A 9 miesięcy później…

… na świecie pojawił się Kaj i dołączył do nas jako Czwarty Włóczykij.
Tak, tak – długie, białe, skandynawskie noce mogą mieć przeróżne konsekwencje. Za pierwszym razem niewinne rozmowy aż do wschodu (lub raczej stwierdzenia braku zachodu) słońca zaowocowały nam małżeństwem. Tym razem przyczyniły się do poprawy przyrostu naturalnego naszej rodziny :)
Naprawdę, nie mam wystarczającej wyobraźni (lub boję się popuścić jej wodze), żeby wróżyć co mogłoby się stać, gdy pojedziemy tam trzeci raz…
W każdym razie zamieszczamy ten wpis dla tych, którzy planują ruszyć na Północ. Żeby nie było, że nie ostrzegaliśmy :)
IMG_1052-2

Materiały nigdy niepublikowane

Zgodnie z obietnicą wrzucamy zdjęcia z drugiego aparatu. Plus garść dodatkowych komentarzy.

W Danii Tolek z Michałem studiują bogate życie morskie Bałtyku. Jak wytężycie wzrok dojrzycie meduzę.

Niesamowita plaża koło kempingu w Szwecji. Tam moglibyśmy spędzać emeryturę. No, przynajmniej kilka tygodni, gdy jest powyżej 10 stopni :)

W drodze do punktu widokowego na krater po meteorycie.


I sam krater w Gardnos

Skuty lodem i pokryty śniegiem letni krajobraz płaskowyżu Hardangervidda

Na szlaku często można spotkać kamienne piramidy stawiane na pamiątkę. Tu w stylu góralskim – sześć pięter, piwnica i strych.

To miejsce mogło być rewelacyjnym noclegiem. Niestety, stchórzyliśmy ze względu na temperaturę, 6 stopni.

Ostatecznie stanęliśmy na kempingu po drugiej stronie gór, zyskując 8 stopni więcej! A widoki i szum też były.

Można tam było wynająć chatki kryte w tradycyjny sposób trawą.

Jakoś przeoczyliśmy i nie zrobiliśmy zdjęcia żadnemu nowemu domowi krytemu w ten sposób (a jest ich sporo), ale jak kupiliśmy norweski odpowiednik „Muratora”, to znaleźliśmy tam artykuł z paradami jak dobrze wykonać taki dach : )

Simadalfjorden

Hm, kwiatek. Na roślinach znamy się jeszcze gorzej niż na ptakach.

Aczkolwiek ten porost na kamieniu to (najprawdopodobniej) wzorzec geograficzny.

Rośnie do 0,5 mm na rok, ale za do potrafi żyć do 4 tysięcy lat.

Voringfossen

I wodospad, którego nazwy nie zanotowaliśmy, a na którym ćwiczyłam użycie filtra szarego.

Krajobrazy wzdłuż torów kolejki Flam…

…oraz podróżni w kolejce Flam,..

…którzy właśnie dowiedzieli się, że hamulce w jednej z najstromszych kolei świata (o normalnym rozstawie kół) zepsuły się.

Rejs po fiordzie Naeroyfjorden

Z malutkimi osadami często dostępnymi tylko od strony wody

Z wędrującymi mgłami

Z Trollami na skałach (jak ktoś nie widzi, to polecam poprawić wzrok szklaneczką whisky)

i z Trollkiem na pokładzie

Rażące ostrością barw fragmenty skał pokryte porostami w mlecznej scenerii Aurlandsvegen

Domki letniskowe (?) na tejże Drodze Śnieżnej

Stavkirke w Borgund

W celach konserwacyjnych co kilka lat cały kościół z zewnątrz pokrywany jest smołą

Może ktoś ma jakiś pomysł jak wykonać zdjęcie wnętrza tego drewnianego, ciemnego kościółka, gdy nie można używać lamp i statywów?

A to właśnie wnętrza stanowią o niezwykłości tych budowli.

Bardzo stare graffiti

Symbole nowej religii przeplatają się na każdym detalu z dawnymi wierzeniami. Widzicie głowy smoków na okuciu zamka i kołatki (poniżej)?

Albo na rzeźbieniu?

Wąż pożerający własny ogon

Norweska architektura to nie tylko proste, drewniane domki, kryte trawnikiem ; )

Kolejny raz wybraliśmy poboczną wąską drogę zamiast nowowybudowanej „ekspresówki”. W nagrodę naszą podróż znów opóźniały krajobrazy.

Surowe położenie farmy Galdane, opuszczonej dopiero w 1947

Tak, tak – to chodzący jęzor lodowca.

I mętna woda lodowcowa

A teraz dla odmiany słoneczny dzień i rundka wokół wyspy Runde.

W dole można dojrzeć nasz kemping.

Niedostępne klify z ptasimi gniazdami…

…i fotograf z pomysłem na ich zdjęcie z „lotu ptaka”.

I maskonur we własnej osobie.

Rozczarowująca Droga Atlantycka

I wioska na Lofotach o najkrótszej nazwie – Å (strumyk, rzeczka)

Na Lofotach ciągle używa się tradycyjnych łódek, których kształt sprawdził się w czasach Wikingów.

Kolejny nocleg. Wierzcie lub nie, ale to i powyższe zdjęcie zostały zrobione po 1 w nocy.

Wizyta w miasteczku Henningsvear

Oryginalne chaty rybackie w Muzeum Rybołóstwa Lofotów

I najbardziej oczekiwane zdjęcia : )

Takich fontann wypatrywaliśmy.

Takie zgięcie grzbietu stawia wszystkich w pogotowiu, bo kaszalot zaczyna nurkować na kolejne dwie – trzy godziny. A to oznacza…

… że lada moment…

…na kilka sekund…

… będzie widoczna…

…płetwa ogonowa.

Moment dla fotografów i naukowców.

Bo jeszcze sekunda i znika.

Naukowcy po kształcie brzegów płetwy i jasnych plamach rozróżniają poszczególne osobniki. To jak linie papilarne kaszalota. Sami porównajcie ten „ogon” z poprzednim.

Zwykle kaszalotom nadaje się numery, ale tym najczęściej widywanym są nadawane imiona. Na jednym ze zdjęć z posta o tej wyprawie możecie zobaczyć imiona kaszalotów, które widzieliśmy tego dnia.

Ostatnia noc na Lofotach. Kemping okropny, ale jakie klimaty!

A to już jezioro obok Rovaniemi. Druga w nocy.

Krótka wyprawa na bagna

A na koniec – prom z Helsinek do Tallina. Pożegnanie z wakacjami.

Niekończąca się opowieść

Każdy początek jest zbliżaniem się do końca. Brzmi pesymistycznie? Niekoniecznie. Przecież każdy koniec może być szansą na początek czegoś nowego : )

Gdy planujemy kolejną wyprawę, żyjemy nią miesiącami. Najpierw wybór kierunku. Potem zakup przewodników i książek, map i czasem filmów. Niecierpliwe wyczekiwanie dnia zero. Ekscytacja tym, co ma się zdarzyć. Pełne obietnic pakowanie. I w końcu – przygoda zaczyna się.
Zwykle podróżujemy bardzo intensywnie. Jak wychodzi z relacji po Norwegii, Tolek znacząco nie spowolnił naszego tempa. Zwiedza się z nim inaczej, trochę wolniej, mniej, ale to nie oznacza, że mamy dużo wolnego czasu. Wręcz przeciwnie – każda chwila kiedyś poświęcona na relaks, teraz jest poświęcona małemu podróżnikowi, który dzielnie dotrzymuje nam kroku. Taki relaks inaczej. Przed wyjazdem tym razem już bogatsza o poprzednie doświadczenia nie zabrałam książek do czytania „ot tak”. Przewidywałam, że nie będzie wolnych minut aż tyle, żeby połknąć jakąś wakacyjną lekturę. Ale jechać w ogóle bez czegoś do czytania? Zabraliśmy pierwszy numer „Kontynentów”, „Wysokie Obcasy Extra” i „Voyage”. Uczciwie przyznam – nie przeczytaliśmy ani strony. Nie było jak.
Może teraz, w weekend na własnym tarasie.
Zwiedzamy, odkrywamy, poznajemy, kolekcjonujemy chwile, widoki, spotkania, rozmowy. Chłoniemy wszystkimi zmysłami.

Potem zaczyna się powrót. I gdy już docieram do domu, jestem tak pełna doświadczeń i wrażeń, że pewnie bym eksplodowała. Ale mój umysł radzi sobie w inny sposób – ogarnia mnie chwilowa amnezja. Serio, nie potrafię przypomnieć sobie konkretnych minionych dni, często mam wrażenie, że prawdziwa podróż jeszcze przed nami, a to co mi się fragmentami plącze po głowie, to resztki snu.
Dopiero po kilu dniach, po rozpakowaniu się, wdrożeniu w rytm codziennego dnia, odpisaniu znajomym na zaległe maile, mgła zapomnienia zaczyna się rozpraszać. I wtedy wspomnienia atakują swoją ostrością, wyrazistością. Uśmiecham się, a jednocześnie odczuwam żal, że to już się wydarzyło. Że już po wszystkim. Taki klasyczny dołek nastroju po długim okresie pozytywnego nakręcenia.
Co robić? Jak sobie z tym poradzić? Siedzieć, oglądać zdjęcia i wzdychać, że wakacje skończone? A może … zacząć planować nowe?

Nie zdradzę, co nam się już po głowach kręci. Ważne, że się kręci : ) Nowy kierunek, ten sam blog. Dlatego zajrzyjcie od czasu do czasu, na pewno znów pojawią się nowe wpisy.

A jako zakończenie tegorocznej wyprawy po weekendzie wkleimy jeszcze niepublikowane, obiecane zdjęcia z drugiego aparatu. Będzie lodowiec, maskonury, kaszaloty z ogonami, i krajobrazy.

Póki co – dziękujemy za wirtualne towarzyszenie i do zobaczenia.

Ekipa Włóczykijów ATM

 

4-30

Powodzie w północnej Norwegii

Jeszcze nie zdążyliśmy się rozpakować kiedy odezwał się nasz przyjaciel z Oslo z wiadomością że w północnej Norwegii trwa największa powódź od 66 lat. Dziesiątki osób są odcięte od świata, a drogi którymi jechaliśmy zalane. 

O tym że podróże kształcą…

…wiedzą nawet dzieci. Ale najciekawszych rzeczy można dowiedzieć się podróżując na temat własnego zaścianku.

Siedzę z kubkiem kakao na tarasie, namiot dachowy schnie za domem, wieje ciepły wiatr, świeci słońce. Pisać nie przeszkadza żaden komar.

W moim rodzinnym mieście stoi pomnik świętego Mikołaja. Porządnego świętego biskupa, żeby nie było, bo to porządne podhalańskie miasteczko. Niemniej odsłonięcie pomnika było dobrą okazją do zadzierzgnięcia partnerskich stosunków z Rovaniemi. Wieść gminna niesie, że fińska delegacja, wysiadłszy z pociągu skonstatowała ze zdumieniem: „Wy tu wcale nie macie komarów!”

Mój pierwszy dzień w pracy po miesięcznej nieobecności już skończony. Do pracy szybko dojechałem drogą ekspresową na której wolno rozpędzieć się teoretycznie do 120 a w praktyce 130 km/h. Mówią że ekspresówek i autostrad jest w Polsce mało. Zawsze warto równać w górę ale dobrze też wiedzieć że na Litewskich autostradach są przystanki autobusowe i biegają psy a na Łotwie czy w Estonii autostrad nie ma wcale.

Drogi takie wprawdzie sporo kosztują ale kosztowałyby znacznie więcej gdyby do ich budowy trzeba było drążyć w skale kilometry tuneli i budować dziesiątki wysokich mostów tak jak muszą robić Norwedzy.

Często narzekamy też na dziury. Na dalekiej północy na skutek dziełania ekstremalnych temperatur wiele dróg pęka w poprzek. Dzieje się tak dlatego że asfalt kurczy się na zimnie. Drogę można załatać co jednak w lecie powoduje odwrotny skutek – rozkurczający się asfalt „wypycha” łatę. Efekt przypomina nieco drogi osiedlowe. Na rzadziej remontowanych odcinkach co 50 m występuje na zmianę półmetrowy rów bądź potężny próg zwalniający.

Idę zrobić sobie kawę. Taką, która działa bardziej pobudzająco niż moczopędnie…

Location:Polska

Jak oswoić smoka

Wpis jest dedykowany ciekawskim oraz osobom poszukującym podstawowych informacji o podróżowaniu po Skandynawii lub podróżowaniu z dzieckiem. Ponieważ liczę się z tym, że większości czytelników on nie zainteresuje, więc post będzie urozmaicany zdjęciami, nie zawsze pasującymi do treści, ale podnoszącymi wartość całości.

Kilka osób zadaje odwieczne pytanie, jak podróżuje się na takie odległości z dzieckiem.

 

21
Ano, jakoś. Czasem łatwiej, czasem trudniej. Trzeba pokombinować, żeby malucha czymś zająć, i pogodzić się z tym, że nierealne jest zrobienie 10 godzin jazdy. Nam udawało się dziennie pokonywać ok 650 km autostradą, a w Norwegii przy ograniczeniach prędkości do 80 km poza terenem zabudowanym, odpowiednio mniej. Do Oslo jechaliśmy 4 dni, choć pewnie można ten dystans pokonać w dwa.

 

22

Jak można było zobaczyć na jednym ze zdjęć zabraliśmy z sobą mnóstwo zabawek. Przydawały się bardzo w czasie jazdy, bo poza autem zabawką było wszystko dookoła.

15-10

17-8
Poza tym jesteśmy bardzo dumni z Tolka, bo świetny z niego kompan podróży. Nie marudzi, wszystko go ciekawi, bierze udział w każdej naszej aktywności – pomaga szukać drogi na mapie, wybiera muzykę na czas jazdy, nosi naczynia do zmywania, zwija namiot, krząta wokół obozu, gdy rodzice jeszcze śpią…

18-8

4-29

5-24

9-16

13-13

10-17

12-14

14-11
Kolejną sprawą są koszty. Fakt, nie pojechaliśmy w tanie regiony. Czasem w przewodnikach można przeczytać zdanie: ‚Norwegia uważana jest za drogi kraj.’ Zaraz potem następuje jednak zapewnienie, że można po niej podróżować tanio. Nie wierzcie w to. Norwegia jest drogim krajem. Jedyne co znalazłam tam tańsze niż u nas to klocki Lego.
Owszem można całe jedzenie zabrać z Polski (pomijam logistykę związaną z wykombinowaniem miejsca na jedzenie na 4 tyg, brak warzyw, owoców, przetworów mlecznych), można spać tylko na dziko, kąpać się w strumieniach (lub w deszczu), nie zwiedzać nic, za co jest pobierana opłata (a zwykły bilet do muzeum to min. 40 PLN), unikać promów, nie przywozić żadnych pamiątek, które przywołają potem wspomnienia. Można, tylko po co? Tak samo tanio wyjdzie wtedy obejrzenie filmu o Norwegii.

Dla orientacji podaję kilka bazowych kosztów. W Oslo kupiliśmy 3 słodkie bułeczki do jogurtu w ramach drugiego śniadania/lunchu za 20zł, ale już kanapka na ciepło to wydatek ok. 25 zł. Kawa na stacji Statoil – 10 zł, sałatka z makaronem w plastikowym pojemniku – 30 zł, najtańszy zestaw ‚obiadowy’ w fast foodzie – 35 zł. Pojemniczek ulubionych truskawek – 25 zł, jogurt w dużym kartonie (rewelacyjne w Norwegii, beznadziejne w Finlandii) -20 zł. Obiadów w restauracji nie jedliśmy, bo to jest już wydatek czterokrotnie droższy niż u nas. Wyjątkiem był szwedzki stół lunchowy w Muminkowie – opłata za osobę w Kuchni Mamusi Muminka wyniosła 65zł. Swoją drogą jeśli Mamusia Muminka rzeczywiście tak gotowała jak nam zaserwowano, to się nie dziwię, że Muminki na zimę napychały brzuszki igliwiem…

I jeszcze dwie refleksje: po pierwsze już nigdy więcej nie będę krytykować hot-dogów na polskich stacjach benzynowych. Parówki, które nam sprzedawano na norweskich stacjach (w tym Statoilu) przebiły wszelkie moje wyobrażenia o tym, ile tłuszczu i soli można zmieścić w tak niepozornym produkcie.
Po drugie niech o tym jakiej mocy jest kawa w nordykach świadczą słowa Michała, który prowadząc auto wylał trochę kawy na jasne spodnie: O, nic nie plami. To musi być norweska kawa.

Nie możecie żyć bez kofeiny – weźcie kawę z Polski.

23
Największy kłopot był oczywiście z Tolkiem, bo mimo iż uczony był jedzenia zgodnie z zasadą BLW (która m.in. gwarantuje, że dzieci będą chętnie wszystko jadły) dieta Tolka na tym wyjeździe … hm… no do najprawidłowszych nie należała. Tolo dań ze słoiczków nie je, i to niby dobrze, ale z drugiej strony niewiele więcej je. Ratowaliśmy się kisielem (czy wspominałam już o tym, że niedobrze jest zapychać dziecko mąką z barwinkiem?…), jogurtem, owockiem i gotowanym wieczorem makaronem. Poza tym był oczywiście ukochany i zawsze dostępny cycuś. Jedliśmy nieregularnie, o dziwnych porach – będąc już daleko na północy oczywiście przestawiły nam się pory dnia i nocy, i bywało, bywało, że obiadokolację jedliśmy o 23. Na razie jednak nie widać żadnych złych konsekwencji – Tolo automatycznie dostrajał się do sposobu spędzania z nami czasu.

19-7

20-7

24-6

25-5

27-5
Najbardziej zaskoczyła nas pogoda. Niby wszędzie piszą, że w lato w Norwegii jest chłodno i pada. No piszą, i co z tego? Byliśmy tu osiem lat temu i przez bite trzy tygodnie było ciepło. Ciągle chodziliśmy w t-shirtach, i może ze trzy razy założyliśmy coś z dłuższym rękawem. Mając w pamięci tamten wyjazd, niestety nie najlepiej spakowaliśmy się na ten. Z drugiej strony ciężko jest wyobrazić sobie, jak może być zimno, gdy człowiek pakuje się w trzydziestostopniowym upale. A było zimno. Jakoś poradziliśmy sobie ubierając się warstwowo, ale żałowałam że nie wzięłam żadnej ciepłej kurtki i rękawiczek dla Tolka. Bardzo przydały się getry i rajstopki dla małego (były dodatkową warstwą pod spodnie), i super trafionym pomysłem były polarowe pajacyki, pod które zakładałam Tolkowi bawełniane ubranko, i tak chodził spać. Czasem spaliśmy w czapkach, więc też pamiętajcie o ich zabraniu. I fajną sprawą byłby termofor, żeby czasem rozgrzać lodowatą i wilgotną pościel. Generalnie ustaliliśmy, że jednak namiot nie jest najlepszym rozwiązaniem w tych warunkach klimatycznych z dzieckiem. Daliśmy radę, Tolek już nie ma kataru, który załapał pod koniec trzeciego tygodnia, ale następnym razem albo wyposażymy namiot w ogrzewanie albo wymyślimy jakiś komfortowszy sposób do spania. Na plus należy natomiast podkreślić, że gdyby był to zwykły namiot, to pewnie uciekłabym stamtąd już w pierwszym tygodniu. No i właściwie dzięki temu było nas stać na tak długą wyprawę w tak drogim kraju, gdzie kemping kosztuje średnio 90 zł za jeden namiot i dwie osoby dorosłe.Choć często za sam namiot plus 2 osoby płaciliśmy powyżej 100 zł, a rekordem było Oslo – 220 zł za dzień.

33-3
Dodatkowa informacja – na żadnym norweskim ani fińskim kempingu nie wymagano od nas posiadania specjalnej karty kempingowej. Kupiliśmy ją w Danii, bo tam jest obowiązkowa, i powiedziano nam, że jest też ważna na Norwegię. A ze strony o norweskich kempingach wynikało, że faktycznie trzeba taką kartę mieć. W rzeczywistości należy w Danii poprosić o kartę tranzytową (ważna na jeden nocleg), a w Norwegii w ogóle nie zawracać sobie nią głowy. Za to bardzo przydają się dziesięciokoronówki norweskie – tyle kosztuje 6 min. ciepłego prysznica. W Finlandii jest to wliczone w cenę kempingu (ale z reguły jest on ciut droższy niż norweski).

30-4
Dodatkowe koszty to opłaty promowe. Ok, można ich uniknąć, ale w niewiele miejsc da się wtedy dojechać. Średni koszt to ok. 60 zł, ale ten koszt trudno jest zaplanować, bo na każdym promie jest inna zasada – raz płaci się za auto, raz za auto i osobno za pasażerów. Droższe były promy na i z Lofotów (ok. 400 zł w jedną stronę).

31-3
Jeśli chodzi o koszty transportu, to oczywiście znacząco droższe jest paliwo. Większość stacji jest samoobsługowych, więc dobrze mieć z sobą dwie karty płatnicze (na wypadek gdyby nagle jedna odmówiła współpracy). Na niektórych stacjach można wybrać płatność gotówką w kasie, ale to tylko w ciągu dnia, bo nie spotkaliśmy żadnej stacji z obsługą całodobową. A, i fińskie Neste nie akceptowało naszych kart, mimo że bez problemu płaciliśmy nimi w kasie.

28-5
Nie mamy pojęcia ile kosztują drogi w Norwegii. Dość często przejeżdżaliśmy przez automatyczne bramki, i teraz czekamy na list ze zbiorczym posumowaniem i prośbą o uregulowanie rachunku. Trochę się zagapiliśmy, bo dopiero pod koniec wyjazdu odkryliśmy, że mogliśmy przedpłacić te przejazdy (www.autopass.no)

29-5
Ogóle wrażenia z podróżowania po Norwegii są bardzo pozytywne. Pomijając brak autostrad :) i powolność pokonywania ogromnych dystansów, to jest to zdecydowanie kraj dla podróżników. Właściwie każdego dnia mogliśmy stawać na dziko, bo w każdej okolicy były jakieś fajne i dogodne miejsca. Gratis przepiękne krajobrazy. Niezliczone możliwości wyboru programu zwiedzania. I do tego bardzo dobra infrastruktura dla turystów – sporo dobrze oznaczonych kempingów, częste parkingi dla odpoczynku, i co najfajniejsze – wzdłuż malowniczych tras jest bardzo dużo takich malutkich zatoczek, w których można się zatrzymać, żeby zrobić zdjęcie i nie powodować wypadku drogowego.

32-3

P.S. A jak oswoić smoka? Nie wiemy. W Norwegii smoki nie występują.

Kto wyłączył światło?

Dwudziesty siódmy dzień wyprawy, 7999,9 km. Tak pokazuje licznik.

34-3
Ok – przyznajemy, zrobiliśmy jedno kółko na rondzie w Pęcicach, żeby uzyskać taki wynik, ale to jest tylko pięćdziesiąt metrów oszustwa, reszta nie podlega dyskusji. O 13:40 w sobotę stoimy pod niebieską bramą swojego domu.
Wczoraj o 22:40 przekroczyliśmy granicę polską. Żaden z funkcjonariuszy SG nas nie zatrzymał, żeby powiedzieć: „Witamy w Rzeczpospolitej Polskiej”, a szkoda.
Prawie ciągiem przejechaliśmy „bałtyki”, pchani już tylko myślą o dojechaniu do domu. Gdy w końcu zawitaliśmy do kraju, ustaliliśmy że w okolicach Augustowa szukamy noclegu. Do tej pory takie planowanie w naszej podróży zdawało efekt, dlaczego miałoby nie zadziałać w ojczyźnie? Ha! W Augustowie pytamy w kolejnych hotelach o wolny pokój, i pozytywne odpowiedzi brzmią: Tak, za min. 450 zł. Za ile??? W Helsinkach w centrum nocowaliśmy za 350 zł. Oburzeni szukamy dalej. I wtedy dopada nas polska rzeczywistość – przy granicy motele były w większości okupowane przez kierowców tirów, lub szemrane towarzystwo randkujących inaczej. Potem były przeszacowane cenowo hotele Augustowa. A na końcu zostają nam zajazdy, karczmy, zagrody i gospody – oczywiście bez możliwości zameldowania się w nocy. I nawet jak na szyldzie pisze, że 24h, to nie znaczy, że ktokolwiek nam otworzy. Marnujemy czas stając przy każdym miejscu, które oferuje noclegi, ale nigdzie nie jest otwarte. Wokół nie ma żadnych hoteli. Stanęlibyśmy z namiotem, ale jest już ciemno (dlaczego tu jest tak ciemno?), i w takich warunkach ciężko szukać bezpiecznego miejsca do rozbicia się. Kempingów nie ma. Jest pierwsza w nocy, Michał wykończony, od kilku dni walczy z mocnym przeziębieniem, ja już też nie daję rady prowadzić. Poprzednia noc była nieprzespana, bo w Helsinkach zamiast szumu oceanu i wodospadów, śpiewu ptaków, itp. darły się autobusy i taksówki. Dziś jedziemy cały dzień od zjazdu z promu, a jedliśmy tylko jakiegoś trującego hamburgera na estońskiej stacji paliwowej. Do tego nasze organizmy są zszokowane brakiem słońca. Naprawdę robi się niewesoło, gdy łapię się na tym, że niekontrolowanie zjeżdżam na przeciwległy pas. Zwalniam i jedziemy dalej szukając noclegu. Powtarzam sobie, że z tyłu w aucie jest mój malutki synek i muszę dowieźć go do domu. Jestem przerażona, gdy wyprzedzają mnie inne auta, bo przecież ja jadę bardzo szybko, to jak bardzo one pędzą w tych ciemnościach, skoro limit na drodze wynosi 90 km/h. Sprawdzam prędkościomierz i nie wierzę: jadę 75km/h, a mam wrażenie jakbym śmigała dwa razy więcej. Oj, niedobrze. Sprawdzamy na mapie, za 15 km jest Łomża, tam musi być jakiś cywilizowany hotel. Tylko naprawdę mam wątpliwości, czy tam dojadę…
W końcu jest wybawienie – hotel w Piątnicy. Stajemy, jest wolny pokój. Jakimś cudem bez potknięcia i zaśnięcia po drodze przenosimy śpiącego Tola, i tylko zrzuciwszy ubrania padamy na łóżko. Udało się.

Rano jemy normalne śniadanie i ruszamy w końcówkę trasy. Pełen luz, właściwie biorąc pod uwagę pokonywane wcześniej odległości, teraz czujemy się jak za progiem. Co to są te 120 km do domu?

I teraz nastąpią dwa zakończenia. Czy też dwie anegdotki na zakończenie (choć jak się wyśpimy i rozpakujemy, to jeszcze napiszemy jakieś podsumowanie).
Po drodze zahaczamy o pruszkowską aptekę. Michał idzie kupić jakiś syrop na kaszel. Wchodzi tam wyglądając tak, jak można wyglądać po czterech tygodniach drogi, w tym po trzech dniach intensywnego powrotu.

Dialog ze sprzedawcą wygląda tak:
– Potrzebuję czegoś na przeziębienie. Jakiś rutinoscorbin, czy coś – mówi chrypiąc porządnie.
– Jest rutinoscorbin, ale w opakowaniu po 90 szt.
– Hm, to bardzo dużo – komentuje mój mąż, patrząc na sprzedawcę przekrwionymi oczyma
– Ale jest zamiennik, ma 120 szt, i jest o 5 zł tańszy!
– To wezmę, bo po co przepłacać. – decyduje się Michał i mierzwi nieogoloną brodę. – I jeszcze jakiś syrop na kaszel – chrypi.
– Jest taki jeden… – sprzedawca mierzy Michała wzrokiem, dodaje dwa do dwóch i mówi – ale on jest drogi. Kosztuje 14 zł.

Ok, gdy ludzie zaczynają brać cię za przeziębionego menelka pruszkowskiego to nie ma co zwlekać. Czas wracać.

I dykteryjka druga, już na prawdę zakończająca.

Po obiedzie biorę się za koszenie zapuszczonego trawnika (muszę, bo Tolo koniecznie chce po nim biegać, a w trawie po kolana kryją się bomby z czterech tygodni pozostawione przez naszego psa). Koszę, podkaszem, grabię, zbieram. Zaczynam z niepokojem patrzeć w niebo, bo robi się coraz ciemniej. W końcu krzyczę do Michała:
– Zostaw rozpakowywanie auta i chodź mi pomóc, bo zaraz będzie potężny deszcz, tak ciemno się robi!
– Dobrze kochanie, już ci pomagam – odparł mój mąż – ale to nie deszcz. To się nazywa wieczór.

On the road again

Decyzja o wracaniu wprawia umysł w specyficzny stan. Właściwie wtedy nie ma się ochoty zwiedzać i odkrywać nowych rzeczy, człowiek całym sobą jest już skoncentrowany na zmierzeniu się z zadaniem zgrania drogi, czasu, przeszkód i komplikacji, tak aby osiągnąć cel. Przynajmniej tak jest w naszym przypadku. Muminki były ostatnim akcentem wakacji i po nich przestawiliśmy się już w tryb powrotu. Właściwie zaplanowaliśmy w czwartek o 13:30 złapać w Helsinkach prom do Tallina. Ale w ostatniej chwili okazało się, że jednak uda się zorganizować spotkanie z naszym znajomym i jego rodziną, którzy mieszkają niedaleko. Decydujemy się więc spotkać na obiad (uprzedzamy Franka, że po czterech tygodniach w drodze wyglądamy na włóczęgów i tak też pachniemy, więc z porządnej restauracji mogą nas wyrzucić. Frank bierze to na siebie i proponuje bardzo szpanerską restaurację na nadbrzeżu). Wcześniej jedziemy do portu kupić bilety na wieczorny prom, bo zamierzamy przeprawić się i przenocować w Tallinie (inne ceny hoteli niż w Helsinkach, a już nie chcemy tracić czasu w drodze powrotnej na rozbijanie i składanie namiotu. Poza tym pościeli w namiocie przydałoby się pranie ;d). Najpierw pojawia się pierwszy problem – musimy zadeklarować czy nasze auto ma 2,40m czy 2,50m. Różnica w cenie biletu jest znacząca, więc idziemy zmierzyć Mrówka z namiotem na dachu. Nie mamy co prawda miarki, ale od czego natura wyposażyła nas w inwencję? Pożyczamy od Tolka kartkę A4 do rysowania i systematycznie przykładamy jej dłuższy bok w górę auta. Uff, jest ciut poniżej 2,40m, mamy tańszy bilet. Cieszymy się, dopóki pani w kasie nie oznajmia, że na dzisiaj już nie ma biletów. Nie mamy wyjścia, rezerwujemy pierwszy rejs następnego dnia, i zaczynamy szukać taniego hotelu w Helsinkach. Zaskoczenie – booking.com oferuje całkiem porządny nocleg za 350 zł. Kupujemy, i jedziemy na spotkanie z Saarą, Bellą, Noelem i Frankiem. Wyobraźcie sobie obiad w eleganckiej restauracji (obrus, sztućce, kieliszki) z trójką dzieci w wieku 1,5 – 4 lata. Ale jakoś się udało (głównie dzięki lizakom w formie łapówek) i nas nie wyrzucono.

4-28
Potem poszliśmy na krótki spacer po stolicy Finlandii. Nie mieliśmy w planach jej zwiedzania, więc nic ciekawego nie napiszemy, po prostu pooglądajcie widoki z nami.

5-23

9-15

10-16

12-13

13-12

14-10

15-9

17-7

18-7
Nasz hotel jest jakieś 10 min. od portu. Rano po śniadaniu wrzucamy w GPS hasło ‚Tallin’ i jedziemy. Wczoraj się udało, doprowadził nas na właściwe nadbrzeże. Dlaczego więc dziś miałoby nie być tak samo? Ano nie wiemy, wiemy natomiast, że te elektroniczne diabelstwo poprowadziło nas przez całe miasto do zupełnie innego terminala. Żadne negocjacje z nim nie dawały rezultatu, uparł się, że tylko stamtąd mamy płynąć do Tallina. Czas na check-in nam się ekspresowo kończy, a my nie wiemy ani gdzie jechać, ani jak tam dojechać. Próbuję uruchomić elektroniczną mapę na ipadzie, ale tu akurat padła bateria i nawet podłączony do ładowania nie chce się włączyć. Zaczynamy panikować, bo strata promu to strata pieniędzy za bilety, plus nie wiadomo na kiedy uda nam kupić następne. Ok, nowoczesne cuda techniki nawaliły i zostawiły nas na lodzie. Nerwowo jedziemy wg moich mętnych wskazówek, gdy próbuję sobie przypomnieć jak wczoraj jechaliśmy do restauracji. W końcu trafiamy na odwieczny, niepsujący się sposób znalezienia drogi – taksówkarza. Nadaje nam właściwy kierunek, ja zaczynam kojarzyć drogę. Z rosnącą paniką spoglądamy na zegar w aucie – 6 minut do zamknięcia check-in’u. Bez pardonu łamiemy ograniczenia prędkości, kilka zakazów zawracania, wyprzedzania i jeden nakaz skrętu (nie chcieliśmy tam skręcać). Udaje się – jesteśmy przedostatnim autem odprawionym na prom.

Przed nami dwie godziny na wodzie, a potem 993 km. drogi do domu przez Estonię, Łotwę i Litwę. Bez autostrad.

Naantali? Po co jechać do Naantali?

Muminki się cieszą radością i życiem, Muuuuuuumiiiiiiiinki!

4-27
I więcej już nic nie trzeba pisać ;) To był dzień dla Tolka w podziękowaniu za tak wspaniałe towarzyszenie nam w podróży. Choć nie ukrywam -my też nieźle się bawiliśmy.

34-2
Muminkowo leży na wyspie, na którą można dostać się łódką lub mostem. Sama lokalizacja wprowadza w bajkowy nastrój.

35-2
Poza spotkaniem z bohaterami książki, w Muminkowie można zwiedzać ich domy, w tym ten najważniejszy, na widok którego Michałowi rozbłysły oczy i chwilę potem usłyszałam: a może byśmy tak wybudowali sobie okrągły dom?

5-22

9-14

10-15

15-8

17-6

18-6
Cała przestrzeń była świetnie zaaranżowana – mnóstwo aktywności dla dzieci w każdym wieku. Wszystkiego można było dotknąć, wszędzie zajrzeć, sprawdzić.

12-12

19-6
Tolek śmigał po piętrowym łóżku, wchodził do kredensu, żeby sekretnym przejściem wyjść w innym pokoju kominkiem, otwierał szuflady oglądając zgromadzone tam skarby, bawił się grami zręcznościowo – logicznymi, słowem – pokochał dom Muminków jak najlepszy plac zabaw.

13-11

14-9

20-6
Za to same Muminki trochę go wystraszyły i nie chciał na razie zawierać z nimi bliższej znajomości. Swoim zwyczajem obserwował je z daleka, i w końcu na rękach mamy podkradł się z tyłu, żeby pogłaskać jednego po ogonku.

33-2
Zaakceptował tylko nieśmiałego Ryjka, z którym puszczał łódki.

24-5

25-4
Był też teatrzyk, statek, smok i oczywiście – domek kąpielowy.

26-4

27-4

28-4

29-4

30-3
Nie wiem jak wy wspominacie tą bajkę, ale ja w dzieciństwie raczej bałam się wielu postaci (te trollowe białe mordki bez wyrazu). Poza tym miałam z nią kontakt tylko jako dobranocką, a nie książką. Do Muminków namówił mnie Michał, i zaczęłam je czytać Tolkowi na dobranoc. Wtedy odkryłam, że są genialne. Naprawdę – spróbujcie po nie sięgnąć. Niesamowicie uchwycone charaktery, role społeczne (z dyskretną kpiną), świetne dialogii. Muminki zostały gorzej wypromowane niż Kubuś Puchatek (łatwiej wmówić ludziom, że chcą przytulić gapiowatego misia, niż gapiowatego trolla), a szkoda. Nadrabiając to zamieszczam parę tekstów z książki (informacja dla strażników ACTA – to są cytaty, ala pisząc w jadącym autcie nie mam czasu sprawdzać z której części)

36-2
Świat jest pełen wielkich, przedziwnych rzeczy, czekających na tych, którzy są na nie przygotowani.

Hej! – powiedział Ryjek. – Odkryłem ciekawą ścieżkę. Wygląda niebezpiecznie.
– Jak niebezpiecznie? – spytał Muminek.
– Powiedziałbym, że niezwykle niebezpiecznie – odparł poważnie mały zwierzaczek Ryjek.
– W takim razie musimy wziąć ze sobą kanapki i sok – postanowił Muminek

Włóczykij: Obie zostaniecie tutaj i poczekacie na nas w jaskini. Ja i Muminek będziemy się wspinać i wejdziemy do jaskini z góry.
Migotka: Jeżeli jaskinia jest na dole to po co się do niej wspinać?
Włóczykij: Dziewczynka tego nie zrozumie.

Mówienie tak bardzo przeszkadza w myśleniu.

31-2
I mój ulubiony! jakże prawdziwy ;)))

Mama Muminka pobiegła spakować rzeczy.
Zabrała w jednym miejscu koce, rondle, patelimbryk do kawy, korę brzozową na rozpałkę, ogromną ilość żywności, olejek do opalania i wszystko, na czym i czym się jada, po czym zapakowała to, a także parasol, ciepłą odzież, proszki od bólu żołądka, trzepaczkę do ubijania piany, poduszki, siatkę od komarów, kostiumy kąpielowe, obrus i swoją torebkę. Od czasu do czasu przerywała pakowanie i marszcząc brwi zastanawiała się, czy czegoś nie zapomniała.
– Gotowe! – powiedziała w końcu. – Ach, jak przyjemnie będzie odpocząć nad morzem!
Tatuś Muminka zapakował fajkę i wędkę.

32-2
Muminki to nadzwyczajnie ciepły świat, w którym klimat tworzą proste radości – poszukiwanie przygody, wyprawa na plażę, jedzenie kanapek z dżemem, puszczanie łódek z kory i liści, pływanie na wyspę. Jednocześnie nie jest to miejsce infantylne – są tu postacie mniej miłe, groźne, dziwne. Nikt nie jest idealny, ale też nikt nie jest tylko zły lub tylko dobry. Poczytajcie. Muminki to wbrew pozorom świetna lektura dla dorosłych.

Dziewczyny są głupie – mruknął Muminek, po czym wlazł do śpiwora i obrócił się pyszczkiem do ściany namiotowej. Ale tej nocy śniła mu się jednak Panna Migotka, która była do niego podobna i której ofiarował różę, żeby ją mogła nosić za uchem.

37-2

Bagienne wędrówki

Jesteśmy w drodze na dół Finlandii.
Z Rovaniemi zajmie nam to półtora dnia nużącej jazdy. Na jednym z parkingów robimy sobie dłuższą przerwę i idziemy na spacer po bagnach.
4-26
5-21
7-16
9-13

4-25
Po drodze o dziwo nie ma komarów. Zasługa wiatru czy owadożernej rosiczki?
10-14
11-13
12-11
No i jest oczywiście narodowe bogactwo Finlandii – malina moroszka, rosnąca właśnie na terenach podmokłych i bagiennych, dlatego trudno zbieralna.
13-10
14-8
Na końcu ścieżki wdrapaliśmy się na wieżę widokową, na szczycie której Tolek znalazł pieniek. Pieniek, jak każdy wie, służy do wygłaszania przemówień. Odkąd Tolo na tym wyjeździe zaczął mówić, przemówienia stały się jego specjalnością.
15-7
17-5
18-5
19-5
20-5
A potem już tylko jazda, jazda, jazda. Monotonne 100 km/h jest przerywane rzadkimi chwilami radości, gdy znajdujemy po drodze jakiegoś Fina, który brawurowo łamie ograniczenie prędkości. Siadamy mu wtedy na zderzaku i pędzimy, pędzimy, pędzimy! Aż w końcu dojeżdżamy do najprawdziwszej autostrady ze znakiem 120km/h! I cóż, po godzinie jazdy z szaloną prędkością docieramy na kemping w Turku, obok naszej ostatniej niespodzianki tego wyjadu.
Hm, a widok z wieży był jak na załączonym obrazku:
24-4