Szkice portugalskie

Kulturowy szok topiący serca

Na lotnisku stawiamy się regulaminowe półtorej godziny przed odlotem. Okazuje się, że to co do tej pory było bezpiecznym czasem z opcją kupna kawy, tym razem ledwo wystarcza nam na dotarcie do samolotu.

DSC02324

I myliłby się ktoś, kto tłumaczyłby to komplikacjami zafundowanymi nam przez dwójkę małych dzieci, z którymi lecimy. Było wręcz przeciwnie – tylko dzięki dzieciom zdążamy na samolot, bo korzystamy z priorytetowego przejścia przez kontrolę bezpieczeństwa. Gdyby nie to udogodnienie, to po odprawieniu bagaży stalibyśmy w dwugodzinnej kolejce do kontroli i za nic w świecie nie udałoby nam się dotrzeć na czas do gate’u. A wszystko (przynajmniej taką informację dostałam od paru pracowników SOLu i funkcjonariuszy SG) przez przejęcie kontroli bezpieczeństwa przez zewnętrzną firmę. Rzeczywiście, jest czerwiec, tłumy jadą już na wakacje, a obsadzone  są tylko trzy stanowiska kontroli. Ludzie krzyczą i próbują z kimś (tylko z kim?) się awanturować, bo widzą, że jest final call na ich lot, a przed nimi jeszcze godzina czekania. Przepychanki, próby ominięcia kolejki, machanie biletami, zgubione bagaże, bezradni cudzoziemcy.

Wracając do odprawy biletowo-bagażowej: dwie starsze stojące w kolejce tuż za nami panie ignorując zupełnie fakt, że doskonale słyszymy co mówią, głośno trzęsą się nad losem Kaja. Że takie malutkie dziecko zostało przez nieodpowiedzialnych (czyli nas) rodziców zabrane ze środowiska naturalnego (łóżeczka) w podróż, że przecież w samolocie jest klimatyzacja, więc na pewno się przeziębi, a jak nie przeziębi to na pewno zachoruje na coś tam, gdzie lecimy, bo to różne dziwne choroby są na świecie. Kaj ulewa trochę mleka, a panie mają potwierdzenie swojej teorii o beznadziejnych rodzicach – dziecko już wymiotuje, a co dopiero będzie w samolocie, tam są przecież przeciążenia i inne takie wibracje, ho, ho! Nic nie mówię, szkoda energii.

DSC02325

Zrelaksowany Kaj oczekuje na wejście na pokład

Nasza kolej przejścia przez bramkę. Michał walczy z wózkiem i masą rzeczy ułożonych w kuwetach do prześwietlenia, a ja próbuję przejść przez bramkę z Kajem na ręku i Tolkiem kurczowo trzymającym moją drugą rękę. Pani kontrolująca protestuje, każe Tolkowi przejść samodzielnie. Ja protestuję, mówiąc, że nie ma takiego wymogu. Pani zaczyna mi grozić, że jak Tolek sam nie przejdzie to nie poleci. Ja wiem, że Tolek sam nie przejdzie, raczej oderwany ode mnie stanie jak słup soli i będzie rozpaczliwie płakał – takie prawo dwulatka. Pani twardo swoje, próbując mnie straszyć zaczyna powoływać się na przepisy. Ja uprzejmie uświadamiam ją, że przepisy znam lepiej od niej, bo brałam udział w ich tworzeniu. Chwila wahania, walka na spojrzenia ; ) i pani odpuszcza burcząc coś pod nosem.

Potem bieg do gate’u,  ostatnie formalności i w końcu jesteśmy w samolocie. Zamieniamy miejsca z sympatycznym panem, żebyśmy wszyscy mogli siedzieć koło siebie i startujemy. Za cztery godziny będziemy na miejscu. Wakacje rozpoczęte.

DSC02328

Narobiliśmy trochę zamieszania, a co!

Trochę zamieszania, a co!

***

Na lotnisku docelowym Michał z Tolkiem idą odebrać bagaż nienormalny – wózek i fotelik samochodowy. Ja z Kajem idę pod pas z normalnymi bagażami : )

DSC02367

Nie upływa minuta, gdy jakaś młoda para zaczyna zagadywać do mojego syna. Za chwilę dołącza do nich starsza pani, która po kilku wymianach ‚ga ga’ i ‚gul gul’ w międzynarodowym języku niemowląt na migi pyta, czy może wziąć Kaja na ręce. Oszołomiona podaję jej chłopaka i patrzę, jak znajomi tej pani dołączają do niej i zachwycają się moim dzieckiem. Zagadują, tulą, kołyszą, wąchają (kto miał niemowlaka ten wie o jaki oszałamiający, najpiękniejszy na świecie zapach chodzi). A ja patrzę jak te pięć dorosłych osób czerpie czystą przyjemność z możliwości obcowania z malutkim, niepowtarzalnym cudem jakim jest dziecko.

Dołącza do nas Tolek, który jako blondyn w loczkach, powoduje zupełne rozpłynięcie się w ochach i achach tych obcych ludzi.

Aż żal się żegnać. Aż chciałoby się spytać, czy nie chcą zostać przyszywanymi dziadkami i na dłużej wypożyczyć sobie nasze dzieci ;)

Każdemu według potrzeb – po wyjściu do hali przylotów Michał szuka bankomatu, a Tolek bezbłędnie odnajduje wóz strażacki. Obowiązkowa jazda do pożaru, i możemy iść dalej.

DSC02373

Kierujemy się w stronę taksówek. Tak, tak – odkąd podróżujemy z dziećmi i bagażami, płacimy za wygodę i nie szarżujemy z busami.

Trochę mam obawy czy uda nam się znaleźć chętną do zabrania nas, biorąc pod uwagę ilość bagażu z którą podróżujemy plus dziecięcy wózek. Pamiętam sytuację sprzed dwóch lat, gdy wracaliśmy z Wielkiej Brytanii i na Okęciu każda taksówka widząc dwa plecaki, dziecięcy fotelik samochodowy  i malutki wózek – parasolkę odmawiała nam kursu, mimo że był dochodowy, bo poza miasto (a wszystkie rzeczy spokojnie mieściły się w większości bagażników). Tutaj kolejny szok kulturowy. Stoimy w kolejce do taksówek i dla nas wypada mercedes. Kierowca wyskakuje i zaczyna pakować bagaże do środka. Powątpiewam czy tym razem wszystko się zmieści, ale nie wiem jak to wytłumaczyć w obcym języku, którym nie mówię i czy wolno nam w ogóle zmienić taksówkę na następną w kolejce. W tym momencie interweniuje policjant (!), który stwierdza, że pojedziemy inną taksówką, a naszą pojedzie pan z malutką walizką. Nasz niedoszły taksówkarz protestuje (liczył na sporą opłatę za bagaż, która tu jest normą), ale w naszym imieniu szarmancko kłóci się policjant. Nasze bagaże w tym czasie są przenoszone do drugiego samochodu przez jego kierowcę i pana, który pilnuje porządku w kolejce do taksówek.

Po drodze wszyscy (łącznie z policjantem) uśmiechają się do Kaja, zagadują Tolka, pomagają mi wsiąść do samochodu z dwójką dzieci i nikt nie okazuje najmniejszej niechęci  z powodu zamieszania robionego przez nadmierną ilość bagażu rodziny 2+2.

Różnica kolosalna, prawda? Narzekające panie w kolejce w Polsce, a tutejsza radość na widok dzieci. Kręcący nosem taksówkarze, którym się nie chce włożyć wózka do bagażnika, a tutejsi taksówkarze, którzy są gotowi prowadzić z wózkiem na kolanach.

Jak na razie podoba nam się tutaj. Witamy w Portugali.

DSC02362

Dom na pawim terytorium

Taksówkarz nie mówi po angielsku i nawet po pokazaniu mu kartki z adresem wygląda jakby nie bardzo wiedział gdzie jechać. Dzwonię do Any, od której wynajmujemy mieszkanie i ona tłumaczy kierowcy jak trafić na miejsce. Mijamy domy z elewacją z płytek ceramicznych, ulice idące albo w górę albo w dół, kościoły, palmy i malutkie, bo na większe nie ma miejsca sklepiki oraz knajpki,. Robi się coraz stromiej i węziej, jesteśmy coraz wyżej, czasami taksówka jedzie ulicą o szerokości samochodu z lusterkami, a ulica jest dwukierunkowa. Przejeżdżamy przez bramę sprzed kilku wieków, która była zaplanowana na jedną dorożkę, a nie dwa samochody jadące w różnych kierunkach wśród tłumu turystów. A jeszcze w tym całym obrazie mieszczą się dwa drzewka pomarańczowe po obu stronach drogi.

IMG_1850

Magia elastyczności przestrzeni, która działa tylko w takich ciasnych, średniowiecznych miejscach.

Zostawiamy za sobą lizbońskie castelo i dojeżdżamy na miejsce. No, prawie dojeżdżamy bo nasza uliczka jest tak wąska, że taksówka się nie mieści i musimy wysiąść na placyku obok.

"Nasza" uliczka na bardzo wąskie samochody

„Nasza” uliczka

IMG_1839

I nasze lizbońskie mieszkanie.

Wychodzi do nas Ana i prowadzi do zarezerwowanego apartamentu. Mieszkanie jest na pierwszym piętrze, ale schody tak strome jak drabina, w dodatku niemiłosiernie  wąskie, choć nie za wąskie żeby na ścianie zmieścić słusznej wielkości skrzynkę na listy, prasę i pomniejsze paczki. Na dokładkę część schodów zajmują leżące kule inwalidzkie staruszki mieszkającej nad nami, której łatwiej się po tej stromiźnie wchodzi na czworaka niż z ich pomocą.  W efekcie przejścia zostało dla jednej osoby wspinającej się bokiem, a my na górę targamy dwa wyładowane plecaki turystyczne, wózek, fotelik, bagaże podręczne, w tym wiaderko z zabawkami na plażę, dwójkę dzieci i plecaczek z lokomotywą Tomkiem. Uff.

Za to mieszkanie przeurocze. Urządzone ze smakiem, pozwala nam poczuć się jak w domu.

DSC02378

DSC02379

DSC02380

IMG_1784

DSC02382

Do tego butelka portugalskiego wina na przywitanie i lodówka zaopatrzona na śniadania, z miłym polskim akcentem serowym :)

IMG_1788

IMG_1783

DSC02389

Tolek z miejsca pokochał balkon, z którego jak w Barcelonie rok temu może obserwować leniwe życie toczące się na ulicy.

IMG_1832

My jesteśmy ujęci troską o naszą wygodę – właścicielka wiedząc, że przyjedziemy z dziećmi, przygotowała dla Kaja łóżeczko z piękną, haftowaną pościelą, mięciutkim kocykiem i wałkiem do otulania, do tego specjalny ręcznik z kapturkiem. A Tolek dostał swoją osobną pościel z  uroczą poduszeczką w haftowane pieski i … zestaw klocków do zabawy.

IMG_1936

Z okien pokoju widzimy fragmenty wieży zamkowej i … pawie. Prawdziwe, dzikie i dziko się drące pawie chodzą po dachach i drzewach. Samice są po stronie zamku, a samiec – po drugiej stronie, za oknem kuchennym. I tak flirtują ze sobą skrzecząc na szerokość naszego mieszkania przez otwarte na oścież okna.

Wieża zamkowa widziana z sypialni

Wieża zamkowa widziana z sypialni

Sąsiad przez szerokość ulicy

Sąsiad przez szerokość ulicy

IMG_1835

Widok z okna kuchennego

IMG_1776IMG_1780IMG_1825

IMG_1814

Panie od strony sypialni

IMG_1810

I pan paw od strony kuchni

I pan paw od strony kuchni

Ratunku! Głośne ptaki za oknem!

Ratunku! Głośne ptaki za oknem!

Nie martw się Kaju, obronię cię!

Nie martw się Kaju, obronię cię!

IMG_1816

IMG_1794

Jest klimatycznie, południowo, leniwie, a całości dopełnia muzyka dobiegająca nas z pobliskiej knajpki.

Idziemy spać. Gdy o drugiej w nocy budzę się na karmienie Kaja, na lizbońskim niebie świecą gwiazdy, dźwięki fado nadal wpadają przez otwarte okno, a pawie ciągle drą się na całego.

IMG_1789

Saudade otulające umysł

Lizbona zdecydowanie nie jest miastem dla matek z wózkami. Strome ulice często bez chodnika to raz. Ulice wykładane kamieniami w których utknie większość małych wózkowych kółek to dwa. Podróżujące z przeszłości krótkie i ciasne tramwaje z wąskim wejściem, do których żaden wózek nie wejdzie to trzy. Liczne schody bez podjazdów to cztery.

IMG_1840IMG_1953

IMG_1859

DSC02485

Po kolejnym podejściu pod górę z dwójką dzieci, dyszę rozpaczliwie próbując złapać powietrze  i zastanawiam się jak tutaj radzą sobie starsi ludzie. Czy lata treningu pozwalają im ignorować trudy wędrówki do domu z zakupami z najbliższego sklepu, czy może gdy nagle i niespodziewanie zastanie ich starość pozostają tam, gdzie ten moment się wydarzył – u sąsiadki, u fryzjera, w kafejce, na przystanku. I już nigdy nie wracają do swoich domów, a stąd w górnych partiach miasta tyle kamienic z zabitymi oknami, opuszczonych, ze zmarszczkami na elewacji i drzwiach.

IMG_1874

IMG_1950

Właśnie te rejony uwielbiają turyści. Chodzą pomiędzy budynkami, które opowiadają o dawnych czasach, gdy były piękne i młode. Zachwycają się oznakami upływającego czasu, pstrykają artystyczne fotki, w większości zdominowane własną sylwetką ‚na tle’. Narzekają na konieczność wchodzenia pod górę, ale wchodzą narzekając, z nadzieją na trofeum wynagradzające taki wysiłek – oszałamiający widok z góry na miasto, lub kolejny urzekający zaułek.

IMG_1838

IMG_1857IMG_1863

Tak też jest Lizbona. My, jak i inni, też ulegliśmy temu niewytłumaczalnemu pociągowi do starości i fotografowaliśmy okiennice, kolorowe płytki na elewacjach, drzwi, dziką winorośl oplatającą mury. Jedynie trasę zaplanowaliśmy tak, żeby spełniała jeden warunek – jak najczęściej w dół.

DSC02419

IMG_1854

IMG_1851

IMG_1880

IMG_1870

IMG_1869

IMG_1846W rejonie, w którym się zatrzymaliśmy sporo starych domów jest jednak wciąż zamieszkałych. Dane nam było więc wtargnąć do mieszkań lizbończyków, bo ich drzwi wejściowe prowadzą prosto do głównego pokoju lub kuchni, a nie sposób nie zaglądać do środka, gdy mija się otwarte okna na wysokości wzroku. Oknami były też fragmenty drzwi, żeby jak najefektywniej wykorzystać wąską ścianę frontową ciasnego mieszkania i wpuścić świeże powietrze. Z drugiej strony charakterystyczną cechą okien tych domów na parterze były do połowy zamontowane okiennice lub żaluzje, żeby choć częściowo zasłonić się przed ciekawskim wzrokiem stonki turystycznej.

IMG_1841

Ciasne uliczki, czy wspominałam o ciasnych uliczkach? Hm, żadna uliczka nie jest za ciasna na mały, przydomowy ogródek. Prawie każde drzwi otoczone są donicami z kwiatami. Obok wielu stoją miniaturowe, naprawdę używane grille. Dla ogólnego uroku wypada też na ścianie powiesić klatkę z kanarkiem lub dwie. No i kropkę nad ‚i’ stanowi wiszące nad głowami przechodniów pranie. Tak, teraz dopiero możemy powiedzieć, że uliczka jest ciasna.

IMG_1844

IMG_1842

IMG_1955

Ciężko się chodzi po Alfamie z mapą. Ulice spotykają się na nieregularnych placach i placykach, by potem wędrować w najróżniejszych kierunkach, jedne w górę, drugie w dół. Zapomnijcie o kątach prostych skrzyżowań, o głównych traktach, o jakimkolwiek uporządkowaniu. Podążając wedle mapy można oszaleć z frustracji – nic, żadna ulica, zaułek i przecznica nie jest tam, gdzie być powinna. Mapa nie uwzględnia różnic wysokości, ulic przechodzących nad sobą wzajemnie. Mapa nie potrafi ująć wszystkich wąziutkich uliczek, które wyglądają jak prywatne chodniki do jakiś drzwi, by nagle skręcić pod kątem 180 stopni i prowadzić dalej. Mapa w Alfamie może co najwyżej służyć do zrobienia z niej sobie kapelusza na słońce.

IMG_1948

IMG_1946

IMG_1886

Wyrzućcie więc mapę (lub załóżcie ją na głowę) i od razu zwiedzanie stanie się prostsze. Bez nosa utkwionego w mylącym planie ulic, zobaczycie magię tego miejsca – okna, drzwi, kafle na ścianach, bramy, rośliny. I do tego to niesamowite białe światło, tak denerwujące dla robienia zdjęć. Wszystko jest wypłowiałe, jakby za niewidzialną mgłą. Mrużę oczy i nie wiem, czy to co oglądam to rzeczywistość, czy jakiś miraż.

IMG_1952

IMG_1879

IMG_1881

IMG_1862

Spacerując bez planu, wybierajcie uliczki kierując się szeptem serca. Jedne będą Was kusić, inne zignorujecie. Każda z nich doprowadzi Was do uroczych zaułków, ukrytych minirestauracji z nieziemską kawą, leniwych podwórek, zaskakujących widoków na Tag.  Ktoś ambitnie będzie ciągle wybierał wspinaczkę w górę, inny filozoficznie zdecyduje, że w droga w dół to nie pójście na łatwiznę, tylko kierowanie się zdrowym rozsądkiem.

IMG_1882

IMG_1883

Każdy widzi Alfamę inaczej, każdy przywiezie z niej inne zdjęcia. Ale większość będzie tęsknić oglądając w domu zrobione fotografie.

Alfama cheira a saudade – śpiewa Mariza. Alfama pachnie tęsknotą. Niepodobna być tu i nią nie przesiąknąć.

IMG_1872

IMG_1860

IMG_1853

IMG_1847

IMG_1855

IMG_2022

Oprócz tej turystycznej jest też współczesna Lizbona. Brudna, szara, monotonna, z nieciekawymi, klockowatymi budynkami i fruwającymi do kaprysów wiatru śmieciami. Zresztą śmieci są na ulicy wszędzie – i w uroczej, starej Alfamie, jak i nowoczesnej Baixie. To znany nam już styl południa. Takie same śmieci widzieliśmy w Hiszpanii, Włoszech, Grecji – tak jakby upał obezwładniał rękę tak bardzo, że trafienie papierka, niedopałka, butelki do kosza stanowi nieosiągalny cel, więc w ogóle nie warto próbować.

DSC02421

DSC02430

DSC02432

DSC02436

DSC02437

DSC02439

W tej Lizbonie uderza nas jakaś taka bylejakość. Brak troski o wygląd. Wystawy sklepów zupełnie niedzisiejsze, w oknie napakowany każdy możliwy towar bez ładu i składu, byle pokazać jego obecność i cenę. Żadnej aranżacji, stylu, przyciągnięcia wzroku.

Chodniki krzywe, elewacje zaniedbane, i zupełny brak zieleni.

Nie, nie jest to miasto, w którym chcielibyśmy mieszkać. Ale chwilę tu pomieszkać, oczywiście w starym sercu Lizbony – tak, z całego serca. Jakiś dziwny czar tego miejsca wtargnął w nas, przeniknął w molekuły duszy i wiemy już, że po powrocie do Polski będziemy słuchać fado, tęsknić i planować powroty.

IMG_2018

Dwulatek potrafi, oj potrafi.

Nie mamy szczegółowego planu zwiedzania. Pierwszego dnia błąkamy się po uliczkach Alfamy, robimy zdjęcia starym domom, oknom przystrojonym ku chwale różnych świętych, dekoracjom porozwieszanym nad ulicami, placom, i niesamowitym porcelanowym elewacjom. Różnorodność kafli jest oszałamiająca.

IMG_1852

IMG_1868

IMG_1865

IMG_1944

IMG_1943

W międzyczasie próbujemy po raz kolejny odpieluchować Tolka, wmawiając mu, że w Portugalii nie robi się siku w huggiesa. Żeby uatrakcyjnić naukę wynajdujemy różne rzeczy do obsikiwania – krawężniki, słupki, kratki uliczne, wątłe kawałki trawy. Idzie nam (a w zasadzie Tolkowi, my już od dawna jesteśmy odpieluchowani) zadziwiająco dobrze. W końcu Tolek zamiast chłonąć kulturę i architekturę skupia się na wynajdywaniu kolejnych rzeczy do „oznaczenia” choćby kropelką, bo więcej już nie ma w zbiorniku : )

Z drugiej strony jest dwuipółlatkiem, który na tych wakacjach da nam nieźle w kość. W Norwegii jako półtoraroczne dziecko był marzeniem jako towarzysz podróży. Ciekawy wszystkiego, pogodny, cierpliwy, i przede wszystkich – słuchający się rodziców : ) A teraz, rok później… Sławny bunt dwulatka w jego wydaniu ma raczej oblicze hiperfobii i niezgody na to, by świat się go nie słuchał. Za każdym razem, gdy coś jest nie po jego myśli (czyli średnio co 15 minut) wpada w czarną rozpacz oznajmianą rykiem, wrzaskiem, płaczem. Musimy zmierzyć się z np. z kategoryczną odmową pójścia jakąś ulicą, bo po ulicy jeżdżą samochody. Na nic tłumaczenia, że tu nie ma chodnika, a samochody mają hamulce i nas nie przejadą. Tolek jest nieprzejednany, kroku nie wykona, przyklei się do ściany budynku i wyjąc na najwyższych obrotach nie pozwoli na złamanie świętej zasady (a dla niego każda zasada jest święta, nie uznaje istnienia wyjątków), że po ulicy się nie chodzi.

Albo na niesamowitym placu Rossio z mozaiką ułożoną tak, że ma się wrażenie falowania chodnika zostajemy uraczeni kolejną porcją histerycznych wrzasków, bo … zawiał wiatr i krople z fontanny ośmieliły się go zmoczyć. Bez pytania i bez pozwolenia, którego w sumie i tak by nie uzyskały.

Nie jest łatwo, nie.

IMG_1888

IMG_1892

Stoimy w kolejce do jednej z flagowych atrakcji – żelaznej windy wiozącej podróżnych na punkt widokowy oraz ulice położone wyżej w mieście. Popełniam niewybaczalny błąd, bo wycieram Tolkowi katar nie tą chusteczką, którą  by sobie życzył. W rewanżu Suseł znów wrzeszczy, ryczy, rzuca się na ziemię i generalnie pokazuje, że świat i rodzice bardzo go rozczarowali. To kolejna taka scena w ciągu ostatnich dwóch godzin. Nie wytrzymuję nerwowo, mam już głęboko w poważaniu wszystkie dobre rady o właściwym wychowaniu dzieci, poszanowaniu małego człowieka i jego uczuć,  i uciekam się do starej, wypróbowanej, działającej metody na niesłuchające się dzieci. Nie, nie biję. Spokojnym i miłym tonem, tak żeby nierozumiejący niczego inni obcojęzyczni turyści w kolejce nic nie podejrzewali, mówię mu, że jak zaraz nie przestanie wrzeszczeć i płakać to ta pani w zielonej bluzce w kolejce za nami go zabierze, bo ona zabiera krzyczące dzieci i wywozi w nieznane miejsce.

Oczywiście zadziałało, Tolek ucichł.

Wchodzimy do windy. Michał pcha wózek, kupuje bilety, a ja wylądowałam z Kajem na ręku i Tolkiem za rękę. Winda rusza, Tolek zaczyna płakać. Wtedy ta pani – czarownica, która miała zabrać krzyczące dzieci, tak, ta sama, która miała nic nie rozumieć z tego co mówiłam synowi, wstaje z ławki robiąc dla nas miejsce i mówi po polsku: proszę usiąść, może się przestraszył windy.

Mam ochotę zapaść się pod ziemię, ale zachowuję zimną krew i grzecznie dziękuję. Siadam na ławce i próbuję na kolanach posadzić sobie Tolka. Ten wyrywa się, zaczyna krzyczeć i za nic w świecie nie usiądzie. Zdesperowani odliczamy sekundy do końca podróży w górę. Wychodzimy z windy i z trudem opanowuję się, żeby nie posłać Tolka samego windą w dół udając, że to nie moje dziecko.

Na tarasie widokowym czekam, aż się uspokoi i wtedy mówię:

– Tolku, pani ustąpiła nam miejsca, bo nie chciała, żebyś upadł w windzie. Była dla ciebie bardzo miła. Dlaczego nie chciałeś usiąść?

A na to mój syn:

– Bo mam kupę.

IMG_1893

Elevador de Santa Justa

IMG_1905

***

Michał poszedł na najwyższy poziom wieży zrobić zdjęcia, a ja mając przed oczami niesamowitą panoramę Lizbony i Tagu, zmieniłam brudne majtki Tolkowi, brudną pieluszkę Kajowi, potem w tempie ekspresowym wyciągnęłam dla Tolka z torby specjalny woreczek do sikania* w miejscach, w których nie da się sikać, dałam Tolkowi misia-który-pomaga** za to, że powiedział o sikaniu zanim się zsikał, w obłędzie dałam też misia płaczącemu Kajowi, wyjęłam misia Kajowi, dałam mu smoczka, znalazłam banana dla Tolka, i wtedy wrócił Michał ze zdaniem: Już jestem, w czym ci pomóc?

Zostawiłam chłopaków razem i samotnie poszłam na szczyt wieży. Panorama warta zapłacenia tych kilku euro. Czerwone dachówki Alfamy i Baixy kończące się błękitnym Tagiem. Wzgórze zamkowe z naszym domem daleko w tle. Ale najbardziej zauroczyło mnie odkrycie, że na niektórych dachach toczyło się życie towarzyskie – ludzie robili sobie pikniki, grille, opalali się.

IMG_1900

W dali Castelo de Sao Jorge, obok którego mieszkamy.

W dali Castelo de Sao Jorge, obok którego mieszkamy.

IMG_1897

IMG_1896

Obfotografowałam co uznałam za stosowne, chwilę podelektowałam się ciszą i samotnością, a potem na wieżę weszli kolejni Polacy. I cała czwórka po kolei fotografowała się w mój ulubiony sposób, czyli ‘na tle’ zasłaniając właściwie tło. Żebym była dobrze zrozumiana – każde z nich fotografowało się na tle każdej z czterech stron panoramy, czyli w sumie wykonano szesnaście bezsensownych zdjęć. Następnie zaczęli schodzić kręconymi, żelaznymi schodami w dół, ale nie od razu. Najpierw każde z nich(!) pozorowało, że schodzi w dół, a inna osoba robiła mu/jej zdjęcie. Mamy więc kolejne cztery bezsensowne zdjęcia – czwórki osób schodzących w dół schodami. Urocze.

IMG_1904

Wróciłam do moich mężczyzn i poszliśmy w stronę placu przed Convento do Carmo, na którym znajduje się ujęcie wody sprowadzanej kiedyś do Lizbony akweduktami z gór. Tam na ławce pośród kwitnących jacarand zrobiliśmy sobie krótką przerwę. Michał z Tolkiem poszli po wodę do picia, a Kaj przyssał się do cycka, gdyż wodą gardzi. Potem Michał opowiadał, że zajrzał do jakiegoś sklepu i spytał gdzie można najbliżej kupić wodę. Sprzedawca widząc Tolka i myśląc, że to dla spragnionego dziecka zaoferował mu wodę z kranu (tak ta lizbońska spokojnie nadaje się do picia, i jak to mówią Portugalczycy – w przeciwieństwie do amerykańskiej, za tą w restauracji nie trzeba płacić), a gdy Michał wyjaśnił, że potrzebuje w butelce, żeby dla mnie przynieść, wyszedł z nimi na ulicę i zaprowadził! do najbliższego spożywczego sklepu, żeby nie zabłądzili. W międzyczasie nawiązał znajomość z Tolkiem i stoczył z nim pojedynek na palce.

W kolejnych dniach pobytu tutaj przekonaliśmy się, że to był jeden z wielu miłych gestów, które nas spotkały w Portugalii ze strony jej mieszkańców – nie pojedynek, tylko bezinteresowna pomoc ;) oczywiście.

DSC02400

IMG_1912

Jackarandy, zabytkowe ujęcie wody i Tolek…

...oraz akwedukt, który mijaliśmy jadąc na lotnisko

…oraz akwedukt, który mijaliśmy jadąc na lotnisko

Następnym punktem naszego zwiedzania były ruiny klasztoru Karmelitów. Bardzo klimatyczne miejsce, no chyba że jest się tam z płaczącym, zmęczonym upałem niemowlakiem i również zmęczonym dwulatkiem.

IMG_1914

IMG_1916

IMG_1902

Na dół Lizbony wróciliśmy piechotą nie ryzykując już ponownej jazdy Elevador de Santa Justa.

IMG_1919

Zgadnijcie, gdzie jest Kaj w naszym superelastycznym wózku?

Była godzina siedemnasta, upał dał nam się już we znaki, poza tym zaczynaliśmy być głodni. W jednej z najsłynniejszych cukierni lizbońskich, Cafe Gelo, kupiliśmy trochę ciastek i … nie zdążyliśmy się nimi podelektować, bo Tolek stwierdził, że chce spać. Ok, wzięłam Kaja na chustę, a nasz super elastyczny wózek przerobiliśmy na spanie dla Tolka. Zajęło nam to łącznie 5 minut, po których Tolek zaczął wrzeszczeć, że nie chce spać i nie położy się w wózku. Po kolejnych 5 minutach wrzeszczeliśmy już wszyscy na siebie (mogłam o tym nie pisać, ale myślę, że wielu osobom zrobi się teraz przyjemnie, gdy odkryją, że nie jesteśmy taką wkurzającą, idealną rodziną, która z uśmiechem na ustach zwiedza kolejne kraje), siłą posadziliśmy Tolka w wózku (położyć się nie dał, a użycie jeszcze większej siły było ryzykowne) i szybkim krokiem ruszyliśmy Rua Augusta w stronę Praca do Comercio. Po kilku minutach zaglądam do wózka i widzę, że małemu kleją się oczy. Cichutko proponuję, żeby się położył w wózku, to będzie mu wygodniej. Ups – znów wrzask i kategoryczna odmowa położenia się. Co ty kobieto wiesz o potrzebach dwulatków? Przecież mówił, że nie chce spać, prawda? Czy mówił, że zmienił zdanie (znaczenie mowy ciała w przypadku dwulatka jest mylące)? Nie. Więc daj mu pozwisać z wózka z półprzytomnymi oczami i nie próbuj pod pozorem troski ograniczać mu wolności. No!  Idziemy dalej, rozmawiając ze sobą i próbując ignorować fakt posiadania w wózku najbardziej wkurzającego dziecka na świecie. W końcu jacyś ludzie idący naprzeciw nas machają do nas i coś mówią uprzejmie po portugalsku pokazując na wózek. Zaglądam, a tam Tolek śpi zgięty jak scyzoryk, z głową na kolanach tak, że jeszcze jeden lub dwa wyboje, a wypadłby z wózka. Rozkładamy dzieciaka do pozycji leżącej, zakładamy na wózek ochronę przed słońcem i … znów jest cudownie. Dzieci śpią, jedno w wózku, drugie w chuście, a my mamy dwa pudełka ciastek dla siebie, w tym słynne lizbońskie Pastel de Nata, czyli bułeczki z budyniem i cynamonem.

Na Praca de Comercio oprócz ważnych budynkow i znamiennego pomnika, znajduje się najseksowniejsza toaleta świata, jeśli wierzyć reklamie.

Na Praca de Comercio oprócz ważnych budynkow i znamiennego pomnika, znajduje się najseksowniejsza toaleta świata, jeśli wierzyć reklamie.

Z drugiej strony, jeśli o seksowności mają świadczyć kolorowe papiery toaletowe, to Renova musi się jeszcze wiele nauczyć.

Z drugiej strony, jeśli o seksowności mają świadczyć kolorowe papiery toaletowe, to Renova musi się jeszcze wiele nauczyć.

Potem krótki spacer wzdłuż brzegu Tagu na wysokości Cais das Colunas, które kiedyś były portową bramą miasta, a teraz są malowniczym motywem milionów zdjęć.

IMG_1925

Chyba koniec zwiedzania na dziś. Ciągle gorąco, a przed nami wspinaczka na wzgórze zamkowe. Michał pcha wózek ze śpiącym Tolkiem, ja mam na chuście śpiącego Kaja, a do tego potwornie obolałe stopy. Krótka chwila wahania i decyzja podjęta – bierzemy taksówkę.

Wysiadamy na placu przed zamkiem i już pieszo pokonujemy ostatnie 200 metrów. Ostatkiem sił wspinamy się po przeklętych schodach i padamy na łóżko w chłodnym apartamencie.

* miś–który–pomaga – to żelkowy miś Haribo. Zaczęło się od witaminy w kształcie żelkowych misiów, które Tolek dostawał, i tłumaczyliśmy mu, że te misie pomagają być zdrowym. Potem tak je polubił (albo ideę), że domagał się misiów kilka razy dziennie, a na pewno w nagrodę za powiedzenie o siusiu. Żeby nie przewitamizować potomka, zakupiliśmy misie Haribo, i teraz one robią za misie-które-pomagają.

** woreczek do sikania – specjalna torebka foliowa będąca wkładem do nocnika turystycznego. Ma w środku absorber wilgoci, więc dość bezpiecznie po jej użyciu można nieść ją w ręku do czasu znalezienia kosza. Niezastąpiona podczas zwiedzania muzeów, pałaców i wież, gdy od momentu poinformowania o siusiu do chwili sikania mija 5 sekund.

***

Krótka dygresja o policjantach. Policjanci występują w Lizbonie w formacjach stadnych. Jeśli chcecie ich znaleźć w ciągu dnia, musicie rozejrzeć się za cieniem. Na pewno w którymś z nich – pod rozłożystym drzewem, za rogiem budynku, pod daszkiem restauracji znajdziecie wszystkich policjantów z rewiru. Stoją wielką grupą, i zapobiegają przestępczości w myśl zasady: zobacz jaką jesteśmy siłą! Opuszczają chłodne miejsce i w teren parami ruszają dopiero, gdy słońce jest już bardzo nisko.

***

Niedziela upłynęła nam pod znakiem Tagu. Mieliśmy większe plany, chcieliśmy pochodzić po ogrodach botanicznych, zwiedzić muzeum marynistyczne, ale wyszło jak wyszło. Choć nie wyszło źle : )

Na początek schodząc ulicami Alfamy zajrzeliśmy do sklepu z pamiątkami bez konkretnego zamiaru kupowania czegokolwiek. Tolek na wejściu dostał od sprzedawczyni prezent – ołówek. Tak, tak – znamy zasadę wzajemności, i doskonale zdawaliśmy sobie sprawę jak to działa. Ale tą zasadę, jak zresztą każdą inną, trzeba umieć zastosować. I pani umiała. Wycofała się w głąb sklepu zupełnie nie narzucając nam swojej obecności. Mogliśmy wyjść i na pamiątkę zatrzymać ołówek. Ale … wystawione tam kafle były tak piękne, że wyjść bez zakupu było nie sposób. Robione ręcznie w Lizbonie, żadne chińskie podróbki. Tylko który wybrać do domu na pamiątkę? Który nam będzie przypominał o tej podróży, jej temperaturze, barwach, dźwiękach?

IMG_1941

IMG_1938

IMG_1939

Po półgodzinnym oglądaniu, porównywaniu, wymyślaniu, wracamy do tego, który zauroczył nas na samym początku – niebiesko żółtego serca wytłaczanego jakby było z koronki. Do niego dokupujemy czteropak płyt z fado i pamiątki dla znajomych.

Michał odnosi zakupy do domu, a ja z dziećmi powoli schodzę na dół. Kupujemy bilety na autobus hop on – hop off, i po przejechaniu całej trasy dojeżdżamy w okolice Torre de Belem.

IMG_1989

IMG_1974

Najpierw krótki piknik pod drzewem oliwnym, potem spacer wzdłuż rzeki. Podobała nam się tutejsza przestrzeń publiczna – woda, dużo zieleni, ławki, szerokie deptaki, kawiarenki. Całe rodziny z dziećmi piknikowały, grzały się w słońcu, leniuchowały patrząc na płynący w stronę oceanu Tag. Znów zastanawialiśmy się, czemu Warszawa nie potrafi wykorzystać brzegów Wisły.

IMG_1956

IMG_1965

IMG_1966

IMG_1971

Było przyjemnie ciepło, ale dzięki wiatrowi od oceanu nie gorąco. Leniwie włóczyliśmy się, obserwowaliśmy, odpoczywaliśmy. Udało nam się zwiedzić wyłącznie Torre de Belem, bo pod Pomnik Odkrywców dotarliśmy w momencie zamykania wystawy.  Próbowałam wśród figur tych mężnych mężczyzn znaleźć kobiecą postać symbolizującą wszystkie matki, żony i kochanki, które na brzegu żegnały swych bohaterów zdobywających świat, ale niestety – rysy twarzy były zbyt zwodnicze, żeby zaryzykować rozróżnianie płci.

IMG_2014IMG_2015

A sama wieża dostarczyła nam atrakcji na ponad godzinę. Wąskie schody prowadzą z jednego piętra na drugie, i aby uniknąć przepychanek i zakorkowania, wprowadzono system ruchu zmiennego : ) – przez 2 minuty można iść tylko w górę, a następne 2 schodzić w dół. Czas jest sygnalizowany zielonymi świecącymi się światełkami oraz dźwiękiem. Choć i to okazało się za mało czytelne dla Włochów, którzy notorycznie parli w upatrzonym przez siebie kierunku, niekoniecznie zwracając uwagę na ogół. Dla Tolka natomiast pokonywanie schodów z jednego poziomu na drugi tak aby zmieścić się w czasie stanowiło niezłą zabawę. Natomiast na szczycie zakochał się w narożnych wieżyczkach, które okazały się być … norkami dzika, a tak się złożyło, że w tym czasie Tolek był dzikiem. Więc biegał od jednej norki do drugiej i naprawdę nieźle się nagimnastykowaliśmy, żeby jakoś bez płaczu zakończyć tą zabawę. Pomogło zamienienie się dzika w strażaka i bieg na dół w celu ugaszenia pożaru…

IMG_1987

DSC02454

IMG_1992-EditIMG_2007

IMG_2011DSC02471
DSC02463

IMG_1995

IMG_1994

IMG_1999

IMG_2000

DSC02474

Norka dzika i Dzik we własnej osobie

DSC02477

DSC02475

DSC02478

IMG_2009

Potem poszliśmy na obiado-kolację, wstyd przyznać, ale do Włocha. Nie mieliśmy już siły szukać portugalskiej restauracji, a ta włoska była najbliżej. Szkoda, że nie zajrzeliśmy do przewodnika, bo dosłownie przystanek dalej były Doca de Santo Amaro, magazyny zamienione na ciąg restauracji i kawiarni nad wodą, i pewnie tam moglibyśmy spróbować miejscowej kuchni (choć zaserwowane nam włoskie jedzenie było naprawdę niezłe).

DSC02483

I jakoś tak, w rytmie leniwej niedzieli minął nam ten dzień. Niewiele zwiedziliśmy, ale czuliśmy się wspaniale. Zrelaksowani, wygrzani, zwolniliśmy tempo życia dostosowując się do południowych norm.

IMG_1985

IMG_1984

Tylko jedna rzecz zburzyła wizerunek sielanki. Przed wejściem do Torre de Belem żebrał Cygan, który na odwróconym do góry dnem pudelku przed sobą trzymał maleńkiego pieska – ratlerka z papierowym koszyczkiem na monety w pyszczku. Pies siedział zrezygnowany na tym upale, z oczami non stop zamykającymi mu się ze zmęczenia i gorąca. Bez wody, bez cienia, z ciężarem trzymanym zębami. A ludzie… ludzie, uważali, że to zabawne/słodkie/wzruszające i chętnie wrzucali monety. Dla mnie to było niewolnictwo w czystej postaci. W dodatku z mocnym okrucieństwem. Dlatego, może naiwnie, ale proszę – nie wrzucajcie tym ludziom pieniędzy. Psa losu nie poprawicie, a tylko skażecie na tortury następnego – jak ten umrze od wycieńczenia upałem, to przecież zastąpi go kolejny.

***

W nocy Tolek, który normalnie śpi z nami, skusił się na specjalnie przygotowaną dla niego przez Anę pościel z pieskami i zażyczył sobie spania w osobnym łóżku. Trochę się wahałam, bo łózko wysokie, a obywatel Suseł przez noc wykonuje co najmniej pięć obrotów jak wskazówka zegara, więc jest całkiem pewne, że spadnie. Ale ok, nie należy hamować dziecka w drodze do samodzielności, prawda? Rozkładamy mu drugie łóżko, podłogę wyścielamy poduszkami i kocami i idziemy spać. W nocy słyszę, jak mały coś mamrocze. Przychodzę do niego, widzę że śpi, kołdra skopana  (w sumie nic dziwnego, bo czerwcowa noc raczej upalna), ale coś gada pod nosem. Pytam: wszystko w porządku Tolo? I słyszę jak mówi przez sen: Proszę mi założyć czapkę, bo jest mi zimno i będę płakał.

Oto żywy dowód na to, co się dzieje, gdy uczycie dziecko nazywania swoich potrzeb i wyrażania uczuć.

***

Musimy opuścić Lizbonę. Jadąc taksówką w stronę lotniska, żeby odebrać zarezerwowany tam samochód na dalszą część wakacji, czujemy … tak, czujemy saudade. Jego pierwsze tony, ale już na stałe złączone z rytmem bicia naszych serc. Wiemy, po prostu wiemy, że niedługo tu wrócimy. Na dłużej, minimum tydzień, a najchętniej na parę miesięcy. Zorganizujemy wtedy opiekunkę do dzieciaków i ruszymy w miasto nocą. Na koncerty fado, na spektakl nocnych świateł miasta odbijających się w Tagu. A w ciągu dnia w stronę kolejnych ulic i rejonów, których niesamowity opis popełniony przez Kydryńskiego skutecznie podrażnił naszą wyobraźnię. Ach, Lizbona…

Ostatnia Pastel de Nata przed wyjazdem...

Ostatnia Pastel de Nata przed wyjazdem…

Szalony sen architekta wśród eukaliptusów i sekwoi

W poniedziałek wynajętym autem ruszamy w stronę Sintry. Opis z przewodnika jest bardzo zagmatwany, i nie do końca wiemy, czego się spodziewać i co chcemy tam zobaczyć. Padają różne nazwy zamków i pałaców, a nam trudno zorientować się czy chodzi o jeden, czy naprawdę w tym małym miasteczku jest ich tyle. Wiemy jedno – trzeba tam być.

DSC02492

Parkujemy w miasteczku, jakiś kilometr przed głównym placem. Pieszo idziemy w jego stronę. Jest zielono, bardzo zielono. Palmy, oliwki, eukaliptusy, i mnóstwo innych egzotycznych dla nas drzew. Wzdłuż drogi mijamy rzeźby, grajków, artystów.

IMG_2029

IMG_2030

IMG_2032

IMG_2039

IMG_2036

IMG_2035

IMG_2034

IMG_2033

DSC02495

Dochodzimy do centrum i spacerujemy po uliczkach wśród tłumu turystów.

IMG_2040

IMG_2043

IMG_2045

IMG_2041

IMG_2051

IMG_2052

DSC02500

IMG_2068

Michał znika w cukierni po tutejszy przysmak – specjalne ciasteczka z Sintry. Ja w tym czasie pcham urokliwą, acz stromą ulicą wózek z Kajem i Tolkiem pod górę, i słyszę jak jakiś pan robiący sobie zdjęcie na tle tejże uliczki instruuje swoją żonę po polsku: Ale poczekaj aż ta baba z bachorami przejdzie, nie chcę mieć z nimi zdjęcia.

Mijam go i informuję: Już przechodzę, przepraszam za niedogodności.

Ech, ta dziwna zwodnicza pewność, że za granicą nikt nas nie rozumie : )

IMG_2057

IMG_2055

Na zatłoczonej już centralnej ulicy kupujemy obiad – ciastka nadziewane bacalhao, czyli dorszem, narodową rybą, potrawą i niemalże świętością Portugalczyków. Zjadamy je na centralnym placu, przed remontowanym Palacio Nacional de Sintra.

DSC02497

Cóż takiego ciekawego odkrył Dzielny Podóżnik?

Cóż takiego ciekawego odkrył Dzielny Podóżnik?

Koniki!

Koniki!

Wracamy do auta, bo zorientowaliśmy się, że słynne zamki to budowle rozrzucone wokół miasteczka w promieniu kilku kilometrów i do większości z nich jest oczywiście pod górkę. Po drodze na krótki relaks i karmienie Kaja zaglądamy do parku, w którym przechadzają się baśniowe zwierzęta.

IMG_2058

IMG_2059

IMG_2066-Edit-Edit

IMG_2063

Tata, a jak nazywa się to zwierze?

Tata, a jak nazywa się to zwierze?

DSC02502

Zostało nam już niewiele dnia, więc wybieramy jeden z pałaców – Palacio da Pena. Droga jedzie w górę wzgórza i jest jednokierunkowa. Po drodze mijamy drogowskazy na pozostałe atrakcje, w tym odpuszczony z żalem serca Castelo dos Mouros. Parkujemy na jednym z dedykowanych parkingów (jest ich kilka, dobrze oznaczonych, ale nie można przegapić ostatniego, bo wtedy rozpoczyna się ponownie kilkukilometrowa droga dookoła, na które nie da się zawrócić z uwagi na ruch jednokierunkowy) i ruszamy na zwiedzanie.

Ciężko opisać to co widzieliśmy. To było skrzyżowanie zamku z Krainy po Drugiej Stronie Lustra z mauretańskimi twierdzami. Zwiedzając, za każdym zakrętem podświadomie wypatrywaliśmy Białego Królika, za którym powinniśmy podążyć. Trudno było zdjęciami oddać to poplątanie pomysłów i ozdób architektonicznych – co krok, co obrót głowy to inna perspektywa te same bryły budynków pokazywała w zupełnie innym kontekście. Lunapark, istny labirynt zdobień.

IMG_2075

IMG_2081

IMG_2089

IMG_2093

IMG_2097

IMG_2087

DSC02508

IMG_2103

IMG_2100

IMG_2106

IMG_2107-Edit

IMG_2108

DSC02513

Niestety nie zdążyliśmy na spokojnie oswoić całości, bo nagle napłynęły mleczne chmury, zrobiło się wilgotno, biało i bardzo zimno, a po chwili zaczęło padać. Uciekliśmy do wnętrza. Tam jednak też było na co popatrzeć, czemu się dziwić.

IMG_2116

IMG_2114

IMG_2111

IMG_2110

IMG_2117

IMG_2121

IMG_2134

IMG_2136

IMG_2144

IMG_2137

IMG_2140

IMG_2141

IMG_2139

IMG_2138

IMG_2129

IMG_2128

IMG_2127

IMG_2123

DSC02517

IMG_2069

IMG_2131

Po skończonej wycieczce ciągle padało, więc jeszcze pół godziny spędziliśmy w pałacowej kawiarni czekając na jakąkolwiek poprawę.  Gdy przestało padać zapakowaliśmy dzieci do wózka i drogą prowadzącą przez imponujący park przy pałacu wróciliśmy do auta. A w parku można spacerować cały dzień wśród eukaliptusów i … sekwoi : ) Żal, że nie starczyło czasu. Jak zwykle na wakacjach – ciągle za mało czasu.

IMG_2149

IMG_2148

IMG_2078

IMG_2080

DSC02519

IMG_2153

Jest po osiemnastej. Dzieciaki zasypiają w aucie, a my jedziemy prawie dwie godziny do miejsca, które będzie naszą bazą przez resztę pobytu w Portugalii. Pokonujemy Tag słynnym mostem, będącym mniejszą kopią znanego wszystkim mostu z San Francisco. Wykonała go ta sama firma, a o wyborze zdecydowała konstrukcja – zarówno pierwowzór jak i Ponte de 25 Abril są odporne na trzęsienia ziemi.

DSC02523

DSC02526

Po drodze zatrzymujemy się w MacDonaldzie przy autostradzie. Zamawiamy i w okienku chcemy zapłacić kartą. Prawdziwą, ważną, nie drukowaną na domowej drukarce, bez zablokowanych środków, powszechnie używaną międzynarodową Visą. Co ważne – na okienku widnieje naklejka Visy jako opcji płatniczej. Powinno się udać, prawda?

A jednak – nasza karta nie zostaje zaakceptowana. Bo nie jest Visą wydaną w Portugalii. Pan w okienku niewiele więcej umie powiedzieć po angielsku. Na szczęście mamy ze sobą gotówkę, więc płacimy i jedziemy dalej.

To wbrew pozorom bardzo ważny moment w naszej podróży. Wyjechaliśmy poza granice Lizbony i jej turystycznych przedmieść (a tak jest określana Sintra i inne nadmorskie miejscowości), i od razu potykamy się o dwa specyficzne zjawiska, charakterystyczne dla Portugalii poza stolicą: absurdy dotyczące braku aprobaty dla kart innych niż portugalskie, oraz znikoma lub żadna znajomość angielskiego.

Pozostaje nam grzecznie nauczyć się języka portugalskiego, na co mamy nawet ochotę. Ale trochę obawiamy się założenia konta w portugalskim banku, który nazywa się Espirito Santo.

No bo co – wkładamy tam oszczędności, a potem jeden Duch Święty wie, gdzie one są???

U kresu naszej podróży tego dnia ukazał nam się taki oto widok. Zaparło nam dech ; )

U kresu naszej podróży tego dnia ukazał nam się taki oto widok. Zaparło nam dech ; )

Port Stara Bieda

To nie była miłość od pierwszego wejrzenia. Na początku była niewiara, zdumienie, rozczarowanie. Miłość przyszła później, ale za to taka totalna, przenikająca krwinki i układ oddechowy, już nie do zapomnienia i zastąpienia inną.

Trafiliśmy na to miejsce zupełnym przypadkiem. Nie ma go na popularnych stronach rezerwujących noclegi, przewodniki turystyczne o nim tylko wspominają nie mówiąc nic szczególnego, nic co by je wyróżniało, co by zwróciło uwagę turysty wertującego kolejne strony. Potem wielu Portugalczyków, którzy dowiadywali się, gdzie nocujemy ze zdziwieniem pytało: A jak dowiedzieliście się o tym miejscu? W domyśle: kto wam zdradził, że to miejsce istnieje?

Bo trafiliśmy do ukrytego skarbu Lizbończyków i mieszkańców okolicznych miasteczek. Nie, nie ma tam zakazu wjazdu dla turystów, ale nie ma też żadnej zachęty, żeby tam akurat pojechać.

Dlatego nie napiszemy gdzie to jest. Osoby zdeterminowane, poszukujące tego, co my tam znaleźliśmy, odnajdą w końcu właściwą drogę. A stonka turystyczna niech okupuje inne, przeznaczone dla niej plaże.

DSC02556

Jedziemy drogą nad oceanem, która w pewnym momencie staje się tak wąska, że zamontowano światła regulujące ruch, tak aby przez 5 minut samochody mogły jechać do wioski, a przez następne 5 minut – wyjechać z wioski. I tak w koło. Droga jest ślepa, kończy się  parkingiem w wiosce.

Wioska to wspomniany już parking na 30 samochodów, 10 domów w jednej linii zabudowy, 12 miejsc noclegowych (inaczej mówiąc – nie dwanaście punktów b&b, tylko dwanaście łóżek na których mogą przenocować przyjezdni), i 4 restauracje. Zadziwiające, prawda?

IMG_2163-Edit

Jedyne dwa B&B. Wybaczcie usunięcie w PS nazw, po których zbyt łatwo można by tam trafić : )

"Nasza" baza

„Nasza” baza

Leży tuż nad oceanem, przy jednej z najpiękniejszych plaż, do której można dostać się tylko od strony tejże wioski, bo od pozostałych stron otoczona jest górami pokrytymi zielenią. Nikt tam nic nie buduje, bo to park narodowy. Więc leżąc na plaży można patrzeć przed siebie na błękitną wodę, lub za siebie na zieleń drzew wznoszącą się prawie pionowo w górę. Zero hałasu, zero ruchu samochodowego, zero reklam, hoteli, świateł. Raj.

IMG_2229

IMG_2161

Mieszkamy w jednym z dwóch domów wynajmujących pokoje. Właściciel, wbrew temu co deklarował na stronie internetowej, nie mówi po angielsku. I właściwie nikt inny w wiosce też nie. A przynajmniej nie na tyle, żeby porozmawiać o czymś więcej niż tylko: Room ok?

Pokój jest fajowski - powiedział Tolo rozpakowując po szufladach rzeczy swoje i brata. Kto go, na litość, uczy takich słów???

Pokój jest fajoski – powiedział Tolo rozpakowując po szufladach rzeczy swoje i brata. Kto go, na litość, uczy takich słów???

Nie zraża nas to. Mieszkamy na poddaszu jego domu, do naszej dyspozycji jest samodzielne mieszkanie – dwa pokoje, kuchnia, łazienka. I taras z drzewem cytrynowym. Ciężko tak z marszu powiedzieć, że jest to urokliwe miejsce. Pokoje nie są jakoś szczególnie urządzone, raczej widać, że wstawiono tu to, czego nie potrzebowano w mieszkaniu, lub uzupełniono najtańszym możliwym wyposażeniem.

Taras betonowy, popękany, z plastikowymi krzesłami, każdym z innego kompletu, większość jako pojedyncze sztuki niepotrzebnego już wyposażenia restauracyjnego.

A jednak coś jest w powietrzu, co sprawia, że czujemy się tu totalnie i kompletnie zrelaksowani i na swoim miejscu. Może to wiatr znad oceanu, który huczy i szumi? Może sam szum oceanu, który jest tak wszechobecny, że dociera aż na „nasz” taras? Może cień od palmy rosnącej naprzeciwko drzewa z cytrynami, który jest naszym azylem po dniu pełnym słońca?

IMG_2218

IMG_2217

IMG_2220

IMG_2214

IMG_2215

Widok z tarasu na ocean

Widok z tarasu na ocean

Pierwszy spacer, jak już pisałam przyniósł raczej zadziwienie połączone z niedowierzaniem. Dookoła pustki, zero ludzi, zero życia. Ok, jest plaża, jest izolacja, ale o co właściwie chodzi w tym zachwycie? Co tu robią aż cztery restauracje, w dodatku tak nieatrakcyjne wizualnie? Betonowe budynki z odrapaną elewacją i wyblakłym napisem, wyglądające raczej na zamknięte od dwudziestu lat, a nie prosperujący biznes.

IMG_2162-Edit

A jednak – wszystkie cztery były i miały się całkiem dobrze. Zrozumieliśmy to w weekend, gdy cicha wioska zapełniła się przyjezdnymi. Całe rodziny z dziećmi, zakochani, przyjaciele, młodzież i starsi, przywędrowali tutaj, by spędzić dzień. Przywędrowali to właściwe określenie, bo jak już wspomniałam w wiosce nie ma ulic, jest tylko ta jedna, ślepo kończąca się malutkim parkingiem. Kto więc nie przyjechał tu wcześnie rano, to musiał zostawić auto dobre dwa – trzy kilometry przed wioską, tam gdzie droga była jeszcze wystarczająco szeroka, a potem zanieść na plażę ręczniki, lodówki z przekąskami, zabawki dla dzieci, dmuchane materace, olejki do opalania, książki, namioty cieniowe, itp.

Dlaczego nie zakochaliśmy się w tym miejscu od razu? Bo przyjechaliśmy tu jako turyści. Mieliśmy określone wymagania i wyobrażenia i potrzebowaliśmy czasu, żeby się od nich uwolnić i zwyczajnie być. Miejsce, w którym się znaleźliśmy nie było stworzone dla turystów i na wzór ich pragnień. Było autentyczne. Bez sztucznych upiększeń, bez klimatycznych kawiarni z widokiem na ocean, bez malutkich sklepików z miejscowymi produktami, bez ani jednego! folderu reklamującego atrakcje w okolicy. Ok, były restauracje, ale…

Restauracje według kryteriów turystycznych powinny być zadbane i odnowione, ale w ukochanym przez wszystkich stylu schaby chic (;d), czyli wyglądać jak nadgryzione zębem czasu. Nadgryziony zębem czasu i morskim powietrzem betonowy budynek nigdy nie remontowany ewidentnie nie wpisywał się w te realia : ) Nie było przed nimi kuszącego menu, tylko kartka w kratkę wyrwana z zeszytu, na której ktoś ręcznie nagryzmolił, jakie ryby są dostępne.

W środku wystrój był…, inaczej: w środku panowała harmonijna kontynuacja braku przywiązania do wyglądu obiektu. Turyści zachwyciliby się pewnie wiszącymi sieciami rybackimi, muszlami, świecami, fragmentami starej łodzi. Ale turyści tu nie zaglądają, a jak zaglądają i brakuje im świec, to niech sobie przyniosą własne. Obrus też, skoro papierowa podkładka nie wystarcza.

Do restauracji przychodzi się przecież zjeść, a nie oglądać, to nie wernisaż.

Więc po dniu spędzonym na plaży (pięknym dniu – dzięki wiatrowi oceanicznemu nie obezwładniająco upalnym, raczej rozleniwiająco ciepłym), z wiaderkiem pełnym zebranych kamyków i muszli wchodzimy do jednej z nich. Jest środek tygodnia, więc właściwie oprócz miejscowych w wiosce nie ma nikogo więcej. Restauracja pusta, na kilkadziesiąt stolików zajęty jeden, przez parę pijącą kawę. W środku ciemno, siermiężnie, jak w naszych jadłodajniach z poprzedniego ustroju. Niepewni kierujemy się na zewnątrz, na taras wychodzący na ocean. Myślę sobie, że jeśli nawet nic nie da się tu zjeść (bo skoro nie ma gości, to pewnie kuchnia też zamknięta, tylko o tym nie wiemy, bo nie umiemy czytać po portugalsku), to chociaż wypijemy kawę z dobrym widokiem.

Po drodze mijam… no właśnie, ciężko mi określić kogo – kelnera, kucharza, właściciela? Najprawdopodobniej wszystkich ich w jednej osobie. Pan, ubrany w poplamiony i pognieciony biały fartuch, jest dość duży, otyły, z wielkim wąsem i surowym spojrzeniem, pod którym tracę resztki pewności siebie i właściwie mam ochotę wyjść lub raczej uciec z poczuciem klęski, ale powstrzymuje mnie głód. Nieśmiało i z lękiem mówię: Bon tarde. Z lękiem, bo ciągle mylę portugalskie pozdrowienie od hiszpańskiego: bona tarda, a Portugalczycy odbierają zwracanie się do nich po hiszpańsku jako w najlepszym razie nietakt, a najczęściej jako grubiaństwo i buractwo. Zresztą, tak samo wrażliwi są gdy ktoś mówi do nich brazylijską odmianą portugalskiego. Więc naprawdę muszę się skupiać, żeby nie mylić podstawowych zwrotów ze znanymi mi już z pobytu w Barcelonie i nikogo nie obrazić. A już na pewno nie surowego pana z restauracji, który jest naszą nadzieją na obiad.

Pan coś burknął, ale naprawdę nie wiem, czy odpowiedział Bon tarde, czy rzekł po portugalsku: Czego, barbarzyńscy turyści?

Siadamy przy stoliku. Po chwili bez słowa dostajemy menu, które o dziwo ma też angielską wersję. Czytamy, i jesteśmy lekko zaskoczeni – ceny wysokie, wyższe niż w Lizbonie, pewnie stąd, że w ofercie są same ryby, a te jak wiadomo kosztują.

Zaciskamy zęby i zamawiamy najtańsze danie w karcie: zestaw risotto z krewetkami dla dwóch osób za 100 zł.

Pan przyjmuje zamówienie, a po chwili bez słowa przeciera nasz stolik jakąś szmatą (nie, nie będę podejrzewać, że to ta sama co od podłogi. Wygląd nie świadczy o wszystkim, przynajmniej mam taką nadzieję…) i przed każdym z nas kładzie papierowe podkładki. Następnie przynosi zamówione napoje. Tolek uspokaja się, bo dostaje sok jabłkowy, a my w końcu powoli zaczynamy się rozluźniać czując kuszący zapach kawy (swoją drogą Portugalia to kolejny południowy kraj, gdzie naprawdę wiedzą jak parzyć kawę).

Jeszcze tylko coś zjeść i będę szczęśliwa – myślę sobie. I wtedy na stół pan podaje nam pokrojony chleb i talerz z przekąskami – miejscowym serem, oliwkami i obowiązkową pastą z sardynek. Przez sekundę zastanawiam się, czy będzie to doliczone do rachunku i za ile, ale potem odpuszczam – i tak się nie dogadam, choćbym chciała protestować (nie, nie było).

Wszystko to serwowane jest z zaciętą miną i w milczeniu, ale już nam to nie przeszkadza. Mamy pyszny starter, aromatyczną kawę i widok na żaglówki kołyszące się na falach. Czego chcieć więcej?

DSC02553

Ano – może risotta? W końcu doczekaliśmy się. Pan stawia przed nami ogromniasty garnek, zdejmuje pokrywkę, a my mało nie mdlejemy z rozkoszy, gdy do naszych nosów dochodzi aromat potrawy. Porcja nie dla dwóch, ale co najmniej sześciu osób, pysznych, świeżych krewetek z ryżem, w gęstym maślanopomidorowym sosie z leciutkim akcentem czosnku i drobno pokrojoną natką pietruszki. Coś banalnie prostego w przygotowaniu, ale wiadomo, że banalne rzeczy wymagają precyzji w wykonaniu. Tu wszystkie składniki były doskonale zbilansowane, trzymane na patelni dokładnie tak długo, jak powinny, więc nie za twarde, ale też nie rozgotowane. Niebo, po prostu niebo.

DSC02554

Jemy, wzdychamy, dokładamy kolejne porcje na talerze, aż w końcu, mimo że serca nam pękają z żalu musimy się poddać. Nie damy rady zjeść całego posiłku.

Pan przychodzi i na pyta czy skończyliśmy. Mówimy, że tak, a ja na migi pokazuję mu, że potrawa jest po prostu boska i pokochałam ją całym sercem.

I wtedy bariera zostaje przełamana – pan rozpromienia się, w końcu po raz pierwszy widzę jego uśmiech, i słyszymy jak nam dziękuje.

Wychodzimy stamtąd jako zaprzyjaźnieni bywalcy, zawsze będą mile widziani, bo potrafiący docenić dobre jedzenie.

No stres w wydaniu portugalskim

W opisie naszego noclegu było zaznaczone, że cena wynajmu obejmuje śniadanie. Co prawda w formie produktów śniadaniowych podanych pod drzwi do samodzielnego przyrządzenia, ale jednak. Przyjechaliśmy tutaj wieczorem bez żadnych zakupów, więc następnego dnia szukam pod drzwiami tacy. Nie ma. Ok, może jeszcze za wcześnie. Ubieramy dzieci, rozpakowujemy się, dochodzi godzina dziesiąta, a śniadania jak nie było tak nie ma. Schodzę na dół, ale nigdzie nie widzę ani Antonia, ani jego matki. Poddajemy się, nie będziemy czekać w nieskończoność. Pakujemy potomstwo do auta i jedziemy czternaście kilometrów do najbliższego miasteczka ze sklepem spożywczym (pisałam o tym, że w „naszej” wiosce nie ma ani jednego sklepu, prawda?). Na szczęście jest to supermarket, więc nie musimy zmagać się z barierą językową przy kupowaniu. Mijamy kolejne regały i lodówki, a ja czuję znajomy dreszczyk, bo uwielbiam robić zakupy spożywcze w obcych krajach. Oczy są wtedy atakowane nieznanymi produktami, często w opakowaniach tylko sugerujących zawartość, bo przecież nie rozumiem co na nich jest napisane, więc ich zakup jest często swoistą loterią z nieznanym efektem końcowym (i tak na przykład Michał kiedyś w Norwegii kupując cukier do herbaty nabył cukier ale puder). W dodatku do wyboru jest cały nowy asortyment suszonych wędlin i serów, aż ciężko się zdecydować, czego spróbować. Do wózka dorzucamy owoce, z niedowierzaniem mijamy dział rybny, gdzie na lodzie leżą okazy, których nawet nie potrafię nazwać i nie wiem do końca czy są ciągle rybami, czy jakimiś potworami z głębin. Do tego suszone, olbrzymie płaty dorsza, których zapachem przesiąknięty jest właściwie cały market.

Na końcu trafiamy na stoisko z pieczywem i tutaj już trzeba porozmawiać z ekspedientką. Nie tracimy rezonansu, ostatecznie możemy przecież pokazać palcem o jaki chleb i bułki nam chodzi. Nie potrafimy tylko do końca zrozumieć, z której strony formuje się kolejka i próbujemy jakoś ustalić swoją pozycję. W tym momencie zupełnie obca pani pobiera z maszyny koło lady papierek z numerkiem i wręcza go Michałowi, z uśmiechem na migi pokazując, że to jest właściwy sposób na zrobienie zakupów.

No dobrze, wszystko mamy, czas na zapłatę. Wykładamy w kasie towary na taśmę. Miła pani kasjerka zagaduje Kaja, który siedzi u mnie na chuście, uśmiecha się do Tolka siedzącego w wózku sklepowym, i w międzyczasie zauważa, że wśród zakupów leży mango. Nie widziałam kiedy zawołała ochroniarza, a ten poszedł zważyć owoc, bo okazało się, że tutaj mango jest na wagę, a nie jak u nas na sztuki. Pomijam, że w polskim supermarkecie, gdy czegoś zapomnę zważyć najczęściej muszę albo sama biec z powrotem na właściwe stoisko, albo zrezygnować z zakupu. Dziękuję pani po portugalsku, i po angielsku przepraszam na kłopot. W odpowiedzi słyszę, że to przecież żaden problem i nic się nie stało. No fakt – przecież nic się nie stało, ktoś mógł pomóc, to pomógł. Proste.

Pakujemy zakupy do auta i jedziemy na upatrzone zawczasu miejsce piknikowe wśród drzew, na bardzo późne śniadanie.

DSC02533

Wracamy do wioski, i stajemy na czerwonym w miejscu, gdzie droga przechodzi w ruch zmienny. Stoimy, stoimy, stoimy. Zepsuły się światła. Kaj zaczyna płakać w foteliku, jest głodny, więc wyjmuję go i zaczynam karmić go na przednim siedzeniu. Nagle policjanci na motorach dają znać, że wszystkie auta do wioski mają jechać za nimi ignorując światło. Nie mam jak przełożyć dziecka, zresztą to ostatecznie 500 m bezkolizyjną drogą na parking. Ruszamy. Na dole parkujemy i w tym momencie policjant zauważa Kaja na przednim siedzeniu. Pyta się (przynajmniej tak domyślam się z kontekstu) czy zwieźliśmy dziecko bez fotelika. Michał mówi uprzejmie: I’m sorry, I don’t speak Portuguese. Policjant w obliczu konieczności poinstruowania nas o konieczności wożenia dzieci w fotelikach po angielsku, macha ręką i odjeżdża. Po co sobie fundować stres, skoro przecież nic strasznego się nie stało, prawda?

Po południu, na parkingu zauważam Antonia, który jest bardzo zestresowany posiadaniem anglojęzycznych gości i unika nas jak może, żeby tylko nie musieć rozmawiać w tym języku. Nie odpuszczam jednak tak łatwo, podchodzę do niego i z uśmiechem (mimo, iż jestem naprawdę zła) mówię, że przy rezerwacji było napisane, iż do apartamentu jest dostarczane śniadanie. Antonio szybko mówi: Yes, yes, talk to my mother, i znika korzystając z mojego chwilowego zdziwienia. Zdziwienia, bo jego matka, około osiemdziesięcioletnia przemiła pani, nie mówi po angielsku ani słowa! I ja mam z nią porozmawiać o śniadaniu…

Jednak próbujemy. Pani wyłapuje słowo breakfast, uśmiecha się, potakuje, uśmiecha się znowu, a potem przynosi nam: paczkę krakersów, solone masło w pojedynczych opakowaniach, słoik otwartego dżemu, napoczęte opakowanie żółtego sera i chleb tostowy, który jak potem odkryliśmy był już lekko spleśniały. Oraz dużą miskę miejscowych truskawek.

Poddajemy się. Nie potrafimy wytłumaczyć, że nie tak to powinno wyglądać, a nie chcemy psuć sobie humoru z tego powodu. Uznajemy, że trudno, skoro nie umiemy zmienić okoliczności, to należy je zaakceptować takie, jakie są. Będziemy robić samodzielnie zakupy nie licząc na naszych gospodarzy.

I tak było do końca naszego pobytu – jedzenie dostawaliśmy nieregularnie, jednego dnia było, drugiego nie. I właściwie nie były to rzeczy śniadaniowe, raczej podzielenie się z nami czymś, czego pani miała za dużo w lodówce, ale nie narzekaliśmy. Truskawki były przepyszne, ryżowy pudding na mleku z cynamonem też. A że dostarczane nam do lodówki o różnych porach i bez jakiejkolwiek regularności? Phi, widać tutaj tak jest J

Przecież gdyby na tym wyjeździe nie spotkały nas żadne absurdy, to miejsce byłoby nierealne, wyidealizowane, sztuczne. A z takimi absurdami byliśmy w stanie się pogodzić.

Swoją drogą nasza gospodyni była przemiłą osobą. Codziennie nam coś opowiadała w swoim języku, a robiła to w taki sposób, że z grubsza wiedzieliśmy o co chodzi. Sympatycznie żartowała sobie, pokazując na Kaja, że bebe jest bardzo quieta, a za to menino (pokazuje na Tolka) często robi łe- łe- łe. Ale że to normale, normale. Ciągle uśmiechnięta, chętna do pomocy. Gdy się przeziębiłam i spytałam, czy mogę z drzewa zerwać cytryny do herbaty, to za chwilę sama przyniosła nam słoik miodu, i troskliwie dopytywała czy nie mam gorączki i czy nie jest potrzebny doktor. A gdy przydarzyło nam się chwilowe nieszczęście, o którym będzie później, i całe dwa dni tylko wpadaliśmy do domu, żeby zmienić ubranie i chwilę się przespać, to zebrała z podłogi w łazience wszystkie rzucone tam w pośpiechu i zmęczeniu rzeczy i nam je poprała i rozwiesiła, żeby schły na południowym słońcu i oceanicznym wietrze.

Pewnego wieczoru dzieci już spały, a my siedzieliśmy na tarasie pod gwiazdami, piliśmy herbatę i słuchaliśmy szumu fal. Wtedy przyszła pani  i w kącie ogrodu postawiła miskę z jakimś jedzeniem. A potem powiedziała nam, że za chwilę przyjdzie tu… no właśnie, do dziś nie wiemy kto.

IMG_2159

Jakiś kocur żbikowaty pojawił się nagle spomiędzy krzaków, chwilę na nas popatrzył oceniając zagrożenie, uznał, że wyglądamy na miłych gości, więc podszedł do miski i zaczął jeść. Spłoszył go trzask migawki aparatu. Zrobiło mi się głupio, więc odłożyłam sprzęt na stolik, i potem już tylko patrzyliśmy jak zwierz przychodzi do miski, porywa kawałek mięsa i znika w krzakach porastających wzgórze. Ach, czy wspomniałam, że nasz taras kończył się zboczem góry porośniętej śródziemnomorską roślinnością? Tak, tak, było to zupełnie odizolowane, do naszej dyspozycji, magiczne miejsce idealne na wieczorny relaks.

Migawki z wybrzeża

Dzień zwiedzania. Na początek jedziemy do Setubalu na krótki spacer. Zwiedzamy Mosteiro de Jesus, jeden z pierwszych budynków w stylu manuelińskim ze słynnymi wężowatymi filarami, spacerujemy po spokojnych uliczkach, przyglądamy się mieszkańcom.

IMG_2183

IMG_2179

IMG_2180

IMG_2172

IMG_2178

IMG_2184IMG_2181

IMG_2168

IMG_2169

IMG_2167

IMG_2165

Potem dłuższa droga do Cape Espichel, malowniczego urwiska z latarnią morską. Wieje potwornie, Tolek początkowo odmawia jakiegokolwiek spaceru (fobia wiatrowa), potem na rękach u Michała daje się zanieść aż nad samą przepaść. Ja z moim lekiem wysokości po chwili patrzenia w dół na spienione fale, czując na plecach silne podmuchy pchające mnie w stronę przepaści, zaczynam panikować i uciekam do auta. Trudno, nie zrobimy sobie pikniku w malowniczej scenerii, więc jemy krakersy (tak, te śniadaniowe, całkiem smaczne) w samochodzie.

IMG_2206

IMG_2203IMG_2189
IMG_2202

IMG_2198

IMG_2191

IMG_2190

IMG_2201

IMG_2196

IMG_2193

DSC02564

DSC02566

DSC02567

DSC02562

A na koniec postanawiamy zobaczyć tutejszą perełkę turystyczną –  Sesimbrę. Przewodnik zachwala jej pełne uroku uliczki, wakacyjną, leniwą atmosferę i rybacki port, w którym wciąż można oprócz drogich jachtów i żaglówek zobaczyć prawdziwe kutry rybackie.

Pech chciał, że gdy tam w końcu dojeżdżamy, dwójka naszych chłopaków śpi w najlepsze. I o ile w przypadku Kaja pokusilibyśmy się o przełożenie go do wózka, to żal nam budzić Tolka, który potem już nie zaśnie. Rezygnujemy ze zwiedzania, tylko w porcie rybackim wyskakujemy z auta na zmianę, żeby popatrzeć i zrobić kilka zdjęć.

IMG_2209

IMG_2207

IMG_2212

Wracając do domu zatrzymujemy się przy jednym z wejść do mijanego Parku Narodowego. Idziemy na krótki spacer w promieniach nisko już świecącego słońca. Znów dochodzimy do urwiska nad oceanem. Piękne, ciepłe światło, szmaragdowa woda po horyzont, a z pozostałych stron intensywna zieleń styka się z linią nieba.

IMG_2222

IMG_2223

IMG_2225

Szkoda, że nie możemy zostać dłużej. Jest już późno i musimy wracać na kolację, bo paczka krakersów zjedzona w południe to trochę mało jak na cały dzień.

Dochodzimy do parkingu, wkładamy dzieci do auta i właśnie wtedy, burząc obraz idealnego, wakacyjnego dnia, wydarzył się wypadek.

Dziecko jest najważniejsze

Nie jest istotne jak do niego doszło i kto zawinił. Faktem jest, że Kaj spadł z wysokości półtora metra i uderzył głową o kamienie leżące na drodze.

Kilkadziesiąt pierwszych sekund to całkowita pustka w głowie. Dopiero po chwili totalnego przerażenia włącza się myślenie, nie do końca zresztą logiczne i racjonalne. Kaj zaczyna przeraźliwie płakać, na głowie ma olbrzymie zaczerwienienie i stłuczenie, pojawia się krew. Nie pamiętamy nic z pierwszej pomocy. Każde z nas przeszło taki kurs, a teraz – nic. Całkowity paraliż myślowy. Pokonując bezwład spowodowany strachem sprawdzam, że dziecko oddycha i serce bije. Ale jak długo? Czy mózg został uszkodzony? Jak rozpoznać obrzęk, co robić? Jeśli jest jakieś krwawienie, ucisk, dojdzie do zahamowania funkcji życiowych to co robić? Co robić?

Dzwonimy pod 112 modląc się, żeby ktoś mówił tam po angielsku. Mamy problem z wytłumaczeniem gdzie stoimy, bo nie potrafimy z paniki jasno myśleć i np. sprawdzić na GPS numeru drogi. Błędnie, nie po portugalsku, wymawiamy nazwę parku przy którym stoimy, ale  jak określić które to wejście? Tłumaczymy skąd jechaliśmy i dokąd, z nadzieją, że zrozumieją na jakiej trasie nas szukać. A potem czekamy. Znajdą nas? Zdążą?

Nosimy Kaja na rękach. Mały zasypia czy traci przytomność – jak to rozróżnić? Czekać na karetkę, nie wiedząc czy karetka wie gdzie nas szukać, czy ryzykować i próbować dojechać do najbliższego szpitala? Co będzie szybsze, która decyzja uratuje nasze dziecko?

Mówią, że stres skraca życie. Ja przez te 15 minut spędzone na poboczu drogi straciłam co najmniej 10 lat swojego. A modląc się do losu, byłam gotowa oddać jeszcze więcej, byle tylko Kaj przeżył.

Mamy ochotę płakać, krzyczeć, zamknąć oczy i otwierając je obudzić się z koszmaru, bo przecież to jest coś co nie miało prawa się zdarzyć, wystarczy się tylko ocknąć z sennych marów. Nie ma nas tu i teraz, nie trzymamy w rękach dziecka, które nie wiadomo czy zostanie z nami.

A musimy zachować spokój i jeszcze zająć się Tolkiem, tak by go nie wystraszyć, by nie zaczął płakać.

Przyjeżdża karetka, znaleźli nas. Michał wnosi Kaja do środka na badanie, a ja z Tolkiem tulonym na rękach stoję przed. Po chwili, nieskończenie długiej chwili, wychodzi do mnie lekarz i mówi, że stan Kaja jest dobry. Wszystkie reakcje ma prawidłowe, jest przytomny. Zabierają go do szpitala na dalsze badania, ale żebym się nie martwiła, bo nie jest źle.

Michał jedzie z Kajem w karetce, a ja z Tolkiem jedziemy za nimi. Tolek jest na etapie fascynacji wszelkimi służbami z migaczem, więc całe zdarzenie, a już na pewno „pościg” za karetką na sygnale traktuje jak wspaniałą zabawę. To dobrze, przynajmniej nie rozumie grozy sytuacji.

Po drodze odzyskuję częściowo zdolność myślenia (było to konieczne, zważywszy na fakt, iż już nocą pędziliśmy w dół krętą, nieoświetloną i dość stromą drogą górską) i postanawiam podjechać do domu. Nie wiadomo jak długo będziemy w szpitalu, więc muszę przebrać Tolka w cieplejsze ciuchy, wziąć dla niego kocyk, gdyby zasnął, no i zestaw rzeczy dla siebie i Kaja na pobyt w szpitalu, jeśli trzeba będzie tam zostać. Włączyła się we mnie funkcja matki, czyli osoby, która bez względu na własny stan, uczucia i potrzeby po prostu musi zachować jasność umysłu i poradzić sobie z sytuacją. Więc zadziwiająco logicznie zaczynam w głowie tworzyć plan i listę rzeczy. Tłumaczę Tolkowi oględnie sytuację i próbuję zrobić z tego zabawę w stylu: biegniemy do domu i jak najszybciej się przebieramy, żeby dogonić karetkę z Kajem i tatusiem.

Tym razem mój kochany dwulatek staje na wysokości zadania i współpracuje całym sobą. Ignorując czerwone światło na wąskiej drodze w dół wioski, zjeżdżam na parking w wiosce, biorę go na ręce i biegiem pędzę na poddasze. Po drodze Tolek krzyczy do mamy Antonia: muszę szybko założyć pieluchę i nie mogę teraz z tobą rozmawiać, bo gonię ijoł – ijoł.

Kilka minut zadziwiająco sprawnego pakowania torby szpitalnej i znów jesteśmy w aucie. Pędzimy do szpitala, w międzyczasie dzwoni Michał z wiadomością, że Kaja badają, ale jak na razie jest dobrze.  Dzięki temu trochę zwalnia mi panicznie szybko bijące serce, ale nie zwalnia samochód, który zdecydowanie za szybko wjeżdża do miasta. I ups – zatrzymuje mnie policja. Wyskakuję z auta i mówię, że hospital, że bebe, że accident. Policjanci nie bardzo mówią po angielsku, ale rozumieją powagę sytuacji i pytają: You know road? Mówię, że mam gps, a policjant: I give you my help, i wsiadają do radiowozu, uruchamiają sygnał i prowadzą mnie przez całe miasto na parking szpitalny. Tolek jest wniebowzięty.

Biegniemy na izbę przyjęć, a tam ochroniarz mnie zatrzymuje i mówi, że przeprasza, ale zna słabo angielski, ale moje dziecko jest w szpitalu i mój mąż jest z nim, i żebym poczekała tutaj, on powie lekarzowi.

Diametralnie inne traktowanie niż w Polsce. Jestem cudzoziemką, nie mówię w ich języku, a jednak wszyscy tutaj widzą w mnie przerażoną matkę, której trzeba pomóc. Na izbie przyjęć nikt nie patrzy na mnie jak na osobę zawracającą głowę paniom za szklaną szybą. Mój podniesiony głos nie jest traktowany jako napaść na godność i nietykalność osobistą osób, z którymi rozmawiam. Jestem matką, moje dziecko miało wypadek, należy mi się pomoc i wsparcie.

Siadam z Tolkiem na krześle, gdy wychodzi do nas lekarka z ambulansu. Mówi, że mogę iść do Kaja, ale nie mogę zabrać Tolka. Więc ona z nim zostanie i go popilnuje! Nie wiem jak mój unikający obcych, zmęczony dwulatek zareaguje, czy nie urządzi jakiejś sceny, ale przecież nie mam wyjścia. Mówię mu, że idę do Kaja, zaraz do niego przyjdzie tata, a przez chwilę zostanie z nim pani doktor. Autorytet doktora chyba zrobił swoje, bo Tolek nie zaprotestował. Nie wnikam w jakim języku pani doktor zajmie się moim synem, tylko szybko biegnę na oddział.

Potem Michał opowiedział, że jak przyszedł do Tolka, to ten się śmiał, bo lekarka nadmuchała jednorazową rękawiczkę i zrobiła z niej balona, na którym domalowała oczy i usta, i w ten sposób zabawiała Tolka.

IMG_2303

Wymieniamy się z Michałem opieką nad dziećmi, on jedzie do domu położyć Tolka spać, a ja z Kajem zostaję w szpitalu. Przychodzi do mnie inna pani doktor, która tłumaczy, że na razie wyniki badań są ok, nie ma złamań i pęknięć, Kaj reaguje prawidłowo, ale chcą mieć całkowitą pewność, więc zrobią mu rezonans. Prowadzą nas do cichego pokoju, w którym mogę w końcu nakarmić synka, a potem spróbować go uśpić do badania. Udaje się po pół godzinie, w tym czasie nikt mnie nie popędza, nikt nie krzyczy, że dziecko nie współpracuje i nie chce zasnąć, a sprzęt i personel już gotowy. Potem, po położeniu Kaja na noszach urządzenia zostaję ubrana w specjalny fartuch i mogę być z nim przez cały czas badania, żeby nie martwić się, co mu robią. Nie wiem jak takie badanie wygląda w Polsce, ale tu jestem ujęta sposobem w jaki mnie traktują – nie jako rodzica, który przeszkadza, ale jak najważniejszą osobę odpowiedzialną za dziecko. Mam prawo być z nim cały czas, nikt mi go nie zabiera bez słowa wyjaśnienia, wszyscy są bardzo mili. Nawet jedna z pielęgniarek nie mówiąca po angielsku, na migi pokazuje mi, że będzie ok.

Czekamy na wynik badania. Tłumaczą mi, że nie mają w szpitalu neurologa dziecięcego, więc wynik jest przesyłany do innego szpitala i tam będzie zrobiona konsultacja, dlatego to tyle trwa. Tyle, czyli niecałe dwadzieścia minut.

Potem jeszcze jeden lekarz mówi, że właściwie wszystko jest w porządku. Mózg nieuszkodzony, brak wstrząśnienia, brak jakichkolwiek urazów. Jest tylko minimalny krwiak pod czaszką, ale nie w mózgu, więc zupełnie niegroźny.

Nie wiem jak to się stało. W głowie kołaczą mi się opowieści o znajomych naszych znajomych, którym dziecko spadło z kanapy na dywan przy przewijaniu i skończyło z paraliżem, pękniętą czaszką, itp. A u nas, po upadku na kamienie – nic. Nie wiem. Jedyne wyjaśnienie, to takie, że nie jeden Anioł Stróż, ale wszystkie, które tam były, rzuciły się, żeby skrzydłami podtrzymać Kaja.

Lekarze decydują się przewieźć Kaja na 24 godzinną obserwację do innego szpitala, bo tam jest neurolog dziecięcy, który go dodatkowo zbada. Do mnie ponownie przychodzi pani odpowiedzialna w szpitalu za obcokrajowców (koordynuje sposób pokrycia kosztów leczenia), więc najlepiej mówi po angielsku. Jeszcze raz tłumaczy mi co z Kajem, dlaczego go przewożą, daje mi wydrukowany adres nowego szpitala, żebym mogła go przekazać Michałowi (rozkładała mnie na łopatki ich proaktywność i chęć jak największej pomocy, tak żebym ja mogła skupić się tylko na jednym – na tuleniu śpiącego dziecka). Proponuje też, że pojedzie ze mną karetką do tego szpitala, bo załoga ambulansu nie mówi nic po angielsku, i będę się pewniej czuła mając ją obok siebie! Próbuję odmawiać kierowana poczuciem winy (!) i zakłopotania, że jest tyle zamieszania z naszego powodu (ach, ta polska mentalność), ale pani nie rezygnuje. Przyjeżdża karetka, szpital daje nam fotelik dziecięcy do przewiezienia Kaja (!) i jedziemy. Ale zanim wyjdziemy, kilka osób z personelu – lekarze, pielęgniarki uśmiechają się do mnie i albo po angielsku, albo na migi każą mi się nie martwić i zapewniają, że będzie dobrze. Jestem lekko oszołomiona tą niewymuszoną troską obcych ludzi.

W Almadzie, po wypełnieniu niezbędnych formularzy odnośnie stanu zdrowia dziecka, dostajemy łóżka na specjalnej sali,  gdzie przebywają dzieci, które muszą być pod obserwacją lub mają robione jakieś badania, ale jest szansa, że po dniu lub dwóch wyjdą do domu.

I teraz uwaga, bo będzie prawie jak z powieści fantasy. To, czego byliśmy świadkami przez następne kilkanaście godzin, było jak marzenie. Nie do przeżycia w naszych szpitalach, gdzie nie ma… nie, nie środków, funduszy czy sprzętu. Gdzie nie ma kultury i szacunku do pacjentów.

Pielęgniarka, która nas w nocy obejmowała opieką – przedstawiła się! I każda następna, która obejmowała zmianę podchodziła do każdego pacjenta, przedstawiała się. Tak prosty gest, a tyle ułatwiał. Gdy kiedyś miałam nieprzyjemność być w szpitalu z Tolkiem notorycznie nie wiedziałam kim są osoby kręcące się wokół nas – lekarzami, pielęgniarkami, salowymi, czy przebranymi ciekawskimi. I niejednokrotnie miałam problem z określeniem, kto kazał mi co zrobić i jakie miał do tego kompetencje (np. na pytanie jednej pielęgniarki o to, kto synowi zakładał opatrunek mogłam tylko odpowiedzieć: taka gruba, niska pani z ciemnymi włosami w kucyk). W szpitalu w Almadzie przedstawiali się też lekarze, a do tego podawali rękę na powitanie. Mało tego, większość z nich przedstawiała się dzieciom, w tym mojemu trzymiesięcznemu smykowi!

Taki prosty gest, a od razu powodował, że czuliśmy się inaczej potraktowani.

Kaj został położony w łóżku, w którym od razu z dodatkowego prześcieradła zrobiono mu „gniazdko”, żeby leżał wygodnie. Potem podłączono go kabelkami do monitorowania tętna i oddechu.

I przed przystąpieniem do każdej z czynności najpierw wytłumaczono mi po co się ją robi, co może mnie zaniepokoić, i pytano o zgodę! O zgodę pytano mnie nawet, gdy pielęgniarka chciała rozebrać Kaja do badania. Niesamowite? Nie, normalne. Tak powinno być zawsze. Nienormalne jest to, że u nas lekarze i pielęgniarki nie mają w zwyczaju uznawać rodzica za przedstawiciela prawnego dziecka. Że w ogóle pacjenta, małego i dorosłego traktują jako osobę bezwolną, całkowicie zdaną na ich łaskę.

Przy łóżku Kaja był rozkładany do spania fotel dla mnie z poduszką i kocem, a na stoliku przygotowano dla malucha pieluszki i wilgotne chusteczki. Ponieważ większość dzieci i rodziców trafiała tu w sposób nagły i nieplanowany, to szpital był przygotowany na zapewnienie niezbędnych rzeczy – w ciągu dnia dostaliśmy ręcznik, płyn do mycia niemowląt i ubranka na zmianę, gdy musiałam Kaja wykąpać po zrobieniu całkiem porządnej kupy  : )

Wczesnym świtem Kaj się budzi i nie chce dalej spać. W domu śpimy razem, i teraz jak nie jest we mnie wtulony, to protestuje. Biorę go na ręce, przytulam i mały usypia. Ja staram się nie zasnąć, żeby go nie upuścić, ale wiadomo – zmęczenie robi swoje. Podchodzi do mnie nowa pielęgniarka, która mówi:

– Proszę pani, pani musi się przespać i odpocząć. Ja wezmę pani synka i go uśpię.

I rzeczywiście. Nosiła go na rękach i kołysała, a potem odłożyła do łóżeczka opatulając główkę moją apaszką, żeby czuł mój zapach. I jak mały się wybudzał, to go uspokajała i ponownie usypiała. A ja w końcu mogłam się odprężyć i złapać trzy godziny snu.

Potem nad ranem patrzyłam jak inna pani, nie pielęgniarka, ale pani, która pomagała opiekować się dziećmi na sali, ponad czterdzieści minut nosiła na rękach półtorarocznego chłopczyka, którego rodzice nie dojechali jeszcze do szpitala. Co dzieciak zasnął i próbowała go odłożyć, to on się budził. Powoli, na spokojnie, bez krzyku i zniecierpliwienia, tuliła go i stopniowo przekładała do łóżeczka, aż w końcu się udało. Aż chciałoby się mieć taką nianię, a to była obca osoba, której jedynym zadaniem było zadbanie o komfort i bezpieczeństwo dzieci.

Nad ranem w sali puszczono cicho łagodną muzykę, lekko uchylono żaluzje, żeby już rozproszyć mrok, ale jednocześnie nie wpuszczać ostrego światła. Idealne warunki do powolnego rozbudzenia się : ) Wszyscy w sali mówili półgłosem, bo niektóre dzieci jeszcze spały. I znów wracam do mojego pobytu z Tolkiem w warszawskim szpitalu, gdzie w środku nocy do pokoju wchodziła pielęgniarka, żeby np. zmienić jednemu dziecku kroplówkę i trzaskała drzwiami o ścianę, zapalała ostre światło i zupełnie nie przejmowała się tym, że w sali są inne, z trudem przez rodziców uśpione dzieci.

To znów nie jest kwestia pieniędzy, tylko kultury. Z drugiej strony – pewnie prędzej nasze szpitale będą właściwie dofinansowane, niż zmieni się mentalność osób w nich pracujących.

W ciągu dnia do szpitala przyjechał Michał z Tolkiem, więc na godzinę zamieniliśmy się przy dzieciach. I znów – gdy Michał wszedł na salę i usiadł obok Kaja, to podeszła do niego dyżurująca pielęgniarka, przedstawiła się i jeszcze raz powiedziała jaki jest stan dziecka, jakie były zrobione badania, i dlaczego musi jeszcze parę godzin pobyć w szpitalu podpięty kabelkami do różnych urządzeń.

Potem Michał z Tolkiem pojechali do Lizbony (rzut beretem przez Tag od szpitala), i przeżyli prawdziwie męski dzień :)

Podróżowali kolejką linową wzdłuż Tagu, polubili Expo czyli Parque das Nacoes, przestrzenne obszary rekreacyjne wzdłuż brzegu rzeki, gdzie wśród zieleni można biegać, spacerować, leniuchować, wypić kawę w licznych kafejkach lub zjeść obiad.

DSC02643

DSC02644

DSC02651

DSC02659

DSC02654

I instrukcja obsługi kolejki. Portugalski angielski bije na głowę hinduski angielski!

I instrukcja obsługi kolejki. Portugalski angielski bije na głowę hinduski angielski!

A na koniec poszli do rewelacyjnej atrakcji lizbońskiej – do Akwarium. Tolek do dziś opowiada o rybach bez ogona, wodnych pieskach (wydrach), ptakach we frakach, rekinach, fokach, i o żółwiach. Na koniec zresztą dla siebie wybrał w sklepie koszulkę z żółwiem, a dla Kaja maskotkę, też żółwia oczywiście.

DSC02591

DSC02620

DSC02621

DSC02608

DSC02623

DSC02625

DSC02627

DSC02628

DSC02630

DSC02631

DSC02637

DSC02639

DSC02600

DSC02604

Za to ja w szpitalu usłyszałam, że jako rodzicowi przysługuje mi obiad. Dostałam specjalny kupon do okazania w kasie, i wytłumaczono mi, że powinnam pójść do kantyny na innym piętrze. Podziękowałam i mówię, że chyba nie skorzystam, bo nie ma mnie jak mąż zastąpić przy Kaju. Na to pielęgniarka spojrzała na mnie, jakby nie do końca dobrze zrozumiała po angielsku to, co powiedziałam i mówi:

– Idź na obiad. Przecież ja tu jestem i zajmę się twoim dzieckiem, jak się obudzi lub będzie płakać.

No to poszłam. Poszłam czując olbrzymią ulgę, że przez chwilę mogę zadbać o siebie, a moje dziecko jest w dobrych rękach. W trakcie posiłku od przyjaciółki dostaję sms, że jej dwójka chłopaków ma zapalenie oskrzeli, że ona ze zmęczenia już nie wie już jak się nazywa, że znikąd pomocy, i nie wiadomo czy cała historia nie skończy się w szpitalu.

Odpisuję, żeby koniecznie przyjechała z dziećmi do szpitala w Portugalii. Odpocznie, zje spokojnie, a pielęgniarki zaopiekują się chłopcami nawet w nocy, żeby mogła się wyspać J

Wracam z obiadu i widzę, że pielęgniarka i ta pani do pomocy przy dzieciach zagadują Kaja i zaczynają go przewijać. Bo usłyszały (!) , że zrobił kupę, więc przecież nie będą czekać, aż ja wrócę, tylko same go chciały umyć. Żadnego tam, że pielęgniarka nie jest od przewijania dzieci, żadnego czekania, aż wróci mama i zrobi co do niej należy. Dziecko nie może leżeć w kupie i już, fakt prosty i bezdyskusyjny.

Ze szpitala wychodzimy wieczorem, dokładnie 24 godziny po wypadku. Kaj jest zdrowy, koszmar za nami. Daliśmy sobie radę, znów jesteśmy szczęśliwą rodziną dwa plus dwa. Znów razem.

Wracamy do domu, i droga prowadzi obok miejsca, gdzie zdarzyło się całe nieszczęście. Dopiero wtedy dociera do mnie cała sytuacja, i gdy już nie muszę być kompetentna i odpowiedzialna, rozklejam się. Płaczę i wypłakuję cały strach, przerażenie, stres i wszystkie koszmarne myśli, które miałam w głowie, nie wiedząc jak zakończy się cała historia. Teraz już nie muszę być dzielna.

A podsumowując sposób w jaki w Portugalii traktuje się rodziców, którzy w szpitalu czuwają przy łóżku dziecka jeszcze jedna migawka:

Kaj zostaje podłączony do monitoringu serca i oddechu. Pielęgniarka tłumaczy mi co i jak. Uprzedza jakie pikanie będę słyszeć, uspokaja, że jak dziecko się rusza, to może zniknąć połączenie i urządzenie będzie pikać w innym rytmie, ale to nic złego, więc żebym nie panikowała (w domyśle: to nie będzie sygnał jak z hollywoodzkich filmów z zieloną płaską linią na ekranie). I na koniec słyszę:

– Jeśli będzie Pani chciała wyjąć dziecko z łóżeczka, żeby je przytulić lub nakarmić, to oczywiście Pani może. I proszę się zupełnie nie martwić, jeśli przez to odklei się któryś z kabelków. Wtedy któraś pielęgniarka przyjdzie i go przyklei, bo to jest nasza praca. A najważniejsze jest dziecko.

Pstryk, fotografia idylii

Na plaży byliśmy dwa razy. Pierwszy raz, w środku tygodnia, w dzień słoneczny, ale wietrzny. Plaża była prawie cała dla nas. Nic, tylko rozłożyć się z rzeczami, wyciągnąć na leżaku i odpłynąć do krainy rozleniwienia. Ach, może za osiemnaście lat będzie nam to dane, gdy dzieci wyjadą na studia…

DSC02535DSC02536
Na razie udało nam się wyłącznie rozłożyć z rzeczami. O ile Kaj jeszcze w miarę spokojnie leżał w gondoli i drzemał, to Tolek zaprezentował ciąg dalszy talentu  dwulatka w doprowadzania rodziców do rozpaczy :) W domu z entuzjazmem pojechał na zakupy i nabył kostium i specjalne butki plażowe. Dzień przed wyjazdem na wakacje razem ze mną pakował zabawki z piaskownicy, żeby mieć czym się bawić na plaży. Jak jednak doszło co do czego… Po piasku nie pójdzie, bo mu się wsypuje do butów. Do wody nie wejdzie, bo tam jest ‚straszna fala’ (przysięgam – ocean był gładki jak jezioro mazurskie pod wieczór). Lepić babek nie będzie, bo łapki mu się brudzą i co sekunda musimy wycierać je chusteczkami (sam ich sobie nie otrzepie, o nie). Poza tym co chwila krzyk i płacz, bo wiatr wieje, bo piasek wpadł do oka, bo honeczko (piszę, jak słyszę) świeci…

DSC02537

DSC02576
Jesteśmy bardziej cierpliwi niż najcierpliwszy święty, i po jakimś czasie udaje nam się pokonać jakąś blokadkę – Tolek zaczyna bawić się piaskiem i ignoruje fakt brudnych rąk. Potem dochodzi do tego wiaderko z wodą, do którego wrzuca znalezione kamyki i muszelki. Mamy pojedyncze minuty dla siebie, hurra!!!

DSC02542

DSC02550

Zajęliśmy miejsce pod jednym z kilkudziesięciu słomianych parasoli. Po chwili podchodzi do nas na wpół ubrany młody chłopak i na początek, jak większość Portugalczyków z którymi rozmawiamy, przeprasza, że kiepsko mówi po angielsku. A potem, że parasol kosztuje 5 euro za cały dzień. Ups, nie mamy żadnych drobnych w portfelu. Najbliższy bankomat jest tam, gdzie najbliższy sklep – 14 km dalej, po drugiej stronie gór. Pan kart oczywiście nie przyjmuje, ale mówi, że to żaden problem, bo możemy zapłacić w plażowej kawiarni kartą. Michał udaje się do wskazanego miejsca, a potem przychodzi z wiadomością,  że oczywiście można płacić kartą, ale portugalską :) Ja już zirytowana tym absurdem pakuję dzieci, żeby przenieść się na odkrytą część plaży, gdy okazuje się, że Michał dogadał się z chłopakiem, że jesteśmy tak jakby miejscowi, że mieszkamy u Antonia, i że w związku z tym można nam zaufać i zapłacimy jutro. I wiecie co? Chłopak i jego szef zaufali obcym przejezdnym. Bo dlaczego nie?

Gdy słońce zachodzi wracamy do domu, po drodze zbierając co ładniejsze muszle i kamienie.
Nie wiem skąd ciągle trwająca nadzieja we mnie, że te plażowe znaleziska będą tak samo piękne i naturalne, gdy położę je na półce w łazience, jak były leżąc na plaży. Za każdym razem przywożę jakiś oryginalny kamyk, urokliwą muszlę, patyk o ciekawym kształcie, i wierzę, że w domu oddalonych o setki kilometrów od najbliższego morza, będzie namiastką miejsca, z którego został zabrany. Nigdy tak się nie dzieje. Te rzeczy są nierozłącznie związane z piaskiem, słońcem, wiatrem, solą. Zabrane, tracą swoją moc, są wyłącznie rzeczowym dowodem na istnienie jakiejś plaży, ale nie mają już tej magii niezwykłości, która tam, na piasku kazała mi się po nie schylić.
Nie zmienia to jednak faktu, że ciągle je zbieram i przywożę, a potem wkładam do szklanych mis. Nie potrafię potem przy każdej na sto procent określić skąd jest, ale przesypując je między palcami na sekundy wędruję myślami w te wszystkie miejsca, w których spacerowałam plażą.
I obok siebie leżą muszle z zimnej szkockiej plaży, te gorące  z Fraser Island, pumeksy zebrane na Santorinii, trochę drobiazgów z Włoch, trochę ze Skandynawii. Teraz dołączą do nich śmieszne, jakby podziurawione kamyki oraz malutkie, perłowe w środku muszelki z plaży w Porcie Stara Bieda.

DSC02677

Dwa dni potem, po wypadku Kaja, zjawiamy się na plaży ponownie. Jest upalna sobota. Naprawdę upalna. Parking w wiosce wypełniony po brzegi, samochody z przyjezdnymi stoją wzdłuż drogi na przestrzeni kilku kilometrów.

Niby gwar, niby hałas, niby tłok. Ale jakoś tak inaczej niż na wielkich turystycznych plażach. Są  tu właściwie sami Portugalczycy z okolicy, brak roszczeniowych, szukających drinków turystów podekscytowanych egzotycznymi wakacjami. I to robi jednak różnicę – plażowicze przyjechali tu na odpoczynek w weekend, jak co tydzień, więc nie tworzą atmosfery dzikiej zabawy, żeby pokazać wszystkim kto ma fajniejsze wakacje i lepszą ofertę all inclusive. Jest … spokojnie. Serio, mimo sporej ilości ludzi, mimo braku najmniejszego miejsca parkingowego (nawet  półmiejsca zostały szczelnie zastawione przez skutery), panuje atmosfera rozleniwienia, odprężenia i pikniku. Na plaży doświadczeni już Portugalczycy tworzą minidomostwa na jeden dzień. Rozbijają namioty cieniowe, zakopują lodówki, rozkładają materace, koce, krzyżówki, książki, gry, zabawki.  Nikt nikomu nie przeszkadza, nie ma krzyków, łażenia po nie swoim miejscu, naruszania niewidzialnych granic terytorialnych.

Nie mamy namiotu, a miejsca pod drzewami na plaży już dawno zajęte, więc idziemy pod parasol. Chłopak ze zdziwieniem (aczkolwiek dobrze maskowanym) poznaje nas i dostaje zaległe 5 euro plus drugie za dzisiejszy dzień. Pewnie już się nas nie spodziewał więcej zobaczyć : ) Miło jest pozytywnie rozczarowywać.

Nigdy nie byłam fanką leżenia na plaży i smażenia się w przerwach pomiędzy smarowaniem tłustym filtrem UV. Kocham plaże zimne, surowe, wietrzne, po których się spaceruje lub siedzi zawiniętym w koce i kurtki,  a te gorące jak patelnia zawsze wywoływały we mnie chęć ucieczki. Nie wiem więc co się stało teraz – zaczynam się starzeć, czy co, ale plaża o której piszę  całkowicie mnie uwiodła.

Leżałam w cieniu, a jednocześnie czułam się otulona  rozleniwiającym, błogim ciepłem. Nie było to paraliżujące gorąco, ponieważ mimo wysokiej temperatury od oceanu wiał zbawienny wiatr. Idylla. Nawet Tolek chwilowo był zadowolony, obserwował inne (dziwne) dzieci, które odważyły się wejść do wody, bawił się piaskiem, i zbytnio nie zawracał nam głowy humorami.

Od połowy ciąży marzyłam o takim dniu bez obowiązków, planów, zadań, itp. I w snach śniłam o plaży i wodzie. A teraz, po ponad pół roku w końcu marzenie stało się rzeczywistością. Czego chcieć więcej? Chyba tylko tego, żeby nie wyjeżdżać następnego dnia…

DSC02664

DSC02668

DSC02670

DSC02671

DSC02675

DSC02569

DSC02578

Około czternastej zrobiło się jednak zbyt gorąco i śladem miejscowych postanowiliśmy największy skwar przeczekać w restauracji.

Jak już wspominałam było ich tutaj kilka, ale w taki dzień jak ten zdecydowanie najlepsza była ta najbliższa, usytuowana na plaży, tak że mogliśmy zostawić swoje rzeczy na leżakach  i udać się na obiad.

Zajęliśmy stolik na ocienionym tarasie, skąd mieliśmy widok na falującą od gorąca plażę, falujący ocean podczas przypływu i statki płynące na horyzoncie.

Do stolika podszedł kelner, starszy pan, oczywiście nie mówiący po angielsku. Karta też nie miała wersji dla osób nieportugalskojęzycznych, ale już byliśmy odporni na takie przeszkody, już powoli wrośliśmy w rytm i zasady tu panujące. Pokazując palcem, bo wymowie swojej jeszcze nie ufamy, zamawiamy na przystawkę mule w dwóch rodzajach sosów, a dla Tolka specjalne danie dla dzieci – hamburger z frytkami. Na główne danie wybieramy specjalność nadoceanicznej Portugalii – gulasz rybny.

Kelner potakuje, uśmiecha się do naszych chłopaków, przyjaźnie mierzwi włosy Tolka, rzuca jakiś komentarz odnośnie pogody, słońca i życia, dogadujemy się jeszcze co do napoi i zaczynamy czekać. Mule okazują się obłędne – i w smaku i w ilości. Wymieniamy się co chwila, żeby porównać oba sposoby ich przyrządzenia, cmokamy, odpływamy.

Tolek dostaje za to najpyszniejszego hamburgera, jakiego jadłam (tak, podebrałam mu jak nie patrzył, a co!) – był to domowej roboty kotlet, rewelacyjnie doprawiony i wysmażony, nie za twardy, nie tłusty, soczysty i smakujący mięsem, a nie racicami. Do tego frytki z ziemniaka!, jajko sadzone i sałata . Danie nie mające nic wspólnego z fast foodem. Mniam.

Kelner zbiera puste talerze, a my w tym rozleniwiającym cieple zastanawiamy się, jak znajdziemy miejsce w brzuchu na główne danie.

Po dwudziestu minutach głównego dania nie ma. Po kolejnych dziesięciu ciągle nie. Powoli chcemy wracać na plażę, więc Michał idzie do baru dowiedzieć się co i jak. Tam spotyka innego pana, który coś po angielsku rozumie. W dodatku jak się okazuje jest szefem naszego kelnera. I tu następuje katastrofa – okazuje się, że kelner nie przekazał do kuchni naszego zamówienia, a gulasz właśnie się skończył. Pan za barem przy Michale! dość  głośno ochrzania kelnera. Michał próbuje interweniować, mówiąc, że nic się nie stało, że najedliśmy się mulami, ale … zupa została już wylana, że tak powiem. Kelner utracił twarz, w dodatku przed cudzoziemcami.

Decydujemy, że z braku dania głównego mamy jeszcze miejsce na deser. Żeby uniknąć pomyłek podchodzimy do lodówki, w której chłodzą się różne pyszności – kremy jajeczne, waniliowe, czekoladowe, karmelowe, itp. Pokazujemy kelnerowi nasz wybór, domawiamy kawy (z nikłą nadzieją, że kelner zrozumiał, że jedna czarna, druga biała)  i wracamy do stolika. Zimne kremowe musy dostajemy po niedługiej chwili. Za to na kawę czekamy kolejne dwadzieścia minut. Ewidentnie kelner próbuje odbudować swoją pozycję jako ważniejszego od nas. Michał zaczyna się irytować, bo nie mieści się to w standardach europejskich, do których przywykliśmy. Kelner nawalił z zamówieniem, my nie zawiniliśmy, dodatkowo puszczając jego winę w niepamięć zamówiliśmy deser i kawę, a on zamiast obsłużyć nas w ramach przeprosin na najwyższym poziomie, zaczyna nam pokazywać, kto tu naprawdę rządzi. Ja natomiast … ja mam czas. Jestem na wakacjach, nigdzie się nie śpieszę, plaża mi nie ucieknie, słońce długo jeszcze też nie. I w sumie w duszy rozumiem jego zachowanie. Już nie myślę jak roszczeniowy klient, który wszystko filtruje przez pryzmat konsumpcjonizmu (płacę, to wymagam). Wiem, o co teraz kelner walczy, co chce nam pokazać, i jak ważne jest to dla niego. Bo on nie jest kelnerem, który ma obowiązek nas obsłużyć. On jest panem tego miejsca, do którego my przyszliśmy poprosić o jedzenie J Nie mam nic przeciwko tej grze, jestem rozbawiona. Dostajemy kawę, pijemy ją, i potem próbujemy zamówić paragon. Wiem jak to powiedzieć po portugalsku, mam wrażenie, że nawet potrafię to zrobić z niezłym akcentem, co z tego, skoro nie mam komu tego powiedzieć? Kelner ciągle nas ignoruje, obsługując inne stoliki przyjmuje zamówienia, dostarcza dania, odbiera zapłatę i wciąż wytrwale omija nas wzrokiem. Michał nie wytrzymuje, wychodzi z Tolkiem przejść się po plaży, ja cierpliwie czekam, aż w końcu cierpliwość zostaje nagrodzona, i mogę powiedzieć: A conta, por favor. Kelner kiwa głową i odchodzi. Do restauracji wchodzi Michał.

Rachunek otrzymujemy po kolejnych dziesięciu minutach,  mimo iż nie wymagał on pójścia do kasy i wydrukowania go, to po prostu kawałek kartki z notesu z ręcznie podsumowaną przez kelnera kwotą.

Michał, tak jawnie i długo prowokowany, reaguje w naturalny dla mężczyzn sposób, czyli próbuje zyskać przewagę nad kelnerem i w tym ostatecznym ruchu pokazać, kto tu tak naprawdę rządzi. Czyli nie chce dać napiwku. Ja jednak czuję, że tak do niczego nie dojdziemy, że droga do sukcesu prowadzi obok, i na rachunku kładę pełne 10% ekstra. Wtedy następuje scena finałowa. Wygraliśmy.  Kelner poddaje się, zrzuca z siebie pozę niedostępnego i górującego, patrzy mi w oczy i kilkakrotnie zaczyna przepraszać za pomyłkę dotyczącą zamówienia, ja powtarzam, że nie szkodzi, że mule były delicioso, multo delicioso. Potem zaczynamy się do siebie uśmiechać, kelner zagaduje naszych chłopców, życzy nam miłego popołudnia i zaprasza ponownie. I jestem pewna, że gdybyśmy tylko mieli jak tu wrócić, to bylibyśmy najlepszymi klientami, obsłużonymi przez serdecznego nam kelnera. Gdybyśmy tylko mogli…

Wieczorem, po spakowaniu walizek, po raz ostatni idziemy na plażę. Jest całkowicie pusta, nieliczni pozostali jeszcze przyjezdni siedzą w restauracjach. Z Kajem na chuście spaceruję po mokrym po odpływie piasku, i próbuję zrobić zdjęcia z nadzieją, że uchwycę jakiś fragment atmosfery i oglądane w domu choć trochę ukoją tęsknotę.

IMG_2231

IMG_2279

IMG_2294

Michał natomiast spaceruje z Tolkiem pokazując mu różne niezwykłości, a to patyk, a to muszlę czy morską trawę wyrzuconą przez wodę i opowiada o nich historie. Pstryk – obmyte przez ocean wielkie głazy w dziury, miniaturowe rzeki śpieszące się do oceanu, bardzo zaaferowany krab pokonujący kratery i wąwozy piasku.

IMG_2239IMG_2240IMG_2246IMG_2247IMG_2242IMG_2249IMG_2252IMG_2267IMG_2272

Pstryk – kołyszące się na ciemnej wodzie łodzie, a nad nimi okrągły księżyc, twórca srebrnej poświaty na falach. Ups, tutaj przy takim kontraście cieni i światła aparat się poddaje, ale pstrykam, bo mam nadzieję, że jakoś to odtworzę w photoshopie.

IMG_2261

IMG_2257IMG_2235IMG_2292

Pstryk – nie, nie da się. Michał tańczy z Tolkiem po mokrym piasku w świetle idealnie okrągłego księżyca. Śmieją się, wirują, nucą jakąś melodię, wymyślają przedziwne kroki i układy. Te zdjęcie muszę zrobić sercem – roześmiane, szczęśliwe oczy mojego syna, i totalnie zwariowana piosenka śpiewana przez przytulającego go Michała.

IMG_2283-Edit

Pstryk.

Welcome to Portugal

Zostaliśmy uwiedzeni. Nie tego się spodziewaliśmy, i jako nieprzygotowani – nie zdołaliśmy się obronić. Byliśmy już w wielu zapadających w pamięć i pojawiających się w snach miejscach. W wielu z nich czuliśmy się jak w prywatnym edenie, do kilku mamy nadzieję wrócić. Żadne jednak nie zamotało nam umysłów i serc tak jak Portugalia.

Nie pokazała nam krajobrazów zwalających z nóg, a przynajmniej nie takich, jakich nie widzielibyśmy gdzie indziej. Lizbona okazała się miastem, które wrosło nam w duszę, ale takich miast już kilka zwiedziliśmy, mamy pojemne te dusze :) Ocean był błękitny i dziki, ale takie same wody spotkaliśmy w Australii. Drzewo cytrynowe na tarasie i pita pod nim kawa  stworzyły egzotyczną atmosferę, ale w Grecji też piknikowaliśmy w takim otoczeniu.

A mimo to leżący na krańcu Europy kraj totalnie nas oczarował, dzieląc się tym, co ma najlepszego – ludźmi. Nigdzie nie spotkaliśmy tak bezinteresownie serdecznych, miłych i pomocnych ludzi. Portugalczycy nie są wylewni i hałaśliwi jak Hiszpanie czy Włosi, więc ich spokój może mylnie być odebrany za obojętność. Ale to nie tak, oni po prostu się nie narzucają. Za to gdy poprosi się ich o pomoc (lub nawet bez proszenia, gdy zobaczą, że jest ona potrzebna) – robią więcej, niż można by oczekiwać.

Pan prowadzący Michała do sklepu z wodą, kasjerka w supermarkecie pomagająca zrobić zakupy, przemili ludzie uśmiechający się do naszych dzieci, bo przecież do dziecka trzeba się uśmiechać, pomocni taksówkarze, empatyczni lekarze i pielęgniarki, wrażliwi kucharze i kelnerzy, sprzedawcy w sklepie z pamiątkami, którzy mają czas by pogawędzić, a nie tylko sprzedać i wydrukować paragon.

Nawet milczący Antonio, który dowiedziawszy się o wypadku Kaja, wyręczył Michała, żeby ten mógł położyć Tolka spać i sam dowiózł mi nocą do szpitala nasze paszporty :)

Portugalczycy to największy atut Portugali.

I jeszcze jedno – to nie jest kraj dla wygodnych i pędzących turystów. Nie wiem, jak jest na popularnych egzotycznych wyspach Portugalii, ale na kontynencie…To właściwie nie jest w ogóle kraj dla turystów. No bo tak: próbujemy się czegoś dowiedzieć o miejscowych atrakcjach. Z braku ulotek w b&b, naiwni postanawiamy odwiedzić w Setubaluinformację turystyczną. Pod adresem podanym w przewodniku jej nie ma, ale nic to – widzimy strzałki i drogowskazy do jej nowej lokalizacji. Pełni wiary, ruszamy. Prowadzą nas one przez ulice i uliczki, zakręcają, znikają za rogiem, by znów pojawić się po drugiej stronie placu, aż w końcu … dochodzimy do miejsca, w którym zaczęliśmy wędrówkę, po drodze oczywiście żadnego biura informacji turystycznej nie uświadczając. W ten sposób zwiedziliśmy całe miasto, i nikomu nie zawracaliśmy głowy swoim angielskim.

Niezrażeni, współcześni, wyposażeni w tableta i telefony z internetem, próbujemy dowiedzieć się gdzie można zwiedzić plantację drzew korkowych, teoretycznie największego bogactwa i symbolu Portugalii. Po wielu frustrujących próbach trafiamy na anglojęzyczną ulotkę o wycieczkach w jednym z rejonów środkowej Portugalii. Ale żadnych konkretnych informacji. Dzwonimy tam, i nikt nie odbiera (czyżby zobaczyli obcy numer na wyświetlaczu i nie podjęli wyzwania?). Dzwonimy przez kilka dni, piszemy maila z prośbą o kontakt lub jakiekolwiek informacje, i nic. Prawdopodobnie, gdybyśmy zrobili to po portugalsku, było by prościej. Im, nie nam.

DSC02559

DSC02560

Próbujemy zorganizować rejs na obserwację delfinów, który jest tutejszą największą atrakcją. Z trzech firm, tylko jedna ma stronę po angielsku. Dzwonimy i … tak, tak – znów nikt nie odbiera.

Próbujemy w końcu zakupić największy skarb Portugalii – oliwę z oliwek. Portugalczycy twierdzą, że jest najsmaczniejsza na świecie, i mają rację. W przeciwieństwie do Greków czy Hiszpanów, oni swoich kilkusetletnich drzew oliwnych nie podlewają. Roślina sama musi zatroszczyć się o pożywienie w suchej na kamień ziemi, i to powoduje, że oliwki, które rodzi są skoncentrowaną esencją. Wytłoczona z nich oliwa jest aromatyczna, pachnąca, gęsta, ciemna w kolorze i piekielnie ostra w smaku. Szukamy w okolicy porośniętej drzewami oliwnymi jakiś sklepów z tym miejscowym cudem, lokalnych wytwórców, przydomowych tłoczni. I nie ma. Zagadnięta Portugalka po dłuższym zastanowieniu, rozpromienia się i wysyła nas do … supermarketu.

Ale nic to. Nie zrazimy się tak łatwo. Nie damy się odstraszyć. Byliśmy za krótko, żeby podjąć wyzwanie, ale rzucona nam rękawica została podjęta. Wrócimy tu, i następnym razem i poznamy sekrety wyrobu korka, i dowiemy się, gdzie te oliwki są wyciskane, i popływamy z delfinami, i posmakujemy miejscowych win.

Ach, tutejsze wina… Ostatniego wieczoru Michał pojechał do wspomnianego już parokrotnie supermarketu na zakupy przed wyjazdem. Nabył dla przyjaciół i znajomych królika tutejsze miody z rozmarynu, pasty z sardynek i dziesięć butelek wina. Znakomite porto, mniej i bardziej słodkie, w cenie naszego jabłecznika. Przy kasie, trzymając Tolka za rękę, próbuje to wszystko wyłożyć na taśmę, gdy pan stojący w kolejce za nim podchodzi i pomaga mu się z tym uporać. Michał uśmiecha się i mówi: Obrigado. A pan, również z uśmiechem: Welcome to Portugal.

IMG_2299