Słoneczne sny architekta i przepis na kieszonkowca

Rano Michał pojechał na Placa de Catalunya, żeby w przechowalni zostawić nasze bagaże. Lot mieliśmy dopiero wieczorem, więc teoretycznie przed nami cały dzień zwiedzania. Teoretycznie, bo pan do którego zadzwoniłam żeby przyjechał odebrać mieszkanie wykazał się typowym dla Hiszpanów pośpiechem :) Zjawił się w mieszkaniu po półtorej godzinie (zapewniając na początku naszego pobytu, że dotarcie do mieszkania zajmie mu góra 5 minut), potem jeszcze ucięliśmy sobie uprzejmą pogawędkę, której nie chciałam przerywać, żeby nie było, że przybysze z Północy to jacyś Dzicy (jak w „Grze o tron”), którzy nie umieją towarzysko się zachować, potem Tolek nie chciał opuścić balkonu, z którego wypatrywał motocykli, potem zgodził się poddać balkon, ale w zamian zatrzymał pilota od telewizora, potem utknęłam z Tolkiem, torbą i wózkiem na niebotycznie wąskich schodach klatki, potem długo żegnał się „papatkami” z panią w czerwonym swetrze, która zajmowała swoje tradycyjne miejsce, aż w końcu … dojechał do nas metrem Michał, który początkowo miał czekać na nas na placu.

Ok, mleko się rozlało, pół dnia straciliśmy na logistykę bagażowo – wymeldunkową.  Szybki przegląd przewodnika i decyzja: zwiedzamy Casa Batillo. Budynek z balkonami w kształcie czaszki lub maski (jak kto woli), z falującymi kominami, z okrągłymi oknami, z mnóstwem detali mających symboliczne, choć nie zawsze do końca rozszyfrowane, przesłanie. Tak, w ten sposób zakończymy swój pobyt w Barcelonie.

IMG_9901

IMG_9847

Powiem tak: chylę czoła, jak wielu innych, przed fantazją Gaudiego. Jego wizja, zastosowanie zaokrąglonych, lejących się form i kształtów, nietypowych materiałów i kolorów, zaskakujących, a przy tym niesamowicie praktycznych rozwiązań architektonicznych we wszystkim co projektował, wywołuje uśmiech i często prowadzi do otworzenia ust ze zdziwienia i podziwu. Można oczywiście uznać, że jego styl jest krzykliwy albo udziwniony. Ale na litość – facet tworzył w niesamowicie pięknym i słonecznym kraju. I takie są jego dzieła –  przesiąknięte energią słoneczną, radością, światłem, kolorem, wibrują śmiechem i radością. Nie miałby szans stworzyć czegoś takiego u nas, w zimnej północnej Polsce. Niestety : ( Próba przeniesienia stylu i wybudowania czegoś takiego tutaj zawsze skończyłaby się porażką. Powstałoby coś karykaturalnego, zupełnie nieprzystającego do klimatu i otoczenia. Ot, taki architektoniczny koszmarek. Choć, jak ostatnio oglądałam jeden z hoteli koło Olsztyna, niektórym to nie przeszkadza…

Wracając do Casa Batillo. Zwiedziliśmy, prawie cały czas uśmiech gościł na naszych twarzach, a na pamiątkę kupiliśmy album ze zdjęciami  budowli zaprojektowanych przez Gaudiego. Tak do ocieplenia sobie życia i wstrzyknięcia słońca, gdy w zimę będziemy przed kominkiem pić gorącą herbatę.

IMG_9850

IMG_9852

Kominek :)

Kominek :)

Tolek został fanem audioprzewodników.

IMG_9858IMG_9867IMG_9868IMG_9871IMG_9872IMG_9878

IMG_9881

Przerwa na małe co-nie-co

Przerwa na małe co-nie-co

IMG_9883IMG_9888IMG_9892IMG_9893IMG_9897

Po wycieczce zjedliśmy lunch w pobliskiej naleśnikarni. Może i na upartego, rezygnując z jedzenia, zdążylibyśmy zwiedzić coś jeszcze przed powrotem na lotnisko, ale … przecież jesteśmy w Hiszpanii. Po co się śpieszyć? Nie lepiej posiedzieć przy kawie i poobserwować? J Południowe rozleniwienie już powoli zaczęło nam dyktować tempo i nie ukrywam, że za bardzo nie protestowaliśmy.

Ponieważ Tolek przespał naleśniki, poszliśmy na Ramblę poszukać jakiś delikatesów, co by potomkowi kupić bułkę, serek czy coś w tym stylu. O tej handlowej ulicy mówi się, że jest obowiązkowa do zobaczenia w Barcelonie. Osobiście mogę z marszu wymienić dziesięć innych pozycji bardziej zasługujących na podziwianie. Ramblę, jako miejsce głośne,  tłoczne, drogie, krzykliwe i paskudne, skreśliliśmy z planu zwiedzania, ale teraz nieplanowo trafiliśmy na sam jej początek. I dopiero tutaj mieliśmy (nie)przyjemność zapoznać słynnych barcelońskich kieszonkowców…

Gdy ja próbowałam zrobić zakupy w markecie, Michał został z Tolkiem w wózku przed sklepem. Po chwili przed Tolkiem klęknął jakiś facet i zaczyna do niego coś gadać i niby zabawiać go telefonem komórkowym. Południowe uwielbienie dla dzieci to jedno, ale tutaj już była przesada. Michał instynktownie podszedł do przodu wózka, żeby zainterweniować i ochronić Tolka. Kątem oka zauważył, że w tej samej chwili do tyłu wózka podchodzi kolejny facet, który … najwyraźniej zapałał miłością do przewieszonego przez rączkę wózka aparatu fotograficznego. Lub plecaka – nie zdołaliśmy tego ustalić.

Michał kopnął telefon pierwszego gościa na drugą stronę ulicy pozbywając się w ten sposób faceta „od Tolka” i chwycił rączki wózka chroniąc nasz dobytek.  Udało się, panowie się zmyli. Co prawda na odchodnym coś krzyknęli do Michała odnośnie brutalnego potraktowania telefonu, ale w zamian usłyszeli po polsku… hm… że mają szybko, bardzo szybko odejść. Posłuchali.

Jestem dumna z mojego na co dzień bardzo opanowanego i kulturalnego męża J

To tyle jeśli chodzi o uroki Rambli.

Tolek się obudził, biegając wokół fontanny zjadł co miał zjeść i wsiedliśmy do autokaru wiozącego nas na lotnisko.

To był niesamowity city-break. Choć oczywiście szkoda, że tak krótki. Zostało jeszcze do przejścia tyle uliczek, placów i zagubionych podwórek, parków i zaułków. Nie widzieliśmy wartego całego dnia zwiedzania cmentarza, ledwo poznaliśmy Gaudiego, nie odwiedziliśmy żadnego z mnóstwa muzeów, nie wysłuchaliśmy wieczorem koncertu gitary hiszpańskiej. A to co widzieliśmy, widzieliśmy raz, a to zdecydowanie za mało. Tu trzeba być, zatrzymać się, poczuć, zanurzyć. Może kiedyś będzie nam dane trochę więcej czasu na zwyczajne, nieśpieszne „pobycie”.

Zachłysnęliśmy się Barceloną, jej rytmem i atmosferą, i wpisaliśmy na listę miast, do których będziemy wracać.

Bo Barcelona nas uwiodła.

***

Na lotnisku przy odprawie pani wychodzi zza kontuaru, żeby na Tolkowym wózku przymocować „deliverkę”. Kucając uśmiecha się do  niego. Tolek już obyty w świecie w pełni zaakceptował zasady rządzące w Hiszpanii i z lekkim półuśmiechem oraz taką jakby nonszalancją wyciąga do niej rączkę gestem mówiącym: wiem, wiem, jestem słodki. Możesz mnie w łapkę pocałować.

Pani Tolka w łapkę pocałowała, poczochrała po głowie i życzyła miłej podróży.

***

Z powodu opóźnień samolotów w Niemczech (??? – niewiarygodne) do domu dotarliśmy po 2 w nocy. Padnięty Tolek spał do południa dnia następnego :)Skorzystałam z tego błogosławieństwa i w końcu, na własnym tarasie, przeczytałam zaległe Wysokie Obcasy.

La dulce vida

Śniadanie postanowiliśmy zjeść na mieście. Zamarzyła nam się lokalna knajpka w okolicy, gdzie słuchając (niekoniecznie rozumiejąc) porannych pogawędek miejscowych napełnilibyśmy żołądki czymś pysznym.
Marzenia to jedno, a realia to drugie. Chodzimy, chodzimy i nic. Albo nie umiemy znaleźć knajp ze śniadaniem (wszystkie przez nas dojrzane restauracje i bary były zamknięte), albo są, ale tak ciasno zapełnione, że nawet nie próbujemy z wózkiem dostać się do środka. Po pół godzinie znajdujemy stoliki na wolnym powietrzu. Siadamy. Michał zostaje z Tolkiem, a ja idę do wnętrza, żeby spytać o menu. W międzyczasie do stolika podchodzi kelnerka, która wyjaśnia nam, że o tej porze serwują wyłącznie kawę, drinki i soki. I ciasteczka. A tak w ogóle, to na sam początek z zaaferowaną miną prosi nas, żebyśmy nie kładli na stoliku aparatu fotograficznego.
To niesamowite – Barcelona jest pierwszym europejskim miejscem w którym jesteśmy, gdzie tak notorycznie na każdym kroku ostrzega się nas o kradzieżach. Gdy wyjeżdżaliśmy znajomy w ramach przestrogi opowiedział nam historię, gdy mieszkał w Barcelonie i wybrał się wieczorem na drinka z kolegą. Drink się udał, ale kolega wrócił bez portfela i nawet nie miał pojęcia, kiedy go stracił. Dodajmy, że kolega jest z Warszawy, więc sztuczne tłoki i tym podobne sztuczki nie są mu obce. Potem o nagminnych kradzieżach kieszonkowych opowiedziała nam inna znajoma. Po raz pierwszy więc pojechaliśmy na wycieczkę ze skserowanymi dokumentami. I postanowiliśmy serio podejść do sprawy, gdy taksówkarz wiozący nas z lotniska do wynajętego mieszkania trzy razy ostrzegał nas i prosił o pilnowanie swoich rzeczy. Sprawa poważna, jeśli tak mówią nawet miejscowi… A teraz kelnerka w restauracji na spokojnym placu, w środku dnia, prosi żeby nie kłaść na blacie stołu aparatu foto. Tą drobną dygresją przekazujemy więc wiedzę dalej – w Barcelonie uważajcie.
Wracając do śniadania. Za ciastka i kawę podziękowaliśmy (nie jesteśmy Włochami, których takie śniadanie by w pełni satysfakcjonowało) i poszliśmy szukać dalej.
Ostatecznie trafiliśmy do hali targowej na Placa del Poeta Bosca. Na zewnątrz jest bar ze stolikami, przy których zmieści się wózek Tolka. Zaglądając w talerze tubylcom stwierdziliśmy, że można tu zjeść kanapki. Ok. Siadamy przy wolnym stoliku. Przychodzi kelner i pyta co chcemy. Przynajmniej tak zgadujemy, bo o co innego mógłby się pytać kelner? Problem w tym, że on, całkowicie legalnie i będąc w prawie, pyta nas po hiszpańsku. My jesteśmy dziećmi kultury, czy też edukacji masowej, i jakoś tak całkowicie pewni, że wszyscy na całym świecie mówią po angielsku.
Zgrzyt. Po hiszpańsku oprócz zwrotów grzecznościowych potrafię powiedzieć tylko: „Nie rozumiem”.
I „Nie, nie jestem zainteresowana” oraz „Naprawdę nie obchodzi mnie, jak dobry jesteś w łóżku” (to bardzo potrzebne zwroty w krajach południowych!), ale nie sądzę, żeby to był właściwy czas na ich zastosowanie.
Nie wiem co potrafi po hiszpańsku powiedzieć Michał, ale na pewno nie jest to umiejętność zamawiania śniadania.
Próbujemy międzynarodowego języka migowego oraz tradycyjnego wskazywania na czyjeś talerze. W efekcie kelner odchodzi od stolika, ale wydaje nam się, że złożyliśmy zamówienie. Nie wiemy co prawda na co, ale w aktualnych warunkach nie będziemy wybrzydzać.
Rzeczywiście po jakimś czasie dostajemy herbatę, kawę (nie pytajcie jaka jest różnica w języku migowym na te dwa napoje) i grillowane kanapki. Muy bueno.
Po śniadaniu postanawiamy kupić owoce na hali targowej. Tu na szczęście językowo jest łatwiej, zresztą skoro dogadałam się po grecku na jednym z targów, kupując produkty śniadaniowe dla czterech wybrednych osób (hm, ok, kiełbasa okazała się baaardzo surowa, ale reszta była bez zarzutu. Kiełbasa zresztą też, jak stwierdził bezdomny poczęstowany pies) to już nic nie jest mi straszne.
IMG_9707
IMG_9708
IMG_9709
Zaopatrzeni m.in. w przepyszne truskawki (nie mam pojęcia czemu te hiszpańskie sprowadzane do Polski w lutym smakują tak mizernie w porównaniu do kupowanych tutaj na miejscu) ruszamy na kolejny dzień zwiedzania. Tym razem mamy w planach typowo turystyczną rozrywkę – przejazd autobusem typu hop-on, hop-off. Normalnie nie korzystamy z takiej formy zwiedzania, ale z dzieckiem jest to idealny sposób, żeby w komfortowych warunkach dotrzeć do wybranych atrakcji, jednocześnie oglądając sporą część miasta. Wcześniej po przeprowadzeniu wywiadu internetowego wybraliśmy jedną z firm, i aktualnie zmierzamy po bilety.
IMG_9842
Po drodze na Moll de la Fusta, czyli Drewnianym Nadbrzeżu mijamy dwie charakterystyczne rzeźby. Pierwsza przypomina indiański totem, a faktycznie jest (ma być…) twarzą kobiety. Mrużyliśmy oczy, przekrzywialiśmy głowy i … w dalszym ciągu twierdzimy, że jest to totem indiański.
IMG_9710
Druga jest już bezdyskusyjna – to gigantyczna, uśmiechnięta krewetka.
IMG_9712
Czerwone mostki za to wzbudziły entuzjazm Tolka, bo pod spodem jechało mnóstwo samochodów i motorów. Jakże by inaczej :)
IMG_9716Aleksandra Rasz

W końcu docieramy na plac, gdzie mieści się m.in. kapitanat portu (to ten eklektyczny budynek ze zdjęcia). Rambla de Mar prowadzi nas nad wodą na drugą stronę basenu portowego, a przy okazji trafiamy na moment otworzenia (nie w górę, tylko w bok) ruchomego mostu, który umożliwia wysokim jachtom wpłynięcie do portu. Dochodzimy do przystanku i wsiadamy do naszego autobusu.

IMG_9726IMG_9727IMG_9732Aleksandra RaszIMG_9745

Naszym głównym celem na dziś był Park Güell. Pogoda piękna, ciepło, słonecznie – żal spędzać ten czas gdzieś indziej. Wędrujemy ścieżkami wśród niesamowitej roślinności, błądzimy od jednego grającego artysty do drugiego, wszędzie zatrzymując się na kilka chwil koncertu na wolnym powietrzu, wąchamy kwiaty, gubimy się w kamiennych labiryntach, podziwiamy widok na Barcelonę, uśmiechamy się na widok kolejnych kolorowych rzeźb i ozdób Gaudiego, jednym słowem – spędzamy przemiły, nieśpieszny dzień w parku. Polecamy.

IMG_9747IMG_9752IMG_9750IMG_9751IMG_9749IMG_9753IMG_9757IMG_9754IMG_9758IMG_9762IMG_9759IMG_9765IMG_9767

Już widać po bluzeczce, kto jest głównym amatorem truskawek...

Już widać po bluzeczce, kto jest głównym amatorem truskawek…

IMG_9780IMG_9786IMG_9787IMG_9789IMG_9795IMG_9793IMG_9796IMG_9815IMG_9811IMG_9818IMG_9823IMG_9825IMG_9827IMG_9831IMG_9832IMG_9833

Wracamy autobusem do portu i szukamy miejsca na ostatnią podczas tego pobytu kolację. Wybór pada na restaurację w jednym ze starych magazynów portowych Palau del Mar. Ceny wysokie, ale widok na port jachtowy – bezcenny. Za wszystko inne zapłaciła nasza karta.

IMG_9843IMG_9731

I znów – elegancka restauracja, białe obrusy, świece, przygotowane kieliszki do wina na stołach. I zero problemu, żeby wpuścić nas tam z dzieckiem, ba, żeby trochę poprzestawiać stoliki robiąc miejsce dla wózka. Tolek znów rozkochuje w sobie kelnerki i już nie protestuje przeciwko całusom. Na wstęp zamawiamy po porcji małż w sosie pomidorowym. Po chwili, dzięki pasji Tolka do próbowania nowych smaków, kilka z nich ląduje na podłodze i jest zręcznie, bez mrugnięcia okiem zbierana przez przechodzących kelnerów. Śnieżnobiały obrus przestaje być i śnieżny i biały.
Kelnerka zbierająca naczynia mówi, że za chwilę go wymieni. Tłumaczę, że nie ma sensu, bo paella zamówiona na drugie danie też będzie na obrusie. W zamian słyszę: To nic nie szkodzi, wtedy zmienimy jeszcze raz.

IMG_9846
I to się właśnie Panie i Panowie nazywa polityką prorodzinną – umożliwienie rodzicom wychodzenia z dziećmi z domów, spędzania razem czasu, bywania w różnych miejscach, bez poczucia winy, że ich dzieci nie zachowują się jak manekiny. Bez wyrzutów sumienia, że zajmują więcej miejsca, że potrzebują większego stolika, że poplamią lub coś przewrócą. Tego mi naprawdę brakuje u nas.
Pękamy z przejedzenia, więc rezygnujemy z deseru. Ruszamy powoli wzdłuż plaży w stronę naszego mieszkania. Jest dwudziesta trzecia, Tolek w końcu zasypia w wózku. Tuż przed końcem spaceru postanawiamy jeszcze zajrzeć do restauracji, od której zaczęliśmy swoją przygodę w Barcelonie. Tym bardziej, że jej druga część to stoliki wystawione na ulicę od strony morza. Pierwszy kelner na informację, że chcemy tylko kawę i deser, kręci głową że to jest restauracja, a nie kawiarnia. Ale drugi jest bardziej otwarty – zaraz zamykają, więc kiepskie są szanse na „pełnoobiadowych” klientów, a jest parę stolików wolnych. Ten kelner zwycięża i otrzymuje porządny napiwek za proaktywność.
A my… My po kawie i pysznym ciastku cytrynowym idziemy na plażę. I późną nocą siedzimy na piasku tuż przy rytmicznie pluskających falach, nasze dziecko śpi obok w wózku, a morze romantycznie szumi : )

Katedra pełna pni, pijane drzewa, oporny miś i absolutne niebo w ustach

Niedzielne plany zakładają ambitny początek i relaksujące drugie pół dnia.

Rano, po pozdrowieniu z balkonu pani w czerwonym swetrze, ruszamy na pierwsze spotkanie z geniuszem. Po drodze mijamy zupełnie niepasujący do dzielnicy starych kamienic budynek będący siedzibą koncernu Gas Natural. Nie da się jednak ukryć, że jego bryła jest fascynująca

.

Metrem, w którym zwyczajowo już Tolek jest głaskany i zagadywany, dojeżdżamy do Sagrada Familia. Widzimy ogromną, zaskakującą budowlę, która jednocześnie  jest ogromnym placem budowy.

O samej katedrze można w internecie i przewodnikach dowiedzieć się mnóstwa szczegółów, dlatego nie będę ich tutaj przepisywać. Na pewno zwiedzajcie ją z dobrym opisem szczegółów, gdyż każda strona budowli, każdy korytarz, rzeźba, witraż, drzwi, balkon mają swój sens i symbolikę, której nie sposób odkryć ot tak – chodząc i patrząc. Chociaż samo to też dostarcza niesamowitych wrażeń. Dla mnie pobyt we wnętrzu był czystą radością patrzenia – złamane zasady architektury i konstrukcji, niespodzianki malowane światłem na każdym kroku, zaskakujące elementy zupełnie nie pasujące do wyobrażenia kościoła .

Na początek zwiedzania katedry trzeba jednak odkryć gdzie jest początek kolejki do wejścia, co nie jest proste. Sama jej długość może zniechęcić, ale nie należy rezygnować – wszystko idzie naprawdę sprawnie i szybko (w tym czasie można przeczytać notkę biograficzną o Gaudim z przewodnika). Jedyny minus (przynajmniej, gdy tam byliśmy) to brak możliwości płacenia kartą za wstęp (wytłumaczenie, zupełnie dla mnie mętne, jest takie, że dochód z biletów wstępu bezpośrednio jest przekazywany na budowę świątyni. Czyli co – firmy budowlane nie akceptują rozliczeń bezgotówkowych?). Tuż przed dojściem do kas policja sprawdza wykrywaczami metalu czy w plecakach nie wnosi się urządzenia wybuchowego : ) Jako osoba zajmująca się m.in. pracą screenerów w portach lotniczych pozostawię bez komentarza skuteczność takiej kontroli.

W kasie dowiadujemy się, że z Tolkiem nie możemy wejść na wieżę kościoła, ale nie narzekam – to dla mnie świetna wymówka, żeby w ponad 30 stopniowym upale zrezygnować z wspinania się po schodach, bez przyznawania się do mizernej kondycji.

Na początek siadamy przed wejściem – Fasadą Męki Pańskiej, które docelowo jest wyjściem (wg zamysłu architekta), i po kolei odnajdujemy na fasadzie szczegóły opowieści biblijnej, po której prowadzi nas przewodnik.

My zgłębiamy wizję Gaudiego, a Tolek powoli się rozkręca i karmi gołębie swoimi chrupkami. Nikomu to nie przeszkadza, więc też nabieramy południowego stosunku do dzieci i nie ingerujemy (zadziwiające jak szybko hiszpańskie słońce i podejście południowców do natury dzieci roztopiły nasz polski gorset przekonań, że zachowanie naszego dziecka świadczy o naszych nie-  kompetencjach rodzicielskich).

Następnie robiącymi wrażenie drzwiami, na których umieszczono słowa Ewangelii mówiące o wydarzeniach Wielkiego Tygodnia wchodzimy do środka. Oczywiście na drzwiach, jak i na fragmentach z brązu obok umieszczono mnóstwo symboli i elementów mających mniej lub bardziej ukryte znaczenie (jak np. „magiczny” kwadrat, którego suma cyfr wszystkich boków i przekątnych wynosi 33 – liczbę lat Jezusa w chwili jego śmierci). Na marginesie – aż się zastanawiam, czemu żadna powieść Dana Browna nie dzieje się na tle budynków zaprojektowanych przez Gaudiego.

W środku nawet półtoraroczny Tolek jest pod wrażeniem. Las białych pni – kolumn, ogromna jasna przestrzeń na tle której umiejętnie i z zamysłem umieszczono kolorowe  akcenty, falujące linie balkonów, gra światła na złoconych mozaikach zależna od chmur na zewnątrz zakrywających i odkrywających słońce. Niesamowity widok.

Wychodzimy drugą stroną i znów zaczynamy wędrówkę po kolejnej historii opowiedzianej  tym razem na Fasadzie Bożego Narodzenia. Tym razem pomaga nam lornetka teatralna, którą za czyjąś radą spakowaliśmy wcześniej do plecaka. Tolek z braku chrupek zaczyna już się lekko niecierpliwić (upał robi swoje), ale na szczęście fasada jest interesująca nawet dla niego. Znajdujemy na niej ptaszki, malutkie dzidzie (pominęłam rzeźby mówiące o rzezi niewiniątek…), krówki, a nawet Tolkowego ulubieńca – żółwia. Żółw był na odpowiedniej wysokości, więc nasz syn poszedł sobie z nim pogadać.  My w tym czasie dokończyliśmy oglądanie, ostatni rzut oka na całość, próba zrobienia zdjęcia pod światło i powrót przez katedrę do wyjścia, które jest tuż obok wejścia.

Tu małe wyjaśnienie – zdjęć katedry, jak zresztą widać, nie mamy dużo i nie są jakieś oryginalne. Po pierwsze dlatego, że byliśmy tam przed południem i o tej porze słońce stoi dokładnie nad katedrą tak, że zdjęcie najsłynniejszej strony, czyli właśnie Fasady Bożego Narodzenia, byłoby robione pod słońce. Po drugie upał był taki, że za nic w świecie nie chciało nam się z małym dzieckiem biegać w odpowiednim oddaleniu od katedry po zatłoczonych i rozgrzanych ulicach, żeby znaleźć dobre miejsce na zmieszczenie budynku w kadrze. Po trzecie, w przypadku zwiedzania miejsc wybitnie turystycznych, którym setki profesjonalnych fotografów zrobiło super profesjonalne zdjęcia w o wiele lepszych warunkach, najczęściej rezygnujemy z nieudolnej próby ich pobicia. Po prostu chłoniemy miejsce, zatrzymujemy jego atmosferę i obraz w zakamarkach pamięci, a jeśli czujemy taką potrzebę – kupujemy profesjonalny album ze zdjęciami. Nie mamy ambicji zrobienia zdjęć każdemu fragmentowi rzeczywistości, której doświadczamy.

A Sagrada Familia jest naprawdę fascynującym budynkiem, z niezwykłymi i niespotykanymi pomysłami architektonicznymi, i gorąco polecamy obejrzenie jej zdjęć w sieci. No i oczywiście w  przypadku pobytu w Barcelonie – wizytę na miejscu. Bez względu na to, czy styl się podoba czy nie (my np. nie byliśmy pod wrażeniem obu fasad uznając je za przeładowane, wydumane i jednocześnie zbyt łopatologiczne, ale samo wnętrze ujęło nas swoją prostotą i innością) naprawdę warto tu zajrzeć.

Ok, część poważna dzisiejszego dnia zaliczona. Na popołudnie, zgodnie z zasadą, że każdy w tej rodzinie ma coś do powiedzenia (nawet jak jeszcze nie umie mówić w zdefiniowanym języku), zaplanowaliśmy atrakcję dla Tolka – barcelońskie zoo.

Generalnie nie jestem zwolenniczką zoo. Ok, rozumiem argumenty mówiące o możliwościach ratowania zagrożonych gatunków, przemawia do mnie funkcja edukacyjna (bo jak nie w zoo, to gdzie większość z nas ma zobaczyć słonia, lwa czy aligatora?), ale jednak… podczas oglądania zwierząt, a w szczególności małp człekokształtnych, mam jakiś niesmak i wrażenie, że przykładam rękę do pozbawiania wolności innych istot. Dlatego na pewno szerokim łukiem omijam wszelkie zoo w starym stylu – małe, ciasne klatki z grubymi prętami, betonowe wybiegi, ptaszarnie, w których nawet wróbel nie ma jak rozprostować skrzydeł, nie mówiąc już o trzymanych tam orłach.

Na szczęście jest już mnóstwo miejsc, gdzie sytuacja jest o wiele lepsza. Pozytywne wrażenie zrobiło na nas zoo praskie lub budapesztańskie,  podoba nam się wybieg dla szympansów, goryli i słoni w warszawskim zoo, mamy ochotę wybrać się do zoo w Lipsku. Tak więc krakowskim targiem, ustaliliśmy, że naszego syna do zoo będziemy zabierać, jednakże wybierając te spełniające odpowiednie kryteria. Zoo w Barcelonie nie było najgorsze, Tolek świetnie się bawił znajdując znane z książeczek zwierzęta, my również nie mieliśmy jakiegoś odczucia, że któremuś z tutejszych mieszkańców wybiegów dzieje się duża krzywda. Więc jeśli macie podobne poglądy do naszych i jesteście w Barcelonie z dzieckiem – zoo polecamy jako pomysł na wycieczkę.

Proszę Państwa, oto Miś

Miś jest bardzo grzeczny dziś

Chętnie Państwu łapę poda

Nie chce podać? Oj, to szkoda!

Chociaż przy klatce z gorylem poczułam znajome zawstydzenie, gdy nawzajem się obserwowaliśmy – jeden ssak w klatce, drugi na zewnątrz. Czy to na pewno  fair?

Nadeszło popołudnie i Tolek w końcu zaczął okazywać objawy zmęczenia. Niemrawo zaryczał do lwa, po czym w końcu zasnął w wózku. Wyszliśmy na drugą stronę ogrodu do parku Ciutadella. Bardzo przyjemne miejsce z ławeczkami, ścieżkami, zaułkami i wielkim stawem, po którym można popływać wynajętą łódką.

Przesiedzieliśmy  tam całą godzinną drzemkę Tolka rozleniwiając się w przyjemnej już temperaturze popołudniowego dnia. Na trawnikach pod drzewami barcelończycy urządzali pikniki. Mniejsze lub większe grupy znajomych, rodzin, przyjaciół łączyło koce i obrusy, grało w gry planszowe, czytało książki, spało, bawiło się z dziećmi. Co bardziej pomysłowi pomiędzy gałęziami rozpinali sznurki do których były poprzyczepiane balony lub kolorowe chorągiewki. Na początku, przy pierwszej takiej grupie myśleliśmy, że ktoś tak urządza jakieś urodziny, ale potem widząc kolejne i kolejne, doszliśmy do wniosku, że to po prostu objaw radości z pięknego dnia spędzonego na wolnym powietrzu wśród lubianych przez siebie ludzi.

Aż szkoda, że u nas jeszcze nie ma takich zwyczajów w parku. Z drugiej strony ciężko mi wyobrazić sobie takie piknikowanie w tych kilku parkach w Warszawie, gdzie na trawnikach albo psie kupy, albo rozbite butelki po nocnej zabawie, albo … tabliczka o zakazie deptania trawy. Jak rozłożyć koc na trawniku nie depcząc trawy? Nie mówię już o tym, że za powieszenie balonów na parkowym drzewie straż miejsca  z radością wlepiłaby jakiś mandat na podstawie przepisów o ochronie przyrody lub zaśmiecaniu lub czymkolwiek innym. O piciu wina do przekąsek, jawnie z kieliszka a nie z papierowej torebki skrywającej butelkę,  już nie wspomnę. Tak, przestrzeń publiczna to coś, czego zdecydowanie u nas brakuje.

Po drzemce Tolka powoli, bez pośpiechu (ach te słońce i długie popołudnia) poszliśmy w stronę naszej dzielnicy szukając czegoś do jedzenia.Po drodze znaleźliśmy śmieszne drzewa – palo borracho (pijane drzewo). Mają pnie w kształcie butelek (stąd nazwa), korę pokrytą masywnymi kolcami, a ich owoce pękają zmieniając się w kłębuszki waty. Drzew szukajcie na skwerze przy ulicy carrer del Doctor Aiguader.

Na koniec trafiliśmy do knajpki, której niestety nazwy nie jestem w stanie odtworzyć. Ale na pewno, gdy jeszcze raz przylecimy w te strony,  zajrzymy do niej. Ogólna wskazówka dla chętnych – z Placa del Poeta Bosca należy kierować się ulicą carrer de l’Almirall Churruca w stronę morza. Po 150 metrach po lewej stronie jest bar – o ile sobie przypominam z jakimś tekturowym Frankensteinem czy innym potworem w drzwiach.

Zamówiliśmy w nim tapas, czyli kilka rodzajów przekąsek, które spokojnie starczają na obfitą kolację, cytrynową sangrię (to dopiero było wyzwanie, żeby Tolkowi wytłumaczyć, że mimo pływających w środku owoców to jednak NIE JEST soczek) i obłędne, najpyszniejsze creme catalana jakie jadłam. Zwyczajowo jest ono podawane w formie budyniowej. Tutaj dostałam zmrożony mus, coś na kształt bardzo kremowych i aksamitnych lodów, z obowiązkowym zapieczonym gorącym karmelem na wierzchu.  Stan upojenia, w jaki ten deser mnie wprowadził spowodował właśnie kompletne oderwanie od rzeczywistości, i dlatego nie byłam w stanie nawet pomyśleć o zapisaniu czy sfotografowaniu nazwy lokalu. Z drugiej strony – jaką radością będzie odnaleźć go znowu!

Tolkowi tapas nie przypadło do gustu (a przynajmniej nie wszystkie serwowane w jego ramach przekąski), ale my mogliśmy spokojnie delektować się morskimi stworzeniami na talerzu, bo nasz syn w Barcelonie stał się żarliwym i totalnym wyznawcą motorów. Było ich tu zatrzęsienie, a on wyławiał każdy z nich, zaparkowany i przejeżdżający, i za każdym razem z zachwytem krzyczał: Brum, brum. Ulica obserwowana z restauracyjnego krzesła wystawionego na chodnik zapewniła mu rozrywkę na godzinę, a nam dała szansę na chwilowe zwolnienie  się z roli rodziciela kaowca. W tym jednym momencie też byłam fanką motorów ; )

Tam gdzie krewetki tańczą sardanę

Piąta rano, lotnisko Okęcie. Kupuję kawę, bo bez niej nie mam szans dotrzeć do żadnego gate’u. Michał też nie chce polegać na swoich zdolnościach lunatykowania. Tak więc my dwoje, dwie cudnie pachnące kawy i ciągle zdziwiony, a więc niezwykle cichy Tolek, rozpoczynamy swój majowy city break w Barcelonie.

Tolek zdziwiony, bo pierwszy raz w jego życiu zdarzyło się, żeby rodzice obudzili rano dziecko, a nie na odwrót. Tuż przed wejściem do samolotu mówię do Michała: Kup Wyborczą, bo na pokładzie nie będzie Wysokich, a skoro dziecko jest takie spokojne, to sobie poczytam.

***

Lot minął, Wysokich nie przeczytałam. Mały nie panikował z powodu zmian ciśnienia, niestety nie pozostał też spokojny. Nie wiem czy to zapach kawy tak na niego podziałał, czy sama kawa dostarczona w formie pośredniej z cycka (coffee latte?), czy nowiutki komplet kredek, które dostał od pani stewardessy. W każdym razie znów zadziałała stara prawda – do opanowania jednego dziecka potrzeba dwóch rodziców. Tolek oglądał chmury za oknem, kłócił się  o okulary jednego z pasażerów, wycyganił jabłko zamiast kanapki od pana stewarda, kolorował kolorowankę, stolik, instrukcję ewakuacji  i torebkę na wymioty, oraz na koniec kilka razy wezwał obsługę, bo odkrył guzik do wciskania w suficie… Ale należy mieć pozytywne nastawienia: przecież mógł całą drogę głośno płakać. Mógł, prawda?

Zasnął przy podchodzeniu do lądowania w Monachium. Tam zamiast do rękawa wsadzono nas do autobusu, co było niehumanitarne biorąc pod uwagę, że padało i były chyba tylko 3 stopnie powyżej zera. W maju! Tolek przespał te atrakcje pod kocem i obudził się dokładnie w chwili kolejnego startu. Znów dostał prezent od obsługi, tym razem ptaka – maskotkę. Chyba woleliśmy kredki, bo jedyną kreatywną zabawę z maskotką jaką zna to rzucanie…

***

Dolecieliśmy do Barcelony. Wspomnienie zimnego, mokrego Monachium stopiło się w oka mgnieniu w 30sto stopniowym upale. Zamówiony wcześniej taksówkarz zawiózł nas do zarezerwowanego mieszkania. Dobra rada – następnym razem taką taksówkę dobrze jest zamówić przez specjalny nr telefonu na stronie internetowej. Tamci taksówkarze mają podgląd lotów i opóźnień, więc nie płaci się za czekanie.

Pierwszy raz skorzystaliśmy z opcji taksówki z lotniska na wakacjach, ale uznaliśmy, że z małym dzieckiem w początkowo obcym mieście tak będzie najwygodniej. I rzeczywiście – podróż zabrała 25 min. z lotniska pod same drzwi. Taksówki w Barcelonie są widoczne, czarno- żółte i ponoć wzorcowo uczciwe (w trakcie jazdy z pasażerem na „kogucie” wyświetlana jest strefa, tak więc ew. policja może skontrolować czy taksówkarz włączył właściwą taryfę). Nie trzeba ich wcześniej zamawiać, łapie się je bezpośrednio na ulicy – jeśli kogut ma włączone zielone światło, to wystarczy machnąć ręką i auto z kierowcą jest do usług.

Nasze mieszkanie rezerwowałam przez stronę only-apartments.com Można tam trafić fajne miejsca do spania w rewelacyjnych lokalizacjach za cenę kilkakrotnie niższą niż w hotelach w tej okolicy. Tym razem mieszkaliśmy w Barcelonecie. Co prawda naszej ulicy nie było na żadnej z papierowych map, którymi dysponowaliśmy, ale googlemapsy zaklinały się, że jest tuż, tuż  koło morza. A komu jak komu, ale googlemapsom się wierzy.

I rzeczywiście. Barceloneta to rewelacyjne miejsce do zatrzymania się w tym mieście. Dzielnica z pięknymi, choć często zaniedbanymi kamienicami. Każda kamienica ozdobiona, z malunkami, reliefami, rzeźbionymi balkonami. Jak pralinki, nie wiadomo która smaczniejsza, każda kusi żeby się nią zachwycić, zapatrzeć,  każdą chcę sfotografować, zapamiętać.

Mieszkaliśmy  w samym środku typowego barcelońskiego życia. Bez turystycznej otoczki, udogodnień, sztucznego folkloru, bez hoteli i wysypu b&b. Aż dziw, że jest tu tak mało miejsc na nocleg do wynajęcia. Pozytywnym efektem tego było dla nas mieszkanie jak barcelończycy. Wąziutkie ulice, symboliczne chodniki, sklepy dla miejscowych, knajpki i bary często bez anglojęzycznej obsługi. W wielu oknach na zamontowanych na zewnątrz suszarkach powiewało na wietrze pranie. Kolorowe koszule, spodnie, obrusy, pościel, spódnice dodawały barw i uroku tym wąziutkim uliczkom.

Na ulicy toczyło się zwykłe życie. To zresztą jest charakterystyczna cecha Barcelończyków – ponieważ mają małe mieszkania, więc w ciągu dnia przenoszą się  poza nie – na chodnik, ulicę, ławkę, do parku.  Każdego dnia rano widziałam przed sklepem naprzeciw naszego mieszkania tą samą starszą kobietę w czerwonym swetrze. Każdego dnia pozdrawiała tych samych mijających ją ludzi – rodziców odprowadzających dzieci do szkoły, sąsiadki z zakupami, listonosza, sprzedawców. Czasem ktoś się zatrzymał, porozmawiał. Drugiego dnia zaliczyła nas do swoich znajomych, bo widząc Tolka na balkonie pomachała mu ręką i krzyknęła „Hola!”. I tak było do naszego wyjazdu.

A nasze mieszkanie… Wąziutkie drzwi wejściowe do kamienicy – tak wąskie, że żadnego mebla większego  niż składane krzesło nie dałoby się nimi wejść. Schody na klatce schodowej były prawie że pionowe i miały szerokość jednego, dość szczupłego człowieka. Nie  lada wyzwaniem było wnieść po nich dziecko na rękach, plecak duży, plecak mały z zabawkami, torbę podręczną i wózek. Wózek parasolka dał radę tylko po złożeniu… Nie dało się stanąć i zrobić zdjęcia, bo człowiek czuł się jakby szedł po drabinie umieszczonej w betonowym odwiercie.

Samo mieszkanie bardzo przyjemne, klimatyzowane, czyste, urządzone nowoczesnymi meblami (jak oni je tam wnieśli???). Na naszą trójkę – idealne, choć na większą ilość osób zaczynało się już robić ciasne (chyba że studentów – ten gatunek o ile pamiętam nie podlega regułom metrażowym). Najlepiej o powierzchni świadczy fakt, że licznik od gazu  zamontowany był … za oknem kuchennym. Za to Tolkowi przypadł do serca balkon. W domu nie ma takich wynalazków, tylko zwykłe wyjście do ogrodu. A tu! Mógł na nim sterczeć godzinami obserwując psy, motory, ludzi, gołębie, pranie. Z jednej strony było to niezwykłe ułatwienie dla nas – mogliśmy przygotować się rano do wyjścia bez zajmowania się dzieckiem, ale z drugiej strony całość zaczęła być lekko nerwowa, gdy mały zaczął kombinować co to by się stało, gdyby przez balustradę przepchnął swój samochodzik. Albo taty zegarek. Lub pilota od telewizora.

Po rozpakowaniu się ruszyliśmy na miasto, żeby  nie tracić ani sekundy więcej. Zaczęliśmy od obiadu. Nasza ulica, idąca faktycznie do morza, doprowadziła nas wprost do restauracji Salamanca. Na zewnątrz zachęcała dekoracja ze świeżych owoców morza. W środku trochę ciasno, nie wiemy czy damy radę z wózkiem i właściwie byliśmy gotowi się poddać (w Warszawie na nasz widok od razu usłyszelibyśmy, że miejsc nie ma i nie będzie, chyba że dziecko zostanie zaparkowane przy stojaku rowerowym). Ale już zostaliśmy zauważeni przez kelnerkę, która uśmiechając się zaprasza do środka i sprawnie dostosowuje stolik do naszych potrzeb – przesuwa inne, odstawia niepotrzebne krzesła i po chwili siedzimy wygodnie i po ludzku, bez konieczności upychania Tolka pod stołem.

Karta menu dwujęzyczna, ale część kelnerów bardziej po hiszpańsku woli mówić. Nie szkodzi, bez problemu, pokazując pozycję w menu palcem zamawiamy obiad. Obowiązkowo paella. Do tego sałatka na start i białe wino.

Na stół bez zamawiania wjeżdża bruschetta w ciut innej formie niż ta z Włoch. Tutejsza jest na większych kawałkach miękkiej bagietki, mocno, oj mocno pomidorowa.  Właściwie sama ta przekąska, sałata i zimne wino starczają za obiad. Tak twierdzą nasze żołądki. No, ale kucharz już przystąpił do dzieła. W międzyczasie pierwszy szok kulturowy – przechodzący kelner bez uprzedzenia czochra Tolka po główce, a potem delikatnie „szczypie” w policzek.  I kulminacja –  kładąc sztućce daje mu buziaka. Tu należy się wyjaśnienie: Tolek ma półtora roku i jest na etapie silnego rozróżniania osób obcych od swoich. I tylko swoim daje się wycałować. Czyli mamie, tacie, opiekunce i psu. Cała reszta może dostąpić tego zaszczytu dopiero po kilku godzinach wkradania się w łaski. Poza tym, co tu dużo kryć – nasz syn jest z północy, z kraju w którym konstytucja gwarantuje nienaruszalną przestrzeń prywatną, nietykalność cielesną i zakaz molestowania seksualnego nieletnich. Jak wy byście zareagowali, gdyby nagle obcy pan uszczypnął was w policzek?

No więc Tolek zareagował tak samo. Nie, nie spoliczkował kelnera, tylko uderzył w ryk. W tym krzyku zawarł całe swoje oburzenie. Kelner zniknął. Próbujemy uspokoić małego tłumacząc mu, że wszystko jest ok, tylko taki miły pan (???) chciał się z nim zaprzyjaźnić. Chłopak powoli się uspokaja, łzy przestają lecieć. Wraca kelner, który postanowił dalej zawierać znajomość z naszym synem, i na śnieżnobiały obrus kładzie to, co ma najlepszego. Czyli gigantyczną krewetkę. Krewetka jest nieruchoma, więc chwyta ją za pancerz , podnosi, potrząsa  i ponownie, niezbyt delikatnie, rzuca na stół żeby się trochę postarała i poruszała odnóżami . Nasza reakcja?

Ja: O matko! Czy krewetka gryzie???

Michał: Wow, jaka fajna nakręcana gumowa krewetka. Wygląda jak prawdziwa.

Tolek: O nie! Czy ta krewetka też chce mnie pocałować?

No i znów w ryk. Kelner tylko się roześmiał, znów poczochrał Susła po głowie, zabrał krewetkę  i poszedł podśpiewując.

Za chwilę podeszła kelnerka z sałatką i też zaczyna obcałowywać nasze dziecię. Na kelnerkę Tolek zareagował przyjaźniej, no bo ostatecznie chłopak umie docenić kobiecą urodę. Ale i tak był w szoku, zażądał wyjęcia z krzesełka i resztę obiadu spędził bezpiecznie wtulony w jedno z rodziców.

Paella została nam zaprezentowana na żeliwnej patelni, a potem na bocznym stoliku rozdzielona na dwie porcje. Mieliśmy więc pewność, że była świeża i zrobiona specjalnie dla nas. I była przepyszna. Maślana, kleista, z krewetkami (pewnie też tą, która przed chwilą wędrowała po naszym stole), małżami, kalmarami. Mniam. W dodatku idealnie skomponowana z winem.

Ta krewetka NA PEWNO już nie da mi buzi?

Ta krewetka NA PEWNO już nie da mi buzi?

A propos wina – Tolek zażądał swojego kieliszka. Normalnie mamy dla niego wodę w zwykłej butelce, którą czasem przelewamy do szklanki. Ale w Barcelonie młody człowiek upomniał się o swoje prawa (tj. równość wszystkich ludzi) i głośno domagał się wina. Kelner (ten od krewetek) momentalnie dostarczył na stół dodatkowy kieliszek, dokładnie taki jak nasz. Woda w kieliszku zyskała aprobatę dziecka. I tak już było w każdej restauracji. Ciekawe co sobie myśleli przypadkowi przechodnie widzący półtora roczne dziecko siedzące w specjalnym dziecięcym krzesełku z kieliszkiem „białego wina” w dłoni?

W międzyczasie do restauracji wszedł jakiś starszy pan z akordeonem i zaczął śpiewać. Razem z nim śpiewali kelnerzy i kelnerki, przechodzący akurat obok z pełnymi talerzami. W międzyczasie było dużo śmiechu i rozmów, więc całość wyglądała raczej na radosny akcent podczas obiadu, niż żebraninę w stylu akordeonowych „wirtuozów” grających w kółko jeden refren w warszawskich tramwajach.

Z łakomstwa zjedliśmy danie do ostatniego ziarenka ryżu. Postanowiliśmy się przejść, żeby choć trochę ulżyć żołądkowi, i w jakimś innym miejscu zatrzymać się na deser i kawę, gdy już będziemy w stanie coś więcej w siebie wcisnąć. W ten sposób popełniliśmy faux pas, bo w restauracji albo pomyśleli, że nam obiad nie smakował i na deser nie chcemy się narażać, albo że… na deser nas nie stać. Nie wiem, które podejrzenie gorsze… W każdym razie na stół podano nam ciasto na koszt firmy i po kieliszku wyśmienitej grappy. Zmoczyłam język, potrzymałam go w tej grappie chwilę, podrażniłam kubki smakowe i po raz pierwszy od półtora roku żałowałam, że ciągle karmię piersią i mam embargo na alkohol…

Ja i Tata będziemy jeść ciastko. To ciastko.

Hm…

Momento…

Czy sądzisz to co ja?

Ole!

Grappa nie dla dzieci. Też mi zasada!

Michał wypił swój kieliszek, a wypijając mój bez przekonania twierdził, że oczywiście też żałuje, że ja karmię.

***

Barceloneta od strony plaży

Po obiedzie doszliśmy do plaży. Właściwie nie było jej w planach na ten dzień, ale plaża była tuż przy restauracji i to Tolkowi wystarczyło. Gigantyczna piaskownica. Jak po chwili się okazało – gigantyczna, niezwykle brudna piaskownica. Momentalnie białe spodnie stały się szare, o pyle na rękach nie wspomnę. Ale dziecko miało inne zdanie  i w ten sposób kolejne pół godziny spędziliśmy smażąc się na słońcu.

Barcelończykom też chyba nie przeszkadzała jakość piasku, który bardziej przypominał drobny, budowlany żwir. Opalali się, czytali, pili drinki, przeciągali pokazując nowe kostiumy kąpielowe lub tatuaże. Tatuaże można było też zrobić sobie na plaży. Wśród opalających się non stop chodziły osoby ubrane w długie spodnie, bluzki z długim rękawem i czapki lub kapelusze i dostarczały różnorakiego serwisu: zimnych drinków, , plecionych warkoczyków, okularów słonecznych, pareo, tatuaży henną, i masaży wszelkiego typu.  Z ledwością w tym skwarze i brudzącym piasku wytrzymaliśmy trzydzieści minut, więc z prawdziwą fascynacją obserwowałam pracujących tu cały dzień ludzi. Tolek za to z fascynacją obserwował panie opalające się topless – tyle cycusiów z mleczkiem : ) Co zafascynowało Michała – nie wnikałam.

No i co z tego, że spodenki brudne od piasku? Było warto zajrzeć do Cycuślandii…

Po tej męczącej przerwie ruszyliśmy wzdłuż wybrzeża w stronę miasta.  Kiedyś pewnie maszerowalibyśmy szybkim krokiem z nosami utkwionymi w przygotowanym w domu super precyzyjnym planie zwiedzania. Każda uliczka, każda minuta, każda cukiernia (na marginesie – godne polecenia są budapesztańskie), każda kamienica – wszystko szczegółowo opisane i zaplanowane, niewielki margines improwizacji, irytacja, gdy pojawia się opóźnienie. Teraz – pełen luz.

Przeczytałam w domu świetny przewodnik po Barcelonie pana Marka Pernala, ale posłużył mi raczej do zorientowania się w jej klimacie i ogólnej orientacji po stylach i czasach. Zwiedzając z dzieckiem do plecaka i wózka musieliśmy zabrać o wiele za dużo rzeczy – ubranie na zmianę, pieluchy, chusteczki wilgotne, apteczkę na otarcia, skaleczenia i poparzenia, picie, przekąski, owoce, kurtkę na wiatr, pelerynę do wózka na deszcz, awaryjną zabawkę lub dwie, krem z filtrem słonecznym, a do tego: nasze kurtki przeciwdeszczowe (którym to deszczem codziennie straszyła nas prognoza pogody, a którego nie uświadczyliśmy), akcesoria foto, w tym drugi obiektyw, lornetkę (świetna do oglądania szczegółów zdobień architektonicznych), mapę, ksero dokumentów (do tej pory ignorowaliśmy ten dobry obyczaj, ale tym razem jednak kieszonkowcami w Barcelonie przestraszyło  nas kilkanaście osób na tyle skutecznie, że postanowiliśmy zastosować się do tego zwyczaju), mapę. W efekcie wyglądaliśmy jak bezdomni, którzy cały swój dobytek pchają na zdobycznym wózku (a my jeszcze w tymże wózku mieliśmy dziecko), więc z kilku przewodników wybraliśmy tylko mały, kieszonkowy, lekki. Niestety te poważniejsze, ale i ciekawsze z racji gabarytów musiały zostać w pokoju.

Jak to się przełożyło na nasze zwiedzanie? Rewelacyjnie. Ok, nie potrafimy nazwać budynków na zdjęciach, które zrobiliśmy. Niewiele o nich wiemy. Zupełnie poleglibyśmy, gdyby podczas pokazu slajdów ktoś nas zapytał, które budynki są dziełem którego wielkiego architekta (no, oprócz Gaudiego). Nawet nazwy dzielnic, rejonów czy ulic nic nam nie mówią. Ale to wszystko było zupełnie niepotrzebne, żeby dać się zaczarować temu miastu. Wędrowaliśmy ulicami bez celu kierując się albo tam, gdzie było ciszej i spokojniej, albo tam gdzie coś nas zaintrygowało. Błądziliśmy, zbaczaliśmy z trasy, przecinaliśmy podwórka, oglądaliśmy wystawy sklepowe, zachwycaliśmy się budynkami, balkonami pełnymi roślin, cieszyliśmy się słońcem, przyglądaliśmy się barcelończykom.

Ogólne wrażenie – Barcelona zawładnęła nami. Pomieszanie stylów i epok, jeden budynek potrafi mieć parter z czasów średniowiecza, ale piętro już renesansowe. Do tego różne kolory, mnóstwo szczegółów zdobień, okna w każdym kształcie i drzwi, przez które przechodziły pokolenia. Budynek nowoczesny ścianę w ścianę z murami rzymskimi. Wystarczy przestać stresować się napiętym planem zwiedzania, i można poczuć specyficzną atmosferę Barcelony. Po prostu wystarczy zwolnić. Kupić obłędne lody w schowanej, znanej tylko miejscowym lodziarni, usiąść na jednym z tysięcy placyków i obserwować (a jeśli chodzi o lody to moim osobistym hitem stały się te o smaku crema catalana)

Błądząc i szwędając się w pewnym momencie usłyszeliśmy muzykę i podążając za nią dotarliśmy na plac przed katedrą św. Eulalii, na którym to placu tańczono sardanę, rodzaj tańca w kręgu typowego dla Katalonii.

Kilkanaście okręgów, mniejsze, większe, wszystkie wirowały w koło powtarzając te same kroki. Zwykli ludzie, w większości sobie nieznani, tańczyli z ogromnym skupieniem na twarzy. Skupieniem, bo melodia jest zwodnicza i trzeba pilnie liczyć kroki, żeby wiedzieć, kiedy przejść do kolejnej figury w tańcu. Uśmiech na twarzach pojawiał się gdy nadchodził moment szybkiego wirowania w koło.

Pojedynczy taniec trwa kilka minut, potem jest chwila przerwy i orkiestra zaczyna grać na nowo. Te same kroki, ten sam rytm. Na obrzeżach placu, ale również pomiędzy tańczącymi okręgami – turyści. Niewielu decyduje się na dołączenie do tańczących, bo choć oczywiście nie jest to zabronione, ale jednak osoby mylące krok nie byłyby mile widziane (pewnie wtedy wszystkim innym też pomyliłyby się kroki i całe odliczanie).

Po skończonym tańcu podejmujemy dalszą wędrówkę bez celu. Kolejne dźwięki muzyki prowadzą nas do … opery na wolnym powietrzu. Na tyłach tej samej katedry do melodii operowych z magnetofonu śpiewał pan. Ale jak śpiewał! Usiedliśmy na stopniach przed jakimiś drzwiami i ponad pół godziny słuchaliśmy arii. Tolek też był zafascynowany, więc mogliśmy bez stresu się zrelaksować. Po chwili okazało się, że obok nas na tychże schodach siedzi grupa wiernych fanów śpiewaka i … śpiewa razem z nim. Najczęściej refren, ale byli też śmiałkowie którzy próbowali śpiewać całość. Niesamowicie przyjemne pół godziny!

W ten sposób minął nam pierwszy dzień. Byliśmy  wykończeni – w sumie od 5 nad ranem na nogach, zmiana klimatu i kilka godzin chodzenia po mieście. Tolek tez już zaczynał pokazywać, że ma dość, choć i tak byliśmy pod wrażeniem jego dobrego humoru i wytrzymałości. Hm, pora wracać do domu, ale jak? Mapa, którą dysponowaliśmy nie pokazywała drobnych uliczek, a tych w Barcelonie mnóstwo. Akurat na jednej z nich staliśmy. Klucząc i skręcając doszliśmy do ulicy, która była na mapie. Ok, to już niezły początek. Wyznaczyliśmy kierunek marszu i rozpoczęliśmy powrót.