasłem wypisanym dużymi literami na froncie budynku o braku zgody na wykorzystywanie seksualne dzieci, bibliotekę, komisariat policji, domki, dwóch zataczających się panów na chodniku, jednego żółtego psa. Na początek próbujemy sprawdzić pub. Najokazalszy budynek przy głównej ulicy, tak jak i reszta wszystkie okna ma zabite dyktą lub zakratowane, albo to i to. W ciemnym wejściu stoi kolejny wielki Aborygen, który na nasz widok spluwa na ulicę. To pewnie przypadek w czasie – nasz przyjazd i jego splunięcie, ale zaczynam czuć coraz większą irytację połączoną z paniką. Czuję niechęć do zabrania dzieci do mrocznego środka, Michał idzie więc sprawdzić czy zrobią nam pizzę na wynos (szyld głosi, że takowa jest tu serwowana). Wraca po chwili z informacją, że pizzy to już dawno tu nie robią, że w środku jest klasyczna śmierdząca piwem, wymiotami, moczem i starym potem speluna, ale możemy dostać hamburgery na wynos. Rezygnuję. Jedziemy szukać knajpy chińskiej, ale najwyraźniej w całej Brawerrinie już jej nie ma. Była, ale nie ma. Nie ma jej ani pod adresem z ulotki o mieście, ani na żadnej innej ulicy. Została nam kuchnia w klubie RSL.

Klub jako jedyny budynek w okolicy wygląda schludnie i nie ma krat tudzież dykty w oknach, a to budzi nadzieję. Michał idzie sprawdzić czy do tak szanowanej i dystyngowanej instytucji wpuszczą turystów w krótkich spodenkach bez marynarki i bez legitymacji kombatanta.

W recepcji za kontuarem siedzi starsza nienagannie ubrana i uczesana pani. Druga biała osoba, którą widzimy w Brewarrinie. Informuje, iż generalnie zwykle serwują obiady dla osób spoza klubu, ale akurat nie w poniedziałki.

–       To nienajlepiej – stwierdza Michał – bo byliście państwo naszą ostatnią szansą na posiłek. Chińczyk zamknął interes, a w pubie raczej nie chcemy jeść.

–       Tak, faktycznie Brewarrina to beznadziejne miejsce – wymyka się eleganckiej pani szczerość. Michał unosi brew, pani dodaje:

–       Jeśli chodzi o ofertę jedzenia, oczywiście.

Po chwili milczenia po obu stronach, Michał przerywa ciszę:

–       A gdzie jest jakiś sklep, w którym mógłbym zrobić zakupy spożywcze?

–       Na głównej ulicy jest supermarket. Ale nie jestem pewna, czy coś tam mają.

Co konkretnie miała na myśli mój mąż nie dowiedział, bo pani przypomniała sobie, że dziedzictwo angielskiej powściągliwości i ogłady zobowiązuje, szczególnie gdy rozmawia się w murach RSL.

Jedziemy do supermarketu, który … na naszych oczach zostaje zamknięty grubą kratą. Jest za dwadzieścia szósta, teoretycznie sklep powinien być otwarty do osiemnastej, ale co to znaczy powinien? Nie jest i tyle.

Wracamy na kemping. Jestem rozdrażniona, zaniepokojona, zaczynam za bardzo przytłaczać się poczuciem odpowiedzialności za dzieci w sytuacji gdy właściwie nie mam jak ich nakarmić i pewnie w natłoku tego wszystkiego resztę pobytu w Brewarrinie odbieram już tylko poprzez pryzmat barw negatywnych. Moje myśli i komentarze zaczynają nabierać rasistowskiego zabarwienia i parę dni później nie mogę uwierzyć, jak łatwo parę niekorzystnych sytuacji wpędziło mnie w potoczne tory myślenia my – oni. Nie obchodzi mnie tego dnia, że Aborygeni mają trudno, że bezrobocie, że wykluczenie, że potrzeba cholernie dużo pracy i dobrego pomysłu na to, jak włączyć ich do społeczeństwa i sprawić, że w typowym czarnym miasteczku z okien znikną kraty, a popołudniami będzie otwarty sklep, kawiarnia i czysty plac zabaw. Nie wnikam w to, że te kraty w oknach są też w domach Aborygenów, nie czuję potrzeby zrozumienia, czy wniknięcia głębiej. Jestem zwyczajnie wkurzona, że utknęliśmy w niebezpiecznej (to autorska nadinterpretacja), brudnej dziurze, bez możliwości jazdy dalej (bo zaraz zmrok, a do najbliższego kolejnego miasteczka z kempingiem jest sto kilometrów) i bez jedzenia chociażby dla dzieci. Poczucie braku ruchu, żeby wybrnąć z sytuacji rozsadza mnie i powoduje, że wpadam we wściekłość właściwie nie wiadomo na co. Właściciel kempingu dowiedziawszy się o problemach z jedzeniem z dobrego serca proponuje, że przyniesie z domu trochę kartofli, ale ja jakoś nie jestem w nastroju do docenienia oferty (co właściwie skreśla mnie jako podróżnika, który nie potrafi zaakceptować rzeczywistości, jeśli rzeczywistość odbiega od jego wymagań. Smutne odkrycie, z którym będę musiała się kiedyś zmierzyć). Michał przetrząsa skrzynie w bagażniku, znajduje jakieś resztki chleba, kilka rozsypanych makaronów, zgnieciony na miazgę batonik muesli, zagubiony w akcji wstrętny, przesłodzony dżem i pół plasterka żółtego sera. Plus puszkę obrzydliwego gotowego dania (50% to cebula, 40% sos, a pozostałych 10% nie jesteśmy w stanie zidentyfikować). Robimy z tego jakąś kolację dla Tolka, a ja cieszę się, że Kaj ciągle jest cycowy. Nie kąpiemy maluchów, bo stan czystości łazienki pozostawia sporo do życzenia. Próbuję położyć ich do łóżek w naszej kabinie, ale odkrywamy, że teoretycznie świeża pościel jest zdecydowanie niedoprana i śmierdzi poprzednimi mieszkańcami. To w sumie nas nie dziwi, bo pralki na kempingach notorycznie piorą pobieżnie w zimnej wodzie (praliście kiedyś coś brudnego programem dwudziestominutowym w lodowatej wodzie??? A tylko taki tutaj da się ustawić). Poziom mojej bezsilności wprost proporcjonalnie przekłada się na poziom wściekłości. Wykładamy łóżka ręcznikami i ubraniami i na takich legowiskach usypiamy dzieciaki.

Na zakończenie dnia, w ramach obiadu dla dorosłych opróżniamy wszystkie puszki piwa. Potem odważnie (a nawet z lekkim chichotem) idę do łazienki umyć zęby i skorzystać z toalety. Podnoszę klapę, a tu w sedesie z wody gapi się na mnie żaba, spora żaba. Zamykam klapę (dość gwałtownie), sprawdzam czy u ręki widzę pięć palców, podnoszę klapę, a żaba jest. W dodatku wydaje się, że głębiej w sedesie (tam przy załamaniu) nurkuje kolejna.

Idę do drugiej kabiny. Sedes pusty, lecz już w nic nie wierzę, bo woda w nim lekko faluje. Wiem, że niby żaby zębów nie mają, ale jakoś nie potrafię się przemóc, żeby usiąść (wy byście mogli? Ale tak uczciwie?). Waham się pomiędzy umywalką a prysznicem, i … na tym pozostańmy przy opisie tego wieczoru.

Rano słońce robi swoje i nastrój się poprawia. Poza tym wiem, że zaraz stąd wyjedziemy. Właściciel kempingu, naprawdę obiektywnie przesympatyczny, kilka razy zapewnia nas, że umówił swojego kolegę przewodnika, który o dziesiątej będzie na nas czekał pod Centrum Aborygeńskim. Dopytuje się o dzieci, o noc w przyczepie (czy wszystko było ok?), o wrażenia na temat Brewarriny. I co ja mam odpowiedzieć? Nie czuję się być na siłach tą, która będzie go uczyć, jak należy prać pościel i sprzątać toalety. Gdzieś tam wiem, że facet naprawdę się stara tak jak umie i nie zdaje sobie sprawy, że dla nas warunki były gorsze niż w bieszczadzkim schronisku w połowie lat osiemdziesiątych (byłam raz na wycieczce szkolnej i do dziś omijam te góry z daleka, mimo, że ponoć są tam już ośrodki SPA. Uraz pozostał).

Jedziemy do Centrum. To trochę zaniedbany budynek o formie półkopuły pokrytej ziemią. Z ulotki wiemy, że bryłą i materiałami (na glebie rośnie sucha trawa) miał on nawiązywać do tradycyjnych aborygeńskich szałasów chroniących przed słońcem.

Nie ma przed nim absolutnie nikogo, choć zraszacze trawnika dają pewną nadzieję, że ktoś z obsługi był. Główne wydawałoby się drzwi do budynku zamknięte. Michał idzie na zwiad dookoła kopuły i po kilku minutach wraca z informacją, że pan przewodnik zaraz przyjdzie.

Przychodzi kolejny wielki Aborygen i po bardzo szybkim powitaniu podczas którego patrzył wszędzie tylko nie na nas, zaczął iść w stronę rzeki coś mamrocząc. Nad rzeką ciągle unikając kontaktu wzrokowego (ponoć jest to typowe dla Aborygenów i oznacza szacunek, ale nie sądziłam, że dla nas przyzwyczajonych do innych zasad może być tak irytujące) z prędkością karabinu recytował tekst z ulotki. Że pułapki na ryby, które możemy zobaczyć w dole, leżą na rzece Barwon. Że są najstarszą budowlą wzniesioną przez człowieka. Że…

–       A jak starą? – przerywa Michał

–       Ponad 40 tysięcy lat – odpowiada lekko zmieszany przewodnik i już zaczyna kolejne zdanie z ulotki, gdy niegrzecznie dociekliwy mój mąż dopytuje:

–       A skąd znany jest ich wiek?

Cisza. No bo fakt – jak można oszacować wiek kamiennych murków w rzece? Tłumaczenie jest mętne, coś o tym, że w podaniach aborygeńskich zawsze tak łowiono tutaj ryby, a skoro Aborygeni są w Australii od ponad 40stu tysięcy lat, to logiczne, że i pułapki też. Dla nich logiczne, dla białego człowieka istniejącego w świecie klasyfikacji, numerków i wiedzy ścisłej – już nie.

IMG_4230

Po tym kłopotliwym incydencie przewodnik opowiedział nam, że korytarze i zagrody dla ryb budowane były tak, by zwężać się w kierunku, w którym płynęły ryby. Gdy już odpowiednio dużo ryb znalazło się w pułapce, była ona zamykana głazami przygotowanymi wzdłuż brzegu, a następnie rękoma wybierano ryby.

Czyli usłyszeliśmy coś, co wcześniej przeczytaliśmy w ulotce (niech ją szlag za przyciągnięcie nas tutaj). Z drugiej strony – ile filozofii można włożyć w wyjaśnienie budowy prymitywnych pułapek na ryby?

IMG_4233

Potem w ekspresowym tempie zwiedziliśmy z przewodnikiem wystawę w Centrum na temat dawnego, tradycyjnego życia Aborygenów na tym terenie. Michał uparcie próbując się czegoś dowiedzieć zadał pytanie czy dwa, ale odpowiedź niewiele wniosła do sprawy.

IMG_4235

Na koniec chciał okazać zainteresowanie i wspomniał o pułapkach na ryby i domostwach budowanych przez Aborygenów z okolic Gunditjmara Community (post o Papierowym Walkabout), retorycznie pytając się czy te dwa plemiona mogły mieć z sobą jakiś kontakt.

Cisza i brak komentarza ze strony przewodnika nasunęła mi myśl, że on pewnie nawet nie wie, gdzie mieszka plemię Gunditjmara, bo to nie są ziemie jego plemienia. A przecież nie jest historykiem w naszym pojęciu i w swoich rozważaniach dotyczących tradycyjnego życia Aborygenów nie wychodzi dalej niż opowieści przekazane przez tutejszą starszyznę.

Czy to źle? Czy to powód do drwin? Po pierwsze Aborygeni zostali pozbawieni ciągłości swojego dziedzictwa przez białych. Po drugie nigdy nie czuli potrzeby wnikania głębiej w swoją historię w płaszczyźnie, w której my to robimy. My mamy wieki, okresy, wzajemne powiązania, wpływy. Oni mają Czas Snu i mity wyjaśniające każde zjawisko. Każdy z nas jest zadowolony z tego co ma.

Chociaż tu bym skłamała. My nie jesteśmy zadowoleni, bo aborygeńskie pojmowanie historii robi nam bałagan i nie wpasowuje się w ramki. Więc zadajemy im dociekliwe pytania, drążymy temat, próbujemy odkryć prawdę (naszą prawdę). A na dodatek zmuszamy ich do podzielenia się swoją kulturą, duchowością i opowieściami tworzącymi czas z nami, zupełnymi ignorantami. Mówimy im, że tylko zyskają w naszym, wygranym społeczeństwie, jeśli społeczeństwo ich pozna i zrozumie, a do tego konieczne jest zrobienie Centrów Edukacji, wystaw, pokazów. Przeznaczamy na to fundusze, budujemy placówki według projektów białych architektów, którzy w konkursie udowadniali jak bardzo ich wizja odzwierciedla tradycyjne wartości aborygenskie, umieszczamy tam przedmioty bez głębszego sensu (bumerang, dzida, tarcza, piszczałka, kołyska, pień zmieniony na łódkę, wysuszona kora służąca za miskę), podpisujemy je i voila – mamy kulturę aborygeńską ujętą w zrozumiałe dla nas ramy.

IMG_4241

IMG_4243

 

A to, że jej nie da się opisać naszym językiem to nic. Nic też, że sami Aborygeni mogą nie mieć ochoty na takie obnażające traktowanie swojej duchowości. Nie ważne, czy chcą się nią dzielić z nie-Aborygenami. Biali chcą, więc dostaną.

Tak to mniej więcej wygląda. Dlaczego się więc dziwić, że my z naszą ciekawością wciąż czujemy się rozczarowani, bo Aborygeni odpowiadają na nasze pragnienia pod przymusem, dając tak mało jak tylko można. I nie przykładają wagi, żebyśmy zrozumieli, bo pewnie w ich mniemaniu nie mamy szans zrozumieć.

Wychodzimy z wystawy w Centrum nie rozumiejąc więc wiele więcej niż do tej pory. Nasz przewodnik w recepcji prawie że pędem wbiega za kontuar, siada w obrotowym fotelu, zakłada ręce za głowę, rozstawia szeroko nogi i dopiero w tej pozycji pokazującej odprężenie i władczośc jednocześnie czuje się wystarczająco pewnie, żeby znieść dalszą konfrontację z białymi turystami.

Do rozmowy przyłączaja się pozostałych trzech pracowników, w tym jeden siedzący na ziemi w samych skarpetkach.

Opowiadają o szefowej, która stosowała wobec nich mobbing, więc się na nią poskarżyli i szefowa została odwołana. Jaki mobbing? – pyta Michał

Szef (czyli nasz przewodnik) kręci się na krześle z rękoma wciąż założonymi za głową i w końcu mówi, że szefowa ich w ogóle nie słuchała. Oni mieli dużo pomysłów, co można by w Centrum zrobić, ale ona to ignorowała. Jakich pomysłów? Ano różnych. Ale ignorowała, bo uznała, że oni są tylko od wykonywania jej poleceń, więc się poskarżyli.

Czy jest już nowy szef? Nie, nie ma, dopiero w przyszłym miesiącu mają kogoś przysłać. Do tego czasu oni tutaj sami sobie gospodarzą dbając o całą wystawę. Na usta ciśnie mi się pytanie jak dbają, skoro kilkanaście przedmiotów porozrzucanych w coś na kształt wystawy jest zakurzone, jakby od początku świata tu leżało. Lub co najmniej od 40stu tysięcy lat.

Michał wspomina, że zaskoczyło nas jak w informacji turystycznej nie chciano nam umówić przewodnika i że dla turystów pewnie łatwiej takie rzeczy byłoby załatwiać za ich pośrednictwem, a nie dzwoniąc bezpośrednio do Centrum. Aborygeni zamyślają się, a potem jeden z nich kiwając poważnie głową stwierdza, że to może być dobry pomysł, taka współpraca z miejscową informacją turystyczną, i że może powiedzą o tym nowemu szefowi. Tylko czy on zechce ich posłuchać?

Ok, mamy dość badania różnic pomiędzy mentalnością białych a czarnych. Wiemy już wystarczająco dużo. Michał pyta ile płaci za bilety. Mężczyźni coś mamroczą, widać, że w ich mniemaniu jesteśmy znajomymi kumpla prowadzącego kemping, więc w sumie … Z drugiej strony są zatrudnieni w państwowej instytucji i jakieś normy powinni trzymać. W końcu szef dzielnie rzuca kwotę o kilkanaście dolarów niższą niż oficjalny bilet. Michał wręcza pieniądze bez mrugnięcia okiem, a w zamian dostaje w prezencie plik pocztówek ze zdjęciem rybich pułapek (które to pocztówki teoretycznie można zakupić jako pamiątkę).

Wychodzimy stamtąd zupełnie skołowani.